niedziela, 4 czerwca 2017

Podziękowania

Nie chcę tego pisać. Nie chcę się żegnać.
W trakcie tworzenia tej książki dojrzałam. Mój styl ukształtował się, choć ciągle bezustannie nad nim pracuję. Poznałam mnóstwo ludzi. Zyskałam cudownych czytelników, którzy stali się częścią mojej rodziny. Wylałam tyle łez, nie przespałam mnóstwa nocy i nie uważałam na lekcjach, by dla Was to napisać. Leo, Mackenzie, Lisette... Każda z postaci, którą wykreowałam, zamieszkała w malutkiej części mojego serducha.
Nie mam pojęcia, od kogo mam zacząć. Palce nie trafiają w odpowiednie litery. Za bardzo to wszystko przeżywam.
Natalia. Moja najcudowniejsza dziewczyno, któraś wierzyła w Lenzie od samego początku i molestowałaś mnie tymi niezwykłymi oczyma, byleby byli razem! Uwielbiam cię tak mocno, że zjadłabym cię jak ciastko. Trochę smutne, bo gdy to zrobię, nie będę miała już ciastka. Dziękuję, że byłaś ze mną od początku „Alfabetu Morse'a". Połowa najlepszych zawartych w tej książce teksów jest twojego autorstwa. To ty wymyśliłaś, by Leo nazywać „Płomyczkiem". Wielkie brawa dla Natalii!
Ania. Uwielbiam, gdy czytałaś na przerwach rozdziały, po czym odrywałaś się od jednego z nich, by rzucić mi spojrzenie pod tytułem: „Zabiję cię". I to, jak mi próbowałaś tłumaczyć: SKORO ON JĄ KOCHA, ONA JEGO, TO CZEMU NIE SĄ RAZEM. A ja odpowiadałam ci uśmiechem, w którym kryła się myśl: poczekaj, aż się zaczną całować i kłócić. Wtedy to będzie wesoło!
Dominika. Zapewne tego nie przeczytasz, lecz chcę ci powiedzieć, że jesteś moim promieniem słońca. Byłaś moją modelką, gdy kreowałam Lisette: w mojej wyobraźni ma twój uśmiech, twoje oczy, twoje włosy. Byłaś moją inspiracją.
Dziękuję każdemu z Was osobno. Nie chcę wymieniać tu internetowych czytelników, bo znam tych, którzy komentowali. A przecież było Was więcej! Dziękuję. Bez Was, nie dotarłabym nigdzie. Sprawiliście, że miałam ogromną satysfakcję z tego, co napiszę. Groziliście mi, wyzywaliście, płakaliście, śmialiście się... Przeżyłam z wami moje prawo jazdy, wzloty i upadki. Jesteście moją rodziną, kochane Leosiątka. Tak jak w Obozie Herosów: niby nie jesteśmy spokrewnieni, a jednak!
Cholerne łzy. Nie płaczę. To alergia.
Byliście moją bezpieczną przystanią. Rozśmieszaliście mnie. Pocieszaliście, gdy miałam dość. Nie zapomnę Wam tego nigdy. I choć historia Leo i Mackenzie zakończyła się, to gdzieś tam w mojej głowie, będzie trwać nadal. Jeśli chcecie dowiedzieć się, czy mają tego psa i domek z białym płotem, to spytajcie w komentarzach. Zaczęłam pisać trzecią część, ale uznałam, że tego nie zrobię. Zostawię ich w spokoju i tchnę życie w nowych bohaterów. Już to zrobiłam. Pozostało mi Wam tylko ich przedstawić, ale to później.
Zaczęłam publikować „Alfabet Morse'a” 8 sierpnia 2015 roku. To prawie dwa lata temu! Całe galaktyki temu! I z każdym rozdziałem Was przybywało, mimo literówek i błędów stylistycznych oraz niebywałej głupoty Mackenzie (wybacz, moje słoneczko). Pokochaliście ją. Poznaliście nowego Leona, który jest naprawdę wrażliwym człowiekiem pod maską dowcipnisia i casanovy. Postarałam się nadać mu nową formę. Rick może i stworzył go jako roztrzepanego Latynosa, lecz gdy ja przejęłam stery, chciałam czegoś więcej. Leo był chłopcem, który stracił matkę w dzieciństwie i obwiniał się o jej śmierć. I gdy później stracił Mackenzie, prawie się załamał. Postanowił jednak walczyć: nie o nią, lecz o siebie. Przeobraził się w mężczyznę, który gdzieś tam w środku nadal boi się utraty bliskich. Cieszę się, że nasza panna Atkinson wreszcie zrozumiała, że to nie przykre słowa czy czyny łamią mu serce. Robi to myśl, że może ją stracić, a bardzo mu na niej zależy. Życzę Wam z całego serca takiej miłości. Sobie również.
Rozpoczęliśmy prologiem Alfabetu. Przebrnęliśmy przez 20 pierwszych rozdziałów, płakaliśmy ze śmiechu podczas specjału świątecznego, a potem rozpaczaliśmy nad następnymi rozdziałami. W epilogu opuściliśmy Leona, który cierpiał ze złamanym sercem w Bunkrze 9, słuchając The Beatles. To było 28 maja 2016 roku.
Wkrótce rozpoczęliśmy podróż z Lisette. Prolog pojawił się 2 lipca 2016 roku i wprawił Was w takie zdezorientowanie, na jakie liczyłam. Wstrzymywaliśmy oddech razem z bohaterami, wrzeszczeliśmy do nich, by się opamiętali, choć nie mogli nas usłyszeć. Byliśmy świadkami, jak Leo dojrzewa, jak Mackenzie zaczyna robić się coraz bardziej uparta i nieznośna (znowu cię przepraszam, mi margarita), jak Lisette zaczyna się otwierać. Wszyscy pokochali Sharmilę! Wystawiamy ołtarzyk dla naszej Pani Psycholog! I 3 czerwca 2017 roku ostatecznie zakończyliśmy naszą przygodę. Pora na kolejną. Nie mogę w to uwierzyć.
Kocham Was za każdy krok, który ze mną postawiliście. Nie zapomnę, jak wiele zawdzięczam tej serii i jej czytelnikom. I mam nadzieję, że Wy również o mnie nie zapomnicie. Przynajmniej na pół roku.
Mam nadzieję, że będziecie kontynuować czytanie moich prac. Przenoszę się na inne konto i będę publikowała swoją pierwszą autorską książkę. Chcę mieć Was przy sobie. Jesteście najlepsi.
Po prostu dziękuję. Nie mam już żadnych słów, by wyrazić swoją wdzięczność.

Możecie już opuścić Obóz Herosów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis