sobota, 27 maja 2017

Rozdział XLVII - Ostatni promień słońca


Zaciskałam z bólu zęby. Kostka zapewne była złamana, a w najlepszym razie skręcona. Ja to mam szczęście.
Wspierając się na grubych pniach drzew, podniosłam się i ruszyłam przed siebie. Starałam się jak najrzadziej stawać na uszkodzonej nodze. Słyszałam krzyk. Nie mogłam tak po prostu sobie siedzieć i nie wiedzieć, co się dzieje. Przeżyłam gorsze chwile. Ten ból w porównaniu z innymi był niczym. To nie sprawiało jednak, że stał się mniej nieznośny.
Oddychałam ciężko i płytko. Dam sobie radę. Ból istnieje tylko w twojej głowie. Skierowałam się tam, gdzie zniknął Leo kilkanaście minut temu. Poruszałam się wolno, jak przejechane zwierze, któremu żebro przebiło płuco. Wolno, jednak uparcie do przodu.
Usłyszałam szum fal. Poczułam zapach morza. I to powiedziało mi, że muszę być blisko.
Wkrótce wynurzyłam się z ciemnego lasu. Zapierający dech w piersiach widok. Ugryziony księżyc. Tysiące gwiazd. I urwisko, na którego krawędzi siedział Leo, jakby podziwiał piękno oceanu.
Sam. Bez Lisette.
Coś wybuchło w mojej piersi. Oparłam się o najbliższe drzewo, czując zawroty głowy. Zacisnęłam powieki. Zatkałam usta dłonią, by nie wybuchnąć histerycznym płaczem. Zrozumiałam wszystko, jedynie patrząc na tę smutną scenę. Nie potrzebowałam żadnych słów. Prócz jednego.
Nie. Nie.
Zdusiłam w sobie żal. Zdławiłam poczucie bezsilności. Zacisnęłam zęby i pokuśtykałam w stronę chłopaka, po miękkiej, skropionej rosą trawie. Jedynie szum fal i cykanie świerszczy były jedyną muzyką. Usiadłam na krawędzi, machając w powietrzu nogami. Zatrzasnęłam w małej szufladzie cały ból, zamknęłam ją na kluczyk i wyrzuciłam go.
Leo wpatrywał się z uchylonymi wargami i pustym wzrokiem w fale rozbijające się o skarpę. Poczułam suchość w ustach. Chłopak siedział zgarbiony. Pozbawiony życia. Chciał kontrolować to, co w nim teraz się działo. To nie było możliwe. Żalu nie da się kontrolować. Trzeba go wykrzyczeć. Wypłakać. Cierpieć na głos, inaczej każdy most się załamie. Trzeba być dzielnym, będąc słabym.
Objęłam go. Położył głowę na moim ramieniu, nie protestując i objął mnie w szczupłej tali. Jak mały chłopiec. I wkrótce zaczął płakać. Oparłam policzek na jego głowie i wpatrywałam się w horyzont. Miejsce, gdzie bezkresny i bezlitosny ocean stykał się z gwiazdami.
Widok, którego Ona nie miała już nigdy zobaczyć.
I tak trwaliśmy. Moje palce skostniały z zimna. Ból w kostce był tylko tępym i odległym wspomnieniem, które trwało, jakby uwiecznione na czarno-białej fotografii. Jego ciepłe łzy na mojej szyi. Bezgłośny szloch, który wstrząsał jego ciałem.
I tak trawiliśmy, aż horyzont zaczął zmieniać barwę i gwiazdy zniknęły. Najpierw blada, niebieska poświata, zaczęła wpełzać na niebo. Potem zrobiła się zielona. Różowawa. Czerwona. I promienie słoneczne zaświeciły na korony drzew, potem padły na moją twarz z zaschniętymi łzami. Pierwszy dzień nastał, pozbawiony kolejnej niesamowitej osoby, której głosu i śmiechu nigdy nie ujrzymy.
Świat istniał nadal.


Percy wynurzył się z morskich fal, trzymając w ramionach kruchą i pozbawioną życia blond dziewczynę.
Podał ją Leonowi, który stał na rozgrzanym słońcem piasku. Chwile po prostu patrzył się na jej marmurową twarz. Uśmiechała się. Odeszła szczęśliwa. Wolna. Dopiero gdy przyjaciel odszedł, poczuł, jak ciężar spadł na jego ramiona i zwalił go z nóg. Osunął się na kolana, kołysząc w swoich ramionach bezładne ciało. Zanurzył się w swoim żalu. Chłopak, który nigdy nie pokazywał swoich ran, zakrywając je kiepskimi żartami, właśnie się załamał. Nie mógł już dłużej grać. Bo gra się skończyła. Został tylko gorzki smak porażki.
Percy położył dłoń na moim ramieniu i pokręcił głową, gdy chciałam ruszyć w stronę Valdeza.
— Nie. Daj mu spokój.
— Nie mogę — odpowiedziałam, łamiącym się głosem.
— Niech cierpi — poczuł mnie. Spojrzałam na niego zrezygnowanym wzrokiem. — To jego pożegnanie. Musi sam przez to przejść. To jego ciężar. Znał ryzyko, Mackenzie. Jest silny. Poradzi sobie. Tylko musi to zrobić sam. Później będziesz miała mnóstwo czasu, by być przy nim. Teraz zostaw go samego.
Chwycił mnie za nadgarstek. Moja stopa była już w porządku. Tim mi ją nastawił i chciał nakładać opatrunek. Poprosiłam o ambrozję. Nie chciałam cierpieć. Miałam dość. Chciałam się położyć. Byłam wyczerpana psychicznie, lecz nie potrafiłam tego zrobić. Nie potrafiłam przestać myśleć, co można jeszcze zrobić. Percy pociągnął mnie za sobą. Objęłam go za ramię i czerpałam otuchę z jego bliskości. Wiedziałam, że wyglądam okropnie. Byłam głodna, lecz czułam mdłości i nic nie potrafiłam przełknąć. Było mi zimno, lecz nie potrafiłam usiedzieć pod ciepłym kocem. Czułam się samotna, lecz nie chciałam towarzystwa żadnych osób. Czułam się pusta. Pusta.
— Potrzebuje twojej pomocy — oznajmiłam mu cicho i prostolinijnie. Percy kiwnął głową. Wzięłam głęboki oddech. — Chcę porozmawiać z Persefoną.
Chłopak stanął i wbił we mnie nieco zezłoszczone spojrzenie. Odwzajemniłam mu się tym wypranym z emocji i zmęczonym wyrazem twarzy.
— Zwariowałaś? Mało masz zmartwień na głowie? Nic nie jest za darmo, Mackenzie. Będzie chciała zapłaty, a cena może być zbyt wysoka. Możesz jej nie udźwignąć.
— Chcę porozmawiać z Persefoną — powtórzyłam bezbarwnym głosem. Percy wpatrywał się we mnie z zaciśniętymi ustami, lecz po chwili skierował się w stronę obozowych domków. Podążyłam za nim, splatając swoje zimne palce z jego ciepłymi.
Weszliśmy do jego domku. Byłam tu tylko jeden raz, gdy było ciemno i nie zauważyłam za wiele detali. Teraz też się szczególnie nie rozglądałam. Utkwiłam wzrok w kamiennej misie, do której wpływała wstęga wody, wypływająca ze ściany. W powietrzu uniosła się mgiełka i tęcza. Percy odsunął jedną ze szuflad i wyciągnął złotą drachmę. Podał ją mi, a sam odsuną się daleko pod okno. Sama stanęłam przed mgłą i rzuciłam w nią pieniążek, mówiąc:
— Bogini Iris, przyjmij mą ofiarę. — Drachma zamigotała i zniknęła. — Pokaż mi Persefonę.
Obraz wyostrzył się i wkrótce moim oczom ukazała się piękna i młoda kobieta. Trzymała w rękach złoty puchar i była zamyślona, przynajmniej do tego czasu, gdy mnie zobaczyła. Wtedy wypuściła rzecz z rąk i pisnęła zaskoczona. Wino rozlało się na jej białej sukni, a ona zmarszczyła nos zezłoszczona.
— Mackenzie — warknęła na powitanie. Nie uśmiechnęłam się. — Czego chcesz?
— Prosić cię o przysługę— odpowiedziałam prosto. Uśmiechnęła się drapieżnie.
— To będzie kosztować — mruknęła, strzelając palcami. Plama na jej sukni znikła.
— Wiem. Podaj swoją cenę.
Kobieta zamyśliła się. Wiedziałam, że już ją zna. Chciała jednak sprawiać wrażenie, że się zastanawia. Nie wiedziałam tylko, po co. Nie obchodziło mnie to, jak wypada w moich oczach. Nic mnie nie obchodziło.
— Chcę kawałek Mgły, którą ochrania cię nasza matka — odpowiedziała. Percy mruknął coś pod nosem. Zignorowałam go. — To nic osobistego. Chcę, by mój kochanek mnie od czasu do czasu odwiedzał. A twoja Mgła jest dostatecznie silna, by uczynić cię zwykłą śmiertelniczką. A jego może ochronić przed niepożądanymi spojrzeniami. Od czasu do czasu będziesz musiała pomachać mieczem i odgonić jakiegoś zaślinionego potworka.
Kiwnęłam głową, zgadzając się bezgłośnie. Persefona rozpromieniła się. Poczułam chłód na skórze. Tak, jakbym ściągnęła sweter w zimowy dzień i została w samym podkoszulku. Po chwili uczucie minęło i pozostał tylko dyskomfort. Nie skrzywiłam się ani razu.
— Wczoraj w nocy zginęła pewna blondynka — zaczęłam bez zbędnych wstępów. — Nazywała się Lisette Marie Evans. Chcę, by jej dusza była łagodnie osądzona. To nie z jej winy miała takie życie, jakie wiodła. Świadomie nie skrzywdziłaby nawet muchy.
— Nie mam władzy nad umarłymi — odpowiedziała po chwili przerwy.
— Nieprawda — zaprzeczyłam. W oczach brunetki błysnęła iskra zdenerwowania. — Jesteś Panią Podziemia. Twoim mężem jest Hades. Wstawisz się u niego. Proszę, Persefono. Dla ciebie to przecież nic wielkiego. A dla mnie ma ogromne znaczenie.
Kobieta westchnęła, jakby przyjmowała na swoje barki kolejny przykry obowiązek. A przecież to było nic. Była tylko zajęta piciem wina i myśleniem, jak by tu przemycić kochanka do własnego łoża. Po raz pierwszy zobaczyłam swoją siostrę w egoistycznej odsłonie: jako ukochaną córkę matki, rozpieszczonej do niemożliwości.
— Dobrze, zrobię to — powiedziała, wyświadczając mi wielką łaskę. — I dam ci znać.
Jej obraz się zamazał. Wkrótce stałam, gapiąc się w wodę, która spływała po ścianie domku dzieci Posejdona.


Zapadał zmrok. Cisza zawisła nad Obozem Herosów. Nikt się nie śmiał. Nikt nie śpiewał. Ognisko, które płonęło każdego wieczora, nie grzało obozowiczów swoim ciepłem. Pozostało tylko zimno. I spokój.
Całun był biały. Dzieci Ateny złotymi nićmi wyszyły stokrotki. Fale morza. Słowa w starożytnym języku, zapewniające, że dusza była czysta i kochająca. Tysiące wzorów błyszczało w świetle zachodzącego słońca. Był tak piękny, że zapierał dech. I to powodowało, że czułam drapanie w gardle za każdym razem, gdy na niego patrzyłam.
W środku było ciało. Pięknej blondynki, która na zawsze miała mieć osiemnaście lat. Jej niesamowite oczy były zamknięte. Usta rozciągnięte w delikatnym uśmiechu. Jakby spała i śniła piękne marzenia, które nie miały się spełnić. Na głowie założono jej wianek ze stokrotek z najpiękniejszych kwiatów, jakie potrafiły stworzyć dzieci Demeter.
Nikt się nie odzywał. Nikt nie był w stanie.
Chwyciłam za nadgarstek Leona, a raczej jego cień. Jego rysy były jak wyrzeźbione w kamieniu. Nie zdradzały emocji. Nie dawał po sobie poznać, czy czuje cokolwiek. W milczeniu żegnał się z przyjaciółką, która nauczyła go cieszyć się z życia.
— Powinieneś coś powiedzieć — zaczęłam cicho. Leo powoli pokręcił głową. Nie potrafił nadać swoim myślom kształtu. Bał się, że głos go zawiedzie. — Zrobić to za ciebie?
Kiwnął głową. Tylko tyle. Prawie niedostrzegalny gest. Zamknęłam oczy. Słowa pojawiały się w moim umyśle, jakbym pisała je na kartce. Wypływały ze mnie, jakby były krwią z otwartej rany. Wzięłam głęboki, drżący oddech. Puściłam nadgarstek Leona i zrobiłam krok do przodu, stając obok stosu pogrzebowego. Niektórzy na mnie spojrzeli. Większość się jednak nie poruszyła, nadal wpatrując się w ziemię. Pogrążeni w modlitwie do własnych bogów.
— Lisette Evans każdego z tu obecnych nauczyła czegoś innego — zaczęłam cichym, pewnym głosem. — Była jak promień słońca po długiej ulewie. Uczyła, że zawsze jest nadzieja. Patrzyła na świat, jakby widziała go po raz pierwszy. Pełna zachwytu nad jego doskonałością. Nauczyła, by żyć chwilą, bo w następnej może nas zabraknąć. By cieszyć się tym, co mamy i nie zważać na rany, które ponieśliśmy. Miała w sobie pasję życia, której wielu z nas brakuje. Potrafiła jednym uśmiechem sprawić, by dzień stał się lepszy. Nie ważne, ile razy upadliśmy. Ważne, by się podnieść po porażce. Bo walczymy do tej chwili, gdy przestajemy próbować. Każdemu z nas oddała kawałek serca. Pokochaliśmy ją miłością bezwarunkową. Oswoiła nas, tak jak Mały Książę oswoił Lisa. Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś. Na zawsze. Dlatego nigdy jej nie zapomnimy. Nie zapomnimy, jak tańczyła w deszczu. Nie zapomnimy, jak bawiła się w berka, biegając wokół ogniska. Nie zapomnimy kwiatów, które zdobiły jej głowę. Nie zapomnimy iskry radości w jej oczach. Zapominając, stracilibyśmy część siebie. A nikt nas nie jest w stanie tego zrobić. Lisette Evans na zawsze pozostanie wśród nas, żywa i kochająca, taką, jaką była. Pamiętajmy o jej lekcji. Bądźmy wdzięczni za to, co mamy i cieszmy się z tego. Uhonorujmy tak jej pamięć. Bądźmy promieniami słońca, które świecą spomiędzy burzowych chmur.
Umilkłam. Nawet nie wiedziałam, kiedy zaczęłam płakać. Mój głos był jednak ciepły. Spokojny. Kojący. Jakby opowiadała bajkę na dobranoc. Bo w gruncie rzeczy tak było: Lisette zapała w wieczny sen, a moje słowa były ostatnimi, które miała usłyszeć.
Kiwnęłam głową, dając znać, że mogą zaczynać. Podpalono stos pogrzebowy. Piękny całun zaczął płonąć. Stanęłam obok Leona, który wpatrywał się w niego beznamiętnym wzrokiem. Czuł tysiące emocji. Tysiące wspomnień przewijało się przez jego głowę. A jednocześnie był pusty w środku.
Ktoś rozpoczął cichą pieśń. Po chwili pochwyciło ją kilka osób. Smutna melodia feniksa płonącego w śmiertelnych płomieniach potoczyła się po Obozie Herosów. Niektórzy nie ufali swoim głosom. I tylko dołączali się szlochem, trwającym w ich piersi. W ostatnim pożegnaniu dziewczyny z wiankiem na włosach. Słońce zaszło, a ostatni jego promień zniknął.
— Została uznana — powiedział szeptem Leo. Tak cichym, że mogłabym go wziąć za westchnienie. — Nad jej głową był kwiat.
Spojrzałam na niego błyszczącymi od łez oczami. Jego twarz się jednak nie zmieniła. Nadal zasłaniał się maską.
— Chcesz, bym...
— Nie. Nie chce wiedzieć, kto był jej rodzicem. Nie mam siły na to, by dźwigać kolejny sekret.
Kiwnęłam głową, akceptując jego wolę. Teraz i tak to nie miało znaczenia. Była wolna. Patrzyłam, jak jej stos pogrzebowy płonie. W moje nozdrza uderzyła woń kwiatów i słodki zapach palonego drewna. Łzy ponownie pociekły po mojej zmęczonej twarzy. Oparłam głowę o ramię Leona, spragniona jego bliskości i zarazem pragnąca być sama. Ból. Wszędzie widziałam ból. Słyszałam podciąganie nosami maluchów. Czyiś urywany szloch. Emma siedziała obok mojej nogi, wpatrując się w ogień, który odbijał się w jej tęczówkach. Wielkie, słone łzy płynęły z jej martwych oczu. Brat obejmował ją jednym ramieniem, lecz ona nie zwracała na niego uwagi. Jej Lizzy odeszła. Jaki był sens plecenia wianków ze stokrotek, jeśli Lizzy nie włoży go na głowę? Jeśli Lizzy jej nie pochwali? Jeśli Lizzy jej nie uściśnie? Nie podziękuję?
Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Nie było na nie odpowiedzi.


Wielkie kartonowe pudła stały na moim biurku. W powietrzu nie unosiła się muzyka z lat 50. Stary odtwarzać winylowych płyt stał martwy i pokryty cienką warstwą kurzu. A ja pakowałam akta. Notatki. Zdjęcia. Taśmę. Tysiące teczek. Dowodów. Wspomnienia.
Miałam wyjechać z Obozu Herosów i nigdy ich nie ujrzeć ponowie.
Drzwi się otworzyły. Leo zamknął je cicho i dopiero wtedy na mnie spojrzał. Usta uśmiechnęły się delikatnie, lecz ten uśmiech nie obejmował jego oczu.
— Cześć, mała — przywitał się. Uśmiechnęłam się do niego i wkładając jeszcze jedną, grubą teczkę do kartonu.
— Cześć, Płomyczku — odpowiedziałam.
— Nie powinnaś się pakować? — spytał, obserwując moją krzątaninę. Pokręciłam głową, zaprzeczając.
— Już to zrobiłam — powiedziałam zgodnie z prawdą. Moja wielka, granatowa walizka stała przy łóżku w Domku 4, czekając, aż jej właścicielka po nią przyjdzie. — Musiałam wrócić tutaj i posprzątać.
Leo kiwnął głową i oparł się o ścianę, przymykając oczy. Dobrze, że mi nie pomagał. To była moja część pożegnania. I w gruncie rzeczy, niewiele zostało do roboty. Zamknęłam jedno z pudeł, grzebiąc wspomnienia o złotych lokach.
— Jak ja sobie bez ciebie poradzę? — szepnął cicho. Zamarłam i spojrzałam na niego. Jego twarz była spokojna, ale ja wiedziałam, że za tą maską, w jego sercu, są ruiny. Podeszłam do niego wolnym krokiem i chwyciłam jego dłoń.
— Jesteś silny — zaczęłam. —Jesteś najsilniejszym człowiekiem, jakiego znam. Poza tym przecież nie odchodzę. Jeden twój telefon i przyjadę. Będę zawsze, gdy będziesz mnie potrzebował.
Żadne z nas się już nie odezwało. Objęłam go w pasie i położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Czułam bicie jego serca. Równomierne. Jakby nic się nie stało. Leo oparł brodę na czubku mojej głowy.
— Obiecaj dzwonić — poprosiłam cicho. — Przynajmniej raz na dwa dni. Muszę wiedzieć, jak się czujesz i jak sobie radzisz. Przepraszam, że muszę cię z tym zostawić.
— Nie szkodzi — odpowiedział. Wiedziałam, że jemu to jednak bardzo szkodzi. Chciałabym zostać, wyłącznie z tego powodu. — Masz swoje obowiązki. Jesteś za coś odpowiedzialna.
— Powiesz mi, jeśli coś będzie nie tak? — spytałam, mamrocząc w jego koszulkę. — Nawet jeśli to będzie o trzeciej nad ranem?
— Powiem — odpowiedział.
Odsunęłam się od niego i spojrzałam w jego oczy.
— Nie jesteś z tym sam, Leo — pouczyłam go z błyszczącymi oczyma. — Nie jesteś.
— Wiem — odpowiedział i pocałował mnie delikatnie w czoło. — Teraz mam ciebie.



— Pan Odell ma jedną koszulę. Mogę przysiąc, że to prawda. Zaczęłam chodzić na jego wykłady trzy lata temu, a nie widziałam go w niczym innym. Ciekawe, czy pierze ją codziennie? A może ma kilka takich samych koszul i podpisuje je sobie, by nie pójść dwa razy w tej samej. Jak myślisz, Mac?
— Zgubiłam kluczki — wyjęczałam.
Szłyśmy przez korytarz. Wysokie obcasy Sharmilii stukały o posadzkę, a ich właścicielka kołysała wdzięcznie biodrami. Nie urosła przez lato ani o centymetr. Jej mniemanie o sobie jednak poszło w górę, przewyższając znacznie wzrost. Sharmila przewróciła oczami, widząc, jak spanikowana przerzucam rzeczy w mojej torbie. Siałam tam spustoszenie niczym huragan.
Minęły trzy długie tygodnie. Leo dzwonił do mnie często i choć starał się brzmieć radośnie, jakoś mu to nie wychodziło. Za każdym razem, gdy się rozłączał, czułam, jak moje serce kuje tysiące zimnych igiełek.
— Spałaś z nim — powiedziała wstrząśnięta Sharmila, gdy zadałam jej pytanie, jaką kawę ze Starbucksa jej przywieść. — Cholera, nie sądziłam, że to zrobisz. Ty bezbożnico! Jak było?
— Expresso czy Caramel Macchiato?— powtórzyłam, czując, jak policzki zalewa mi szkarłatny rumieniec.
Dostałam półgodzinny wykład o zaufaniu i sekretach, które powinny mieć ze sobą przyjaciółki. Zarysowała mi w barwnych kolorach to, jak ją rozczarowałam. I przeszła mi ochota na kawę.
Nie było ich. Zgubiłam kluczyki do samochodu i do domu, a zapasowe tkwiły w szufladzie w mojej sypialni w Nowym Jorku. Trzy godziny drogi stąd. Jęknęłam i jeszcze raz zaczęłam przetrząsać torebkę. To było trudne, bo miałam do dyspozycji tylko jedną rękę. W drugiej trzymałam książki.
Wyszłyśmy na słoneczny dziedziniec, kierując się na parking. Popołudniowe, jesienne słońce ogrzewało moją twarz. Wiatr zamiatał po chodniku liście. Trwała złota jesień. Ta piękna, pozbawiona deszczu i nagich gałęzi jesień, która raczyła nas jedynie zimnymi porankami. Sharmila brzęczała mi nad uchem, a ja starałam się nie wybuchnąć paniką. Nie zostawię mojego Mercedesa na całą noc na parkingu kampusu. Boję się o ten samochód. To moje pierworodne dziecko.
— Jakiś chłopak opiera się o maskę twojego samochodu i szczerzy się jak idiota — poinformowała mnie kwaśnym głosem. — Mam go pobić?
Podniosłam wzrok i poczułam, jak moje serce ulatuje z piersi. Podręczniki wypadły mi z dłoni, torba upadła z hukiem na chodnik. Moje nogi poderwały się do biegu i po chwili jego silne ramiona zamknęły mnie w uścisku. Poczułam zapach smaru, benzyny i wody kolońskiej. Zaszlochałam z ulgi w jego koszulkę.
— Cześć, mała — powiedział w moje włosy. Z moich ust wydobył się chichot, lecz brzmiało to tak, jakbym się dławiła.
— Jak już się macie obściskiwać, to przynajmniej schowajcie się w aucie. Na masce to tak nie wypada. — Sharmila stanęła za mną, mierząc chłopaka krytycznym spojrzeniem. Odsunęłam się od niego. — To on? — spytała, a ja kiwnęłam głową, cała rozpromieniona. Mila spojrzała na niego nieco z zawiedzioną miną. — To nie fair. Jest przystojny. Jak go mam pobić, skoro jest przystojny? Nie wypada. Masz może brata?
Roześmiałam się. Cała Sharmila! Poszłam po swoją torbę i książki, które maltretował wiatr. Ukradkiem otarłam łzę, która spłynęła po moim policzku. Pomiędzy Leonem i Milą nawiązała się konwersacja. Byłam pod wrażeniem. Leo potrafił sprostać jej ciętemu językowi, jak mało kto. Wróciłam do nich wolnym krokiem.
— Potrzymaj — powiedziałam, rzucając mu moją torbę. — Musze znaleźć kluczyki.
— Masz je w kurtce — odpowiedziała Sharmila. Spojrzałam na nią zdziwiona. Ta westchnęła, jakby miała do czynienia z wyjątkowo tępym dzieckiem. — Włożyłaś je tam rano, zaraz jak wysiadłaś z samochodu i powiedziałaś, jeśli je schowasz do kieszeni, to nie zapomnisz o nich.
Wsadziłam dłoń do prawej kieszeni swojej granatowej, skórzanej kurtki. Wyciągnęłam z niej chusteczki i kluczyki. Jak to możliwe, że ich nie czułam? Sharmila odwróciła się na obcasie i mrucząc pod nosem o głupocie ludzkiej, ruszyła do swojego nowego samochodu. Poprzedni rozbiła. Nie ze swojej winy, oczywiście.
Leo spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem i objął mnie w pasie, przyciągając do swojego boku. Patrzyłam gorzko w stronę przyjaciółki. Szukałam ich, a ona mi nic nie powiedziała!
— Powinniśmy ją zapoznać z Percy'm. Pasowaliby do siebie.
— Nie — zaprzeczyłam z przerażeniem. — Nawet o tym nie myśl. Zabraniam ci. Świat pochłoną promienie i paczki po chipsach, jeśli na to pozwolisz.



— Chodź za mną — powiedziałam.
— Co ty wyprawiasz?
— Po prostu się zamknij i chodź.
Wychyliłam się przez okno i chwyciłam za kratkę, po której pięły się róże. Postawiłam na niej nogę i zgrabnym ruchem znalazłam się na zewnątrz. Przylgnęłam całym ciałem do budynku i uśmiechnęłam się szeroko do Leona, który z przerażeniem w oczach obserwował to, co robię. Zaczęłam się wspinać i po chwili znalazłam się na lekko stromym dachu. Dachówki jeszcze nie straciły całego ciepła. Usiadłam na nich, podwijając kolana pod siebie. Po chwili dołączył do mnie Leo i usiadł, stykając się ze mną ramieniem. Przez długą chwilę po prostu gapiliśmy się na gwiazdy, księżyc i złote kwadraty okien.
— Jak sobie radzisz? — spytałam cicho, patrząc na jego profil.
— Całkiem dobrze — odpowiedział i znów się zamyślił.
Zacisnęłam zęby, walcząc z potrzebą, by coś mu wyznać. Po chwili jednak zrezygnowałam.
Lisette nie pojawiła się w Podziemiu. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Myślałam, że Persefona robi sobie ze mnie żarty. „Przysięgam na Styks, że jej szukałam" powiedziała zdenerwowana. „Ale jej tu nie ma. I jeśli jej nie ma, to już się nie pojawi".
Umarła. Odeszła. To było pewne. Kolejna tajemnica dołączyła do długiej listy. Zrobiłam co w mojej mocy. Nie zamierzałam dociekać, gdzie jest Lisette. To byłoby zbyt bolesne. I bez znaczenia.
Położyłam głowę na ramieniu Leona, wsłuchując się w jego równomierny oddech.
— Chcę odejść z Obozu Herosów — wyznał. — Tracę tam zmysły. Nie mogę tam dłużej mieszkać. To miejsce jest jak grobowiec.
— Chcesz zostać jednym ze śmiertelników? — spytałam. — Wieść życie bez potworów, dziwnych maszyn i treningów z mieczem? Bez misji i pewności, że zginiesz w męczarniach?
— Brzmi nieźle — odpowiedział z uśmiechem. — Jeśli dostanę w pakiecie ciebie, to będzie doskonale.
— Umowa stoi — odpowiedziałam i wyciągnęłam ku niemu dłoń. Potrząsnął nią. Po chwili jednak spoważniałam. — Myślisz, że dasz radę mi znów zaufać? Że postarasz się uwierzyć w to, że każda moja decyzja miała cię ochronić? Nie chciałam cię skrzywdzić, Leo. Tylko zapewnić ci bezpieczeństwo. Czy możesz uwierzyć w to, że robiłam te wszystkie okropne rzeczy tylko dlatego, że cię kocham?
Spojrzał na mnie. Jego oczy błyszczały w świetle księżyca.
— A jak byś się poczuła, gdybym powiedział, że też cię kocham? Miłość bez zaufania nie istnieje. A ja postaram się zrobić wszystko, byśmy byli szczęśliwi? Nieważne, gdzie będę. Ważne, że z tobą.
— Brzmi nieźle — odpowiedziałam, powstrzymując wzruszenie. —Jeśli dostanę w domek z białym płotem, psem i trójką dzieci, to będzie doskonale.
— Umowa stoi — odpowiedział, całując mnie w skroń. Spojrzeliśmy na rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami. Tysiące obietnic, które zostaną spełnione. To czas, w którym nie znaliśmy żadnych odpowiedzi na dręczące nas pytania.
Nasza przyszłość właśnie się rozpoczynała.

sobota, 20 maja 2017

Rozdział XLVI - Ruiny


Siedziałam naga na zimnej posadzce, naprzeciw wielkiego lustra. Skrzyżowałam nogi przed sobą i po prostu patrzyłam się w te pozbawione barwy tęczówki, które odbijały się w tafli zwierciadła.
Szum w mojej głowie był nie do wytrzymania. Głosy nie szeptały teraz, komentując aktualną chwilę. Słyszałam strzępy zdań, które wypowiadały podczas sesji z lekarzem, tam, w psychiatryku. Słowa, które kusiły w tym dniu, które zmieniły moje życie. Te, które zachęcały mnie do odsunięcia szuflady i wyjęcia największego i błyszczącego noża.
Chciałam wyć z frustracji. Zamiast tego, siedziałam na zimnych płytkach, nie ruszając się. Tylko od czasu do czasu moje usta poruszały się, jakbym była rybą, wyjętą z wody.
Od chwili, gdy powstrzymałam moje ręce od topienia Mackenzie, coś się we mnie zmieniło. Jakaś myśl w środku głowy zaczęła ewoluować. Zaczynała roztapiać ciemność, którą spowity był mój umysł, jasną, krwawa łuną. To bolało. Okropnie bolało.
Sama powstrzymałam Głosy. Dokonałam tego bez niczyjej pomocy. Byłam tym faktem tak przerażona, że uciekłam i nie zostałam, by sprawdzić, czy głowa Mackenzie się wynurzyła.
Ciche skrzypienie drzwi oznajmiło mi, że mam współtowarzysza. Mel usiadła w kręgu światła, co było dziwne, bo zazwyczaj kryła się w cieniu i półmroku. Poczułam, jak jej ciepły oddech owiewa moją skórę. Najwyraźniej nie była skrępowana moją nagością, a ja jej obecnością. Była jedyną istotą, która mogła mnie zrozumieć.
— Czemu One szepczą w ten sposób? — spytałam mojej przyjaciółki, a ta przykucnęła w ten sam sposób, ja ja. To był groteskowy widok.
— Nie słyszę nikogo, kto by szeptał, prócz ciebie — odparła cicho Mel.
— Są tam, w mojej głowie — wyjaśniłam, nie patrząc na nią, tylko w swoje odbicie. — Szepczą o dawnych latach, o zakurzonych wspomnieniach. Nie chcą przestać. Ale boją się. Boją się mnie.
— Tak, boimy się — potwierdziła Mel. Odwróciłam ciężko głowę w jej stronę. Nigdy nie była tak blisko. Widziałam jej pomarszczoną twarz, z tysiącem pęknięć. Jej oczy, które nie widziały. Ciemne jak bezksiężycowa, pochmurna noc.
— Kim ty właściwie jesteś? — spytałam poważnie, wbijając w nią skupione spojrzenie. Ona zaczęła wodzić swymi czarnymi białkami po mojej twarzy, aż w końcu spojrzała w lustro. Ja również. Mel nie odbijała się w jego tafli.
— Jestem tobą. Zawsze byłam tobą.
— Nieprawda — zaprzeczyłam. — Ja jestem sobą, ty jesteś sobą. Mam na imię Lisette Marie Evans. Jestem blondynką o zielononiebieskich oczach. Uwielbiam naleśniki, orzechy i morze. A ty jesteś Mel. Masz skrzydła, twoja skóra jest czarna, tak jak oczy. Jesteś czymś, czego nie potrafię określić.
— Oh, kochanie, ja nie widzę różnicy.
Wpatrywałam się w moje odbicie. Głosy szeptały... Szeptały o okropnych rzeczach, szeptały o okropnych sprawach... Szeptały o krwi, bólu i rozkosznych dreszczach podniecenia. Nie mogłam się skupić. Nie rozumiałam o czym mówi Mel.
— Wiesz co oznacza moje imię — odparła. Zaczęłam oddychać przez usta. Świszczące powietrze raz zarazem albo wpływało do moich płuc, albo wypływało. — Zawsze wiedziałaś.
— Melaniya — powiedziałam do siebie. — Ciemność.
— Jesteś Ciemnością, Lisette. Mrok panuje w twojej głowie. Jesteś naszą częścią, a my jesteśmy częścią ciebie. Równocześnie nigdy nas nie było.
Zaczęłam kołysać delikatnie w przód i w tył. Krwawa łuna powoli oświetlała kolejne zakamarki mojego umysłu, odkrywając coraz to nowe wspomnienia. A te obfitowały w świeże, mroczne komentarze lokatorów mojej głowy.
— Zawsze byłaś tylko ty, kochanie. Tylko ty i twoja mała, niewygodna głowa. To wszystko było jedynie twoją winą.
— Nie... — wyszeptałam, kręcąc głową.
— Tak. To ty zamordowałaś swoich rodziców i dziecko. To ty podniosłaś rękę na niewinną osobę...
— Nie, to Ich wina...
— Przecież One nie istnieją.
Spojrzałam na Mel. Ale jej już nie było. Znów siedziałam sama, na zimnej podłodze. Jeszcze chwilę wpatrywałam się w miejsce, gdzie przed chwilą siedziała. Następnie przeniosłam wzrok znów na lustro, tym razem wstrzymując oddech. Siedziała tam w takiej samej pozie, jak ja. Była mną. Po chwili jej wargi się rozchyliły, ukazując rząd ostrych jak igły zębów.
— Nigdy nas tu nie było. Istniejemy tylko jako część ciebie. To ty nas powołałaś do życia. Ty balansowałaś na tej cienkiej linie, która nie istniała. My nie istnieliśmy, istniałaś tylko ty. Jesteś sama.
Głosy wybuchły salwą śmiechów, krzyków, przekleństw i słów. Jęknęłam z bólu. Zaraz się skończy, tylko to przetrzymaj. Będzie niedługo po wszystkim. Zawsze przechodzi. Przejdzie i tym razem.
Próżne były moje nadzieje. Głosy stały się tylko bardziej namolne, bardziej wyraźne. Jakby ktoś szukał stacji i co chwilę jakąś znajdował wśród szumów fal radiowych.
— PRZESTAŃCIE! — wrzasnęłam, chwytając się za uszy, jakbym chciała odgrodzić się od hałasu w mojej głowie. Pokręciłam głową gwałtownie, wbijając zadbane paznokcie w skórę.
— DOŚĆ!— wyszlochałam, czując, jak łzy zaczynają płynąć po moich zimnych, marmurowych policzkach. — Dość... Zostawcie mnie... Dajcie mi spokój...
Morderczyni... Nikt cię nie zmuszał, byś wzięła ten nóż... Sama to zrobiłaś... Dupek, cholerny sadysta... Broń się, masz miecz... Dźgnij lwa... Zabij... Ich oboje... Chcesz tego... My ci to tylko uświadamiamy... Część ciebie... Nie... Jesteś... Szalona... Jesteś jedynie morderczynią niewinnych osób...
— Błagam — wyszeptałam, całkowicie wyzuta z energii. Nagle poczułam chłód płytek na prawym ramieniu. Upadłam, choć nawet nie byłam tego świadoma. Zacisnęłam powieki, płacząc coraz bardziej.
Czemu ona musi... Zaciśnij palce mocniej... Tak jest dobrze... Czemu się tak szarpie... Morderczyni... Jesteśmy tobą... Wszystko jest twoją winą... Ugryź go... Obrazy wybuchnęły w mojej głowie. Łańcuchy przy krześle były tylko skórzanymi paskami. Nóż psychiatry był tylko długopisem. Potężna chimera z krwawym pyskiem nigdy nie istniała. Wszystko było tak czyste, niemalże oślepiające. Spowite w krwawym świetle szkarłatnej łuny. Zawyłam z frustracji, modląc się o stracenie świadomości.
Cisza. Ogłuszająca cisza zapanowała w mojej głowie. Uniosłam powoli powieki. Byłam sama w łazience. Naga, zziębnięta i słaba. Nikogo tu nie było. Nigdy nie było. Z lustra obserwowała mnie dziewczyna o bladych oczach, jakby wypranych z barw. Wyglądała żałośnie krucho, a na jej policzkach kwitły różowe plamy, groteskowo wyglądającej na papirusowej skórze.
Podniosłam się, a dziewczyna uczyniła to samo.
Był tyko jeden sposób, by powstrzymać Głosy. Tylko jeden, by na zawsze je uciszyć.
Na miękkich nogach podeszłam do niskiej szafki, na której leżała biała, długa nocna koszula. Ta sama, w której tańczyłam w czasie deszczu kilka miesięcy temu...
Wolność była blisko.



Opierałam się o ramię Leona, czerpiąc prosta przyjemność z jego obecności. Była późna godzina, kubek z gorącą herbatą parzył mnie w dłonie. Oddychałam spokojnie i wolno, jakby miała zaraz zasnąć. Leo też się nie odzywał. Korzystaliśmy z każdej wolnej chwili, wydartej pomiędzy treningami i niepokojem o Lisette. Za trzy dni musiałam spakować swoje rzeczy i wyjechać z Obozu, zostawiając go bez jakiegokolwiek wsparcia. Nadal nie wiedzieliśmy, kto jest boskim rodzicem blondynki ani jak wykurzyć to coś z jej głowy. A ja nie mogłam dłużej zostać. Musiałam wrócić na studia, do Sharmilii i Dana. Pomóc Grace i tacie w przygotowaniach do ślubu. Nie mogłam sobie tak po prostu zniknąć.
— Jest jedenasta, Leo — szepnęłam, kładąc kubek z wypitą herbatą obok siebie. — Muszę wrócić do domku. Juliet dostanie zawału, jeśli zaraz nie pojawię.
— Albo — powiedział, przeciągając "o" — możesz zostać na noc ze mną.
Starałam się nie uśmiechnąć, ale nie byłam w stanie.
— Czy możesz powiedzieć, co ci siedzi w głowie?
Poczułam jego usta na moim policzku, gdy złożyły na nim długi pocałunek, zaraz przy moim uchu. Poddałam się uczuciu beztroskiego szczęścia narastającego w mojej piersi.
— Nic specjalnego — wyszeptał. — Po prostu lubię, gdy jesteś blisko. Twoja obecność pozwala mi zasnąć.
Westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Moja zimna dłoń odnalazła jego rękę i nasze palce się splotły. Ogrzewał ją tylko swym dotykiem.
— Leo, powiedziałeś, że opuścisz obóz, by być ze mną — zaczęłam cicho. Chłopak wstrzymał oddech. — Nie musisz tego robić. Nie chcę, byś tęsknił za swoim prawdziwym domem...
Wyswobodziłam się z jego objęć i spojrzałam na niego poważnie. W blasku księżyca jego skóra miała magiczny odcień, a kawowe oczy lśniły jak dwa diamenty.
— Skończę studia — kontynuowałam, z delikatnym uśmiechem. — I wrócę tutaj do ciebie. Jeśli tu zamieszkam, to nie będzie oznaczać, że porzucę swoją rodzinę i znajomych.
— Przecież nienawidzisz tego miejsca — odpowiedział cicho. Położyłam dłoń na jego policzku, a on przymknął oczy.
— Ale ty go kochasz — wyjaśniłam powoli. — A ja kocham ciebie. Nieważne, gdzie będę. Ważne, że z tobą.
Wziął moją twarz w dłonie i przyciągnął do swojej. Zetknęliśmy się czołem i tak trwaliśmy, a emocje odebrały nam zdolność mowy. Czułam, jak moje serce rośnie z każdym jego oddechem. W końcu ten załaskotał mnie w usta i tam Leo złożył lekki pocałunek.
— Kocham cię — wymamrotał z wargami przy moich wargach. — Bardzo mocno cię kocham, moja mała. I gdy tylko...
Gdzieś w głębi Wielkiego Domu trzasnęły drzwi. Moje zmysły się wyostrzyły i otworzyłam szeroko oczy, odrywając się od chłopaka, który mruknął niezadowolony.
— Słyszałeś to? — spytałam, patrząc się czujnym wzrokiem na drzwi.
— Przeciąg? — rzucił od niechcenia chłopak. Pokręciłam głową.
— Nie wieje wiatr — zauważyłam i spojrzałam na niego znacząco. W jego oczach błysnęło zaniepokojenie, gdy zrozumiał. Natychmiast wstał i wszedł do środka, a ja ociągając się, ruszyłam za nim. Zaczekałam na niego przy schodach, opierając się o balustradę. Na górze trzasnęły drzwi i usłyszałam hiszpańskie przekleństwo. W końcu jego sylwetka pojawiła się na szczycie schodów.
— Nie ma jej w pokoju — rzucił, zbiegając po nich. Rozdzieliliśmy się. Sprawdziliśmy każdy skrawek tego domu, omijając jedynie gabinet Iris. Zrezygnowani, spotkaliśmy się przy ich drzwiach.
— Tylne wyjście — rzuciłam i razem, ramię w ramię, ruszyliśmy ku nich.
Nasze kroki bębniły w pustym budynku, tak samo jak w mojej głowie. Czułam coś. Jakby cień, który uchyłkiem przemykał się po ścianach. Taki, jak w tamtym pokoju w psychiatryku. Leo pchnął drzwi i owiało nas ciepłe, sierpniowe powietrze.
Wytężyłam wzrok. Zaczęłam nasłuchiwać, lecz prócz cichego koncertu świerszczy, nic nie usłyszałam. W ogrodzie nikogo nie było. Ruszyliśmy przez niego, rozglądając się wokoło. Ugryziona tarcza księżyca dawała nam na tyle światła, by bezbłędnie rozróżniać kształty.
Gdzieś na krawędzi lasu w dole błysnęła biała sylwetka. Leo też ją zauważył.
— Zostań tutaj — odezwał się głosem nie znoszącym sprzeciwu. Nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia.
— Idę z tobą — oznajmiłam upartym tonem. Leo westchnął i zacisnął wargi. Nie było czasu, by się kłócić.
Ruszyliśmy w dół zbocza. Chłopak stawiał długie kroki, które stawały się coraz szybsze i szybsze. W końcu musiałam truchtać przy jego boku, bo jego tępo było dla mnie zbyt duże. Nie odezwałam się jednak ani słowem.
Las ogólnie nie był dla mnie przyjemnym miejscem. Jasne, można było spacerować z psem na smyczy, słuchać śpiewu ptaków i znaleźć wytchnienie od letniego, prażącego słońca. To był jednak las w Obozie Herosów. W cieniach czaiły się potwory, błyskając oczami i zębami. Poczułam w ustach kwaśny posmak, z który musiałam znosić po ataku chimery. Wchodzić do lasu w nocy? Tylko szaleniec by się na to porwał. Odruchowo sięgnęłam do pierścienia na moim palcu prawej ręki. Chłód diamentu ukoił moje nerwy.
Leo z niezwykłą łatwością poruszał się na leśnej ścieżce, marszcząc brwi w skupieniu. Starałam się odtwarzać jego ruchy, stawiając stopy w trampkach na suchych liściach i gałązkach. Serce biło mi jak oszalałe, gdy bez gracji przeskakiwałam większe konary.
Pomiędzy smukłym, czarnymi pniami drzew, mignęła szczupła kobieca sylwetka.
Leo wymamrotał jej imię pod nosem i przyspieszył. Teraz już biegł. A ja za nim.
Źle stanęłam. Moja stopa wygięła się pod dziwnym kątem, a ja poślizgnęłam się na mokrym korzeniu drzewa. Sapnęłam i zacisnęłam mocno zęby, by nie wrzasnąć z bólu. Runęłam na suche liście. Ból zaczął się tępo, lecz teraz rozprzestrzeniał się powoli po całej nodze. Tysiące igiełek bólu.
— Mackenzie?
Leo stanął i się odwrócił. Zauważył mnie i zaczął iść w moją stronę, lecz ja gwałtownie głową.
— Idź — wycedziłam. — Nic mi nie jest. Biegnij ją znaleźć.
Wahał się tylko sekundę.
Przez zamazany obraz widziałam, jak jego sylwetka znika się między drzewami.
Czy ja płakałam?
Znalazłam się sama w lesie pełnych potworów, które nie były uwięzione w mojej głowie.




Jeszcze nigdy w swoim życiu się tak nie bałem.
Stawałem na czele armii. Musiałem pokonać mitologiczne potwory. Zginąć. Jednak to nic w porównaniu z tym, jaki niepokój budziła we mnie jasnowłosa istota.
Biegłem. Nie starałem się być cicho. Moje stopy łamały gałęzie z premedytacją. Serce tłukło się w piersi, powodując ból. Zmierzała nad urwisko. Pokazałem jej go pewnego dnia, by odciągnęła swoje myśli od zmartwień. Lubiła morze. Uspokajało ją. Przynosiło wolność. Stawała na skraju urwiska, przymykała oczy i rozkoszowała się bryzą, która owiewała jej spokojną twarz. Promieniował wtedy jakimś czarem, jak gdyby jej boska część dochodziła do głosu.
Ale była jedenasta w nocy. Nie mogła szukać spokoju nad urwiskiem o jedenastej w nocy.
Wynurzyłem się z cienia drzew, bezgłośnie stając na miękkiej zielonej trawie.
Księżyc był w połowie nadgryziony, ale dawał mi wystarczająco światła, by zobaczyć obraz, który napełnił mnie zgrozą.
Lisette stała na krawędzi urwiska. Miała na sobie tylko białą koszulę do ziemi. Tą samą, w której tańczyła pełna życia w deszczu. Jej kręcone, złote włosy były rozpuszczone i opadały na plecy, gdzie uparty wiatr się nimi bawił. Była boso, a jej nagie ramiona świeciły nienaturalnie w świetle księżyca. W tej scenerii wydawała się nienaturalna. Jak bogini, która staje na szczycie góry, by spojrzeć w dół na śmiertelników i ukarać ich za grzechy. A nad jej głową zanikał symbol, którego nie zauważyła. Gdy tam spojrzałem, została tylko srebrna poświata, która rozpłynęła się w nicość.
— Lisette, odsuń się od urwiska.
Odwróciła się. Na jej policzkach błyszczały łzy. Uderzyło mnie coś w jej twarzy. Coś, czego wcześniej nie widziałem. Dziewczyna spojrzała na mnie lśniącymi, smutnymi oczyma.
— To wszystko moja wina — zaczęła, głosem drżącym i niepewnym. Jakby zaraz miała wybuchnąć histerią. — To ja ich zamordowałam. To ja jestem wszystkiemu winna.
Starałem się nadać swojej twarzy uspokajający wyraz. By mogła poczuć, że problem istnieje tylko w jej głowie. I na dodatek nie był stworzony przez nią. Tylko przez Głosy, które dyktowały jej przez całe życie, co ma robić i myśleć. Mój ton był uspakajający. Taki, jaki powinien być głos Małego Księcia, który oswaja swojego Lisa. Bez nacisku. Po prostu obecność.
— Nie, to nie prawda, Liz. To, co się stało, by było twoją winą. To wina Głosów, nie twoja.
— Nic nie rozumiesz! — wrzasnęła nagle, a po jej policzkach potoczyły się wielkie, obfite łzy. — To ja jestem powodem nieszczęść. Ich nigdy tam nie było! Nigdy nie istniały! Od początku w mojej głowie byłam sama. To były moje myśli i moje czyny! One były mną, ja byłam nimi. Tu nie ma co tłumaczyć.
— Liz, uspokój się — nakazałem jej twardo. Zaczynała histeryzować. Była przestraszona, zagubiona i całkowicie świadoma. Teraz to widziałem. Zrobiłem krok w jej stronę, a ona automatycznie się cofnęła. Zamarłem. Była zbyt blisko krawędzi. Jeden krok i zginie. Spojrzałem w jej oczy i ujrzałem desperację. Morze bólu większe, niż te, które dostrzegałem za jej plecami. — Pomogę ci. Porozmawiamy i razem to rozwiążemy. Tak jak zawsze.
— Słowa nie przywrócą życia osobom, które zamordowałam własnymi rękoma. Mam na nich krew, która nigdy się nie zmyje. Wspomnienia, które nigdy nie zblaknął, będą istniały w mojej głowie do końca mojego podłego istnienia. Nikt mnie nie zmuszał do tego, bym sięgnęła po nóż. Widziałam to, co chciałam widzieć.
Wiatr plątał jej włosy, które wznosiły się i opadały, nadając wygląd anioła. A ona patrzyła się smutnym, zrezygnowanym wzrokiem. Poddała się. Złożyła broń.
— Możesz zostawić to wszystko za sobą — odpowiedziałem cicho. — Nauczysz się żyć z poczuciem winy tak jak ja. Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? Rodząc się, nikt nie gwarantuje nam, że nie będziemy cierpieć. Możesz zacząć od białej kartki, w innym miejscu, w otoczeniu innych ludzi. Możesz być szczęśliwa, Lisette, jeśli tylko tego pragniesz.
Wyciągnąłem ku niej dłoń. W jej oczach zabłysła kpina. Mógłbym przysiąc, że w duchu mnie wyśmiała i zarzuciła kłamstwo. Zawsze mi wierzyła. Nie była pewna co do moich osądów, ale ufała, że mam rację. Powinna zrobić to i teraz. A ja mówiłem szczerze. Mi udało się przestać rozmyślać o przeszłości. Ona także mogła się tego nauczyć.
— Nie chce powracać do tych ruin w mojej głowie. Nie każ mi tam wracać. Czai się tam tylko śmierć. Nie mogę z nimi żyć. Nie mogę budzić się w miasteczku cieni i upiorów oraz przerażających wspomnień.
— Możesz je odbudować... — zacząłem cicho. Dziewczyna gwałtownie pokręciła głową.
— Nie jestem tobą. Nie jestem córką Hefajstosa, która potrafi swoimi rękami działać cuda. Jestem morderczynią swoich rodziców i niewinnych osób. Chciałabyś żyć ze świadomością, że zabiłeś osoby, które cię wychowały? Że zabiłeś matkę, która urodziła cię w bólach i karmiła, wstając o trzeciej nad ranem? Która nosiła cię pod swoim sercem przez dziewięć miesięcy, a ty je zatrzymałeś? Nie masz pojęcia, jak się czuję. Jak ruina bezimiennego zamku. Nawet mój własny boski rodzic nie chce mnie uznać.
— Liz, przecież to nieważne. Na co komu bogowie? Uwierz mi, że lepiej jest, gdy się tobą nie interesują. A to, czyim jesteś dzieckiem, nie czyni cię gorszym lub lepszym. Tylko ty decydujesz o tym, kim jesteś. Dlatego chodź ze mną. Chwyć moją dłoń i odsuń się od urwiska.
Po jej policzkach potoczyły się łzy. Patrzyła na mnie wielkimi oczyma, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy. Nie uśmiechała się. Była wykutą z kamienia rzeźbą, pozbawiona uczuć. Ruiną, której nikt sam nie jest w stanie odbudować. To jednak możliwe z pomocą innych. I wierzyłem, że z moją dałaby radę. Nawet jeśli miałoby to trwać latami.
— Dziękuję ci, Leo — szepnęła po długiej chwili. —Sprawiłeś, że przez ostatnie pół roku chciałam żyć. To były najpiękniejsze miesiące w moim życiu.
— Lisette... — zacząłem karcącym tonem. Nie mogła nadawać swoim słowom takiego znaczenia. Uśmiechnęła się blado przez łzy. Melancholijnie.
— Nie tęsknij za mną za bardzo. Tak naprawdę nigdy mnie nie znałeś.
Krzyknąłem i rzuciłem się w jej stronę, gdy postawiła swoją stopę w powietrzu.



Wystarczył tylko jeden mały krok.
Nie wyczułam pod bosymi stopami miękkiej trawy. Nie wyczułam nic. I właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
Porwał mnie wiatr. Jeszcze ciepły, letni wiatr, który mógł mnie unieść do gwiazd.
Krzyk i cisza. Szum. I tylko ulotna chwila, gdzie myślałam, że wzniosę się w górę.
Nie poleciałam.
Spadałam. Matka Ziemia chciała odzyskać to, co zawsze należało do niej.
Zapach moich włosów. Szum nocnej koszuli. I jej biel.
Światło księżyca nad moją głową. I tysiące gwiazd, mrugających na dobranoc.
Nigdy nie byłam tak pełna życia, jak w tej chwili.
Obróciłam się i teraz widziałam przed sobą fale. Białą pianę. Czułam zapach żywiołu. Uspakajający szum. Wszystko będzie dobrze, szeptało. Tak, wiem. Teraz nic nie może być złe.
Kochałam morze. Dlatego nie zamknęłam oczu.
Watr prześlizgający się przez moje palce. Przyjemne. Będę za tym tęsknić.
Ból. Zimny, rozrywający ból.
Tylko przez chwilę.
A potem oszałamiające piękno i spokój, radość i miłość, wypełniające moje płuca.
Kochające i stęsknione ramiona rodziców.
Złoty błysk.
Cień uśmiechu.

Wolność.

sobota, 13 maja 2017

Rozdział XLV - Kopciuszek


Było mi zimno. Nie ważne, jak wiele warstw ubrań miałam na sobie czy jak ciepłe były koce. Jak wiele wypiłam ciepłych napojów. Czułam tylko chłód, płynący w moich żyłach i panujący się w sercu. Tak, jakbym stała w chłodni i wyglądała przez małe okienko na świat zalany słońcem. Nie potrafiłam jednak znaleźć wyjścia z tego ciasnego pomieszczenia.
Zrozumiałam, że horror, który przeżyłam, był tylko w mojej głowie. Świat, który zbudowany został z cierpienia, odzwierciedlał moje najskrytsze lęki. Tam nie było żadnej logiki. Były jednak znaki, które wyłowiłam pośród paskudnych obrazów i zinterpretowałam. Niczym drogowskazy na ciemnej, pozbawionej latarni drodze.
Każdego ranka po śniadaniu u boku Juliet, odwiedzałam obozowy szpital, gdzie Tim sprawdzał moją kondycję. Badał temperaturę mojego ciała, która go niepokoiła. Wzrastała jednak powoli, więc chłopak sądził, że za parę tygodni wróci do normy. Sprawdzał mój wzrok, pamięć i koordynację ruchową. Przeprowadzał również wywiad. Pytał o moje samopoczucie, co mi się śniło i co się działo, gdy byłam w śpiączce. Czy coś widziałam? Za każdym razem kręciłam głową i oznajmiałam, że nie mam zamiaru o tym mówić. Nie mam zamiaru do tego wracać.
Zaczynałam powoli rozumieć, że stałam się obiektem czyiś żartów. Jakaś moc, pod której wpływem była Lisette, zabawiła się moim kosztem. To było ostrzeżenie: nie mieszaj się w to. To świat, którego ty nie możesz zrozumieć. Są sprawy, których ty nie możesz objąć swoim ograniczonym umysłem. Kpiłam sobie z tego ostrzeżenia. Jednak mój stosunek do Lisette się zmienił. Jeśli ona od dziesięciu lat czuła to, co ja w ciągu trzech tygodni, była najbiedniejsza dziewczyna pod słońcem. Musiałam przyznać, że jest niesamowicie silna, jeśli znosiła potworne obrazy w swojej głowie i umiała nad nimi zapanować. Była inteligenta i przebiegła, jeśli potrafiła oszukać Głosy.
Pozostała jeszcze kwestia Leona. Gdy zobaczyłam jego martwe ciało, coś we mnie pękło. Zginął od ognia, od którego umrzeć nie powinien. Nie mógł. To było niemożliwe. Był odporny na ogień. I jeśli pewnego dnia coś takiego ma się wydarzyć, wolałam, by wiedział wszystko. By wiedział, że go kocham i bez względu na moje czyny chcę jego bezgranicznego szczęścia, jeśli miał by je dzielić z inną kobietą.
I dlatego to wszystko powiedziałam. Rozmowa nie poszła tak, jak to sobie wyobraziłam.
Bolało mnie każde słowo, które wypowiedziałam. Ja podjęłam decyzję już wcześniej. Tylko on mógł ją zmienić.
Nie chciałam być herosem. Nienawidziłam tej boskiej połowy swego jestestwa. Nie było większego przekleństwa, od urodzeniem się półbogiem, bez świadomości o swym pochodzeniu. Czy jest coś gorszego od płonnych marzeń, beztroskiego dzieciństwa i braku wprawy w walce? Nagle dochodzisz do tego punktu, gdzie znajdują cię potwory. Musisz uciekać, by przeżyć. Jaki jest tego sens? Jaki sens jest się urodzić, gdy tylko mały procent z nas przeżyje wystarczająco długo, by zdać maturę? Jak byś się czuł, gdyby poinformowano cię, że życia mogą pozbawić herosa potwory, które nie powinny istnieć?
Jednak Leonowi to nie przeszkadzało. Kochał ryzyko. Uznanie go synem Hefajstosa nadało sens jego życiu. Bez obozu byłby sierotą, którą rodzina nie chce znać. Nie mogłam mu odebrać tego wszystkiego. Zawdzięczał obozowi tak dużo. Połowa budynków była wzniesiona jego ręką. To miejsce było jego prywatnym niebem, jak i oazą dla zagubionych półbogów. Bez Obozu Herosów zginęliby.
Praktycznie każda część mojego ciała była zakryta. Długie spodnie. Ciepła bluza. Wysokie trampki. Pogodna noc skłaniała raczej do noszenia krótkich szortów i topów. Ale mi było zimno. Pocierałam bezwładnie swoje ramiona i wolnym krokiem spacerowałam po obozie. Godzina policyjna niebezpiecznie się zbliżała, gdy wyszłam z domku oznaczonego numerem cztery. Powiedziała Juliet, by się nie martwiła, bo muszę iść na spacer i pomyśleć. Poprosiłam, by nie czekała. Wyglądała jak staranowana przez pegaza, gdyż cały dzień starała się zapanować nad rodzeństwem. Uśnie, gdy tylko położy głowę na poduszce.
Było ciemno. Ciemność była zła. Nie wzięłam ze sobą żadnej latarki, bo ona sprawiłaby, że stałabym się widoczna. W konkluzji wolałam być jednak ukryta w mroku. Ciągle czułam się obserwowana. Trapił mnie niepokój i nie mogłam zaznać poczucia bezpieczeństwa. Stawiałam stopy ostrożnie, nasłuchując, czy ktoś mnie nie śledzi. Miałam dość ciągłej czujności. Mimo powtarzania sobie, że jestem bezpieczna, że nic mi nie grozi, nie potrafiłam przestać. Bardzo chciałam, ale nie mogłam. Nie wiedziałam jak.
Moje stopy zaprowadziły mnie na tyły ogrodu Wielkiego Domu. Stałam, patrząc, jak ostatnie światło w pokoju na parterze gaśnie. Przełknęłam ślinę. Nie bałam się Lisette. Teraz nie przerażała mnie jej obecność. Nie bałam się, że mnie skrzywdzi z czystej nienawiści. Rozumiałam jej ból, jej strach, jej poczucie bezczynności. Szarpała się niczym złapane zwierze w pułapkę własnego umysłu. Ja się uwolniłam. Za wysoką cenę, ale byłam wolna. Czasami wysyłałam jej ciepły, pocieszający uśmiech, ale ona zawsze odwracała wzrok, jakby nie mogła znieść mego widoku. Nie winiłam ją za to.
Podążyłam jak lunatyczka, cicho jak myszka. Drzwi z tyłu domu były otwarte. Wślizgnęłam się na ciemny korytarz i błądząc dłońmi po ścianie, dotarłam do pewnych drzwi na parterze. Iris wyjechała po kolacji i miała wrócić dopiero za cztery dni. Nie miałam tyle czasu. Gdy ona wróci, ja będę szykowała się na powrót na studia w Filadelfii. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam. Cichy szum. Nacisnęłam klamkę i weszłam. Pokój był spowity w mroku, a jedynym źródłem światła były nikłe promienie księżyca wpadające przez okno. Zegar wskazywał godzinę za piętnaście północ. Było zdecydowanie po godzinie policyjnej.

Leo nie spał. Poprawiał właśnie poduszki i zamierzał się położyć, kiedy weszłam i stanęłam jak opuszczony psiak w drzwi. Na twarzy chłopaka malowało się zaskoczenie.
— Mackenzie? Co ty tutaj robisz? —spytał z troską w głosie.
Tak. To naprawdę świetne pytanie. Co ja tutaj robię? Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że idę w stronę Wielkiego Domu. Co mu odpowiedzieć? Byłam zbyt zmęczona, by wysilić się na oryginalną i zabawną odpowiedz. Więc powiedziałam prawdę.
— Sama nie wiem.
Objęłam się ramionami. Teraz, gdy się tutaj znalazłam, nie miałam pojęcia, jak mam się zachować. Mogłam się odwrócić i wyjść. Leo uznałby, że po prostu lunatykowałam lub cokolwiek w tym stylu. Ale nie chciałam tego robić. Nie chciałam opuszczać tego pomieszczenia. Padło tu parę gorzkich słów, ale kojarzył mi się ciepło. Pachniał szczerością.
— Tylko tutaj czuje się bezpieczna — odpowiedziałam szczerze. Ostatnio byłam bardzo prostolinijna. — Przy tobie.
Zastanowiłam się. Czy faktycznie byłam prostolinijna? Chyba tak. Nie chciałam sobie już więcej komplikować życia. Niech inni ludzie to robią. Mi szkoda czasu. Usłyszałam, jak Leo wypuszcza powietrze z płuc. Zamknęłam najciszej jak potrafiłam drzwi i kontynuowałam.
— Ciągle czuję się obserwowana. Wiem, że to tylko mój umysł sprawia problemy, ale ja nie potrafię tego kontrolować. Gdy zamykam oczy, mam wrażenie, że tonę. Gdy się odwracam, natychmiast zerkam za siebie. Ale to wszystko mija, gdy jesteś blisko. Nie chcę popełnić tego samego błędu, co kilka lat temu. Nie wiem, jak mam o tym zapomnieć... I...
Podchodziłam bliżej niego z każdym zdaniem. W końcu czułam, że robię coś właściwie. Że jestem na odpowiednim miejscu. Przy nim. I podjęłam decyzję. Tak naprawdę zrobiłam to już dawno, lecz potrzebowałam potwierdzenia, że on również tego chce.
Leo odgarnął pasmo moich włosów za ucho białymi w świetle księżyca palcami. Ten dotyk zamknął cały strach w szufladzie mojego umysłu. Pozwolił mi na chwilę oddechu. Leo nachylił się i pocałował mnie w osłoniętą skórę szyi. Przymknęłam oczy i rozkoszowałam się, gdy fale ciepła rozchodziły się po moim ciele, a jego usta wędrowały wyżej i wyżej, aż do mojego ucha.
— Więc pozwól mi sprawić, byś zapomniała. O wszystkim.
Jego głos był zachrypnięty i nabrzmiały od emocji. Odwróciłam głowę i spojrzałam na niego. Przez długi czas utrzymywałam ten kontakt, aż w końcu kiwnęłam głową.
Nasze usta się spotkały. Moje ręce powędrowały na jego kark i przybliżyłam się. Tak tęskniłam za tym dotykiem. Nie zdawałam sobie sprawy, jaką męką było trzymanie rąk przy sobie. Leo rozsunął moją bluzę. Ściągnęłam ją, nadal go całując. Jego dłonie błądziły po moim ciele, a moje serce zdawało się wyskakiwać z piersi, pragnąc jeszcze bliższego kontaktu. Ściągnęłam bluzkę. On zrobił to samo. Przez chwilę patrzyliśmy się na siebie. Leo zbliżył się i położył swoje ciepłe ręce na mojej tali. Znów zaczął mnie całować, najpierw wolno i delikatnie, później z namiętnością. Moje zimne palce błądziły po twardych mięśniach na jego brzuchu. To było dla mnie nowe doświadczenie. Całkowicie inne, niż nieśmiały dotyk jego policzka.
— Kocham cię — wyszeptałam cicho, przerywając na chwilę pocałunek. — Kocham cię tak mocno, że to prawie boli.
Uśmiechnął się melancholijnie.
— Też cię kocham, moja mała. Ale.. — westchnął — ...nie mogę tego zrobić.
Zamrugałam zdziwiona. Ciepło szalało w mojej piersi nieokiełznanym płomieniem, przez który ciężko było mi mówić i myśleć.
— Dlaczego?
— Bo czuję, że cie wykorzystuję — wyjaśnił, biorąc moją twarz w swoje dłonie. — Jesteś zagubiona i słaba. Nieświadoma. Nie mogę tego zrobić, nie upewniając się, czy naprawdę tego chcesz.
— Leo — powiedziałam poważnie, mając ochotę go trzepnąć. — Przez całe swoje życie nie byłam bardziej trzeźwa i świadoma, niż właśnie w tej chwili.
Chłopak przypatrzył mi się dokładnie. Po chwili znów wbił się w moje usta, z taką namiętnością, że poddałam się jej całkowicie. Zepchnął mnie na łóżko. Poczułam jak materac zapada się pod moim ciężarem. Dłonie Leona błądziły po całym moim ciele tak samo jak usta. A ja nie pozostawałam mu dłużna. Czując jego ciężar na moim ciele, wiedziałam, że jestem bezpieczna.
Dłoń Leona spoczęła na zapięciu moich jeansów. Chłopak przerwał pocałunek. W jego rozpalonym spojrzeniu wyczułam powagę.
— Jesteś pewna?
— Tak — odpowiedziałam. Gdy nasze usta znów się spotkały, roześmiałam się z czystej radości.



Powoli, jakby moje zmysły były przykryte białym puchem, obudziłam się. Słońce wpadało przez niezasłonięte okno, pozostawiając złote pręgi w całym pokoju: na ścianie, podłodze, łóżku... Z miłym zaskoczeniem stwierdziłam, że jest tu cicho. Żadnego niepokoju, żadnego złego przeczucia. Wszystko było takie jasne i piękne. I było tak ciepło. Po raz pierwszy od długiego czasu było mi ciepło. Nie musiałam o niczym myśleć, niczym się nie przejmowałam. Jakby w końcu wszystko we Wszechświecie wróciło do normy. Na swoje miejsce.
Leo obejmował mnie. Czułam jego ciepło, to, jak jest blisko. Jego równomierny oddech łaskotał mnie w szyję, co podsumowałam lekkim uśmiechem. Jego ręka spoczywała na mojej tali, właśnie tam, gdzie powinna być. Nie czułam się nawet skrepowana tym, że jestem naga i przykryta tylko cienką pierzyną.
Dlaczego nic w moim życiu nie może być tak proste jak ta chwila?
Od czasu, gdy wróciłam z podróży w mojej głowie, byłam zlękniona. I dopiero ta chwila dała mi wytchnienie. Jakby błąkała się w spiekocie po pustyni od kilku tygodni, a teraz znalazła oazę. Znalazłam ją w ramionach Leona. Czemu tak długo nie mogłam zaakceptować tej prawdy? Leo nie bał się zranienia, tylko samotności. Mogłabym rzucać w nie talerzami, a on śmiałby się, że nie mam lepszego rzutu. Ja.. Chyba... Podejrzewałam, że to jednak była miłość. Taka, która przezwycięży nawet śmierć. Jak mogłam to inaczej wytłumaczyć? Nie chciałam inaczej tego tłumaczyć. To było proste. Gdy kochasz kogoś szczerą miłością, nie boisz się, że ta osoba się zrani. Boisz się, że cię zostawi. To jest nie do zniesienia.
Ciepło. Nie za sprawą letniego słońca, wpadającego przez okno. Było mi ciepło tam, gdzieś w środku. Tego miejsca nie był stanie ogrzać najcieplejszy koc Juliet.
Wstrzymałam oddech. Nikt nie ma pojęcia, gdzie ja się podziewam. Wyszłam na spacer po dziesiątej, jeszcze z wilgotnymi włosami. I nie wróciłam. Miałam nadzieje, że jest jeszcze wcześnie i nikt nie zauważy tego, że mnie nie ma. Mogę powiedzieć, że wybrałam się na przechadzkę, bo obudziłam się wcześniej. Z jakiegoś powodu nie wydawało mi się, by Juliet spokojnie przyjęła prawdę. No proszę, nie minęło dużo czasu, a ja znów zaczynam spiskować.
Spróbowałam wyśliznąć się z jego ciepłych objęć. Jednak ręka, która obejmowała mnie w tali, kurczowo się na niej zacisnęła.
— Nawet nie próbuj się wymknąć, Kopciuszku — mruknął sennie chłopak.
Zachichotałam pod nosem, uśmiechając się do siebie. Jak długo nie spał i po prostu leżał, nie poruszając się? Okręciłam się w jego obcięciach, mogąc teraz widzieć jego twarz.
— Dzień dobry — wyszeptałam konspiracyjnie. Jego twarz się nie poruszyła. Czułam, jak moje serce roztapia się z czułości, widząc spokój na jego twarzy.
— Dobranoc. Idziemy spać —oznajmił, przytulając mnie do siebie jeszcze mocniej. Oparłam głowę na jego ramieniu i wtuliłam się w niego.
— Przecież już nie śpisz i jest rano. Musimy wstać.
— Cicho, kobieto — mruknął. — Daj mi się nacieszyć tą chwilą. Mam zamknięte oczy, czyli śpię.
Uśmiechnęłam się i również przymknęłam swoje, rozkoszując się jego ciepłem i zapachem skóry. Powoli znów odpływałam w sen, kołysana jego delikatnym oddechem, lecz Leo odezwał się cicho:
— Mała?
— Hmm? — mruknęłam na wpół przytomnie.
— Kiedy zdałaś sobie sprawę, że... — zająknął się, szukając odpowiedniego słowa.
— ...wpadłam? — podpowiedziałam mu z żartobliwą nutą w głosie. Chłopak kiwnął głową. Pamiętam, że Percy zadał mi to samo pytanie, a ja długo potem o tym myślałam. — Pamiętasz, jak Rachel i Annabeth przekazały mi to, co dowiedziały się o przepowiedni? Kiedy rozpłakałam się w twoich ramionach w Bunkrze, spostrzegłam, że nigdzie nie czuje się tak bezpiecznie, jak przy tobie. Wtedy to do mnie dotarło. I kiedy stało się dla mnie jasne, gdy gapiłam się w swoje idealne odbicie w tym cholernym pałacu, że już nigdy cię nie zobaczę, nigdy nie przytulę, nigdy ci tego nie powiem, dosłownie pękło mi serce.
Cisza. Równomierny oddech Leona łaskotał mnie w czubek głowy, ale on nic nie powiedział.
— A jeśli mam być dokładna, to myślę, że to narastało we mnie powoli i powoli, a w tym momencie sobie to uświadomiłam. A ty? — spytałam. — Kiedy wpadłeś?
— Minęły trzy dni odkąd zapadłaś się pod ziemie. Siedziałem przy ognisku, a dzieciaki od Apolla grały piosenkę, która idealnie oddawała mój nastrój. Trzy doby, a ja nadal cię nie znalazłem. Miałem ochotę się załamać. Jedyna osoba, którą chciałem nieć przy sobie, rozpłynęła się. Dotarło do mnie, że nie chce tak żyć. Życie bez ciebie nie miało jakiegokolwiek sensu. I blasku.
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Miał otworzone oczy i patrzył na przeciwległą ścianę, zatopiony we wspomnieniach. Chłodnymi opuszkami paców dotknęłam linii jego szczęki i następnie delikatnie odwróciłam jego głowę, by spojrzał na mnie. Mogliśmy o tym zapomnieć. O wszystkim, co minęło. Zacząć z czystą kartką od tego słonecznego poranka. Od wczorajszej nocy. Od za piętnaście dwunastej. Pocałowałam go wolno i leniwie, bez pośpiechu. Receptory na moim języku były wrażliwe, tak samo jak skóra. Gdziekolwiek mnie dotknął pozostawał złote ślady. Czułam, jak ognień w mojej piersi ponownie się rozpala. Pragnęłam, by miał każdą część mojej duszy.
Gdzieś trzasnęły drzwi i ktoś zaczął krzyczeć, że skończyła się śmietanka do kawy.
Leo oderwał się ode mnie, ciężko oddychając i po chwili westchnął.
— No dobra — wymamrotał chłopak. — Tak romantyczny nastrój prysł.
Uśmiechnęłam się i owinęłam prześcieradłem, by móc wstać i pozbierać swoje rzeczy. Leo zrobił to samo, ale często zaprzestawał i po prostu się na mnie gapił. Przyłapany na gorącym uczynku, uśmiechał się szelmowsko, a ja kręciłam głową z niedowierzaniem. Potem pomogłam mu zapinać koszulę. Wpatrywałam się skupionym wzrokiem w guziki i powoli przeciskałam je przez odpowiednie otwory.
— Powiemy komuś? — spytałam cicho, nie patrząc na jego twarz.— Czy trzymamy to w tajemnicy?
— Jeśli kogoś porwali przez noc i będziesz podejrzana o przestępstwo, możesz użyć mnie jako swojego alibi.
—Dzięki — mruknęłam z udawaną wdzięcznością.
— Rób co uważasz za słuszne, mała — opowiedział i chwycił mnie za palce, które zapinały guziki przy kołnierzyku. Przycisnął je do swoich ciepłych warg, a ja poczułam dreszcz. Kiwnęłam głową, walcząc z pragnieniem, by znów go zaciągnąć do łóżka.


Tim z niedowierzaniem patrzył się na termometr, potem na mnie i znów na mały, podłużny przedmiot w swojej dłoni. Siedziałam na miękkim, szpitalnym łóżku, machając nogami z obojętną miną. Chłopak coś zapisał na swojej podstawce, po czym przywołał gestem Juliet, stojącą nieopodal niego.
— Temperatura jej skoczyła — oznajmił cicho, jakbym miała tego nie słyszeć.— Znacznie skoczyła.
— No i?— dopytała się moja siostra, patrząc na niego podejrzanie.
— To i, że nie mm pojęcia, dlaczego — odpowiedział jej, po czym oboje spojrzeli na mnie pełni wątpliwość. Udałam, że ich nie widzę i wpatrzyłam się obraz przedstawiający róg obfitości.
Juliet dziwnie patrzyła na Tima. W ten nieśmiały sposób. Gdy zaproponowałam, że sama będę przychodzić na badania, zaprotestowałam. Nigdy nie wątpiłam w to, że się o mnie troszczyła. Lecz moje zdrowie było doskonałym pretekstem, by móc się pogapić na przystojnego lekarza ze złotymi włosami. Zaciskała usta i robiła się przy nim nieco nerwowa. Uśmiechała się, jakby dostała szczękościsku. To było zadziwiające, jak Tim nieświadomie łagodził jej temperament. Był jak chłodna woda, którą polewamy oparzenia.
Ukucnął przy moich nogach. Przestałam nimi wymachiwać i oderwałam wzrok od obrazu, wprost na jego czuje oczy.
— Mackenzie, czy wczoraj stało się coś, o co mógłby się niepokoić?
Jego wzrok był zbyt intensywny. Nie chciałam się zarumienić, bo i tak czułam się tak, jakbym miała na czole wypisane "winna". Ale to nie było coś, o co mógł się niepokoić. Nie zerknęłam na Juliet, która stała obok niego z założonymi rękami. Powoli pokręciłam głową, protestując.
— Na pewno nic się nie stało? — dociekał. Roześmiałam się, co wprawiło tą dwójkę w zakłopotanie. Oj tak, dużo wczoraj się stało. Naprawiłam swoje życie. Nie popełniłam tego samego błędu, co cztery lata temu. Miałam kolejną szansę, by być szczęśliwą. U boku Leona. Zeskoczyłam z łóżka, pełna energii.
—Jeśli tak będzie, powiem ci — oznajmiłam z mocą. Tim i Juliet zerknęli na siebie. — Hej, naprawdę. Jesteś świetnym lekarzem, a ja po prostu wracam do siebie. Nie ma się czym przejmować.
Ich miny jednak nie pokazały mi, że uwierzyli moim słowo. Westchnęłam.
— Ja idę pakować walizki. Możecie tu zostać, by pożalić się nad moją osobą.
Ruszyłam do wyjścia, puszczając oko do Juliet. Chciałam biec. Tańczyć. Śpiewać, fałszując i kaleczyć piosenki Eda Sheerana o miłości.
The Beatles mieli rację. Potrzeba tylko miłości. Miłość to wszystko, czego potrzeba*. Ja byłam Leona. On był cały mój. I tak miało pozostać. Teraz nic nie mogło pójść nie po naszej myśli.
Jak bardzo się myliłam...




*The Beatles - All You Need is Love

□ 


Myślę, że to nie było takie subtelne tak. To było tak z przytupem. 

Dobra, mam nadzieję, że czytają to osoby, które są już nieco poważne. Nie mówię tu doświadczone czy coś (nie podnoszę ręki, bo wciąż się nawet nie całowałam) (ps na pewno się dowiecie, gdy się to stanie, ogłoszę to światu)(ps2 chłopie, nie znam cię, ale będziesz miał ciężko w życiu)(ps3 całowanie psa się nie liczy, nie?) . Ale postaram się wam wytłumaczyć, jak to się wszystko mojej głowie rozegrało. W tym ciemnym miejscu, pełnym fajnych rzeczy, które nawet mnie przerażą.

Kochacie dziewczynę. Kochacie bardzo mocno. Pragniecie je bliskości, jak łyka wody podczas upalnego dnia. Jak pierwszy kęs chleba po trzydniowej głodówce. Ona jest czymś, co jest wpisane w wasze podstawowe potrzeby. Jest tak ważna jak sen, bo bez niej tracić zmysły. A ona was odpycha. To jej sposób, by was nie zranić. Wierzy, że robi dobrze. Ale was to nie obchodzi. bo was nie obchodzi to, że was rani. Boicie się, że odejdzie, a wy zostaniecie z dziura w sercu w miejscu, gdzie powinno być serce. I nagle ona zrozumiała swój błąd. Przyznała się do niego i zgodziła się być tym upragnionym łykiem wody. Po tylu latach samotności w końcu możecie bez ograniczaj się sobą cieszyć. Zatracacie się w sobie. I zapominacie, że istnieją jakiekolwiek granice.

Hm, wystarczy, na wystarczający powód powyższej sceny? Poza tym Natalia mnie dręczyła. Od 15 rozdziału "Alfabetu Morse'a". Patrzała się na mnie słodkimi oczkami, wzdychała i nękała: "A będzie między nimi coś więcej? Wiesz, DUŻO więcej". Ona wierzyła w romantyczną wersję Lenzie, gdy Mackenzie bała się ognia, a Leo biegał we wianku na głowie. I to jej dedykuję ten rozdział. 

Za tydzień mamy finał. Denerwuję się. Tak po prostu. Zanim powstała cała fabuła, to ten koniec był już wymyślony. Nic w nim nie zmieniałam. Jak już mówiłam, moja głowa to mroczne miejsce.

Ps. Wy wiecie wszystko, więc co mi tam. Miałam wczoraj pierwszą stłuczkę. Nie z mojej winy, babka we mnie wjechała. Mi się nic nie stało, klapa od silnika nieco wgnieciona i coś tam do wymiany ( GDZIE JEST LEO, NIE MAM SŁOWNICTWA MECHANIKA). Tak, wjechała mi w przód. Nie wiedzieć czemu, stojąc na ulicy, włączyła wsteczny i zaczęła cofać w mój samochód. Podobno mąż jej tak kazał. Wniosek: nie słuchajcie chłopów. Powiem wam coś. Jak zaczniecie jeździć, jest taki super wynalazek, jak lusterko wsteczne. Polecam!

sobota, 6 maja 2017

Rozdział XLIV - Chcę, byś o mnie zapomniał


Nie mogłem nawiązać z nią kontaktu. Gdybym tylko mógł, siedziałbym przy jej łóżku i patrzył na jej profil dzień i noc, trzymając za lodowatą dłoń. Tim jednak mnie wyganiał, mówiąc, że jego pacjentka potrzebuje odpoczynku. Czasami Lisette przychodziła ze mną. Siadała wtedy dwa łóżka dalej i obserwowała brunetkę, która przeważnie spała, bądź patrzyła się w ścianę naprzeciw niej pustym i nic nierozumiejącym wzrokiem.
Nadal była lodowata. Jej temperatura ciała spadła ponad normę i Tim musiał w końcu odpuścić, nie znajdując medycznego powodu stanu Mackenzie. Ta nie chciała jeść i pić. Na pytanie jak się czuje, nie odpowiadała. Zachowywała się jak po udarze bądź jak duch, którego wepchnięto do obcego ciała. Mówiłem jednak do niej. Przemawiałem łagodnym głosem, opowiadając jej, co wyprawia jej młodsza siostra. Streszczałem jej książki, które Lisette czytała na głos. Jednak ona zachowywała się jak w śpiączce. Jedyną różnicą było, że miała otwarte oczy.
Był wieczór. Wszedłem po schodach i otworzyłem drzwi szpitala. Święciły się tutaj tylko lampy na stolikach nocnych, wypełniając ciemne pomieszczenie pomarańczowożółtym mdłym światłem. Zmusiłem się, by przywołać ciepły uśmiech na swojej zmęczonej twarzy. W połowie drogi jednak zamarłem.
Ciemnowłosa kobieta siedziała na łóżku Mackenzie, trzymając ją za jej lewą dłoń. Patrzyła się ze współczuciem w jej bladą twarz, uśmiechając się smutno. Złote światło nadało jej skórze przyjemną barwę, a cała postać dumna i wytworna, nie wpasowywała się w scenerię szpitala Obozu Herosów. Zacisnąłem pięści i zęby, reagując tak na obecność Afrodyty. Już dość bogowie namieszali w moim życiu. Nieraz próbowali mi odebrać ukochaną, jak zacząłem każdego dnia myśleć o Mackenzie. Widok bogini miłości mnie rozwścieczył. Poskromiłem jednak chęć wyrzucenia jej za drzwi i podszedłem do obu postaci.
— Co ty tutaj robisz?— spytałem zimno. Mój głos rozbrzmiał złowrogo w pustym pomieszczeniu. Kobieta podniosła na mnie swoje ciemnobrązowe oczy ze złotymi plamkami. Ich prawowita właścicielka spała, a jej włosy rozrzucone były na szorstkiej, szarawej poduszce. Afrodyta uśmiechnęła się kojąco, po czym znowu spojrzała na Mackenzie.
— Oboje tak wiele przeszliście — powiedziała, nachylając się nad Kenz i odgarniając pasmo włosów z jej twarzy. — Próbowałam zapobiec jej cierpieniu. Nie potrafiłam jednak ujarzmić gniewu bogów. Zawiodłam was oboje.
— O czym ty mówisz? — wycedziłem, powstrzymując się od upomnienia Afrodyty, by nie jej nie dotykała. Kobieta spojrzała na mnie. Ze zdziwieniem uświadomiłem sobie, że jej oczy są pełne łez.
— Bogowie domagali się kary — wyszeptała. — Ty już swoją odbyłeś. Miałeś złamane serce, ale walczyłeś jak prawdziwy heros. Zmagałeś się z potworami, które czaiły się w twoim umyśle, jak i z tymi, w których celowałeś ostrze swego miecza. Pomogłeś Obozowi znów stanąć na nogi po ranie, której sam mu zadałeś. Natomiast Mackenzie nie robiła nic. Żyła jak śmiertelniczka, chodząc na studia i walcząc z depresją oraz stanami lękowymi. To nie wystarczyło. Musiała ponieść fizyczne cierpienie. Musiała poczuć wszystkie rany, które zadała swoim przyjaciołom. Musiała krwawić krwią swych ofiar. Musiała poczuć ból odrzucenia oraz straty i smak śmierci.
Poczułem, jak nienawiść wypełnia mój umysł. Oni to jej zrobili. Afrodyta pokręciła głową, jakby czytała w moich myślach.
— Nie, moje serduszko. Zemsta nic nie da. A poza tym... nie tak to planowali. Tu zadziała jakaś inna siła. Wykorzystali moment, ale to nie my doprowadziliśmy ją do tego stanu. Musisz nam wybaczyć. Obydwoje znieważyliście bogów i musieliście ponieść konsekwencje. Wasza walka się jeszcze nie skończyła. Ale mam nadzieje, że odniesiecie sukces. Że się nie poddacie.
Odwróciłem wzrok w drugą stronę, gdy Afrodyta ocierała łzy. Po chwili się opanowała i ścisnęła rękę Mackenzie w matczynym geście.
— Wiesz, tylko tym masz siłę, by ją ogrzać — powiedziała tajemniczo. — Ten płomień, który nosisz w sercu, jest dużo potężniejszy od tego, który potrafisz wzniecić rękoma. Nie pozwól, by ktokolwiek próbował go ugasić.
Nachyliła się ponownie nad Mackenzie, lecz tym razem złożyła na czole dziewczyny delikatny pocałunek. Wyszeptała coś pod nosem, co brzmiało jak zaklęcie i wstała z łóżka. Spojrzała na mnie, gdy zagubiony stałem z rękoma wepchniętymi w kieszenie bluzy i uśmiechnęła się melancholijnie.
— Żegnaj, Leonie Valdez — odpowiedziała cicho. Drgnąłem. Czyżby nigdy już jej miałem nie zobaczyć? Afrodyta kiwnęła smutno głową, czytając w moich myślach. — Wiem, że to wszystko boli. I będziesz jeszcze parę razy dotkliwie zraniony. Nic na to nie poradzę. Lecz pamiętaj o tym wewnętrznym ogniu. Pamiętaj, że miłość jest najlepszą obroną, atakiem i lekarstwem. Proszę cię... nie pozwól drugi raz jej odejść. Bez niej już nigdy nie poczujesz smaku prawdziwego szczęścia. Jest twoim amuletem. Może Helena i Parys nie żyli długo oraz szczęśliwie. Wy jednak nimi nie jesteście. Kochaj ją tak, jakby jutro nie miało nadejść. Macie moje błogosławieństwo, cokolwiek dla was Fatum przygotowało. Żegnaj, mój mały Płomyczku.
Przyglądałem się, jak rozpływa się w mgłę, pozostawiając po sobie białe smugi dymu, zapach róż i cynamonu. Spojrzałem na postać dziewczyny, która równomiernie oddychała i była pogrążona w głębokim śnie. Nieświadoma tego, że nasze losy prawdopodobnie na zawsze zostały splecione.


— Ile widzisz palców? — spytał Tim, machając przed jej nosem swoją ręką.
— Dwa — odpowiedziała beznamiętnie i cicho.
— Jak wabi się twój pies?
— Audrey.
— Ulubiony smak lodów?
— Czekoladowy.
— Pierwsze słowo? — zapytał chłopak. Wymamrotała coś cicho, więc musiał się nachylić, by usłyszeć odpowiedź.
Tim zapisał coś na swojej podstawce, nagrodził swoją pacjentkę ciepłym uśmiechem, po czym podszedł do mnie i Juliet. Staliśmy w kącie, obserwując dziewczynę i nie odzywając się do siebie ani słowem. Tim zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się co powiedzieć. Mackenzie postawiła nogi w pełnych i ciepłych butach na posadzce. Przyglądała się im zafascynowana, jak małe dziecko.
— Wygląda na to, że wraca do siebie — powiedział ostrożnie, nie chcąc robić nam nadziei. — Pamięta wszystkie szczegóły normalnego życia. Niepokoi mnie jednak jej temperatura. Mówi, że ciągle jej zimno.
— Postaram się, by była ciepło ubrana i piła dużo herbaty — odpowiedziała Juliet błyskawicznie. Ja się nie odzywałem, wpatrując się w Mackenzie zatroskanym wzrokiem.
— Myślę, że może już wyjść. Niech przychodzi codziennie rano po śniadaniu na badanie i rehabilitacje. Dość długo leżała i musi zaznać dość ruchu. Niech się nie przemęcza i dużo śpi.
— Będę jej pilnować — przyrzekła jej siostra, zrzucając mi spojrzenie, którego nie mogłem rozszyfrować, po czym podeszła do brunetki i pomogła jej wstać. Mackenzie chwyciła jej dłoń i podniosła się, chwiejąc na nogach. Stawiała kroki ostrożnie i tylko raz, gdy wychodziły, jej wzrok padł na mnie. Wstrzymałem oddech, tak jak ona, ale po chwili Juliet zaczęła paplać i zniszczyła tą sekundę porozumienia. Tim jeszcze przez chwilę stał przy mnie po ich wyjściu, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zrezygnował. Zanim odszedł, zerknąłem na notatki naszego obozowego lekarza. Pod pytaniem "Pierwsze słowo?" widniało moje imię.



Dni upływały. Nie widziałem się przez ten czas często z Mackenzie, co rozdzierało moje serce, lecz nic na to nie mogłem poradzić. Szukałem pocieszenia w osobie Lisette, lecz ta robiła się z dnia na dzień coraz bardziej skryta i mało rozmowna. Ja sam nie miałem ochoty na dyskusje, przeżywając od nowa detale związane z rozmową z Afrodytą. Analizowałem jej słowa, starałem się je zinterpretować i szukać rozwiązania. Pozostało mi jedynie tylko czekać, aż upłynie wystarczająco dużo czasu i Mackenzie znów zacznie śmiać się i żartować, tak jak dawniej.
Często była zamyślona. Uśmiechała się, lecz uśmiech nie obejmował jej oczu. Były zimne i smutne, jak u matki, która straciła długo wyczekiwane dziecko. Chodziła ubrana niczym podczas zimy. Jej twarz była blada i usta wyschnięte, niby po długiej i ciężkiej chorobie. Była na kształt kwiatu, którego się nie podlewało.
Szedłem u boku Lisette, zmierzając nad morze. Przechodziliśmy obok domków i w pewnym momencie stanąłem. Uświadomiłem sobie, że musiałem z nią porozmawiać. Nie chodziło tu o mnie; niedługo Mackenzie powinna wrócić na studia. Powinna zacząć myśleć o powrocie na University of Pennsylvania, do Sharmili i Daniela. Nie chciałem się z nią rozstawiać, jednak jej dobro przewyższało nad wszystkim. Musiałem porozmawiać z nią o jej tacie i Grace.
Lisette zatrzymała się i spojrzała na mnie z pytaniem w oczach. Przełknąłem ślinę.
— Liz, muszę pozmawiać z Mackenzie. Czy...
— Oczywiście — przerwała mi i próbowała się szczerze uśmiechnąć. Kiwnąłem głową i ruszyliśmy w stronę Domku 4. Poczułem zapach róż, które kwitły i zasłaniały taras domku. Wszedłem po schodkach i zauważyłem Mackenzie. Siedziała na niskiej sofie, na której dzieci Demeter spędzały wieczory, pijąc gorące napoje. Mackenzie była ubrana w czarny golf, a jej nogi były przykryte grubym kocem. Było ponad dwadzieścia pięć stopni, a ona czuła się jak w jesienny dzień, pijąc herbatę i czytając książkę położoną na kolanach. Odchrząknąłem, a dziewczyna wtedy podniosła wzrok.
— Mogę ci przeszkodzić? — zapytałem. Brunetka zamknęła książkę, położyła ją obok siebie, tak jak kubek z herbatą i kiwnęła głową. Podszedłem bliżej. — Zrobiłem parę rzeczy, kiedy cię nie było i chce ci o tym powiedzieć.
Ukląkłem przed nią. Czarny golf kontrastował z jej nadnaturalną bladością. To była nasza pierwsza rozmowa sam na sam. Denerwowałem się.
— Kiedy... spałaś, pomyślałem, że muszę zawiadomić twojego tatę o tym, co się stało. Chciał przyjechać z drugiego końca kontynentu, lecz go uspokoiłem. Zaraz, gdy odzyskałaś przytomność, zadzwoniłem do niego. Prosił, że gdy tylko będziesz czuć się na siłach, byś skontaktowała się z nim i Grace. Martwią się o ciebie. Jeśli chcesz, mogę wysłać kogoś po jakieś ciepłe ubrania dla ciebie.
Mackenzie się nie odzywała. Jej usta nieco się rozchyliły, a oczy zaszkliły. Zignorowałem tą chwilę słabości i kontynuowałem.
— Jest połowa września — oznajmiłem. — Niedługo będziesz musiała wrócić na University of Pennsylvania. Użyłem twojej komórki, przepraszam cię za to, ale musiałem. Nie miałem numeru twojego taty. I wtedy zadzwoniła niejaka Sharmila. Po krótkim wstępie, gdzie zostałem wyzwany od cholernych, seksistowskich świń oraz nastraszony morderstwem mojej osoby, dowiedziałem się niektórych szczegółów. Spisałem je, później ci je przyniosę. Zapowiada się wspaniały semestr.
Zabrzmiałem niezwykle optymistycznie. Aż sam byłem pod wrażeniem. Mackenzie nachyliła się w moją stronę. Dotknęła mojego prawego policzka zimną dłonią, a na drugim złożyła pocałunek. Jej usta były ciepłe. Przymknąłem oczy, rozkoszując się tą chwilą, zapachem jej włosów i bliskością. Nie odsunęła się. Chwyciłem ciepłą dłonią za jej palce i przyciągnąłem jej dłoń mocniej do mojego policzka.
— Dziękuję ci — wydeptała cicho. Jej ciepły oddech załaskotał mnie w ucho. — Za wszystko.
— Potrzebujesz jeszcze czegoś? — spytałem, chcąc, by ta scena trwała wiecznie. Szeptaliśmy jak dwoje kochanków, którzy mają wielki sekret.
— Nie — odparła, prostując się. Oderwałem jej zimną dłoń od swojego policzka i złożyłem na wewnętrznej stronie miękki pocałunek.
— No to ja idę — odpowiedziałem. Obdarzyła mnie wzruszonym uśmiechem i zagięła dłoń w pięść. Jej wzrok miał jednak w sobie coś gorzkiego. Jakby miała przekazać swojemu bratu, że nie przyjęli go do wymarzonej szkoły.


— Chce z tobą porozmawiać — oznajmiła. Podniosłem głowę i zobaczyłem, jak stoi nade mną z zaciętą miną i wepchniętymi dłoniami w kieszeń bluzy swojego uniwersytetu.
Siedziałem w salonie Wielkiego Domu, poprawiając projekty mojego młodszego brata. Chłopak miał wielką wyobraźnie, lecz nie przywiązywał wagi do liczb. Pisał na oko, ja to się fachowo wyraził. Może już nie pełniłem funkcji grupowego domku, ale nadal byłem tym najstarszym, wszystko wiedzącym bratem i pomaganie rodzeństwu sprawiało mi przyjemność. Widzieli we mnie autorytet, po mimo tego, że poświęcałem im zdecydowanie mniej czasu.
Uśmiechnąłem się do niej.
— Tutaj czy gdzieś na osobności? — dopytałem się.
— Na osobności.
Położyłem papiery na niskim stoliku i skinąłem, by poszła za mną. Mackenzie posłusznie ruszyła, trzymając się nieco z tyłu. Skierowaliśmy się do mojego pokoju, który Iris zgodziła się przeznaczyć na moją sypialnie, gdy czuwałem nad Lisette. Nie spędzałem tutaj dużo czasu. Byłem przyzwyczajony do dzielenia pokoju razem z licznym rodzeństwem. Tutaj było zbyt cicho, zbyt spokojnie i czysto. Chętnie wrócił bym do mojego prawdziwego łóżka w Domku 9. Ale obiecałem Liz, że zawsze będę blisko. Kogo jak kogo, jej nie mogłem zawieść.
Mackenzie stanęła niedaleko okna i wzięła głęboki wdech, jakby gotowała się do skoku na głęboką wodę. Stanąłem z zaplecionym na piersi rękoma, ponad dwa metry od niej. Dziewczyna zamknęła oczy i wyrzuciła z siebie:
— Jestem superszczurem.
— Superszczurem? — powtórzyłem po niej tą dziwną nazwę, która perfekcyjnie pasowałby do czarnego charakteru kreskówki dla dzieci. Brunetka kiwnęła głową z poważną miną.
— Tak. Superszczurem w przebraniu tchórzliwej myszki. Może myszoskoczka.
— Myszoskoczka?
Mackenzie uśmiechnęła się cierpko.
— Nie kupujesz metafory, nie?
— Nie bardzo — przyznałem.
Brunetka się zmieniła. Od tego czasu, gdy wzbudziła się ze śpiączki, była zupełnie inną osobą. Nie, to nie było dobre określenie. Była Mackenzie Atkinson w każdym calu. Straciła jednak jakiekolwiek hamulce, które były tak charakterystyczne odkąd wróciła. Była teraz prostolinijna i szczera. Mówiła na głos to, co należało przemilczeć. Gdy po raz pierwszy ją usłyszałem, byłem w niemałym szoku. I dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, kogo mi przypominała. Lisette. Z tym jej dziecięcym postrzeganiem świata. I byłem prawie pewny, że to, co zaraz powie, nie będzie kłamstwem lub naciąganą prawdą. I że zapewne po raz kolejny mnie zrani.
— Nie zasługuje na ciebie — zaczęła cicho. — Przestań mnie kochać, bo ja na to nie zasługuje.
Wbrew sobie się uśmiechnąłem.
— Żartujesz sobie?
— Jestem śmiertelne poważna — oznajmiła i na chwilę zapadła cisza. — Traktowałam cię okropnie, choć wcale tego nie zamierzałam. Łamałam ci serce raz za razem. I boję się, że znów to zrobię. Nie chcę tego. Więc najlepiej jeśli...
— Jeśli co? — dopytałem się, bo się zawahała.
— Jeśli o mnie zapomnisz — dokończyła.
Czułem się, jakbym wszedł do sali kinowej w połowie trwania filmu. Obrazy się przesuwały, ale nie pojmowałem ich sensu. Widziałem, że porusza ustami, ale żaden dźwięk, którym bym zrozumiał, ich nie opuścił.
— Ty nic nie słyszałaś, prawda? — spytałem, czując suchość w ustach. — Przy łóżku. Dlatego tak mówisz.
— Nie, Leo — zaprzeczyła i zamrugała nieco zdziwiona, bo nie miała pojęcia, o co mi chodziło. — Mówię to, bo chcę, byś był szczęśliwy. Z kimś takim jak Lisette. Z kimś, kto nigdy cię nieumyślnie i głupio nie zrani. Ja nie mogę ci tego obiecać.
Westchnąłem i przeczesałem palcami włosy. Przysięgam, kobiety mnie kiedyś wykończą, a ta mała istotka była bardzo blisko zaproszenia mnie do Podziemia.
— Dlaczego ja zawsze muszę o ciebie walczyć? — wymamrotałem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej. — Jeśli nie z całą armią wroga, to z tobą we własnej osobie. Nie zależy ci na mnie?
Spojrzała na mnie swoimi ciemnymi oczami ze złotymi plamkami.
— Zależy. Nawet bardzo — przyznała. — Ale ty masz mnie za starą Mackenzie, którą zniszczyła wojna, cierpienie i ból. Idealizujesz mnie, a potem wściekasz się, że twoje wyobrażenie nie odpowiada rzeczywistości. A ja jestem zupełnie inną osobą, za jaką mnie masz.
— Oddałem ci wszystko — powiedziałem, powoli dobierając słowa. — Moje serce. Poświęciłem i naraziłem życie swoje i innych osób. Przez ciebie splamiłem swoje ręce krwią. Pozwoliłem, byś mnie raniła raz za razem i bawiła się mną jak szmacianą lalką. I mam po tym wszystkim tak po prostu sobie dać spokój?
— Przyznałeś, że cię ranię. Czemu po prostu nie opuścisz?
— Bo cię kocham, ty skończona idiotko! Oświadczył bym ci się w tej chwili, gdym miał pewność, że nie odeślesz mnie z kwitkiem.
— Przestań — odpowiedziała, przymykają oczy, jakby siła moich słów ją poraziła.
— Nie przestanę — rzekłem buńczucznie. — Ty sama nie wiesz, jak masz kombinować, co? Robisz co w twojej mocy, byle żeby się przed sobą nie przyznać.
— Że cię kocham? — dopowiedziała. — I muszę podjąć decyzję, czy mam wybrać moje normalne życie i tęsknić za tobą jak narkomanka, czy też rzucić w cholerę cały dobytek i uciec z tobą?
— Nie każę ci wybierać — odpowiedziałem, zdziwiony jej postrzeganiem całej sytuacji.
— Ale ja i tak muszę to zrobić.
— I masz nadzieję, że powiem ci, że nic do ciebie nie czuję, byś odeszła bez poczucia winy?
— I tym razem tylko z jednym złamanym sercem — dokończyła cicho, spuszczając wzrok. Zapadła cisza, która ciążyła nam obojgu. Mackenzie miała minę współczującego lekarza, który musi poinformować rodziców, że ich dziecko nie przeżyło operacji. Ja byłem wstrząśnięty tym, co powiedziała. Myślałem, że była po prostu kapryśna. A ona podejmowała decyzję na całe życie. Nie chciała być herosem, jednakowoż nie zniosłaby pozostawienia mnie tutaj. A zapomnieć swoje dawne, beztroskie życie? Raczej nierealne.
— Lisette nie mogłaby cię zastąpić — oznajmiłem jej, przerywając ciszę. — Ani ona, ani jakakolwiek inna kobieta.
— Tak ci się tylko wydaje — odpowiedziała z nutą cierpienia w głosie. — Ale w końcu się pojawi. Będzie cię słuchać. Będzie wyrozumiała, łagodna i dobra. Nigdy cię nie skrzywdzi, tak, jak ja to zrobiłam. Pokochasz ją całym sercem, zobaczysz.
Uśmiechnąłem się smutno.
— Nie będę nawet na nią długo czekać, bo jedyna, z którą chcę spędzić swoje życie, właśnie przede mną stoi. — Podniosła głowę, zaciskając usta. — Nie zakochałem się od ponad trzech lat w kimś innym. Byłaś tylko ty. Zrozum, że na zawsze tak zostanie.
— Złamałam ci serce. Zraniłam. Ja nie mogę... Nie mogę przestań myśleć...
— Więc się postaraj. W tym właśnie tkwi problem. Przestań w końcu myśleć i zagłuszać szept serca. Daj mu dojść do głosu. Ono cię nigdy nie okłamie.
Milczała. Jej zaszklone oczy wpatrywały się w moją twarz, a ona objęła się ramionami, jakby jej było zimno. Stała tak dobrą chwilę, zanim zacząłem się niepokoić.
— Mackenzie?
— Przepraszam, Leo. Nie potrafię.
Pociągnęła nosem i zrobiła krok w kierunku wyjścia.
Chwyciłem się ostatniej, rozpaczliwej deski ratunku, by ja zatrzymać w moim życiu. Gdy prawie dotarła do drzwi, chwyciłem ją delikatnie za rękę i odwróciłem w moją stronę. Nie potrafiłem tak po prostu pozwolić jej odejść. Już raz popełniłem ten błąd i nie zamierzałem go powtórzyć.
— Mackenzie — wyszeptałem, jak do strachliwego i tchórzliwego zwierzęcia. — Nie naciskam na ciebie. Nie pragnę, byś podjęła decyzję w tym monecie. Tylko posłuchaj mnie i nie przerywaj — dokończyłem zdanie szybko, bo widziałem, że chce coś powiedzieć. — Mówiłaś, że jesteś zmęczona tymi kłamstwami i intrygami. Że pragniesz tylko spokoju. Jeśli... jeśli się zdecydujesz i zostaniesz... ze mną, ja...
Głos mi się załamał i nie potrafiłem sformułować myśli i wypowiedzieć ich na głos.
— Opuścisz obóz? — dopytała się z nutą zdziwienia w głosie. — Przecież to miejsce to całe twoje życie.
Spojrzałem jej głęboko w oczy i oznajmiłem cicho oraz dobitnie.
— Tak samo jak ty. Pragnę cię, Mackenzie. Pragnę cię całym sobą i jeśli miałbym spędzić całą wieczność na Polach Kary, byleby teraz być z tobą, zgodziłbym się bez mrugnięcia oka.
Milczała. Nie była w stanie wydać żadnego dźwięku. Znaleźć odpowiedzi. Podać mi kontrargumentów. Więc po prostu delikatnie wyswobodziła palce z mojego dotyku i wyszła. Pozostał tylko jej delikatny zapach perfum.

□ 

Wiecie, że w przyszłym rozdziale poznamy odpowiedz Mackenzie?

Ja osobiście uwielbiam ten rozdział, bo to chyba pierwsza szczera rozmowa bez wyzywań, krzyków, która kończy się płaczem lub pocałunkiem. Ona powiedziała mu, o co jej naprawdę chodzi i myślę, że Leo ją zrozumiał. Teraz pozostaje mu (i Wam) czekać tydzień, by dowidzieć się, czy odpowiedź będzie brzmiała "TAK" czy "NIE".

Ja osobiście jestem tak tym przejęta, że chyba się rozpłaczę, choć znam odpowiedź. Za dwa tygodnie będzie finał, a później jeszcze jeden rozdział po finale, który wszystko uporządkuje.

Widzicie? Wszystko zmierza ku końcowi. Przynajmniej historia Mackenzie i Leo. Trudno mi się z nią rozstawać, ale będzie kolejna. Moja pierwsza książka.

Obiecywałam Wam, że niedługo dodam szczegóły powieści, nad którą pracuję. I wydaje mi się, że mace dość emocji, ale liczę na chwilę attention zanim zjecie mnie w komentarzach.

1. Książka będzie publikowana na koncie justeeneruston na wttpadzie. W tym miejscu chcę Wam przedstawić mój nowy pseudonim literacki. Dlaczego zmieniam konto? Joylitte to mój pseudonim, pod którym pisałam fanfictions. To taki mój mały rodzaj inicjacji: z uczącej się pisać na fanfiction dziewczynki w kogoś, kto podchodzi do swojej pasji poważnie i profesjonalnie.

2. Specjalne spojlery, filmiki, zdjęcia będą udostępniane na instagramie justeeneruston i twittera: justeeneruston. Będę tam dodawać cytaty i dokumentować swój postęp (stan na teraz: prolog + 6 rozdziałów, każdy ponad 3000 słów, czyli spisałam jakieś 44 strony).

3. Książka będzie poruszała problem dyskryminacji kobiet, homoseksualizmu oraz moralności opartej na wierze katolickiej. Kiedy zaczęłam pisać, przysięgłam sobie, ze kiedyś napiszę coś, co wniesie jakieś wartości i nie zniknie w tłumie. To będzie bardzo kontrowersyjna książka. I to wszystko w czasach sukien, królestw, księżniczek i rycerzy! No, może nie zupełnie, bo stworzyłam kultury i państwa, które nie istniały nigdy i dynastię, która... oj, coś za dużo. W każdym razie: to będzie kontrowersyjna książką, pełna intryg, miłości i gier politycznych. Nie mogę się doczekać, by odsłonić jej nieco więcej.

4. Premiera planowana jest na 1 lipca 2017 roku na wattpadzie i bloggerze. To będzie miesiąc po zakończeniu "Opętanej", ale chcę, byście byli na bieżąco.

No to do następnego.

ps. " Bo cię kocham, ty skończona idiotko!". Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, bo on się jej tak trochę nieświadomie oświadczył, ok...........

.
.
.
.
.
.
template by oreuis