sobota, 8 kwietnia 2017

Rozdział XXXIX - Kłamstwo zabija przyjaźń, prawda zabija miłość.


Lisette bawiła się swoimi palcami, wyginając je pod takimi kątami, że nie byłem w pełni świadomy, jak to jest możliwe. Brała urywane oddechy i gdy tylko się na nią patrzyłem, odwracała wzrok w drugą stronę. Coś ją trapiło. Jakby była wstydliwym i dobrym dzieckiem, które zbiło wazon, będący ślubnym prezentem jej rodziców. Nie pomagałem jej ani nie pośpieszałem, chcąc, by sama sobie z tym poradziła. Bałem się jedynie, że może chcieć powiedzieć coś w sprawie Mackenzie. Na pewno Emma o wszystkim doskonale ją ze szczegółami poinformowała, a Liz jasno dała mi do zrozumienia, że powinienem uważać na brunetkę. Nie miałem chęci, by jej wszystko po kolei tłumaczyć. I miałem szczerą nadzieję, że bez tego się obejdzie.
— Muszę ci coś powiedzieć — zaczęła, podczas gdy spacerowaliśmy na plaży. Daleko przed nami bawiła się grupka dzieci, którą pilnowała Piper. Kiwnąłem głową, całkowicie poważny.
— Chcesz usiąść? — spytałem. Zgodziła się. Jeszcze chwilę nie odzywała się, patrząc w horyzont. Byłą zamknięta w sobie od jakiegoś tygodnia i te cztery krótkie słowa mogły zapowiadać wyjaśnienie jej nastroju.
— Zrobiłam coś bardzo złego — wyszeptała prawie tak cicho, że mogłem pomylić jej słowa ze szumem fal. — Bardzo złego drugiej osobie.
Spojrzałem na jej spiętą twarz. Już nie bawiła się palcami, tylko próbowała opanować naciągający wybuch płaczu.
— Nie chciałam jej skrzywdzić — powiedziała. —To nie byłam ja. Zrobiłam jej krzywdę i nikt nie mógł mnie powstrzymać, ale walczyłam, bogowie mi świadkami, że tego nie chciałam.
Chwyciłem ją za drżącą dłoń. Lisette spojrzała na nasze złączone ręce, a potem podniosła wzrok na mnie. Jej niezwykłe oczy patrzyły na mnie ze smutkiem i bólem. Uderzył o mnie to, jak wygląda. Mogłaby być wzięta za dużo ode mnie starszą. Czy to możliwe, że tak się zmieniła w ciągu siedmiu dni?
— Weszłam do łazienki, gdy się kąpała. Podeszłam do wanny i chwyciłam za jej głowę. Wepchnęłam ją pod wodę i trzymałam tak długo, aż przestała walczyć. A potem uciekłam...
Po każdym jej słowie następował szloch, a mnie zalała fala przerażenia. Dziewczyna bezsprzecznie mówiła prawdę. Była ze mną szczera. Jej łzy, które potoczyły się po jej policzkach, nie były udawane. Prostolinijna Lisette nie potrafiłaby udawać. Nie potrafiła grać.
— Co się z nią stało? — odpowiedziałem zachrypniętym głosem. Nie miałem odwagi spytać na głos: gdzie jest ciało? Kto je znalazł?
— Nic — odpowiedziała Liz, opanowując płacz. — Byłam pewna, że One ją zabiły. Nie mam pojęcia, jakim cudem przeżyła. Nie ruszała się, gdy ją zostawiłam.
— Żyje? — spytałem. Nie wiedziałem co czuć. Dziewczyna przeżyła i dzięki bogom. Ale za to kolejna osoba zna naszą tajemnicę. Może wydać Lisette w każdej chwili i nic na to nie będę mógł poradzić. Blondynka odwróciła ode mnie wzrok i stłumiła szloch, przyciskając dłoń do ust. — Liz, kto to był? Znasz jej imię? — zapytałem ostrożnie, a ona kiwnęła głową. — Powiedź mi.
Przez długą chwilę Lisette zmagała się ze samą sobą, po czym nie mogąc znieść napięcia, z jej ust wydostało się jedno imię:
— Mackenzie.
Zamarłem przerażony i pewny, że słuch mnie zawodzi. To nie mogła być prawda. Może Lisette się pomyliła. Mackenzie by mnie nie oszukała. Powiedziałaby. Powinna to zrobić. Nie mogłaby... Lisette spojrzała na mnie i mylnie odczytała mój wyraz twarzy. Wybuchła. To było najtrafniejsze słowo. Rozpłakała się na dobre, szloch zawładną jej ciałem do tego stopnia, że wyglądała, jakby się dławiła.
— Nie chciałam... Leo, uwierz mi... Nie skrzywdziłam ją specjalnie... Błagam... To Ich wina... Nie potrafiłam Ich potrzymać... Nie nienawidź mnie... Odezwij się... Nie bądź na mnie zły...
— Nie jestem— odpowiedziałem, patrząc na jej zapłakaną twarz. — Wierz mi Liz, nie jestem na ciebie zły.
Wziąłem ją w ramiona, a ona tylko płakała i płakała, wylewając z siebie cały żal. A w mojej piersi rósł gniew. Nie do tej kruchej istoty, którą kołysałem i uspokajałem. Tylko do dziewczyny o brązowych oczach ze złotymi plamkami.




Siedziała pochylona nad papierami, całkowicie pochłonięta pracą i zamknięta w swoim świecie. Cicha. Przeważnie była cicha. Chłonąłem przez chwile ten widok, napawając się niejakim spokojem płynącym z tej sceny. Nie zauważyła mnie. Przyglądałem jej jej leniwym ruchom i zastanawiałem się, jakim cudem tak mnie oszukała. Czym się kierowała. Myślałem, że się zmieniła. Przymykałem oczy na jej potknięcia i miałem nadzieje, że już taka zostanie. Ciepła, życzliwa i prawie beztroska, jak kilka lat temu. Po minucie podszedłem do niej i głośno położyłem książkę na biurku.
Mackenzie podskoczyła i wtedy oprzytomniała. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. W oczach zapaliły się iskierki podobne do tych, gdy udawało jej się kilka lat temu trafić w środek tarczy celując z łuku.
— Cześć — przywitała się i zaczęła przeglądać chaotycznie akta. — Dobrze, że jesteś. Znalazłam ciekawy fragment o pierwszych tygodniach pobytu Lisette w zakładzie. I mam jej stary adres. Tylko muszę go znaleźć. W tych papierach jest taki bałagan, że ledwo się coś przeczytać mogę. Rozumiem, że biurokracja może być nudna, ale jakieś poczucie estetyki powinno...
— Mackenzie — przerwałem jej. Przestała mówić i spojrzała na mnie zaskoczona. Nigdy jej nie przerywałem. Dźwięk jej głosu był dla mnie święty, ale tym razem... Zacisnąłem wargi.
— Leo, stało się coś? — spytała po chwili ciszy. Pokiwałem głową. Dziewczyna zerwała się z miejsca i pobladła. — Lisette?
Wstała i już miała przejść koło mnie, chcąc zapewne pójść do pokoju blondynki i sprawdzić, co się z nią stało. Gdy przechodziła, chwyciłem ją za ramie i uniemożliwiłem ruch. Staliśmy do siebie odwróceni bokiem, ale widziałem jej pełny zdziwienia wyraz twarzy.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — spytałem cicho. Mackenzie spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
— Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz — odpowiedziała takim tonem, jakby faktycznie jej słowa były prawdą.
Spojrzałem na nią z politowaniem. Gniew powoli we mnie narastał, ale na razie go kontrolowałem. Na razie.
— Dobrze wiesz, więc nie graj głupiej.
— Miażdżysz mi ramię — mruknęła naburmuszona w odpowiedzi.
— Cholera jasna, Mackenzie — powiedziałem, podnosząc głos i jednocześnie puszczając według życzenia jej rękę. — Mieliśmy umowę, tak? Więc dlaczego mnie oszukujesz?
— Nie oszukuje cię — odpowiedziała spokojnie, unosząc brodę w górę, jak to miała w zwyczaju.
— Tylko nie mówisz całej prawdy i ukrywasz istotne sprawy —sprostowałem.
— Niby jakie?
— Hmmm... Pomyślmy... — odpowiedziałem sarkastycznie, pukając się po policzku jakby faktyczne potrzebował czasu do zastanowienia się. — O mam! Na przykład, że Lisette próbowała cie utopić?
Jej twarz ani drgnęła, jakby była wykuta w marmurze, a ja gadałem do głupiego posagu. Założyła tylko ręce na piersi i wpatrywała się we mnie. Tak, jakbym ją podpuszczał.
— Kto ci to powiedział? — spytała pewnym głosem, jakbym uraczył ją naiwną bajeczką o duchach.
— Czyli to prawda? — zignorowałem jej pytanie. Próbowała zmienić tok rozmowy. Ale nie dam się na to więcej nabrać. Wiedziałem, że choć teraz skrywa się pod maską, w środku kalkuluje szanse: warto mnie okłamać czy tez nie. Po chwili wahania kiwnęła głową.
Opanuj gniew. Opanuj.
— I mówisz to mi z takim spokojem? — mruknąłem przez zaciśnięte zęby.
— Nic mi się nie stało — odpowiedziała, jakby to była błahostka. Dyskusja o to, kto zjadł ostatniego cukierka.
— W takim razie to wszystko było grą? Te twoje radosne nastroje, te ciepło w stosunku do mojej osoby? To była kolejna twoja sztuczka?
Przypomniałem sobie, z jakim żarem mnie całowała. Z jaką radością przyjmowała każdy czuły gest i rozpromieniała się na moje słowa. Z jaka życzliwością robiłam nam obojgu kawę, byśmy mogli usiąść na werandzie i porozmawiać. Teraz, wszystkie jej decyzje były dla mnie sztuczne i nieszczere. Gdy tylko padły te pytania, Mackenzie wyglądała tak, jakbym dał jej w twarz.
— Nie — odpowiedziała ze strachem w głosie. — Oczywiście że nie.
— Wydaję mi się, że jednak tak. Miałaś nadzieje, że swoim zachowaniem uśpisz moją czujność i postanowiłaś mi o tym nie mówić. Stwierdziłaś, że i tak tu nie jestem potrzebny. Zrobisz wszystko sama, przynajmniej wszystko będzie idealnie. Nie pierwszy raz zresztą.
— Masz do mnie żal za to, co stało się trzy lata temu? — spytała lekko zachrypniętym głosem. Dobrze. Bardzo dobrze. Zrzuć te maskę i porozmawiajmy szczerze.
— Tak. I będę go miał — odpowiedziałem. — W twoim idealnym świecie pomijasz ważną sprawę: innych ludzi. Nie obchodzi cię to, że kogoś zranisz. Dbasz tylko o rezultat.
— Czyli to, że chciałam abyś ty i cały obóz był bezpieczny, się nie liczy? — odpowiedziała podnosząc głos.
— Po cholerę nam było takie bezpieczeństwo. Poświecę swoje życie, aby świat był bezpieczny. Co mnie obchodzi to, że złamię przy okazji kilka serc, że inni będą się o mnie martwić? Szukać? Tęsknić? To bardzo szlachetne, Mackenzie. To, że płynie w tobie ichor nie robi z ciebie bohaterki.
— Nigdy nie chciałam być bohaterką — odparła. Jej głos brzmiał tak, jakby miała się rozpłakać. Gdybym jej nie znał, pomyślanym, że to zrobi. Ale to nie było to. Jej głos drżał z gniewu, bo nie była przyzwyczajona do kłótni. To było coś innego od krótkich sporów czy ostrych wymian zdań. — Nie znasz nawet połowy prawdy. Nie masz pojęcia, jak to jest być uwięzionym we własnej głowie, bez możliwości wykrzyczenia całego bólu.
— Mam ci współczuć, że mieszkałaś w złotym pałacu razem ze swoim idealnym narzeczonym i miałaś wszystko, czego zapragnęłaś?
— Nie miałam wszystkiego. Tak naprawdę nie posiadałam nic. Odebrano mi rodzinę i przyjaciół. Pozbawiono wolności, zamykając w złotej klatce i nie każąc się nawet skrzywić. Ale zrobiłam to, by cię chronić. Zrobiłabym dla ciebie wszystko, bylebyś był bezpieczny.
— Na przykład? — ciągnąłem ją za język. Ta nie odpowiedziała, tylko dolna warga jej zadrżała. I wtedy dotarło do mnie, że może faktycznie coś zrobiła. — Mackenzie, o czym ty próbujesz mi powiedzieć?
Cisza zawisła pomiędzy nami. Mackenzie próbowała się nie rozpłakać z bezsilności, sztyletując mnie wzrokiem. W końcu go spuściła i wyszeptała do podłogi.
— Dolałam do twojej wody kroplę z rzeki Lette.
Odebrało mi mowę. Jak przez sen przypomniała mi się szklanka wody, którą mi podała. Następnego dnia zaspałem. Ale nie połączyłem faktów, aż do dziś. Winiłem siebie i swoje zmęczenie. Nigdy nie pomyślałbym, że to wina Mackenzie.
— Co? Ale jak? I czemu?
— A jak ci się wydaje? — Z jej szklistych oczu zaczęły skapywać ogromne łzy. — Kilka godzin wcześniej straciłam siostrę. Nie przeżyłabym utraty ciebie. Powstrzymanie cię było rozsądną decyzją. Zginąłbyś z rąk Demoforta, tak jak powinno być w micie wojny trojańskiej.
— Widziałaś, że Clarisse zajmie moje miejsce — powiedziałem zszokowany. Mackenzie jednak pokręciła głową.
— Nie. Ale ona podejrzewała mnie, że cię skutecznie zatrzymam. Ale pewnie nie w taki sposób.
— Nie powinnaś tego robić.
— Niby czemu? Fakt, Clarisse zginęła. Ale ty żyjesz. To się dla mnie liczyło i liczy. Żałuję każdej przelanej za mnie kropli krwi. Ale ta, która mogła być twoją, byłaby zbyt gorzka. Bez ciebie ta głupia walka nie miała sensu. Chciałam być wolna. Chciałam nie być poświęcona bogowi jak jakaś zabawka. Ale pragnienie, byś był bezpieczny, było większe. I zrobiłam to , co rozsądne, by ten stan rzeczy zachować. Matka groziła mi, że jeśli jej się sprzeciwie, skrzywdzi cię.
— Miałem w nosie Demeter i jej kłamstwa. Wytrzymałbym to, o czym mówiła. Już i tak byłem raz martwy. Byłbym jeszcze raz, jeśli oznaczałoby to, że będziesz wolna. Zrobiłbym dla ciebie wszystko i dobrze o tym wiesz. Zarówno trzy lata temu jak i teraz.
Chciała wyjść. Stanąłem jednak w przejściu, nie pozwalając jej na to. O nie, nie tym razem. Nie zostawię tego tak po prostu, by mogła przemyśleć odpowiedz.
— Zejdź mi z drogi albo powiem coś, czego obydwoje będziemy żałować— powiedziała cicho.
— Śmiało, mów. Już i tak nie będę niczego żałować bardziej, niż tego, że ci zaufałem— zakpiłem. Mackenzie zacisnęła zęby i spróbowała się opanować, ale dzięki bogom jej się nie udało.
— W takim razie posłuchaj. Nigdy nie chciałam tego świata. Było mi dobrze jako niemowa, wierząca w jednego Boga. Interesowałam się tylko tym, czy zaliczę kolejny sprawdzian. A potem mnie tutaj wepchnięto, przedstawiono mi starożytnych bogów, a w dodatku jedno z nich było moim rodzicem. Ah, no i byłam tak bardzo beznadziejna w walce, że czułam, jak mnie wytykają palcami. Ale zaakceptowałam ten świat, bo jego częścią byłeś ty. Dawałeś mi silę i motywacje, by stanąć do walki. I w następnym roku planowałam wrócić. Nie do świata pełnego mitów, legendarnych potworów i walki. Tylko do ciebie. Ale pojawiła się moja matka. Potem mi wytłumaczy powagę sytuacji: po raz pierwszy w historii ktoś złamie przysięgę na Styks. Złamie ją najstarsza olimpijka odpowiedzialna za życie na ziemi. A bogowie potrzebują herosów, by spełniali ich życzenia i ratowali tyłki. Zgodziłam się, choć tego nie chciałam, znów ze względu na ciebie. Potem wszystko potoczyło się tak szybko i jedynym moim zadaniem była ochrona ciebie. I odeszłam też, by o tobie zapomnieć. Miałam zaburzenia odżywiania, początki depresji i stany lekowe. Bałam się spać po nocach z powodu koszmarów. Ale choć to bardzo bolało i wiedziałam, że to może mnie od środka zniszczyć, to jednak wróciłam. Dlaczego? Bo ty mnie o to poprosiłeś. Zrobiłeś tyle dobrych rzeczy, tak wierzysz w Lisette, że nie mogłam ci powiedzieć. Byłam świadoma tego, że jeśli się dowiesz, że spróbowała mnie znów skrzywdzić, to się poddasz. A ja obiecałam ci pomoc i to robiłam sposobami, które wydawały mi się w obecnym czasie właściwe. Więc jakim prawem śmiesz wytykać moje błędy? Jakim prawem wrzeszczysz na mnie i oskarżasz, nie znając połowy prawdy?

Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęła krzyczeć. Po policzkach Mackenzie lały się łzy, a ja po raz pierwszy odkąd ją znam, nie miałem ochoty ich obetrzeć. Patrzyła na mnie z taką nienawiścią, choć jej słowa temu zaprzeczały. Nie byłem głupi, zdawałem sobie sprawę z tego, co powiedziała. Robiła to wszystko z mojego powodu. Poświęcała się dla mnie. Na swój własny, nielogiczny sposób, ale jednak to robiła. Ale ja nie potrafiłem jej uwierzyć. Nie tym razem. Za dużo razy mnie oszukała, bym teraz kolejny raz wyciągnął ramiona w jej stronę.
— Skoro tak bardzo mnie kochasz, dlaczego odeszłaś?
— Boże — prychnęła. — Leo, jaki z ciebie jest egoista!
— Bóg ci tutaj w niczym nie pomoże — warknąłem, nie kontrolując słów, które wypływały z moich ust. — Boga wcale może nie być. Nie było go tutaj, gdy zabito Troian i innych naszych obozowiczów. Nie było go tutaj, gdy głodziłaś się i krzywdziłaś. Boga nie ma w Obozie Herosów, więc możesz przestać się do niego zwracać w tym miejscu.
Mackenzie przestała płakać. Patrzyła na mnie szeroko otworzonymi, szklistymi oczyma i rozchylonymi wargami. Gdy skończyłem, lekko pokręciła głową i wolno podeszła w moją stronę. Zbliżyła swoją twarz do mojej i powiedziała cicho drżącym głosem.
— Może i nie jestem zbyt religijna. Ale gdy wszystko zawodzi, wiara jest jedyną rzeczą jaka mi pozostaje.
Wyszła. Zostałem sam ze swoimi myślami. Zegar na ścianie wybił pełną godzinę.




Najpierw się pochwalę: DOSTAŁAM 5 ZE SPRAWDZIANU Z ANGIELSKIEGO. Jestem z siebie dumna, bo ja zawsze dostaje -4 albo i mniej, bo robię głupie literki. A sam język sam w sobie uwielbiam. Więc dzikie tańce z okazji mojej piąteczki!

Powiem tylko, że wkraczamy w bardzo emocjonalne rozdziały... Co zrobi Mackenzie? I kogo rację uważacie za słuszną? 

Hasło dnia: "Kiedy wszystko jest dobrze, coś musi się spieprzyć." ~ Ja.

p.s. Z całego serca przepraszam za tygodniowe opóźnienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis