sobota, 27 maja 2017

Rozdział XLVII - Ostatni promień słońca


Zaciskałam z bólu zęby. Kostka zapewne była złamana, a w najlepszym razie skręcona. Ja to mam szczęście.
Wspierając się na grubych pniach drzew, podniosłam się i ruszyłam przed siebie. Starałam się jak najrzadziej stawać na uszkodzonej nodze. Słyszałam krzyk. Nie mogłam tak po prostu sobie siedzieć i nie wiedzieć, co się dzieje. Przeżyłam gorsze chwile. Ten ból w porównaniu z innymi był niczym. To nie sprawiało jednak, że stał się mniej nieznośny.
Oddychałam ciężko i płytko. Dam sobie radę. Ból istnieje tylko w twojej głowie. Skierowałam się tam, gdzie zniknął Leo kilkanaście minut temu. Poruszałam się wolno, jak przejechane zwierze, któremu żebro przebiło płuco. Wolno, jednak uparcie do przodu.
Usłyszałam szum fal. Poczułam zapach morza. I to powiedziało mi, że muszę być blisko.
Wkrótce wynurzyłam się z ciemnego lasu. Zapierający dech w piersiach widok. Ugryziony księżyc. Tysiące gwiazd. I urwisko, na którego krawędzi siedział Leo, jakby podziwiał piękno oceanu.
Sam. Bez Lisette.
Coś wybuchło w mojej piersi. Oparłam się o najbliższe drzewo, czując zawroty głowy. Zacisnęłam powieki. Zatkałam usta dłonią, by nie wybuchnąć histerycznym płaczem. Zrozumiałam wszystko, jedynie patrząc na tę smutną scenę. Nie potrzebowałam żadnych słów. Prócz jednego.
Nie. Nie.
Zdusiłam w sobie żal. Zdławiłam poczucie bezsilności. Zacisnęłam zęby i pokuśtykałam w stronę chłopaka, po miękkiej, skropionej rosą trawie. Jedynie szum fal i cykanie świerszczy były jedyną muzyką. Usiadłam na krawędzi, machając w powietrzu nogami. Zatrzasnęłam w małej szufladzie cały ból, zamknęłam ją na kluczyk i wyrzuciłam go.
Leo wpatrywał się z uchylonymi wargami i pustym wzrokiem w fale rozbijające się o skarpę. Poczułam suchość w ustach. Chłopak siedział zgarbiony. Pozbawiony życia. Chciał kontrolować to, co w nim teraz się działo. To nie było możliwe. Żalu nie da się kontrolować. Trzeba go wykrzyczeć. Wypłakać. Cierpieć na głos, inaczej każdy most się załamie. Trzeba być dzielnym, będąc słabym.
Objęłam go. Położył głowę na moim ramieniu, nie protestując i objął mnie w szczupłej tali. Jak mały chłopiec. I wkrótce zaczął płakać. Oparłam policzek na jego głowie i wpatrywałam się w horyzont. Miejsce, gdzie bezkresny i bezlitosny ocean stykał się z gwiazdami.
Widok, którego Ona nie miała już nigdy zobaczyć.
I tak trwaliśmy. Moje palce skostniały z zimna. Ból w kostce był tylko tępym i odległym wspomnieniem, które trwało, jakby uwiecznione na czarno-białej fotografii. Jego ciepłe łzy na mojej szyi. Bezgłośny szloch, który wstrząsał jego ciałem.
I tak trawiliśmy, aż horyzont zaczął zmieniać barwę i gwiazdy zniknęły. Najpierw blada, niebieska poświata, zaczęła wpełzać na niebo. Potem zrobiła się zielona. Różowawa. Czerwona. I promienie słoneczne zaświeciły na korony drzew, potem padły na moją twarz z zaschniętymi łzami. Pierwszy dzień nastał, pozbawiony kolejnej niesamowitej osoby, której głosu i śmiechu nigdy nie ujrzymy.
Świat istniał nadal.


Percy wynurzył się z morskich fal, trzymając w ramionach kruchą i pozbawioną życia blond dziewczynę.
Podał ją Leonowi, który stał na rozgrzanym słońcem piasku. Chwile po prostu patrzył się na jej marmurową twarz. Uśmiechała się. Odeszła szczęśliwa. Wolna. Dopiero gdy przyjaciel odszedł, poczuł, jak ciężar spadł na jego ramiona i zwalił go z nóg. Osunął się na kolana, kołysząc w swoich ramionach bezładne ciało. Zanurzył się w swoim żalu. Chłopak, który nigdy nie pokazywał swoich ran, zakrywając je kiepskimi żartami, właśnie się załamał. Nie mógł już dłużej grać. Bo gra się skończyła. Został tylko gorzki smak porażki.
Percy położył dłoń na moim ramieniu i pokręcił głową, gdy chciałam ruszyć w stronę Valdeza.
— Nie. Daj mu spokój.
— Nie mogę — odpowiedziałam, łamiącym się głosem.
— Niech cierpi — poczuł mnie. Spojrzałam na niego zrezygnowanym wzrokiem. — To jego pożegnanie. Musi sam przez to przejść. To jego ciężar. Znał ryzyko, Mackenzie. Jest silny. Poradzi sobie. Tylko musi to zrobić sam. Później będziesz miała mnóstwo czasu, by być przy nim. Teraz zostaw go samego.
Chwycił mnie za nadgarstek. Moja stopa była już w porządku. Tim mi ją nastawił i chciał nakładać opatrunek. Poprosiłam o ambrozję. Nie chciałam cierpieć. Miałam dość. Chciałam się położyć. Byłam wyczerpana psychicznie, lecz nie potrafiłam tego zrobić. Nie potrafiłam przestać myśleć, co można jeszcze zrobić. Percy pociągnął mnie za sobą. Objęłam go za ramię i czerpałam otuchę z jego bliskości. Wiedziałam, że wyglądam okropnie. Byłam głodna, lecz czułam mdłości i nic nie potrafiłam przełknąć. Było mi zimno, lecz nie potrafiłam usiedzieć pod ciepłym kocem. Czułam się samotna, lecz nie chciałam towarzystwa żadnych osób. Czułam się pusta. Pusta.
— Potrzebuje twojej pomocy — oznajmiłam mu cicho i prostolinijnie. Percy kiwnął głową. Wzięłam głęboki oddech. — Chcę porozmawiać z Persefoną.
Chłopak stanął i wbił we mnie nieco zezłoszczone spojrzenie. Odwzajemniłam mu się tym wypranym z emocji i zmęczonym wyrazem twarzy.
— Zwariowałaś? Mało masz zmartwień na głowie? Nic nie jest za darmo, Mackenzie. Będzie chciała zapłaty, a cena może być zbyt wysoka. Możesz jej nie udźwignąć.
— Chcę porozmawiać z Persefoną — powtórzyłam bezbarwnym głosem. Percy wpatrywał się we mnie z zaciśniętymi ustami, lecz po chwili skierował się w stronę obozowych domków. Podążyłam za nim, splatając swoje zimne palce z jego ciepłymi.
Weszliśmy do jego domku. Byłam tu tylko jeden raz, gdy było ciemno i nie zauważyłam za wiele detali. Teraz też się szczególnie nie rozglądałam. Utkwiłam wzrok w kamiennej misie, do której wpływała wstęga wody, wypływająca ze ściany. W powietrzu uniosła się mgiełka i tęcza. Percy odsunął jedną ze szuflad i wyciągnął złotą drachmę. Podał ją mi, a sam odsuną się daleko pod okno. Sama stanęłam przed mgłą i rzuciłam w nią pieniążek, mówiąc:
— Bogini Iris, przyjmij mą ofiarę. — Drachma zamigotała i zniknęła. — Pokaż mi Persefonę.
Obraz wyostrzył się i wkrótce moim oczom ukazała się piękna i młoda kobieta. Trzymała w rękach złoty puchar i była zamyślona, przynajmniej do tego czasu, gdy mnie zobaczyła. Wtedy wypuściła rzecz z rąk i pisnęła zaskoczona. Wino rozlało się na jej białej sukni, a ona zmarszczyła nos zezłoszczona.
— Mackenzie — warknęła na powitanie. Nie uśmiechnęłam się. — Czego chcesz?
— Prosić cię o przysługę— odpowiedziałam prosto. Uśmiechnęła się drapieżnie.
— To będzie kosztować — mruknęła, strzelając palcami. Plama na jej sukni znikła.
— Wiem. Podaj swoją cenę.
Kobieta zamyśliła się. Wiedziałam, że już ją zna. Chciała jednak sprawiać wrażenie, że się zastanawia. Nie wiedziałam tylko, po co. Nie obchodziło mnie to, jak wypada w moich oczach. Nic mnie nie obchodziło.
— Chcę kawałek Mgły, którą ochrania cię nasza matka — odpowiedziała. Percy mruknął coś pod nosem. Zignorowałam go. — To nic osobistego. Chcę, by mój kochanek mnie od czasu do czasu odwiedzał. A twoja Mgła jest dostatecznie silna, by uczynić cię zwykłą śmiertelniczką. A jego może ochronić przed niepożądanymi spojrzeniami. Od czasu do czasu będziesz musiała pomachać mieczem i odgonić jakiegoś zaślinionego potworka.
Kiwnęłam głową, zgadzając się bezgłośnie. Persefona rozpromieniła się. Poczułam chłód na skórze. Tak, jakbym ściągnęła sweter w zimowy dzień i została w samym podkoszulku. Po chwili uczucie minęło i pozostał tylko dyskomfort. Nie skrzywiłam się ani razu.
— Wczoraj w nocy zginęła pewna blondynka — zaczęłam bez zbędnych wstępów. — Nazywała się Lisette Marie Evans. Chcę, by jej dusza była łagodnie osądzona. To nie z jej winy miała takie życie, jakie wiodła. Świadomie nie skrzywdziłaby nawet muchy.
— Nie mam władzy nad umarłymi — odpowiedziała po chwili przerwy.
— Nieprawda — zaprzeczyłam. W oczach brunetki błysnęła iskra zdenerwowania. — Jesteś Panią Podziemia. Twoim mężem jest Hades. Wstawisz się u niego. Proszę, Persefono. Dla ciebie to przecież nic wielkiego. A dla mnie ma ogromne znaczenie.
Kobieta westchnęła, jakby przyjmowała na swoje barki kolejny przykry obowiązek. A przecież to było nic. Była tylko zajęta piciem wina i myśleniem, jak by tu przemycić kochanka do własnego łoża. Po raz pierwszy zobaczyłam swoją siostrę w egoistycznej odsłonie: jako ukochaną córkę matki, rozpieszczonej do niemożliwości.
— Dobrze, zrobię to — powiedziała, wyświadczając mi wielką łaskę. — I dam ci znać.
Jej obraz się zamazał. Wkrótce stałam, gapiąc się w wodę, która spływała po ścianie domku dzieci Posejdona.


Zapadał zmrok. Cisza zawisła nad Obozem Herosów. Nikt się nie śmiał. Nikt nie śpiewał. Ognisko, które płonęło każdego wieczora, nie grzało obozowiczów swoim ciepłem. Pozostało tylko zimno. I spokój.
Całun był biały. Dzieci Ateny złotymi nićmi wyszyły stokrotki. Fale morza. Słowa w starożytnym języku, zapewniające, że dusza była czysta i kochająca. Tysiące wzorów błyszczało w świetle zachodzącego słońca. Był tak piękny, że zapierał dech. I to powodowało, że czułam drapanie w gardle za każdym razem, gdy na niego patrzyłam.
W środku było ciało. Pięknej blondynki, która na zawsze miała mieć osiemnaście lat. Jej niesamowite oczy były zamknięte. Usta rozciągnięte w delikatnym uśmiechu. Jakby spała i śniła piękne marzenia, które nie miały się spełnić. Na głowie założono jej wianek ze stokrotek z najpiękniejszych kwiatów, jakie potrafiły stworzyć dzieci Demeter.
Nikt się nie odzywał. Nikt nie był w stanie.
Chwyciłam za nadgarstek Leona, a raczej jego cień. Jego rysy były jak wyrzeźbione w kamieniu. Nie zdradzały emocji. Nie dawał po sobie poznać, czy czuje cokolwiek. W milczeniu żegnał się z przyjaciółką, która nauczyła go cieszyć się z życia.
— Powinieneś coś powiedzieć — zaczęłam cicho. Leo powoli pokręcił głową. Nie potrafił nadać swoim myślom kształtu. Bał się, że głos go zawiedzie. — Zrobić to za ciebie?
Kiwnął głową. Tylko tyle. Prawie niedostrzegalny gest. Zamknęłam oczy. Słowa pojawiały się w moim umyśle, jakbym pisała je na kartce. Wypływały ze mnie, jakby były krwią z otwartej rany. Wzięłam głęboki, drżący oddech. Puściłam nadgarstek Leona i zrobiłam krok do przodu, stając obok stosu pogrzebowego. Niektórzy na mnie spojrzeli. Większość się jednak nie poruszyła, nadal wpatrując się w ziemię. Pogrążeni w modlitwie do własnych bogów.
— Lisette Evans każdego z tu obecnych nauczyła czegoś innego — zaczęłam cichym, pewnym głosem. — Była jak promień słońca po długiej ulewie. Uczyła, że zawsze jest nadzieja. Patrzyła na świat, jakby widziała go po raz pierwszy. Pełna zachwytu nad jego doskonałością. Nauczyła, by żyć chwilą, bo w następnej może nas zabraknąć. By cieszyć się tym, co mamy i nie zważać na rany, które ponieśliśmy. Miała w sobie pasję życia, której wielu z nas brakuje. Potrafiła jednym uśmiechem sprawić, by dzień stał się lepszy. Nie ważne, ile razy upadliśmy. Ważne, by się podnieść po porażce. Bo walczymy do tej chwili, gdy przestajemy próbować. Każdemu z nas oddała kawałek serca. Pokochaliśmy ją miłością bezwarunkową. Oswoiła nas, tak jak Mały Książę oswoił Lisa. Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś. Na zawsze. Dlatego nigdy jej nie zapomnimy. Nie zapomnimy, jak tańczyła w deszczu. Nie zapomnimy, jak bawiła się w berka, biegając wokół ogniska. Nie zapomnimy kwiatów, które zdobiły jej głowę. Nie zapomnimy iskry radości w jej oczach. Zapominając, stracilibyśmy część siebie. A nikt nas nie jest w stanie tego zrobić. Lisette Evans na zawsze pozostanie wśród nas, żywa i kochająca, taką, jaką była. Pamiętajmy o jej lekcji. Bądźmy wdzięczni za to, co mamy i cieszmy się z tego. Uhonorujmy tak jej pamięć. Bądźmy promieniami słońca, które świecą spomiędzy burzowych chmur.
Umilkłam. Nawet nie wiedziałam, kiedy zaczęłam płakać. Mój głos był jednak ciepły. Spokojny. Kojący. Jakby opowiadała bajkę na dobranoc. Bo w gruncie rzeczy tak było: Lisette zapała w wieczny sen, a moje słowa były ostatnimi, które miała usłyszeć.
Kiwnęłam głową, dając znać, że mogą zaczynać. Podpalono stos pogrzebowy. Piękny całun zaczął płonąć. Stanęłam obok Leona, który wpatrywał się w niego beznamiętnym wzrokiem. Czuł tysiące emocji. Tysiące wspomnień przewijało się przez jego głowę. A jednocześnie był pusty w środku.
Ktoś rozpoczął cichą pieśń. Po chwili pochwyciło ją kilka osób. Smutna melodia feniksa płonącego w śmiertelnych płomieniach potoczyła się po Obozie Herosów. Niektórzy nie ufali swoim głosom. I tylko dołączali się szlochem, trwającym w ich piersi. W ostatnim pożegnaniu dziewczyny z wiankiem na włosach. Słońce zaszło, a ostatni jego promień zniknął.
— Została uznana — powiedział szeptem Leo. Tak cichym, że mogłabym go wziąć za westchnienie. — Nad jej głową był kwiat.
Spojrzałam na niego błyszczącymi od łez oczami. Jego twarz się jednak nie zmieniła. Nadal zasłaniał się maską.
— Chcesz, bym...
— Nie. Nie chce wiedzieć, kto był jej rodzicem. Nie mam siły na to, by dźwigać kolejny sekret.
Kiwnęłam głową, akceptując jego wolę. Teraz i tak to nie miało znaczenia. Była wolna. Patrzyłam, jak jej stos pogrzebowy płonie. W moje nozdrza uderzyła woń kwiatów i słodki zapach palonego drewna. Łzy ponownie pociekły po mojej zmęczonej twarzy. Oparłam głowę o ramię Leona, spragniona jego bliskości i zarazem pragnąca być sama. Ból. Wszędzie widziałam ból. Słyszałam podciąganie nosami maluchów. Czyiś urywany szloch. Emma siedziała obok mojej nogi, wpatrując się w ogień, który odbijał się w jej tęczówkach. Wielkie, słone łzy płynęły z jej martwych oczu. Brat obejmował ją jednym ramieniem, lecz ona nie zwracała na niego uwagi. Jej Lizzy odeszła. Jaki był sens plecenia wianków ze stokrotek, jeśli Lizzy nie włoży go na głowę? Jeśli Lizzy jej nie pochwali? Jeśli Lizzy jej nie uściśnie? Nie podziękuję?
Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Nie było na nie odpowiedzi.


Wielkie kartonowe pudła stały na moim biurku. W powietrzu nie unosiła się muzyka z lat 50. Stary odtwarzać winylowych płyt stał martwy i pokryty cienką warstwą kurzu. A ja pakowałam akta. Notatki. Zdjęcia. Taśmę. Tysiące teczek. Dowodów. Wspomnienia.
Miałam wyjechać z Obozu Herosów i nigdy ich nie ujrzeć ponowie.
Drzwi się otworzyły. Leo zamknął je cicho i dopiero wtedy na mnie spojrzał. Usta uśmiechnęły się delikatnie, lecz ten uśmiech nie obejmował jego oczu.
— Cześć, mała — przywitał się. Uśmiechnęłam się do niego i wkładając jeszcze jedną, grubą teczkę do kartonu.
— Cześć, Płomyczku — odpowiedziałam.
— Nie powinnaś się pakować? — spytał, obserwując moją krzątaninę. Pokręciłam głową, zaprzeczając.
— Już to zrobiłam — powiedziałam zgodnie z prawdą. Moja wielka, granatowa walizka stała przy łóżku w Domku 4, czekając, aż jej właścicielka po nią przyjdzie. — Musiałam wrócić tutaj i posprzątać.
Leo kiwnął głową i oparł się o ścianę, przymykając oczy. Dobrze, że mi nie pomagał. To była moja część pożegnania. I w gruncie rzeczy, niewiele zostało do roboty. Zamknęłam jedno z pudeł, grzebiąc wspomnienia o złotych lokach.
— Jak ja sobie bez ciebie poradzę? — szepnął cicho. Zamarłam i spojrzałam na niego. Jego twarz była spokojna, ale ja wiedziałam, że za tą maską, w jego sercu, są ruiny. Podeszłam do niego wolnym krokiem i chwyciłam jego dłoń.
— Jesteś silny — zaczęłam. —Jesteś najsilniejszym człowiekiem, jakiego znam. Poza tym przecież nie odchodzę. Jeden twój telefon i przyjadę. Będę zawsze, gdy będziesz mnie potrzebował.
Żadne z nas się już nie odezwało. Objęłam go w pasie i położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Czułam bicie jego serca. Równomierne. Jakby nic się nie stało. Leo oparł brodę na czubku mojej głowy.
— Obiecaj dzwonić — poprosiłam cicho. — Przynajmniej raz na dwa dni. Muszę wiedzieć, jak się czujesz i jak sobie radzisz. Przepraszam, że muszę cię z tym zostawić.
— Nie szkodzi — odpowiedział. Wiedziałam, że jemu to jednak bardzo szkodzi. Chciałabym zostać, wyłącznie z tego powodu. — Masz swoje obowiązki. Jesteś za coś odpowiedzialna.
— Powiesz mi, jeśli coś będzie nie tak? — spytałam, mamrocząc w jego koszulkę. — Nawet jeśli to będzie o trzeciej nad ranem?
— Powiem — odpowiedział.
Odsunęłam się od niego i spojrzałam w jego oczy.
— Nie jesteś z tym sam, Leo — pouczyłam go z błyszczącymi oczyma. — Nie jesteś.
— Wiem — odpowiedział i pocałował mnie delikatnie w czoło. — Teraz mam ciebie.



— Pan Odell ma jedną koszulę. Mogę przysiąc, że to prawda. Zaczęłam chodzić na jego wykłady trzy lata temu, a nie widziałam go w niczym innym. Ciekawe, czy pierze ją codziennie? A może ma kilka takich samych koszul i podpisuje je sobie, by nie pójść dwa razy w tej samej. Jak myślisz, Mac?
— Zgubiłam kluczki — wyjęczałam.
Szłyśmy przez korytarz. Wysokie obcasy Sharmilii stukały o posadzkę, a ich właścicielka kołysała wdzięcznie biodrami. Nie urosła przez lato ani o centymetr. Jej mniemanie o sobie jednak poszło w górę, przewyższając znacznie wzrost. Sharmila przewróciła oczami, widząc, jak spanikowana przerzucam rzeczy w mojej torbie. Siałam tam spustoszenie niczym huragan.
Minęły trzy długie tygodnie. Leo dzwonił do mnie często i choć starał się brzmieć radośnie, jakoś mu to nie wychodziło. Za każdym razem, gdy się rozłączał, czułam, jak moje serce kuje tysiące zimnych igiełek.
— Spałaś z nim — powiedziała wstrząśnięta Sharmila, gdy zadałam jej pytanie, jaką kawę ze Starbucksa jej przywieść. — Cholera, nie sądziłam, że to zrobisz. Ty bezbożnico! Jak było?
— Expresso czy Caramel Macchiato?— powtórzyłam, czując, jak policzki zalewa mi szkarłatny rumieniec.
Dostałam półgodzinny wykład o zaufaniu i sekretach, które powinny mieć ze sobą przyjaciółki. Zarysowała mi w barwnych kolorach to, jak ją rozczarowałam. I przeszła mi ochota na kawę.
Nie było ich. Zgubiłam kluczyki do samochodu i do domu, a zapasowe tkwiły w szufladzie w mojej sypialni w Nowym Jorku. Trzy godziny drogi stąd. Jęknęłam i jeszcze raz zaczęłam przetrząsać torebkę. To było trudne, bo miałam do dyspozycji tylko jedną rękę. W drugiej trzymałam książki.
Wyszłyśmy na słoneczny dziedziniec, kierując się na parking. Popołudniowe, jesienne słońce ogrzewało moją twarz. Wiatr zamiatał po chodniku liście. Trwała złota jesień. Ta piękna, pozbawiona deszczu i nagich gałęzi jesień, która raczyła nas jedynie zimnymi porankami. Sharmila brzęczała mi nad uchem, a ja starałam się nie wybuchnąć paniką. Nie zostawię mojego Mercedesa na całą noc na parkingu kampusu. Boję się o ten samochód. To moje pierworodne dziecko.
— Jakiś chłopak opiera się o maskę twojego samochodu i szczerzy się jak idiota — poinformowała mnie kwaśnym głosem. — Mam go pobić?
Podniosłam wzrok i poczułam, jak moje serce ulatuje z piersi. Podręczniki wypadły mi z dłoni, torba upadła z hukiem na chodnik. Moje nogi poderwały się do biegu i po chwili jego silne ramiona zamknęły mnie w uścisku. Poczułam zapach smaru, benzyny i wody kolońskiej. Zaszlochałam z ulgi w jego koszulkę.
— Cześć, mała — powiedział w moje włosy. Z moich ust wydobył się chichot, lecz brzmiało to tak, jakbym się dławiła.
— Jak już się macie obściskiwać, to przynajmniej schowajcie się w aucie. Na masce to tak nie wypada. — Sharmila stanęła za mną, mierząc chłopaka krytycznym spojrzeniem. Odsunęłam się od niego. — To on? — spytała, a ja kiwnęłam głową, cała rozpromieniona. Mila spojrzała na niego nieco z zawiedzioną miną. — To nie fair. Jest przystojny. Jak go mam pobić, skoro jest przystojny? Nie wypada. Masz może brata?
Roześmiałam się. Cała Sharmila! Poszłam po swoją torbę i książki, które maltretował wiatr. Ukradkiem otarłam łzę, która spłynęła po moim policzku. Pomiędzy Leonem i Milą nawiązała się konwersacja. Byłam pod wrażeniem. Leo potrafił sprostać jej ciętemu językowi, jak mało kto. Wróciłam do nich wolnym krokiem.
— Potrzymaj — powiedziałam, rzucając mu moją torbę. — Musze znaleźć kluczyki.
— Masz je w kurtce — odpowiedziała Sharmila. Spojrzałam na nią zdziwiona. Ta westchnęła, jakby miała do czynienia z wyjątkowo tępym dzieckiem. — Włożyłaś je tam rano, zaraz jak wysiadłaś z samochodu i powiedziałaś, jeśli je schowasz do kieszeni, to nie zapomnisz o nich.
Wsadziłam dłoń do prawej kieszeni swojej granatowej, skórzanej kurtki. Wyciągnęłam z niej chusteczki i kluczyki. Jak to możliwe, że ich nie czułam? Sharmila odwróciła się na obcasie i mrucząc pod nosem o głupocie ludzkiej, ruszyła do swojego nowego samochodu. Poprzedni rozbiła. Nie ze swojej winy, oczywiście.
Leo spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem i objął mnie w pasie, przyciągając do swojego boku. Patrzyłam gorzko w stronę przyjaciółki. Szukałam ich, a ona mi nic nie powiedziała!
— Powinniśmy ją zapoznać z Percy'm. Pasowaliby do siebie.
— Nie — zaprzeczyłam z przerażeniem. — Nawet o tym nie myśl. Zabraniam ci. Świat pochłoną promienie i paczki po chipsach, jeśli na to pozwolisz.



— Chodź za mną — powiedziałam.
— Co ty wyprawiasz?
— Po prostu się zamknij i chodź.
Wychyliłam się przez okno i chwyciłam za kratkę, po której pięły się róże. Postawiłam na niej nogę i zgrabnym ruchem znalazłam się na zewnątrz. Przylgnęłam całym ciałem do budynku i uśmiechnęłam się szeroko do Leona, który z przerażeniem w oczach obserwował to, co robię. Zaczęłam się wspinać i po chwili znalazłam się na lekko stromym dachu. Dachówki jeszcze nie straciły całego ciepła. Usiadłam na nich, podwijając kolana pod siebie. Po chwili dołączył do mnie Leo i usiadł, stykając się ze mną ramieniem. Przez długą chwilę po prostu gapiliśmy się na gwiazdy, księżyc i złote kwadraty okien.
— Jak sobie radzisz? — spytałam cicho, patrząc na jego profil.
— Całkiem dobrze — odpowiedział i znów się zamyślił.
Zacisnęłam zęby, walcząc z potrzebą, by coś mu wyznać. Po chwili jednak zrezygnowałam.
Lisette nie pojawiła się w Podziemiu. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Myślałam, że Persefona robi sobie ze mnie żarty. „Przysięgam na Styks, że jej szukałam" powiedziała zdenerwowana. „Ale jej tu nie ma. I jeśli jej nie ma, to już się nie pojawi".
Umarła. Odeszła. To było pewne. Kolejna tajemnica dołączyła do długiej listy. Zrobiłam co w mojej mocy. Nie zamierzałam dociekać, gdzie jest Lisette. To byłoby zbyt bolesne. I bez znaczenia.
Położyłam głowę na ramieniu Leona, wsłuchując się w jego równomierny oddech.
— Chcę odejść z Obozu Herosów — wyznał. — Tracę tam zmysły. Nie mogę tam dłużej mieszkać. To miejsce jest jak grobowiec.
— Chcesz zostać jednym ze śmiertelników? — spytałam. — Wieść życie bez potworów, dziwnych maszyn i treningów z mieczem? Bez misji i pewności, że zginiesz w męczarniach?
— Brzmi nieźle — odpowiedział z uśmiechem. — Jeśli dostanę w pakiecie ciebie, to będzie doskonale.
— Umowa stoi — odpowiedziałam i wyciągnęłam ku niemu dłoń. Potrząsnął nią. Po chwili jednak spoważniałam. — Myślisz, że dasz radę mi znów zaufać? Że postarasz się uwierzyć w to, że każda moja decyzja miała cię ochronić? Nie chciałam cię skrzywdzić, Leo. Tylko zapewnić ci bezpieczeństwo. Czy możesz uwierzyć w to, że robiłam te wszystkie okropne rzeczy tylko dlatego, że cię kocham?
Spojrzał na mnie. Jego oczy błyszczały w świetle księżyca.
— A jak byś się poczuła, gdybym powiedział, że też cię kocham? Miłość bez zaufania nie istnieje. A ja postaram się zrobić wszystko, byśmy byli szczęśliwi? Nieważne, gdzie będę. Ważne, że z tobą.
— Brzmi nieźle — odpowiedziałam, powstrzymując wzruszenie. —Jeśli dostanę w domek z białym płotem, psem i trójką dzieci, to będzie doskonale.
— Umowa stoi — odpowiedział, całując mnie w skroń. Spojrzeliśmy na rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami. Tysiące obietnic, które zostaną spełnione. To czas, w którym nie znaliśmy żadnych odpowiedzi na dręczące nas pytania.
Nasza przyszłość właśnie się rozpoczynała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis