sobota, 6 maja 2017

Rozdział XLIV - Chcę, byś o mnie zapomniał


Nie mogłem nawiązać z nią kontaktu. Gdybym tylko mógł, siedziałbym przy jej łóżku i patrzył na jej profil dzień i noc, trzymając za lodowatą dłoń. Tim jednak mnie wyganiał, mówiąc, że jego pacjentka potrzebuje odpoczynku. Czasami Lisette przychodziła ze mną. Siadała wtedy dwa łóżka dalej i obserwowała brunetkę, która przeważnie spała, bądź patrzyła się w ścianę naprzeciw niej pustym i nic nierozumiejącym wzrokiem.
Nadal była lodowata. Jej temperatura ciała spadła ponad normę i Tim musiał w końcu odpuścić, nie znajdując medycznego powodu stanu Mackenzie. Ta nie chciała jeść i pić. Na pytanie jak się czuje, nie odpowiadała. Zachowywała się jak po udarze bądź jak duch, którego wepchnięto do obcego ciała. Mówiłem jednak do niej. Przemawiałem łagodnym głosem, opowiadając jej, co wyprawia jej młodsza siostra. Streszczałem jej książki, które Lisette czytała na głos. Jednak ona zachowywała się jak w śpiączce. Jedyną różnicą było, że miała otwarte oczy.
Był wieczór. Wszedłem po schodach i otworzyłem drzwi szpitala. Święciły się tutaj tylko lampy na stolikach nocnych, wypełniając ciemne pomieszczenie pomarańczowożółtym mdłym światłem. Zmusiłem się, by przywołać ciepły uśmiech na swojej zmęczonej twarzy. W połowie drogi jednak zamarłem.
Ciemnowłosa kobieta siedziała na łóżku Mackenzie, trzymając ją za jej lewą dłoń. Patrzyła się ze współczuciem w jej bladą twarz, uśmiechając się smutno. Złote światło nadało jej skórze przyjemną barwę, a cała postać dumna i wytworna, nie wpasowywała się w scenerię szpitala Obozu Herosów. Zacisnąłem pięści i zęby, reagując tak na obecność Afrodyty. Już dość bogowie namieszali w moim życiu. Nieraz próbowali mi odebrać ukochaną, jak zacząłem każdego dnia myśleć o Mackenzie. Widok bogini miłości mnie rozwścieczył. Poskromiłem jednak chęć wyrzucenia jej za drzwi i podszedłem do obu postaci.
— Co ty tutaj robisz?— spytałem zimno. Mój głos rozbrzmiał złowrogo w pustym pomieszczeniu. Kobieta podniosła na mnie swoje ciemnobrązowe oczy ze złotymi plamkami. Ich prawowita właścicielka spała, a jej włosy rozrzucone były na szorstkiej, szarawej poduszce. Afrodyta uśmiechnęła się kojąco, po czym znowu spojrzała na Mackenzie.
— Oboje tak wiele przeszliście — powiedziała, nachylając się nad Kenz i odgarniając pasmo włosów z jej twarzy. — Próbowałam zapobiec jej cierpieniu. Nie potrafiłam jednak ujarzmić gniewu bogów. Zawiodłam was oboje.
— O czym ty mówisz? — wycedziłem, powstrzymując się od upomnienia Afrodyty, by nie jej nie dotykała. Kobieta spojrzała na mnie. Ze zdziwieniem uświadomiłem sobie, że jej oczy są pełne łez.
— Bogowie domagali się kary — wyszeptała. — Ty już swoją odbyłeś. Miałeś złamane serce, ale walczyłeś jak prawdziwy heros. Zmagałeś się z potworami, które czaiły się w twoim umyśle, jak i z tymi, w których celowałeś ostrze swego miecza. Pomogłeś Obozowi znów stanąć na nogi po ranie, której sam mu zadałeś. Natomiast Mackenzie nie robiła nic. Żyła jak śmiertelniczka, chodząc na studia i walcząc z depresją oraz stanami lękowymi. To nie wystarczyło. Musiała ponieść fizyczne cierpienie. Musiała poczuć wszystkie rany, które zadała swoim przyjaciołom. Musiała krwawić krwią swych ofiar. Musiała poczuć ból odrzucenia oraz straty i smak śmierci.
Poczułem, jak nienawiść wypełnia mój umysł. Oni to jej zrobili. Afrodyta pokręciła głową, jakby czytała w moich myślach.
— Nie, moje serduszko. Zemsta nic nie da. A poza tym... nie tak to planowali. Tu zadziała jakaś inna siła. Wykorzystali moment, ale to nie my doprowadziliśmy ją do tego stanu. Musisz nam wybaczyć. Obydwoje znieważyliście bogów i musieliście ponieść konsekwencje. Wasza walka się jeszcze nie skończyła. Ale mam nadzieje, że odniesiecie sukces. Że się nie poddacie.
Odwróciłem wzrok w drugą stronę, gdy Afrodyta ocierała łzy. Po chwili się opanowała i ścisnęła rękę Mackenzie w matczynym geście.
— Wiesz, tylko tym masz siłę, by ją ogrzać — powiedziała tajemniczo. — Ten płomień, który nosisz w sercu, jest dużo potężniejszy od tego, który potrafisz wzniecić rękoma. Nie pozwól, by ktokolwiek próbował go ugasić.
Nachyliła się ponownie nad Mackenzie, lecz tym razem złożyła na czole dziewczyny delikatny pocałunek. Wyszeptała coś pod nosem, co brzmiało jak zaklęcie i wstała z łóżka. Spojrzała na mnie, gdy zagubiony stałem z rękoma wepchniętymi w kieszenie bluzy i uśmiechnęła się melancholijnie.
— Żegnaj, Leonie Valdez — odpowiedziała cicho. Drgnąłem. Czyżby nigdy już jej miałem nie zobaczyć? Afrodyta kiwnęła smutno głową, czytając w moich myślach. — Wiem, że to wszystko boli. I będziesz jeszcze parę razy dotkliwie zraniony. Nic na to nie poradzę. Lecz pamiętaj o tym wewnętrznym ogniu. Pamiętaj, że miłość jest najlepszą obroną, atakiem i lekarstwem. Proszę cię... nie pozwól drugi raz jej odejść. Bez niej już nigdy nie poczujesz smaku prawdziwego szczęścia. Jest twoim amuletem. Może Helena i Parys nie żyli długo oraz szczęśliwie. Wy jednak nimi nie jesteście. Kochaj ją tak, jakby jutro nie miało nadejść. Macie moje błogosławieństwo, cokolwiek dla was Fatum przygotowało. Żegnaj, mój mały Płomyczku.
Przyglądałem się, jak rozpływa się w mgłę, pozostawiając po sobie białe smugi dymu, zapach róż i cynamonu. Spojrzałem na postać dziewczyny, która równomiernie oddychała i była pogrążona w głębokim śnie. Nieświadoma tego, że nasze losy prawdopodobnie na zawsze zostały splecione.


— Ile widzisz palców? — spytał Tim, machając przed jej nosem swoją ręką.
— Dwa — odpowiedziała beznamiętnie i cicho.
— Jak wabi się twój pies?
— Audrey.
— Ulubiony smak lodów?
— Czekoladowy.
— Pierwsze słowo? — zapytał chłopak. Wymamrotała coś cicho, więc musiał się nachylić, by usłyszeć odpowiedź.
Tim zapisał coś na swojej podstawce, nagrodził swoją pacjentkę ciepłym uśmiechem, po czym podszedł do mnie i Juliet. Staliśmy w kącie, obserwując dziewczynę i nie odzywając się do siebie ani słowem. Tim zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się co powiedzieć. Mackenzie postawiła nogi w pełnych i ciepłych butach na posadzce. Przyglądała się im zafascynowana, jak małe dziecko.
— Wygląda na to, że wraca do siebie — powiedział ostrożnie, nie chcąc robić nam nadziei. — Pamięta wszystkie szczegóły normalnego życia. Niepokoi mnie jednak jej temperatura. Mówi, że ciągle jej zimno.
— Postaram się, by była ciepło ubrana i piła dużo herbaty — odpowiedziała Juliet błyskawicznie. Ja się nie odzywałem, wpatrując się w Mackenzie zatroskanym wzrokiem.
— Myślę, że może już wyjść. Niech przychodzi codziennie rano po śniadaniu na badanie i rehabilitacje. Dość długo leżała i musi zaznać dość ruchu. Niech się nie przemęcza i dużo śpi.
— Będę jej pilnować — przyrzekła jej siostra, zrzucając mi spojrzenie, którego nie mogłem rozszyfrować, po czym podeszła do brunetki i pomogła jej wstać. Mackenzie chwyciła jej dłoń i podniosła się, chwiejąc na nogach. Stawiała kroki ostrożnie i tylko raz, gdy wychodziły, jej wzrok padł na mnie. Wstrzymałem oddech, tak jak ona, ale po chwili Juliet zaczęła paplać i zniszczyła tą sekundę porozumienia. Tim jeszcze przez chwilę stał przy mnie po ich wyjściu, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zrezygnował. Zanim odszedł, zerknąłem na notatki naszego obozowego lekarza. Pod pytaniem "Pierwsze słowo?" widniało moje imię.



Dni upływały. Nie widziałem się przez ten czas często z Mackenzie, co rozdzierało moje serce, lecz nic na to nie mogłem poradzić. Szukałem pocieszenia w osobie Lisette, lecz ta robiła się z dnia na dzień coraz bardziej skryta i mało rozmowna. Ja sam nie miałem ochoty na dyskusje, przeżywając od nowa detale związane z rozmową z Afrodytą. Analizowałem jej słowa, starałem się je zinterpretować i szukać rozwiązania. Pozostało mi jedynie tylko czekać, aż upłynie wystarczająco dużo czasu i Mackenzie znów zacznie śmiać się i żartować, tak jak dawniej.
Często była zamyślona. Uśmiechała się, lecz uśmiech nie obejmował jej oczu. Były zimne i smutne, jak u matki, która straciła długo wyczekiwane dziecko. Chodziła ubrana niczym podczas zimy. Jej twarz była blada i usta wyschnięte, niby po długiej i ciężkiej chorobie. Była na kształt kwiatu, którego się nie podlewało.
Szedłem u boku Lisette, zmierzając nad morze. Przechodziliśmy obok domków i w pewnym momencie stanąłem. Uświadomiłem sobie, że musiałem z nią porozmawiać. Nie chodziło tu o mnie; niedługo Mackenzie powinna wrócić na studia. Powinna zacząć myśleć o powrocie na University of Pennsylvania, do Sharmili i Daniela. Nie chciałem się z nią rozstawiać, jednak jej dobro przewyższało nad wszystkim. Musiałem porozmawiać z nią o jej tacie i Grace.
Lisette zatrzymała się i spojrzała na mnie z pytaniem w oczach. Przełknąłem ślinę.
— Liz, muszę pozmawiać z Mackenzie. Czy...
— Oczywiście — przerwała mi i próbowała się szczerze uśmiechnąć. Kiwnąłem głową i ruszyliśmy w stronę Domku 4. Poczułem zapach róż, które kwitły i zasłaniały taras domku. Wszedłem po schodkach i zauważyłem Mackenzie. Siedziała na niskiej sofie, na której dzieci Demeter spędzały wieczory, pijąc gorące napoje. Mackenzie była ubrana w czarny golf, a jej nogi były przykryte grubym kocem. Było ponad dwadzieścia pięć stopni, a ona czuła się jak w jesienny dzień, pijąc herbatę i czytając książkę położoną na kolanach. Odchrząknąłem, a dziewczyna wtedy podniosła wzrok.
— Mogę ci przeszkodzić? — zapytałem. Brunetka zamknęła książkę, położyła ją obok siebie, tak jak kubek z herbatą i kiwnęła głową. Podszedłem bliżej. — Zrobiłem parę rzeczy, kiedy cię nie było i chce ci o tym powiedzieć.
Ukląkłem przed nią. Czarny golf kontrastował z jej nadnaturalną bladością. To była nasza pierwsza rozmowa sam na sam. Denerwowałem się.
— Kiedy... spałaś, pomyślałem, że muszę zawiadomić twojego tatę o tym, co się stało. Chciał przyjechać z drugiego końca kontynentu, lecz go uspokoiłem. Zaraz, gdy odzyskałaś przytomność, zadzwoniłem do niego. Prosił, że gdy tylko będziesz czuć się na siłach, byś skontaktowała się z nim i Grace. Martwią się o ciebie. Jeśli chcesz, mogę wysłać kogoś po jakieś ciepłe ubrania dla ciebie.
Mackenzie się nie odzywała. Jej usta nieco się rozchyliły, a oczy zaszkliły. Zignorowałem tą chwilę słabości i kontynuowałem.
— Jest połowa września — oznajmiłem. — Niedługo będziesz musiała wrócić na University of Pennsylvania. Użyłem twojej komórki, przepraszam cię za to, ale musiałem. Nie miałem numeru twojego taty. I wtedy zadzwoniła niejaka Sharmila. Po krótkim wstępie, gdzie zostałem wyzwany od cholernych, seksistowskich świń oraz nastraszony morderstwem mojej osoby, dowiedziałem się niektórych szczegółów. Spisałem je, później ci je przyniosę. Zapowiada się wspaniały semestr.
Zabrzmiałem niezwykle optymistycznie. Aż sam byłem pod wrażeniem. Mackenzie nachyliła się w moją stronę. Dotknęła mojego prawego policzka zimną dłonią, a na drugim złożyła pocałunek. Jej usta były ciepłe. Przymknąłem oczy, rozkoszując się tą chwilą, zapachem jej włosów i bliskością. Nie odsunęła się. Chwyciłem ciepłą dłonią za jej palce i przyciągnąłem jej dłoń mocniej do mojego policzka.
— Dziękuję ci — wydeptała cicho. Jej ciepły oddech załaskotał mnie w ucho. — Za wszystko.
— Potrzebujesz jeszcze czegoś? — spytałem, chcąc, by ta scena trwała wiecznie. Szeptaliśmy jak dwoje kochanków, którzy mają wielki sekret.
— Nie — odparła, prostując się. Oderwałem jej zimną dłoń od swojego policzka i złożyłem na wewnętrznej stronie miękki pocałunek.
— No to ja idę — odpowiedziałem. Obdarzyła mnie wzruszonym uśmiechem i zagięła dłoń w pięść. Jej wzrok miał jednak w sobie coś gorzkiego. Jakby miała przekazać swojemu bratu, że nie przyjęli go do wymarzonej szkoły.


— Chce z tobą porozmawiać — oznajmiła. Podniosłem głowę i zobaczyłem, jak stoi nade mną z zaciętą miną i wepchniętymi dłoniami w kieszeń bluzy swojego uniwersytetu.
Siedziałem w salonie Wielkiego Domu, poprawiając projekty mojego młodszego brata. Chłopak miał wielką wyobraźnie, lecz nie przywiązywał wagi do liczb. Pisał na oko, ja to się fachowo wyraził. Może już nie pełniłem funkcji grupowego domku, ale nadal byłem tym najstarszym, wszystko wiedzącym bratem i pomaganie rodzeństwu sprawiało mi przyjemność. Widzieli we mnie autorytet, po mimo tego, że poświęcałem im zdecydowanie mniej czasu.
Uśmiechnąłem się do niej.
— Tutaj czy gdzieś na osobności? — dopytałem się.
— Na osobności.
Położyłem papiery na niskim stoliku i skinąłem, by poszła za mną. Mackenzie posłusznie ruszyła, trzymając się nieco z tyłu. Skierowaliśmy się do mojego pokoju, który Iris zgodziła się przeznaczyć na moją sypialnie, gdy czuwałem nad Lisette. Nie spędzałem tutaj dużo czasu. Byłem przyzwyczajony do dzielenia pokoju razem z licznym rodzeństwem. Tutaj było zbyt cicho, zbyt spokojnie i czysto. Chętnie wrócił bym do mojego prawdziwego łóżka w Domku 9. Ale obiecałem Liz, że zawsze będę blisko. Kogo jak kogo, jej nie mogłem zawieść.
Mackenzie stanęła niedaleko okna i wzięła głęboki wdech, jakby gotowała się do skoku na głęboką wodę. Stanąłem z zaplecionym na piersi rękoma, ponad dwa metry od niej. Dziewczyna zamknęła oczy i wyrzuciła z siebie:
— Jestem superszczurem.
— Superszczurem? — powtórzyłem po niej tą dziwną nazwę, która perfekcyjnie pasowałby do czarnego charakteru kreskówki dla dzieci. Brunetka kiwnęła głową z poważną miną.
— Tak. Superszczurem w przebraniu tchórzliwej myszki. Może myszoskoczka.
— Myszoskoczka?
Mackenzie uśmiechnęła się cierpko.
— Nie kupujesz metafory, nie?
— Nie bardzo — przyznałem.
Brunetka się zmieniła. Od tego czasu, gdy wzbudziła się ze śpiączki, była zupełnie inną osobą. Nie, to nie było dobre określenie. Była Mackenzie Atkinson w każdym calu. Straciła jednak jakiekolwiek hamulce, które były tak charakterystyczne odkąd wróciła. Była teraz prostolinijna i szczera. Mówiła na głos to, co należało przemilczeć. Gdy po raz pierwszy ją usłyszałem, byłem w niemałym szoku. I dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, kogo mi przypominała. Lisette. Z tym jej dziecięcym postrzeganiem świata. I byłem prawie pewny, że to, co zaraz powie, nie będzie kłamstwem lub naciąganą prawdą. I że zapewne po raz kolejny mnie zrani.
— Nie zasługuje na ciebie — zaczęła cicho. — Przestań mnie kochać, bo ja na to nie zasługuje.
Wbrew sobie się uśmiechnąłem.
— Żartujesz sobie?
— Jestem śmiertelne poważna — oznajmiła i na chwilę zapadła cisza. — Traktowałam cię okropnie, choć wcale tego nie zamierzałam. Łamałam ci serce raz za razem. I boję się, że znów to zrobię. Nie chcę tego. Więc najlepiej jeśli...
— Jeśli co? — dopytałem się, bo się zawahała.
— Jeśli o mnie zapomnisz — dokończyła.
Czułem się, jakbym wszedł do sali kinowej w połowie trwania filmu. Obrazy się przesuwały, ale nie pojmowałem ich sensu. Widziałem, że porusza ustami, ale żaden dźwięk, którym bym zrozumiał, ich nie opuścił.
— Ty nic nie słyszałaś, prawda? — spytałem, czując suchość w ustach. — Przy łóżku. Dlatego tak mówisz.
— Nie, Leo — zaprzeczyła i zamrugała nieco zdziwiona, bo nie miała pojęcia, o co mi chodziło. — Mówię to, bo chcę, byś był szczęśliwy. Z kimś takim jak Lisette. Z kimś, kto nigdy cię nieumyślnie i głupio nie zrani. Ja nie mogę ci tego obiecać.
Westchnąłem i przeczesałem palcami włosy. Przysięgam, kobiety mnie kiedyś wykończą, a ta mała istotka była bardzo blisko zaproszenia mnie do Podziemia.
— Dlaczego ja zawsze muszę o ciebie walczyć? — wymamrotałem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej. — Jeśli nie z całą armią wroga, to z tobą we własnej osobie. Nie zależy ci na mnie?
Spojrzała na mnie swoimi ciemnymi oczami ze złotymi plamkami.
— Zależy. Nawet bardzo — przyznała. — Ale ty masz mnie za starą Mackenzie, którą zniszczyła wojna, cierpienie i ból. Idealizujesz mnie, a potem wściekasz się, że twoje wyobrażenie nie odpowiada rzeczywistości. A ja jestem zupełnie inną osobą, za jaką mnie masz.
— Oddałem ci wszystko — powiedziałem, powoli dobierając słowa. — Moje serce. Poświęciłem i naraziłem życie swoje i innych osób. Przez ciebie splamiłem swoje ręce krwią. Pozwoliłem, byś mnie raniła raz za razem i bawiła się mną jak szmacianą lalką. I mam po tym wszystkim tak po prostu sobie dać spokój?
— Przyznałeś, że cię ranię. Czemu po prostu nie opuścisz?
— Bo cię kocham, ty skończona idiotko! Oświadczył bym ci się w tej chwili, gdym miał pewność, że nie odeślesz mnie z kwitkiem.
— Przestań — odpowiedziała, przymykają oczy, jakby siła moich słów ją poraziła.
— Nie przestanę — rzekłem buńczucznie. — Ty sama nie wiesz, jak masz kombinować, co? Robisz co w twojej mocy, byle żeby się przed sobą nie przyznać.
— Że cię kocham? — dopowiedziała. — I muszę podjąć decyzję, czy mam wybrać moje normalne życie i tęsknić za tobą jak narkomanka, czy też rzucić w cholerę cały dobytek i uciec z tobą?
— Nie każę ci wybierać — odpowiedziałem, zdziwiony jej postrzeganiem całej sytuacji.
— Ale ja i tak muszę to zrobić.
— I masz nadzieję, że powiem ci, że nic do ciebie nie czuję, byś odeszła bez poczucia winy?
— I tym razem tylko z jednym złamanym sercem — dokończyła cicho, spuszczając wzrok. Zapadła cisza, która ciążyła nam obojgu. Mackenzie miała minę współczującego lekarza, który musi poinformować rodziców, że ich dziecko nie przeżyło operacji. Ja byłem wstrząśnięty tym, co powiedziała. Myślałem, że była po prostu kapryśna. A ona podejmowała decyzję na całe życie. Nie chciała być herosem, jednakowoż nie zniosłaby pozostawienia mnie tutaj. A zapomnieć swoje dawne, beztroskie życie? Raczej nierealne.
— Lisette nie mogłaby cię zastąpić — oznajmiłem jej, przerywając ciszę. — Ani ona, ani jakakolwiek inna kobieta.
— Tak ci się tylko wydaje — odpowiedziała z nutą cierpienia w głosie. — Ale w końcu się pojawi. Będzie cię słuchać. Będzie wyrozumiała, łagodna i dobra. Nigdy cię nie skrzywdzi, tak, jak ja to zrobiłam. Pokochasz ją całym sercem, zobaczysz.
Uśmiechnąłem się smutno.
— Nie będę nawet na nią długo czekać, bo jedyna, z którą chcę spędzić swoje życie, właśnie przede mną stoi. — Podniosła głowę, zaciskając usta. — Nie zakochałem się od ponad trzech lat w kimś innym. Byłaś tylko ty. Zrozum, że na zawsze tak zostanie.
— Złamałam ci serce. Zraniłam. Ja nie mogę... Nie mogę przestań myśleć...
— Więc się postaraj. W tym właśnie tkwi problem. Przestań w końcu myśleć i zagłuszać szept serca. Daj mu dojść do głosu. Ono cię nigdy nie okłamie.
Milczała. Jej zaszklone oczy wpatrywały się w moją twarz, a ona objęła się ramionami, jakby jej było zimno. Stała tak dobrą chwilę, zanim zacząłem się niepokoić.
— Mackenzie?
— Przepraszam, Leo. Nie potrafię.
Pociągnęła nosem i zrobiła krok w kierunku wyjścia.
Chwyciłem się ostatniej, rozpaczliwej deski ratunku, by ja zatrzymać w moim życiu. Gdy prawie dotarła do drzwi, chwyciłem ją delikatnie za rękę i odwróciłem w moją stronę. Nie potrafiłem tak po prostu pozwolić jej odejść. Już raz popełniłem ten błąd i nie zamierzałem go powtórzyć.
— Mackenzie — wyszeptałem, jak do strachliwego i tchórzliwego zwierzęcia. — Nie naciskam na ciebie. Nie pragnę, byś podjęła decyzję w tym monecie. Tylko posłuchaj mnie i nie przerywaj — dokończyłem zdanie szybko, bo widziałem, że chce coś powiedzieć. — Mówiłaś, że jesteś zmęczona tymi kłamstwami i intrygami. Że pragniesz tylko spokoju. Jeśli... jeśli się zdecydujesz i zostaniesz... ze mną, ja...
Głos mi się załamał i nie potrafiłem sformułować myśli i wypowiedzieć ich na głos.
— Opuścisz obóz? — dopytała się z nutą zdziwienia w głosie. — Przecież to miejsce to całe twoje życie.
Spojrzałem jej głęboko w oczy i oznajmiłem cicho oraz dobitnie.
— Tak samo jak ty. Pragnę cię, Mackenzie. Pragnę cię całym sobą i jeśli miałbym spędzić całą wieczność na Polach Kary, byleby teraz być z tobą, zgodziłbym się bez mrugnięcia oka.
Milczała. Nie była w stanie wydać żadnego dźwięku. Znaleźć odpowiedzi. Podać mi kontrargumentów. Więc po prostu delikatnie wyswobodziła palce z mojego dotyku i wyszła. Pozostał tylko jej delikatny zapach perfum.

□ 

Wiecie, że w przyszłym rozdziale poznamy odpowiedz Mackenzie?

Ja osobiście uwielbiam ten rozdział, bo to chyba pierwsza szczera rozmowa bez wyzywań, krzyków, która kończy się płaczem lub pocałunkiem. Ona powiedziała mu, o co jej naprawdę chodzi i myślę, że Leo ją zrozumiał. Teraz pozostaje mu (i Wam) czekać tydzień, by dowidzieć się, czy odpowiedź będzie brzmiała "TAK" czy "NIE".

Ja osobiście jestem tak tym przejęta, że chyba się rozpłaczę, choć znam odpowiedź. Za dwa tygodnie będzie finał, a później jeszcze jeden rozdział po finale, który wszystko uporządkuje.

Widzicie? Wszystko zmierza ku końcowi. Przynajmniej historia Mackenzie i Leo. Trudno mi się z nią rozstawać, ale będzie kolejna. Moja pierwsza książka.

Obiecywałam Wam, że niedługo dodam szczegóły powieści, nad którą pracuję. I wydaje mi się, że mace dość emocji, ale liczę na chwilę attention zanim zjecie mnie w komentarzach.

1. Książka będzie publikowana na koncie justeeneruston na wttpadzie. W tym miejscu chcę Wam przedstawić mój nowy pseudonim literacki. Dlaczego zmieniam konto? Joylitte to mój pseudonim, pod którym pisałam fanfictions. To taki mój mały rodzaj inicjacji: z uczącej się pisać na fanfiction dziewczynki w kogoś, kto podchodzi do swojej pasji poważnie i profesjonalnie.

2. Specjalne spojlery, filmiki, zdjęcia będą udostępniane na instagramie justeeneruston i twittera: justeeneruston. Będę tam dodawać cytaty i dokumentować swój postęp (stan na teraz: prolog + 6 rozdziałów, każdy ponad 3000 słów, czyli spisałam jakieś 44 strony).

3. Książka będzie poruszała problem dyskryminacji kobiet, homoseksualizmu oraz moralności opartej na wierze katolickiej. Kiedy zaczęłam pisać, przysięgłam sobie, ze kiedyś napiszę coś, co wniesie jakieś wartości i nie zniknie w tłumie. To będzie bardzo kontrowersyjna książka. I to wszystko w czasach sukien, królestw, księżniczek i rycerzy! No, może nie zupełnie, bo stworzyłam kultury i państwa, które nie istniały nigdy i dynastię, która... oj, coś za dużo. W każdym razie: to będzie kontrowersyjna książką, pełna intryg, miłości i gier politycznych. Nie mogę się doczekać, by odsłonić jej nieco więcej.

4. Premiera planowana jest na 1 lipca 2017 roku na wattpadzie i bloggerze. To będzie miesiąc po zakończeniu "Opętanej", ale chcę, byście byli na bieżąco.

No to do następnego.

ps. " Bo cię kocham, ty skończona idiotko!". Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, bo on się jej tak trochę nieświadomie oświadczył, ok...........

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis