sobota, 20 maja 2017

Rozdział XLVI - Ruiny


Siedziałam naga na zimnej posadzce, naprzeciw wielkiego lustra. Skrzyżowałam nogi przed sobą i po prostu patrzyłam się w te pozbawione barwy tęczówki, które odbijały się w tafli zwierciadła.
Szum w mojej głowie był nie do wytrzymania. Głosy nie szeptały teraz, komentując aktualną chwilę. Słyszałam strzępy zdań, które wypowiadały podczas sesji z lekarzem, tam, w psychiatryku. Słowa, które kusiły w tym dniu, które zmieniły moje życie. Te, które zachęcały mnie do odsunięcia szuflady i wyjęcia największego i błyszczącego noża.
Chciałam wyć z frustracji. Zamiast tego, siedziałam na zimnych płytkach, nie ruszając się. Tylko od czasu do czasu moje usta poruszały się, jakbym była rybą, wyjętą z wody.
Od chwili, gdy powstrzymałam moje ręce od topienia Mackenzie, coś się we mnie zmieniło. Jakaś myśl w środku głowy zaczęła ewoluować. Zaczynała roztapiać ciemność, którą spowity był mój umysł, jasną, krwawa łuną. To bolało. Okropnie bolało.
Sama powstrzymałam Głosy. Dokonałam tego bez niczyjej pomocy. Byłam tym faktem tak przerażona, że uciekłam i nie zostałam, by sprawdzić, czy głowa Mackenzie się wynurzyła.
Ciche skrzypienie drzwi oznajmiło mi, że mam współtowarzysza. Mel usiadła w kręgu światła, co było dziwne, bo zazwyczaj kryła się w cieniu i półmroku. Poczułam, jak jej ciepły oddech owiewa moją skórę. Najwyraźniej nie była skrępowana moją nagością, a ja jej obecnością. Była jedyną istotą, która mogła mnie zrozumieć.
— Czemu One szepczą w ten sposób? — spytałam mojej przyjaciółki, a ta przykucnęła w ten sam sposób, ja ja. To był groteskowy widok.
— Nie słyszę nikogo, kto by szeptał, prócz ciebie — odparła cicho Mel.
— Są tam, w mojej głowie — wyjaśniłam, nie patrząc na nią, tylko w swoje odbicie. — Szepczą o dawnych latach, o zakurzonych wspomnieniach. Nie chcą przestać. Ale boją się. Boją się mnie.
— Tak, boimy się — potwierdziła Mel. Odwróciłam ciężko głowę w jej stronę. Nigdy nie była tak blisko. Widziałam jej pomarszczoną twarz, z tysiącem pęknięć. Jej oczy, które nie widziały. Ciemne jak bezksiężycowa, pochmurna noc.
— Kim ty właściwie jesteś? — spytałam poważnie, wbijając w nią skupione spojrzenie. Ona zaczęła wodzić swymi czarnymi białkami po mojej twarzy, aż w końcu spojrzała w lustro. Ja również. Mel nie odbijała się w jego tafli.
— Jestem tobą. Zawsze byłam tobą.
— Nieprawda — zaprzeczyłam. — Ja jestem sobą, ty jesteś sobą. Mam na imię Lisette Marie Evans. Jestem blondynką o zielononiebieskich oczach. Uwielbiam naleśniki, orzechy i morze. A ty jesteś Mel. Masz skrzydła, twoja skóra jest czarna, tak jak oczy. Jesteś czymś, czego nie potrafię określić.
— Oh, kochanie, ja nie widzę różnicy.
Wpatrywałam się w moje odbicie. Głosy szeptały... Szeptały o okropnych rzeczach, szeptały o okropnych sprawach... Szeptały o krwi, bólu i rozkosznych dreszczach podniecenia. Nie mogłam się skupić. Nie rozumiałam o czym mówi Mel.
— Wiesz co oznacza moje imię — odparła. Zaczęłam oddychać przez usta. Świszczące powietrze raz zarazem albo wpływało do moich płuc, albo wypływało. — Zawsze wiedziałaś.
— Melaniya — powiedziałam do siebie. — Ciemność.
— Jesteś Ciemnością, Lisette. Mrok panuje w twojej głowie. Jesteś naszą częścią, a my jesteśmy częścią ciebie. Równocześnie nigdy nas nie było.
Zaczęłam kołysać delikatnie w przód i w tył. Krwawa łuna powoli oświetlała kolejne zakamarki mojego umysłu, odkrywając coraz to nowe wspomnienia. A te obfitowały w świeże, mroczne komentarze lokatorów mojej głowy.
— Zawsze byłaś tylko ty, kochanie. Tylko ty i twoja mała, niewygodna głowa. To wszystko było jedynie twoją winą.
— Nie... — wyszeptałam, kręcąc głową.
— Tak. To ty zamordowałaś swoich rodziców i dziecko. To ty podniosłaś rękę na niewinną osobę...
— Nie, to Ich wina...
— Przecież One nie istnieją.
Spojrzałam na Mel. Ale jej już nie było. Znów siedziałam sama, na zimnej podłodze. Jeszcze chwilę wpatrywałam się w miejsce, gdzie przed chwilą siedziała. Następnie przeniosłam wzrok znów na lustro, tym razem wstrzymując oddech. Siedziała tam w takiej samej pozie, jak ja. Była mną. Po chwili jej wargi się rozchyliły, ukazując rząd ostrych jak igły zębów.
— Nigdy nas tu nie było. Istniejemy tylko jako część ciebie. To ty nas powołałaś do życia. Ty balansowałaś na tej cienkiej linie, która nie istniała. My nie istnieliśmy, istniałaś tylko ty. Jesteś sama.
Głosy wybuchły salwą śmiechów, krzyków, przekleństw i słów. Jęknęłam z bólu. Zaraz się skończy, tylko to przetrzymaj. Będzie niedługo po wszystkim. Zawsze przechodzi. Przejdzie i tym razem.
Próżne były moje nadzieje. Głosy stały się tylko bardziej namolne, bardziej wyraźne. Jakby ktoś szukał stacji i co chwilę jakąś znajdował wśród szumów fal radiowych.
— PRZESTAŃCIE! — wrzasnęłam, chwytając się za uszy, jakbym chciała odgrodzić się od hałasu w mojej głowie. Pokręciłam głową gwałtownie, wbijając zadbane paznokcie w skórę.
— DOŚĆ!— wyszlochałam, czując, jak łzy zaczynają płynąć po moich zimnych, marmurowych policzkach. — Dość... Zostawcie mnie... Dajcie mi spokój...
Morderczyni... Nikt cię nie zmuszał, byś wzięła ten nóż... Sama to zrobiłaś... Dupek, cholerny sadysta... Broń się, masz miecz... Dźgnij lwa... Zabij... Ich oboje... Chcesz tego... My ci to tylko uświadamiamy... Część ciebie... Nie... Jesteś... Szalona... Jesteś jedynie morderczynią niewinnych osób...
— Błagam — wyszeptałam, całkowicie wyzuta z energii. Nagle poczułam chłód płytek na prawym ramieniu. Upadłam, choć nawet nie byłam tego świadoma. Zacisnęłam powieki, płacząc coraz bardziej.
Czemu ona musi... Zaciśnij palce mocniej... Tak jest dobrze... Czemu się tak szarpie... Morderczyni... Jesteśmy tobą... Wszystko jest twoją winą... Ugryź go... Obrazy wybuchnęły w mojej głowie. Łańcuchy przy krześle były tylko skórzanymi paskami. Nóż psychiatry był tylko długopisem. Potężna chimera z krwawym pyskiem nigdy nie istniała. Wszystko było tak czyste, niemalże oślepiające. Spowite w krwawym świetle szkarłatnej łuny. Zawyłam z frustracji, modląc się o stracenie świadomości.
Cisza. Ogłuszająca cisza zapanowała w mojej głowie. Uniosłam powoli powieki. Byłam sama w łazience. Naga, zziębnięta i słaba. Nikogo tu nie było. Nigdy nie było. Z lustra obserwowała mnie dziewczyna o bladych oczach, jakby wypranych z barw. Wyglądała żałośnie krucho, a na jej policzkach kwitły różowe plamy, groteskowo wyglądającej na papirusowej skórze.
Podniosłam się, a dziewczyna uczyniła to samo.
Był tyko jeden sposób, by powstrzymać Głosy. Tylko jeden, by na zawsze je uciszyć.
Na miękkich nogach podeszłam do niskiej szafki, na której leżała biała, długa nocna koszula. Ta sama, w której tańczyłam w czasie deszczu kilka miesięcy temu...
Wolność była blisko.



Opierałam się o ramię Leona, czerpiąc prosta przyjemność z jego obecności. Była późna godzina, kubek z gorącą herbatą parzył mnie w dłonie. Oddychałam spokojnie i wolno, jakby miała zaraz zasnąć. Leo też się nie odzywał. Korzystaliśmy z każdej wolnej chwili, wydartej pomiędzy treningami i niepokojem o Lisette. Za trzy dni musiałam spakować swoje rzeczy i wyjechać z Obozu, zostawiając go bez jakiegokolwiek wsparcia. Nadal nie wiedzieliśmy, kto jest boskim rodzicem blondynki ani jak wykurzyć to coś z jej głowy. A ja nie mogłam dłużej zostać. Musiałam wrócić na studia, do Sharmilii i Dana. Pomóc Grace i tacie w przygotowaniach do ślubu. Nie mogłam sobie tak po prostu zniknąć.
— Jest jedenasta, Leo — szepnęłam, kładąc kubek z wypitą herbatą obok siebie. — Muszę wrócić do domku. Juliet dostanie zawału, jeśli zaraz nie pojawię.
— Albo — powiedział, przeciągając "o" — możesz zostać na noc ze mną.
Starałam się nie uśmiechnąć, ale nie byłam w stanie.
— Czy możesz powiedzieć, co ci siedzi w głowie?
Poczułam jego usta na moim policzku, gdy złożyły na nim długi pocałunek, zaraz przy moim uchu. Poddałam się uczuciu beztroskiego szczęścia narastającego w mojej piersi.
— Nic specjalnego — wyszeptał. — Po prostu lubię, gdy jesteś blisko. Twoja obecność pozwala mi zasnąć.
Westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Moja zimna dłoń odnalazła jego rękę i nasze palce się splotły. Ogrzewał ją tylko swym dotykiem.
— Leo, powiedziałeś, że opuścisz obóz, by być ze mną — zaczęłam cicho. Chłopak wstrzymał oddech. — Nie musisz tego robić. Nie chcę, byś tęsknił za swoim prawdziwym domem...
Wyswobodziłam się z jego objęć i spojrzałam na niego poważnie. W blasku księżyca jego skóra miała magiczny odcień, a kawowe oczy lśniły jak dwa diamenty.
— Skończę studia — kontynuowałam, z delikatnym uśmiechem. — I wrócę tutaj do ciebie. Jeśli tu zamieszkam, to nie będzie oznaczać, że porzucę swoją rodzinę i znajomych.
— Przecież nienawidzisz tego miejsca — odpowiedział cicho. Położyłam dłoń na jego policzku, a on przymknął oczy.
— Ale ty go kochasz — wyjaśniłam powoli. — A ja kocham ciebie. Nieważne, gdzie będę. Ważne, że z tobą.
Wziął moją twarz w dłonie i przyciągnął do swojej. Zetknęliśmy się czołem i tak trwaliśmy, a emocje odebrały nam zdolność mowy. Czułam, jak moje serce rośnie z każdym jego oddechem. W końcu ten załaskotał mnie w usta i tam Leo złożył lekki pocałunek.
— Kocham cię — wymamrotał z wargami przy moich wargach. — Bardzo mocno cię kocham, moja mała. I gdy tylko...
Gdzieś w głębi Wielkiego Domu trzasnęły drzwi. Moje zmysły się wyostrzyły i otworzyłam szeroko oczy, odrywając się od chłopaka, który mruknął niezadowolony.
— Słyszałeś to? — spytałam, patrząc się czujnym wzrokiem na drzwi.
— Przeciąg? — rzucił od niechcenia chłopak. Pokręciłam głową.
— Nie wieje wiatr — zauważyłam i spojrzałam na niego znacząco. W jego oczach błysnęło zaniepokojenie, gdy zrozumiał. Natychmiast wstał i wszedł do środka, a ja ociągając się, ruszyłam za nim. Zaczekałam na niego przy schodach, opierając się o balustradę. Na górze trzasnęły drzwi i usłyszałam hiszpańskie przekleństwo. W końcu jego sylwetka pojawiła się na szczycie schodów.
— Nie ma jej w pokoju — rzucił, zbiegając po nich. Rozdzieliliśmy się. Sprawdziliśmy każdy skrawek tego domu, omijając jedynie gabinet Iris. Zrezygnowani, spotkaliśmy się przy ich drzwiach.
— Tylne wyjście — rzuciłam i razem, ramię w ramię, ruszyliśmy ku nich.
Nasze kroki bębniły w pustym budynku, tak samo jak w mojej głowie. Czułam coś. Jakby cień, który uchyłkiem przemykał się po ścianach. Taki, jak w tamtym pokoju w psychiatryku. Leo pchnął drzwi i owiało nas ciepłe, sierpniowe powietrze.
Wytężyłam wzrok. Zaczęłam nasłuchiwać, lecz prócz cichego koncertu świerszczy, nic nie usłyszałam. W ogrodzie nikogo nie było. Ruszyliśmy przez niego, rozglądając się wokoło. Ugryziona tarcza księżyca dawała nam na tyle światła, by bezbłędnie rozróżniać kształty.
Gdzieś na krawędzi lasu w dole błysnęła biała sylwetka. Leo też ją zauważył.
— Zostań tutaj — odezwał się głosem nie znoszącym sprzeciwu. Nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia.
— Idę z tobą — oznajmiłam upartym tonem. Leo westchnął i zacisnął wargi. Nie było czasu, by się kłócić.
Ruszyliśmy w dół zbocza. Chłopak stawiał długie kroki, które stawały się coraz szybsze i szybsze. W końcu musiałam truchtać przy jego boku, bo jego tępo było dla mnie zbyt duże. Nie odezwałam się jednak ani słowem.
Las ogólnie nie był dla mnie przyjemnym miejscem. Jasne, można było spacerować z psem na smyczy, słuchać śpiewu ptaków i znaleźć wytchnienie od letniego, prażącego słońca. To był jednak las w Obozie Herosów. W cieniach czaiły się potwory, błyskając oczami i zębami. Poczułam w ustach kwaśny posmak, z który musiałam znosić po ataku chimery. Wchodzić do lasu w nocy? Tylko szaleniec by się na to porwał. Odruchowo sięgnęłam do pierścienia na moim palcu prawej ręki. Chłód diamentu ukoił moje nerwy.
Leo z niezwykłą łatwością poruszał się na leśnej ścieżce, marszcząc brwi w skupieniu. Starałam się odtwarzać jego ruchy, stawiając stopy w trampkach na suchych liściach i gałązkach. Serce biło mi jak oszalałe, gdy bez gracji przeskakiwałam większe konary.
Pomiędzy smukłym, czarnymi pniami drzew, mignęła szczupła kobieca sylwetka.
Leo wymamrotał jej imię pod nosem i przyspieszył. Teraz już biegł. A ja za nim.
Źle stanęłam. Moja stopa wygięła się pod dziwnym kątem, a ja poślizgnęłam się na mokrym korzeniu drzewa. Sapnęłam i zacisnęłam mocno zęby, by nie wrzasnąć z bólu. Runęłam na suche liście. Ból zaczął się tępo, lecz teraz rozprzestrzeniał się powoli po całej nodze. Tysiące igiełek bólu.
— Mackenzie?
Leo stanął i się odwrócił. Zauważył mnie i zaczął iść w moją stronę, lecz ja gwałtownie głową.
— Idź — wycedziłam. — Nic mi nie jest. Biegnij ją znaleźć.
Wahał się tylko sekundę.
Przez zamazany obraz widziałam, jak jego sylwetka znika się między drzewami.
Czy ja płakałam?
Znalazłam się sama w lesie pełnych potworów, które nie były uwięzione w mojej głowie.




Jeszcze nigdy w swoim życiu się tak nie bałem.
Stawałem na czele armii. Musiałem pokonać mitologiczne potwory. Zginąć. Jednak to nic w porównaniu z tym, jaki niepokój budziła we mnie jasnowłosa istota.
Biegłem. Nie starałem się być cicho. Moje stopy łamały gałęzie z premedytacją. Serce tłukło się w piersi, powodując ból. Zmierzała nad urwisko. Pokazałem jej go pewnego dnia, by odciągnęła swoje myśli od zmartwień. Lubiła morze. Uspokajało ją. Przynosiło wolność. Stawała na skraju urwiska, przymykała oczy i rozkoszowała się bryzą, która owiewała jej spokojną twarz. Promieniował wtedy jakimś czarem, jak gdyby jej boska część dochodziła do głosu.
Ale była jedenasta w nocy. Nie mogła szukać spokoju nad urwiskiem o jedenastej w nocy.
Wynurzyłem się z cienia drzew, bezgłośnie stając na miękkiej zielonej trawie.
Księżyc był w połowie nadgryziony, ale dawał mi wystarczająco światła, by zobaczyć obraz, który napełnił mnie zgrozą.
Lisette stała na krawędzi urwiska. Miała na sobie tylko białą koszulę do ziemi. Tą samą, w której tańczyła pełna życia w deszczu. Jej kręcone, złote włosy były rozpuszczone i opadały na plecy, gdzie uparty wiatr się nimi bawił. Była boso, a jej nagie ramiona świeciły nienaturalnie w świetle księżyca. W tej scenerii wydawała się nienaturalna. Jak bogini, która staje na szczycie góry, by spojrzeć w dół na śmiertelników i ukarać ich za grzechy. A nad jej głową zanikał symbol, którego nie zauważyła. Gdy tam spojrzałem, została tylko srebrna poświata, która rozpłynęła się w nicość.
— Lisette, odsuń się od urwiska.
Odwróciła się. Na jej policzkach błyszczały łzy. Uderzyło mnie coś w jej twarzy. Coś, czego wcześniej nie widziałem. Dziewczyna spojrzała na mnie lśniącymi, smutnymi oczyma.
— To wszystko moja wina — zaczęła, głosem drżącym i niepewnym. Jakby zaraz miała wybuchnąć histerią. — To ja ich zamordowałam. To ja jestem wszystkiemu winna.
Starałem się nadać swojej twarzy uspokajający wyraz. By mogła poczuć, że problem istnieje tylko w jej głowie. I na dodatek nie był stworzony przez nią. Tylko przez Głosy, które dyktowały jej przez całe życie, co ma robić i myśleć. Mój ton był uspakajający. Taki, jaki powinien być głos Małego Księcia, który oswaja swojego Lisa. Bez nacisku. Po prostu obecność.
— Nie, to nie prawda, Liz. To, co się stało, by było twoją winą. To wina Głosów, nie twoja.
— Nic nie rozumiesz! — wrzasnęła nagle, a po jej policzkach potoczyły się wielkie, obfite łzy. — To ja jestem powodem nieszczęść. Ich nigdy tam nie było! Nigdy nie istniały! Od początku w mojej głowie byłam sama. To były moje myśli i moje czyny! One były mną, ja byłam nimi. Tu nie ma co tłumaczyć.
— Liz, uspokój się — nakazałem jej twardo. Zaczynała histeryzować. Była przestraszona, zagubiona i całkowicie świadoma. Teraz to widziałem. Zrobiłem krok w jej stronę, a ona automatycznie się cofnęła. Zamarłem. Była zbyt blisko krawędzi. Jeden krok i zginie. Spojrzałem w jej oczy i ujrzałem desperację. Morze bólu większe, niż te, które dostrzegałem za jej plecami. — Pomogę ci. Porozmawiamy i razem to rozwiążemy. Tak jak zawsze.
— Słowa nie przywrócą życia osobom, które zamordowałam własnymi rękoma. Mam na nich krew, która nigdy się nie zmyje. Wspomnienia, które nigdy nie zblaknął, będą istniały w mojej głowie do końca mojego podłego istnienia. Nikt mnie nie zmuszał do tego, bym sięgnęła po nóż. Widziałam to, co chciałam widzieć.
Wiatr plątał jej włosy, które wznosiły się i opadały, nadając wygląd anioła. A ona patrzyła się smutnym, zrezygnowanym wzrokiem. Poddała się. Złożyła broń.
— Możesz zostawić to wszystko za sobą — odpowiedziałem cicho. — Nauczysz się żyć z poczuciem winy tak jak ja. Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? Rodząc się, nikt nie gwarantuje nam, że nie będziemy cierpieć. Możesz zacząć od białej kartki, w innym miejscu, w otoczeniu innych ludzi. Możesz być szczęśliwa, Lisette, jeśli tylko tego pragniesz.
Wyciągnąłem ku niej dłoń. W jej oczach zabłysła kpina. Mógłbym przysiąc, że w duchu mnie wyśmiała i zarzuciła kłamstwo. Zawsze mi wierzyła. Nie była pewna co do moich osądów, ale ufała, że mam rację. Powinna zrobić to i teraz. A ja mówiłem szczerze. Mi udało się przestać rozmyślać o przeszłości. Ona także mogła się tego nauczyć.
— Nie chce powracać do tych ruin w mojej głowie. Nie każ mi tam wracać. Czai się tam tylko śmierć. Nie mogę z nimi żyć. Nie mogę budzić się w miasteczku cieni i upiorów oraz przerażających wspomnień.
— Możesz je odbudować... — zacząłem cicho. Dziewczyna gwałtownie pokręciła głową.
— Nie jestem tobą. Nie jestem córką Hefajstosa, która potrafi swoimi rękami działać cuda. Jestem morderczynią swoich rodziców i niewinnych osób. Chciałabyś żyć ze świadomością, że zabiłeś osoby, które cię wychowały? Że zabiłeś matkę, która urodziła cię w bólach i karmiła, wstając o trzeciej nad ranem? Która nosiła cię pod swoim sercem przez dziewięć miesięcy, a ty je zatrzymałeś? Nie masz pojęcia, jak się czuję. Jak ruina bezimiennego zamku. Nawet mój własny boski rodzic nie chce mnie uznać.
— Liz, przecież to nieważne. Na co komu bogowie? Uwierz mi, że lepiej jest, gdy się tobą nie interesują. A to, czyim jesteś dzieckiem, nie czyni cię gorszym lub lepszym. Tylko ty decydujesz o tym, kim jesteś. Dlatego chodź ze mną. Chwyć moją dłoń i odsuń się od urwiska.
Po jej policzkach potoczyły się łzy. Patrzyła na mnie wielkimi oczyma, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy. Nie uśmiechała się. Była wykutą z kamienia rzeźbą, pozbawiona uczuć. Ruiną, której nikt sam nie jest w stanie odbudować. To jednak możliwe z pomocą innych. I wierzyłem, że z moją dałaby radę. Nawet jeśli miałoby to trwać latami.
— Dziękuję ci, Leo — szepnęła po długiej chwili. —Sprawiłeś, że przez ostatnie pół roku chciałam żyć. To były najpiękniejsze miesiące w moim życiu.
— Lisette... — zacząłem karcącym tonem. Nie mogła nadawać swoim słowom takiego znaczenia. Uśmiechnęła się blado przez łzy. Melancholijnie.
— Nie tęsknij za mną za bardzo. Tak naprawdę nigdy mnie nie znałeś.
Krzyknąłem i rzuciłem się w jej stronę, gdy postawiła swoją stopę w powietrzu.



Wystarczył tylko jeden mały krok.
Nie wyczułam pod bosymi stopami miękkiej trawy. Nie wyczułam nic. I właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
Porwał mnie wiatr. Jeszcze ciepły, letni wiatr, który mógł mnie unieść do gwiazd.
Krzyk i cisza. Szum. I tylko ulotna chwila, gdzie myślałam, że wzniosę się w górę.
Nie poleciałam.
Spadałam. Matka Ziemia chciała odzyskać to, co zawsze należało do niej.
Zapach moich włosów. Szum nocnej koszuli. I jej biel.
Światło księżyca nad moją głową. I tysiące gwiazd, mrugających na dobranoc.
Nigdy nie byłam tak pełna życia, jak w tej chwili.
Obróciłam się i teraz widziałam przed sobą fale. Białą pianę. Czułam zapach żywiołu. Uspakajający szum. Wszystko będzie dobrze, szeptało. Tak, wiem. Teraz nic nie może być złe.
Kochałam morze. Dlatego nie zamknęłam oczu.
Watr prześlizgający się przez moje palce. Przyjemne. Będę za tym tęsknić.
Ból. Zimny, rozrywający ból.
Tylko przez chwilę.
A potem oszałamiające piękno i spokój, radość i miłość, wypełniające moje płuca.
Kochające i stęsknione ramiona rodziców.
Złoty błysk.
Cień uśmiechu.

Wolność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis