sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział XLIII - Jesteś moim słońcem

W ciele Mackenzie otwierały się rany. Cudem przeżyła wysoką temperaturę ciała, ale na tym się nie skończyło. Słupek rtęci znów spadł poniżej normy, a ona oddychała chrapliwie, choć równomierne. W drugim tygodniu z licznych ran wytrysnęła krew z jej twarzy, piersi i ramion. Choć nikt tego nie powiedział mi w twarz, wiedziałem, co mówią za moimi plecami.
Ona tego nie przeżyje.
— Boję się zaaplikować jej nektar — wyznał mi Tim, patrząc na strzykawkę w swojej dłoni. — Jej organizm jest bardzo delikatny. Nie działa na nią podstawowa dawka dla przeciętnego herosa, bo stężenie ichoru w jej krwi jest zbyt wysokie. Jeśli zaaplikuję jej nieco więcej, spali się. Jest w 40 do 35 procentach człowiekiem. Musielibyśmy mieć specjalną ambrozję, którą jadła, będąc na dworze Demoforta. Podam jej małą dawkę, ale to będzie jak gaszenie pożaru domu za pomocą jednego wiaderka wody.
Patrzyłem, jak chłopak precyzyjnie wkuwa się pod jej skórę. Przypomniało mi się, jak zawsze starannie bandażowała swoje skaleczenia po treningach. Na pytania, czemu nie zażyła ambrozji, odpowiadała, że nie miała na to czasu bądź jej nie znalazła. Myślałem, że po prostu jest uparta. Że woli utykać i cierpieć z powodu bolącej kostki czy rozcięcia na ramieniu, bo chce się odnosić ze swoimi ranami jak bohaterka. Była na skraju paniki, gdy dowiedziała się, że przemyłem jej ramię wodą z nektarem. Czemu mi nie powiedziała? Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie chciała mnie martwić. Byłem zajęty Lisette i ona to wiedziała. Nie chciała dokładać mi kłopotów, zwierzając się. Podejrzewałem, że sama była przerażona tym, co działo się z jej ciałem. Któregoś razu mogła po prostu zjeść zbyt dużo ambrozji i spłonąć. Miałem również niemiłe uczucie, że bała się, że przemiana, która zaczęła się na dworze Demoforta, może się wykonać do końca.
A potem, na początku trzeciego tygodnia, przestała oddychać. Podczas reanimacji modliłem się do wszystkich bóstw greckich, rzymskich, egipskich i nawet Boga chrześcijan. Nie wiem, kto zadziałał bezpośrednio, ale skończyło się na jednym złamanym żebru.
W piątek po zajęciach przyszedłem ją odwiedzić. Chwilę stałem, patrząc na jej ciemne włosy rozsypane na poduszce wokół bladej, marmurowej twarzy. Ręce spoczywały na świeżo przebranej pościeli, tak nieruchome, jak to tylko możliwe. Na jej twarzy malował się spokój, choć wewnątrz toczyła się walka. Na śmierć i życie.

Podszedłem do łóżka i usiadłem na krześle obok. To było miejsce zarezerwowane tylko dla mnie.
— Cześć, mała — zacząłem cicho. Nie zareagowała, tak jak zawsze. — Napędziłaś mi strachu w poniedziałek. Czemu zawsze musisz to robić? Jeszcze kilka takich akcji, a będziesz mogła prowadzić z tego kursy.
Cisza. Ogłuszająca cisza.
— Nie rób tego więcej — poprosiłem. — Przestań, Kenz. Obudź się do jasnej cholery. Nie wytrzymam dłużej tej niepewności. Nie wytrzymam dłużej bez ciebie.
Chwyciłem ją za zimną rękę. Wydawała się taka mała i inna, a jednak była taka sama. Idealnie pasowała do kształtu mojej dłoni i gdy sobie to uświadomiłem, uśmiechnąłem się smutno.
— Jesteś moim narkotykiem, Mackenzie — powiedziałem cicho. Wiem, że mnie być może nie słyszała i to głupie do niej mówić. Ale nie mogłem się powstrzymać. — Uzależniłaś mnie od siebie. Nie mogę spać, nie widząc, że jesteś bezpieczna. Nie mogę jeść, nie chce mi się pić. Żywię się tylko twoim widokiem, zapachem twoich włosów, brzmieniem głosu i miękkością dotyku. Sprawiasz, że mam ochotę wstać rano z łóżka i żyć pełnią życia. Ale tylko wtedy, gdy jesteś obok.
Odetchnąłem głęboko i spojrzałem na jej twarz. Białą, jak gdyby wykutą z marmuru. Nie wyrażającą żadnych uczuć. I nawet teraz przerażająco piękna. Przycisnąłem jej zimną dłoń do rozgrzanych ust.
— Był taki czas, kiedy cię nienawidziłem. Chciałem spalić wszystko, bo mnie opuściłaś. Zostawiłaś, jakbyś była nastolatką, która wyrzuca swoje dziecięce pamiątki. Wolałem cię nigdy nie poznać, niż cierpieć po stracie. To było gorsze niżbyś zginęła, Kenz. Ta świadomość, że możesz być szczęśliwa gdzieś indziej, z kimś inny niż ja, była potworna.
Przymknąłem oczy. Wyznawanie żalu, skrywanego przez tyle lat było gorsze niż kłótnia z nią.
— Czemu nie pozwoliłaś mi odejść? Czemu ja nie pozwoliłem ci odejść z mojego serca? Mogłaś już nigdy nie wrócić. Żywiłem się jednak słowami Afrodyty, że to zrobisz. Że nie dostalibyśmy jej błogosławieństwa, gdyby to był nasz koniec. I że muszę być cierpliwy oraz zrozumieć, że nie powiedziałaś ani "Do widzenia" ani "Żegnaj". Te słowa były wodą dla małej rośliny nadziei, która rosła i rosła, ale nie potrafiła rozkwitnąć. Nie miałem słońca. Nie miałem ciebie.
Mówiłem szeptem, jakby bałbym się, że się zbudzisz. Przymknąłem oczy i starałem się opanować drżący głos, lecz nic z tego nie wyszło.
— I kiedy znów zaświeciłaś na moim niebie, nie chciałem, by noc choć na chwilę ukarała mi kilka godzin życia. Choć zachody i wschody słońca są piękne, wolałem patrzeć w oślepiającą złotą kule, niż na gasnące barwy, które malowałaś każdego poranka i wieczora. Nie pozwól, by znów w moim życiu zapanowała noc polarna. Zwariuję bez słońca. Zwariuje bez ciebie.
Otworzyłem oczy, które nieprzyjemnie piekły.
— Nie odchodź, Mackenzie. Nie zostawiaj mnie samego na tyle ciemnych nocy. Chcę tylko ciebie. Nie pozwolę ci odejść, a jeśli to zrobisz, zejdę do Podziemia i cię odnajdę. Mam dość czekania. Zostań ze mną, na zawsze.
Podniosłem się i usiadłem na jej łóżku. Odgarnąłem jej ciemne włosy z czoła i złożyłem na marmurowej skórze pocałunek. Była taka zimna.
— Nigdy ci tego nie powiedziałem. Ty byłaś bardziej odważna. Mówiłem ci do gestami, starałem ci się to pokazać, ale nigdy te słowa nie padły z moich ust. Przepraszam, że tak długo na nie czekałaś.
Pocałunek na jej zimnych ustach. Tylko muśnięcie, ale brak jej reakcji zabolał dużo bardziej. Zacisnąłem oczy, by do tego nie dopuścić, ale się nie udało. Pojedyncza łza spadła na jej policzek i potoczyła się po gładkiej skórze naznaczonej piegami. Tak, jakby to ona płakała.
— Kocham cię, mała. Bardzo mocno cię kocham.
Boże, była taka zimna. Mimo to mówiłem, przez zaciśnięte gardło, jakby moje słowa były ciepłym kocem.
— Wygrałaś, dobra? Mam w sobie tyle ognia, a nie potrafię cię ogrzać. Gdyby to było konieczne, oddałbym za ciebie życie, byś to ty mogła chodzić. Chcę, byśmy byli szczęśliwi. Razem. Mała, tak bardzo cię kocham, że patrzenie na ciebie w tym stanie jest gorsze niż utonięcie w zimnej wodzie czy pochłonięcie przez piekielne płomienie. Wróć do mnie. Wróć do mnie i powiedź, że jestem idiotą. Uderz mnie. Zrób cokolwiek, mi margarita, ale mnie nie zostawiaj. Wróć... Wróć do mnie. Potrzebuję słońca, słyszysz? Potrzebuję ciebie. Wróć Mackenzie, wróć.
Jej pierś zaczęła coraz gwałtowniej się poruszać. Przedtem to ignorowałem, ale teraz spojrzałem na nią zaniepokojony. Otarłem oczy i prostując się, zmarszczyłem brwi.
— Mackenzie? Mała, co się dzieje?


Jej ciałem wstrząsną kaszel. Okropny kaszel, ale wciąż nie otwierała oczu. Moje za to zrobiły się wielkie i czułem, jak nie mogę się ruszyć. Patrzyłem się na nią zdezorientowany. Potem kaszel minął, ale nadal nie mogła złapać oddechu. I potem znów zaczął się atak.
Dusiła się.
Nagle odzyskałem władzę w nogach. Wybiegłem z sali i wpadłem za drzwi z napisem "dla personelu". Był tu korytarz z mnóstwem drzwi. Tim mógłby z każdym z tych pomieszczeń. Nie miałem czasu, by je wszystkie sprawdzić. Słyszałem kaszel Mackenzie, więc wrzasnąłem z całych sił:
— Tim? Do cholery, gdzie jesteś? Tim! Ona się dusi!
Natychmiast przybiegł, wychodząc z jedynego z wielu gabinetów. Za nim podążyły inne osoby, lekko zdenerwowane lub zdezorientowane. Mackenzie była jedyną osobą, która pozostawała pod ich opieką. Tim, razem z grupką rodzeństwa, zaczęli się krzątać wokół jej łóżka. Jedna z blondynek chwyciła mnie za ramię. Zanim zdążyłem zareagować, znalazłem się na zewnątrz budynku. Zacząłem protestować.
— Nic nie pomożesz! — wrzasnęła dziewczyna, przekrzykując mnie. — Nic nie pomożesz ani jej, ani nam. Czekaj tutaj! Rozumiem, że jest dla ciebie ważna, ale nie tylko pogorszysz sytuację. I nie próbuj żadnych sztuczek.
Dziewczyna zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Osnułem się na pierwszy schodek niewielkich schodów i czekałem. Czekałem i starałem się nie myśleć o tym, co teraz się dzieje. Przypominałem sobie, jak Lisette czytała "Oskara i panią Różę". Nie rozumiałem tej książki aż do teraz. Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
Błagam Mackenzie. Nie poddawaj się. Walcz. Walcz dla mnie.
Po całej wieczności drzwi się otworzyły. Stanął w nich Tim. Jego ręce były całe we krwi, a na twarzy malowało się zdumienie. Spotkałem się z jego rozgorączkowanym wzrokiem. Mimo tego, że zakręciło mi się w głowie, wstałem. Wiedziałem, czyja to krew.
— Musisz to zobaczyć — powiedział słabym głosem. Podążyłem za nim, czując, jak bicie serca zagłusza dźwięk moich kroków.
W sali unosił się ostry zapach żelaza. Krew. Wszędzie była krew. Jej woń uniosła się w powietrzu, a czerwona ciecz skapywała z rąk wszystkich dzieciaków od Apollina. Nie chciałem patrzeć w stronę łózka. Skupiłem się na plecach Tima, gdy w mojej głowie wył alarm i piskliwy głos wykrzykiwał słowo "nie". Tim podniósł coś z tacy, którą trzymała dziewczyn, która mnie wyprosiła. Wolno spojrzałem na rzecz, którą wyciągnął w moją stronę.
Rozpoznałem kwiat. Z jego pomiętych płatków skapywała ciemna ciecz, ale nie mogłem się mylić. Mak. Szkarłatny mak, może najpiękniejszy, jaki w życiu widziałem. Z przerażeniem patrzyłem na niego, po czym Tim odezwał się zaszokowanym tonem:
— Miała to w gardle. Ja... — urwał, nie mogąc znaleźć słów.
Odwróciłem powoli wzrok w stronę łóżka. Pierwsze, co zauważyłem, to biała wykrochmalona pościel, cała we krwi. Zbyt dużo krwi, by człowiek mógł to przeżyć. Szkarłatna ciecz błyszczała w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, jakoś bardziej nienaturalnie. Ichor, przyszło mi na myśl. A potem spojrzałem wyżej i napotkałem wzrok brązowych tęczówek ze złotymi plamkami. Patrzyłem w nie, choć przed sekundą byłem pewny, że już tego nigdy nie zrobię. Patrzyłem w jej oczy.
Podszedłem powoli do jej łóżka i usiadłem na skraju. Nadal była przerażająco blada. Dotknęłam opuszkami palców jej zimnego policzka. Jej gwałtownie opadające ramiona nieco się uspokoiły.
— Mackenzie? — spytałem cicho. Po jej policzku potoczyła się jedna, pojedyncza łza. Poczułem, jak spotyka się z moimi placami. Kiwnęła niezauważalnie głową. Przymknęłam oczy i westchnąłem, pozbawiając się całego napięcia. Ciężaru myśli nieprzespanych nocy. — Dzięki bogom.
Delikatnie ją przytuliłem. Jedna z dziewczyn od Apollina zaczęła protestować, ale Tim ją uciszył. Czułem się, jakbym przytulał rzeźbę. Czułem jednak opadanie jej piersi i oddech łaskoczący całą szyję. Po chwili ona mnie również objęła, choć byłem świadom, że sprawiło jej to dużo bólu i wysiłku. Mackenzie płakała. Tylko jej łzy były gorące, a ja rozkoszowałem się tym, że wróciła.
— Już nigdy więcej mnie nie opuszczaj, mała... — wyszeptałem przez zaciśnięte gardło. Trzymałem ją ramionach dopóki nie spostrzegłem się, że zasnęła.
Ja chyba również płakałem, choć nie byłem tego świadomy. Żyła. Moje słońce znów wzeszło, rozpraszając mrok.





Ja po prostu...

Okay, sama to pisałam, ale jakoś tak... Może to przez te wszystkie emocje. Czy ktoś z Was zauważył, że Leo nigdy nie powiedział "Kocham cię" Mackenzie? Ona to robiła. Specjalnie wszystko przeglądnęłam, by mieć pewność. Te słowa nigdy nie padły z jego ust.

Głupie łzy, ok, nie mogę się skupić.

Nie będziemy się widzieć aż do soboty, ale życzę wszystkim maturzystom złamania pióra na maturach. Dacie radę ♥

Gdzie moje chusteczki, ugh...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis