sobota, 13 maja 2017

Rozdział XLV - Kopciuszek


Było mi zimno. Nie ważne, jak wiele warstw ubrań miałam na sobie czy jak ciepłe były koce. Jak wiele wypiłam ciepłych napojów. Czułam tylko chłód, płynący w moich żyłach i panujący się w sercu. Tak, jakbym stała w chłodni i wyglądała przez małe okienko na świat zalany słońcem. Nie potrafiłam jednak znaleźć wyjścia z tego ciasnego pomieszczenia.
Zrozumiałam, że horror, który przeżyłam, był tylko w mojej głowie. Świat, który zbudowany został z cierpienia, odzwierciedlał moje najskrytsze lęki. Tam nie było żadnej logiki. Były jednak znaki, które wyłowiłam pośród paskudnych obrazów i zinterpretowałam. Niczym drogowskazy na ciemnej, pozbawionej latarni drodze.
Każdego ranka po śniadaniu u boku Juliet, odwiedzałam obozowy szpital, gdzie Tim sprawdzał moją kondycję. Badał temperaturę mojego ciała, która go niepokoiła. Wzrastała jednak powoli, więc chłopak sądził, że za parę tygodni wróci do normy. Sprawdzał mój wzrok, pamięć i koordynację ruchową. Przeprowadzał również wywiad. Pytał o moje samopoczucie, co mi się śniło i co się działo, gdy byłam w śpiączce. Czy coś widziałam? Za każdym razem kręciłam głową i oznajmiałam, że nie mam zamiaru o tym mówić. Nie mam zamiaru do tego wracać.
Zaczynałam powoli rozumieć, że stałam się obiektem czyiś żartów. Jakaś moc, pod której wpływem była Lisette, zabawiła się moim kosztem. To było ostrzeżenie: nie mieszaj się w to. To świat, którego ty nie możesz zrozumieć. Są sprawy, których ty nie możesz objąć swoim ograniczonym umysłem. Kpiłam sobie z tego ostrzeżenia. Jednak mój stosunek do Lisette się zmienił. Jeśli ona od dziesięciu lat czuła to, co ja w ciągu trzech tygodni, była najbiedniejsza dziewczyna pod słońcem. Musiałam przyznać, że jest niesamowicie silna, jeśli znosiła potworne obrazy w swojej głowie i umiała nad nimi zapanować. Była inteligenta i przebiegła, jeśli potrafiła oszukać Głosy.
Pozostała jeszcze kwestia Leona. Gdy zobaczyłam jego martwe ciało, coś we mnie pękło. Zginął od ognia, od którego umrzeć nie powinien. Nie mógł. To było niemożliwe. Był odporny na ogień. I jeśli pewnego dnia coś takiego ma się wydarzyć, wolałam, by wiedział wszystko. By wiedział, że go kocham i bez względu na moje czyny chcę jego bezgranicznego szczęścia, jeśli miał by je dzielić z inną kobietą.
I dlatego to wszystko powiedziałam. Rozmowa nie poszła tak, jak to sobie wyobraziłam.
Bolało mnie każde słowo, które wypowiedziałam. Ja podjęłam decyzję już wcześniej. Tylko on mógł ją zmienić.
Nie chciałam być herosem. Nienawidziłam tej boskiej połowy swego jestestwa. Nie było większego przekleństwa, od urodzeniem się półbogiem, bez świadomości o swym pochodzeniu. Czy jest coś gorszego od płonnych marzeń, beztroskiego dzieciństwa i braku wprawy w walce? Nagle dochodzisz do tego punktu, gdzie znajdują cię potwory. Musisz uciekać, by przeżyć. Jaki jest tego sens? Jaki sens jest się urodzić, gdy tylko mały procent z nas przeżyje wystarczająco długo, by zdać maturę? Jak byś się czuł, gdyby poinformowano cię, że życia mogą pozbawić herosa potwory, które nie powinny istnieć?
Jednak Leonowi to nie przeszkadzało. Kochał ryzyko. Uznanie go synem Hefajstosa nadało sens jego życiu. Bez obozu byłby sierotą, którą rodzina nie chce znać. Nie mogłam mu odebrać tego wszystkiego. Zawdzięczał obozowi tak dużo. Połowa budynków była wzniesiona jego ręką. To miejsce było jego prywatnym niebem, jak i oazą dla zagubionych półbogów. Bez Obozu Herosów zginęliby.
Praktycznie każda część mojego ciała była zakryta. Długie spodnie. Ciepła bluza. Wysokie trampki. Pogodna noc skłaniała raczej do noszenia krótkich szortów i topów. Ale mi było zimno. Pocierałam bezwładnie swoje ramiona i wolnym krokiem spacerowałam po obozie. Godzina policyjna niebezpiecznie się zbliżała, gdy wyszłam z domku oznaczonego numerem cztery. Powiedziała Juliet, by się nie martwiła, bo muszę iść na spacer i pomyśleć. Poprosiłam, by nie czekała. Wyglądała jak staranowana przez pegaza, gdyż cały dzień starała się zapanować nad rodzeństwem. Uśnie, gdy tylko położy głowę na poduszce.
Było ciemno. Ciemność była zła. Nie wzięłam ze sobą żadnej latarki, bo ona sprawiłaby, że stałabym się widoczna. W konkluzji wolałam być jednak ukryta w mroku. Ciągle czułam się obserwowana. Trapił mnie niepokój i nie mogłam zaznać poczucia bezpieczeństwa. Stawiałam stopy ostrożnie, nasłuchując, czy ktoś mnie nie śledzi. Miałam dość ciągłej czujności. Mimo powtarzania sobie, że jestem bezpieczna, że nic mi nie grozi, nie potrafiłam przestać. Bardzo chciałam, ale nie mogłam. Nie wiedziałam jak.
Moje stopy zaprowadziły mnie na tyły ogrodu Wielkiego Domu. Stałam, patrząc, jak ostatnie światło w pokoju na parterze gaśnie. Przełknęłam ślinę. Nie bałam się Lisette. Teraz nie przerażała mnie jej obecność. Nie bałam się, że mnie skrzywdzi z czystej nienawiści. Rozumiałam jej ból, jej strach, jej poczucie bezczynności. Szarpała się niczym złapane zwierze w pułapkę własnego umysłu. Ja się uwolniłam. Za wysoką cenę, ale byłam wolna. Czasami wysyłałam jej ciepły, pocieszający uśmiech, ale ona zawsze odwracała wzrok, jakby nie mogła znieść mego widoku. Nie winiłam ją za to.
Podążyłam jak lunatyczka, cicho jak myszka. Drzwi z tyłu domu były otwarte. Wślizgnęłam się na ciemny korytarz i błądząc dłońmi po ścianie, dotarłam do pewnych drzwi na parterze. Iris wyjechała po kolacji i miała wrócić dopiero za cztery dni. Nie miałam tyle czasu. Gdy ona wróci, ja będę szykowała się na powrót na studia w Filadelfii. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam. Cichy szum. Nacisnęłam klamkę i weszłam. Pokój był spowity w mroku, a jedynym źródłem światła były nikłe promienie księżyca wpadające przez okno. Zegar wskazywał godzinę za piętnaście północ. Było zdecydowanie po godzinie policyjnej.

Leo nie spał. Poprawiał właśnie poduszki i zamierzał się położyć, kiedy weszłam i stanęłam jak opuszczony psiak w drzwi. Na twarzy chłopaka malowało się zaskoczenie.
— Mackenzie? Co ty tutaj robisz? —spytał z troską w głosie.
Tak. To naprawdę świetne pytanie. Co ja tutaj robię? Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że idę w stronę Wielkiego Domu. Co mu odpowiedzieć? Byłam zbyt zmęczona, by wysilić się na oryginalną i zabawną odpowiedz. Więc powiedziałam prawdę.
— Sama nie wiem.
Objęłam się ramionami. Teraz, gdy się tutaj znalazłam, nie miałam pojęcia, jak mam się zachować. Mogłam się odwrócić i wyjść. Leo uznałby, że po prostu lunatykowałam lub cokolwiek w tym stylu. Ale nie chciałam tego robić. Nie chciałam opuszczać tego pomieszczenia. Padło tu parę gorzkich słów, ale kojarzył mi się ciepło. Pachniał szczerością.
— Tylko tutaj czuje się bezpieczna — odpowiedziałam szczerze. Ostatnio byłam bardzo prostolinijna. — Przy tobie.
Zastanowiłam się. Czy faktycznie byłam prostolinijna? Chyba tak. Nie chciałam sobie już więcej komplikować życia. Niech inni ludzie to robią. Mi szkoda czasu. Usłyszałam, jak Leo wypuszcza powietrze z płuc. Zamknęłam najciszej jak potrafiłam drzwi i kontynuowałam.
— Ciągle czuję się obserwowana. Wiem, że to tylko mój umysł sprawia problemy, ale ja nie potrafię tego kontrolować. Gdy zamykam oczy, mam wrażenie, że tonę. Gdy się odwracam, natychmiast zerkam za siebie. Ale to wszystko mija, gdy jesteś blisko. Nie chcę popełnić tego samego błędu, co kilka lat temu. Nie wiem, jak mam o tym zapomnieć... I...
Podchodziłam bliżej niego z każdym zdaniem. W końcu czułam, że robię coś właściwie. Że jestem na odpowiednim miejscu. Przy nim. I podjęłam decyzję. Tak naprawdę zrobiłam to już dawno, lecz potrzebowałam potwierdzenia, że on również tego chce.
Leo odgarnął pasmo moich włosów za ucho białymi w świetle księżyca palcami. Ten dotyk zamknął cały strach w szufladzie mojego umysłu. Pozwolił mi na chwilę oddechu. Leo nachylił się i pocałował mnie w osłoniętą skórę szyi. Przymknęłam oczy i rozkoszowałam się, gdy fale ciepła rozchodziły się po moim ciele, a jego usta wędrowały wyżej i wyżej, aż do mojego ucha.
— Więc pozwól mi sprawić, byś zapomniała. O wszystkim.
Jego głos był zachrypnięty i nabrzmiały od emocji. Odwróciłam głowę i spojrzałam na niego. Przez długi czas utrzymywałam ten kontakt, aż w końcu kiwnęłam głową.
Nasze usta się spotkały. Moje ręce powędrowały na jego kark i przybliżyłam się. Tak tęskniłam za tym dotykiem. Nie zdawałam sobie sprawy, jaką męką było trzymanie rąk przy sobie. Leo rozsunął moją bluzę. Ściągnęłam ją, nadal go całując. Jego dłonie błądziły po moim ciele, a moje serce zdawało się wyskakiwać z piersi, pragnąc jeszcze bliższego kontaktu. Ściągnęłam bluzkę. On zrobił to samo. Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie. Leo zbliżył się i położył swoje ciepłe ręce na mojej tali. Znów zaczął mnie całować, najpierw wolno i delikatnie, później z namiętnością. Moje zimne palce błądziły po twardych mięśniach na jego brzuchu. To było dla mnie nowe doświadczenie. Całkowicie inne, niż nieśmiały dotyk jego policzka.
— Kocham cię — wyszeptałam cicho, przerywając na chwilę pocałunek. — Kocham cię tak mocno, że to prawie boli.
Uśmiechnął się melancholijnie.
— Też cię kocham, moja mała. Ale.. — westchnął — ...nie mogę tego zrobić.
Zamrugałam zdziwiona. Ciepło szalało w mojej piersi nieokiełznanym płomieniem, przez który ciężko było mi mówić i myśleć.
— Dlaczego?
— Bo czuję, że cie wykorzystuję — wyjaśnił, biorąc moją twarz w swoje dłonie. — Jesteś zagubiona i słaba. Nieświadoma. Nie mogę tego zrobić, nie upewniając się, czy naprawdę tego chcesz.
— Leo — powiedziałam poważnie, mając ochotę go trzepnąć. — Przez całe swoje życie nie byłam bardziej trzeźwa i świadoma, niż właśnie w tej chwili.
Chłopak przypatrzył mi się dokładnie. Po chwili znów wbił się w moje usta, z taką namiętnością, że poddałam się jej całkowicie. Zepchnął mnie na łóżko. Poczułam jak materac zapada się pod moim ciężarem. Dłonie Leona błądziły po całym moim ciele tak samo jak usta. A ja nie pozostawałam mu dłużna. Czując jego ciężar na moim ciele, wiedziałam, że jestem bezpieczna.
Dłoń Leona spoczęła na zapięciu moich jeansów. Chłopak przerwał pocałunek. W jego rozpalonym spojrzeniu wyczułam powagę.
— Jesteś pewna?
— Tak — odpowiedziałam. Gdy nasze usta znów się spotkały, roześmiałam się z czystej radości.



Powoli, jakby moje zmysły były przykryte białym puchem, obudziłam się. Słońce wpadało przez niezasłonięte okno, pozostawiając złote pręgi w całym pokoju: na ścianie, podłodze, łóżku... Z miłym zaskoczeniem stwierdziłam, że jest tu cicho. Żadnego niepokoju, żadnego złego przeczucia. Wszystko było takie jasne i piękne. I było tak ciepło. Po raz pierwszy od długiego czasu było mi ciepło. Nie musiałam o niczym myśleć, niczym się nie przejmowałam. Jakby w końcu wszystko we Wszechświecie wróciło do normy. Na swoje miejsce.
Leo obejmował mnie. Czułam jego ciepło, to, jak jest blisko. Jego równomierny oddech łaskotał mnie w szyję, co podsumowałam lekkim uśmiechem. Jego ręka spoczywała na mojej tali, właśnie tam, gdzie powinna być. Nie czułam się nawet skrepowana tym, że jestem naga i przykryta tylko cienką pierzyną.
Dlaczego nic w moim życiu nie może być tak proste jak ta chwila?
Od czasu, gdy wróciłam z podróży w mojej głowie, byłam zlękniona. I dopiero ta chwila dała mi wytchnienie. Jakby błąkała się w spiekocie po pustyni od kilku tygodni, a teraz znalazła oazę. Znalazłam ją w ramionach Leona. Czemu tak długo nie mogłam zaakceptować tej prawdy? Leo nie bał się zranienia, tylko samotności. Mogłabym rzucać w nie talerzami, a on śmiałby się, że nie mam lepszego rzutu. Ja.. Chyba... Podejrzewałam, że to jednak była miłość. Taka, która przezwycięży nawet śmierć. Jak mogłam to inaczej wytłumaczyć? Nie chciałam inaczej tego tłumaczyć. To było proste. Gdy kochasz kogoś szczerą miłością, nie boisz się, że ta osoba się zrani. Boisz się, że cię zostawi. To jest nie do zniesienia.
Ciepło. Nie za sprawą letniego słońca, wpadającego przez okno. Było mi ciepło tam, gdzieś w środku. Tego miejsca nie był stanie ogrzać najcieplejszy koc Juliet.
Wstrzymałam oddech. Nikt nie ma pojęcia, gdzie ja się podziewam. Wyszłam na spacer po dziesiątej, jeszcze z wilgotnymi włosami. I nie wróciłam. Miałam nadzieje, że jest jeszcze wcześnie i nikt nie zauważy tego, że mnie nie ma. Mogę powiedzieć, że wybrałam się na przechadzkę, bo obudziłam się wcześniej. Z jakiegoś powodu nie wydawało mi się, by Juliet spokojnie przyjęła prawdę. No proszę, nie minęło dużo czasu, a ja znów zaczynam spiskować.
Spróbowałam wyśliznąć się z jego ciepłych objęć. Jednak ręka, która obejmowała mnie w tali, kurczowo się na niej zacisnęła.
— Nawet nie próbuj się wymknąć, Kopciuszku — mruknął sennie chłopak.
Zachichotałam pod nosem, uśmiechając się do siebie. Jak długo nie spał i po prostu leżał, nie poruszając się? Okręciłam się w jego obcięciach, mogąc teraz widzieć jego twarz.
— Dzień dobry — wyszeptałam konspiracyjnie. Jego twarz się nie poruszyła. Czułam, jak moje serce roztapia się z czułości, widząc spokój na jego twarzy.
— Dobranoc. Idziemy spać —oznajmił, przytulając mnie do siebie jeszcze mocniej. Oparłam głowę na jego ramieniu i wtuliłam się w niego.
— Przecież już nie śpisz i jest rano. Musimy wstać.
— Cicho, kobieto — mruknął. — Daj mi się nacieszyć tą chwilą. Mam zamknięte oczy, czyli śpię.
Uśmiechnęłam się i również przymknęłam swoje, rozkoszując się jego ciepłem i zapachem skóry. Powoli znów odpływałam w sen, kołysana jego delikatnym oddechem, lecz Leo odezwał się cicho:
— Mała?
— Hmm? — mruknęłam na wpół przytomnie.
— Kiedy zdałaś sobie sprawę, że... — zająknął się, szukając odpowiedniego słowa.
— ...wpadłam? — podpowiedziałam mu z żartobliwą nutą w głosie. Chłopak kiwnął głową. Pamiętam, że Percy zadał mi to samo pytanie, a ja długo potem o tym myślałam. — Pamiętasz, jak Rachel i Annabeth przekazały mi to, co dowiedziały się o przepowiedni? Kiedy rozpłakałam się w twoich ramionach w Bunkrze, spostrzegłam, że nigdzie nie czuje się tak bezpiecznie, jak przy tobie. Wtedy to do mnie dotarło. I kiedy stało się dla mnie jasne, gdy gapiłam się w swoje idealne odbicie w tym cholernym pałacu, że już nigdy cię nie zobaczę, nigdy nie przytulę, nigdy ci tego nie powiem, dosłownie pękło mi serce.
Cisza. Równomierny oddech Leona łaskotał mnie w czubek głowy, ale on nic nie powiedział.
— A jeśli mam być dokładna, to myślę, że to narastało we mnie powoli i powoli, a w tym momencie sobie to uświadomiłam. A ty? — spytałam. — Kiedy wpadłeś?
— Minęły trzy dni odkąd zapadłaś się pod ziemie. Siedziałem przy ognisku, a dzieciaki od Apolla grały piosenkę, która idealnie oddawała mój nastrój. Trzy doby, a ja nadal cię nie znalazłem. Miałem ochotę się załamać. Jedyna osoba, którą chciałem nieć przy sobie, rozpłynęła się. Dotarło do mnie, że nie chce tak żyć. Życie bez ciebie nie miało jakiegokolwiek sensu. I blasku.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Miał otworzone oczy i patrzył na przeciwległą ścianę, zatopiony we wspomnieniach. Chłodnymi opuszkami paców dotknęłam linii jego szczęki i następnie delikatnie odwróciłam jego głowę, by spojrzał na mnie. Mogliśmy o tym zapomnieć. O wszystkim, co minęło. Zacząć z czystą kartką od tego słonecznego poranka. Od wczorajszej nocy. Od za piętnaście dwunastej. Pocałowałam go wolno i leniwie, bez pośpiechu. Receptory na moim języku były wrażliwe, tak samo jak skóra. Gdziekolwiek mnie dotknął pozostawał złote ślady. Czułam, jak ognień w mojej piersi ponownie się rozpala. Pragnęłam, by miał każdą część mojej duszy.
Gdzieś trzasnęły drzwi i ktoś zaczął krzyczeć, że skończyła się śmietanka do kawy.
Leo oderwał się ode mnie, ciężko oddychając i po chwili westchnął.
— No dobra — wymamrotał chłopak. — Tak romantyczny nastrój prysł.
Uśmiechnęłam się i owinęłam prześcieradłem, by móc wstać i pozbierać swoje rzeczy. Leo zrobił to samo, ale często zaprzestawał i po prostu się na mnie gapił. Przyłapany na gorącym uczynku, uśmiechał się szelmowsko, a ja kręciłam głową z niedowierzaniem. Potem pomogłam mu zapinać koszulę. Wpatrywałam się skupionym wzrokiem w guziki i powoli przeciskałam je przez odpowiednie otwory.
— Powiemy komuś? — spytałam cicho, nie patrząc na jego twarz.— Czy trzymamy to w tajemnicy?
— Jeśli kogoś porwali przez noc i będziesz podejrzana o przestępstwo, możesz użyć mnie jako swojego alibi.
—Dzięki — mruknęłam z udawaną wdzięcznością.
— Rób co uważasz za słuszne, mała — opowiedział i chwycił mnie za palce, które zapinały guziki przy kołnierzyku. Przycisnął je do swoich ciepłych warg, a ja poczułam dreszcz. Kiwnęłam głową, walcząc z pragnieniem, by znów go zaciągnąć do łóżka.


Tim z niedowierzaniem patrzył się na termometr, potem na mnie i znów na mały, podłużny przedmiot w swojej dłoni. Siedziałam na miękkim, szpitalnym łóżku, machając nogami z obojętną miną. Chłopak coś zapisał na swojej podstawce, po czym przywołał gestem Juliet, stojącą nieopodal niego.
— Temperatura jej skoczyła — oznajmił cicho, jakbym miała tego nie słyszeć.— Znacznie skoczyła.
— No i?— dopytała się moja siostra, patrząc na niego podejrzanie.
— To i, że nie mm pojęcia, dlaczego — odpowiedział jej, po czym oboje spojrzeli na mnie pełni wątpliwość. Udałam, że ich nie widzę i wpatrzyłam się obraz przedstawiający róg obfitości.
Juliet dziwnie patrzyła na Tima. W ten nieśmiały sposób. Gdy zaproponowałam, że sama będę przychodzić na badania, zaprotestowałam. Nigdy nie wątpiłam w to, że się o mnie troszczyła. Lecz moje zdrowie było doskonałym pretekstem, by móc się pogapić na przystojnego lekarza ze złotymi włosami. Zaciskała usta i robiła się przy nim nieco nerwowa. Uśmiechała się, jakby dostała szczękościsku. To było zadziwiające, jak Tim nieświadomie łagodził jej temperament. Był jak chłodna woda, którą polewamy oparzenia.
Ukucnął przy moich nogach. Przestałam nimi wymachiwać i oderwałam wzrok od obrazu, wprost na jego czuje oczy.
— Mackenzie, czy wczoraj stało się coś, o co mógłby się niepokoić?
Jego wzrok był zbyt intensywny. Nie chciałam się zarumienić, bo i tak czułam się tak, jakbym miała na czole wypisane "winna". Ale to nie było coś, o co mógł się niepokoić. Nie zerknęłam na Juliet, która stała obok niego z założonymi rękami. Powoli pokręciłam głową, protestując.
— Na pewno nic się nie stało? — dociekał. Roześmiałam się, co wprawiło tą dwójkę w zakłopotanie. Oj tak, dużo wczoraj się stało. Naprawiłam swoje życie. Nie popełniłam tego samego błędu, co cztery lata temu. Miałam kolejną szansę, by być szczęśliwą. U boku Leona. Zeskoczyłam z łóżka, pełna energii.
—Jeśli tak będzie, powiem ci — oznajmiłam z mocą. Tim i Juliet zerknęli na siebie. — Hej, naprawdę. Jesteś świetnym lekarzem, a ja po prostu wracam do siebie. Nie ma się czym przejmować.
Ich miny jednak nie pokazały mi, że uwierzyli moim słowo. Westchnęłam.
— Ja idę pakować walizki. Możecie tu zostać, by pożalić się nad moją osobą.
Ruszyłam do wyjścia, puszczając oko do Juliet. Chciałam biec. Tańczyć. Śpiewać, fałszując i kaleczyć piosenki Eda Sheerana o miłości.
The Beatles mieli rację. Potrzeba tylko miłości. Miłość to wszystko, czego potrzeba*. Ja byłam Leona. On był cały mój. I tak miało pozostać. Teraz nic nie mogło pójść nie po naszej myśli.
Jak bardzo się myliłam...




*The Beatles - All You Need is Love

□ 


Myślę, że to nie było takie subtelne tak. To było tak z przytupem. 

Dobra, mam nadzieję, że czytają to osoby, które są już nieco poważne. Nie mówię tu doświadczone czy coś (nie podnoszę ręki, bo wciąż się nawet nie całowałam) (ps na pewno się dowiecie, gdy się to stanie, ogłoszę to światu)(ps2 chłopie, nie znam cię, ale będziesz miał ciężko w życiu)(ps3 całowanie psa się nie liczy, nie?) . Ale postaram się wam wytłumaczyć, jak to się wszystko mojej głowie rozegrało. W tym ciemnym miejscu, pełnym fajnych rzeczy, które nawet mnie przerażą.

Kochacie dziewczynę. Kochacie bardzo mocno. Pragniecie je bliskości, jak łyka wody podczas upalnego dnia. Jak pierwszy kęs chleba po trzydniowej głodówce. Ona jest czymś, co jest wpisane w wasze podstawowe potrzeby. Jest tak ważna jak sen, bo bez niej tracić zmysły. A ona was odpycha. To jej sposób, by was nie zranić. Wierzy, że robi dobrze. Ale was to nie obchodzi. bo was nie obchodzi to, że was rani. Boicie się, że odejdzie, a wy zostaniecie z dziura w sercu w miejscu, gdzie powinno być serce. I nagle ona zrozumiała swój błąd. Przyznała się do niego i zgodziła się być tym upragnionym łykiem wody. Po tylu latach samotności w końcu możecie bez ograniczaj się sobą cieszyć. Zatracacie się w sobie. I zapominacie, że istnieją jakiekolwiek granice.

Hm, wystarczy, na wystarczający powód powyższej sceny? Poza tym Natalia mnie dręczyła. Od 15 rozdziału "Alfabetu Morse'a". Patrzała się na mnie słodkimi oczkami, wzdychała i nękała: "A będzie między nimi coś więcej? Wiesz, DUŻO więcej". Ona wierzyła w romantyczną wersję Lenzie, gdy Mackenzie bała się ognia, a Leo biegał we wianku na głowie. I to jej dedykuję ten rozdział. 

Za tydzień mamy finał. Denerwuję się. Tak po prostu. Zanim powstała cała fabuła, to ten koniec był już wymyślony. Nic w nim nie zmieniałam. Jak już mówiłam, moja głowa to mroczne miejsce.

Ps. Wy wiecie wszystko, więc co mi tam. Miałam wczoraj pierwszą stłuczkę. Nie z mojej winy, babka we mnie wjechała. Mi się nic nie stało, klapa od silnika nieco wgnieciona i coś tam do wymiany ( GDZIE JEST LEO, NIE MAM SŁOWNICTWA MECHANIKA). Tak, wjechała mi w przód. Nie wiedzieć czemu, stojąc na ulicy, włączyła wsteczny i zaczęła cofać w mój samochód. Podobno mąż jej tak kazał. Wniosek: nie słuchajcie chłopów. Powiem wam coś. Jak zaczniecie jeździć, jest taki super wynalazek, jak lusterko wsteczne. Polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis