sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział XLII - Ostatni pocałunek, łza i Mak


Straciłam poczucie czasu. Zdawało mi się, że siedziałam godzinami pod tym nieszczęsnym drzewem. Kołysałam się w przód i w tył, próbując się uspokoić. Spowolnić myśli. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Właściwie, to było nieistotne. Co tu się działo? Gdy zamykałam oczy, widziałam obraz namiętnego pocałunku, który utrwalił się w umyśle niczym tatuaż. Mojego pocałunku z Leonem. Ale przecież to nie był Leo. To był Dan, jeden z moich najlepszych znajomych na studiach. Westchnęłam spazmatycznie.
Obóz Herosów. To jedyne miejsce, gdzie nienormalne staje się zwyczajne. To tam powinnam się teraz udać. Zdusiłam w sobie szloch i podniosłam się powoli. Upał był niemiłosierny i nie było śladu ludzi. Otarłam grzbietem dłoni moje policzki, pozostawiając na nich krwistą smugę. Rozpoczęłam mozolny marsz w spiekocie, czując jak pot spływa mi po policzkach. Szłam w tym żarze asfaltów drogą, rozglądając się półprzytomnie.
Spostrzegłam samochód. Podeszłam do niego pewnym krokiem. Nie rozpoznałam marki ani rocznika, to zawsze było dla mnie mroczną zagadką. Zmrużyłam oczy, chcąc dostrzec co jest w środku. Na przednim siedzeniu leżały kluczyki. Szarpnęłam za klamkę, ale nie ustąpiła. Jakby to była jakaś niespodzianka. Rozglądnęłam się dookoła. Samochód stał przed małym, żółtym domem z uroczym ogródkiem. Zrobiłam krok w jego stronę. Nie z powodu kwiatów i faktu, że byłam córką Demeter. Schyliłam się i podniosłam ciężki kamień, po czym wróciłam na poprzednie miejsce. Zamachnęłam się i zaciskając mocno czy, wybiłam szybę po stronie kierowcy.
Tak, zrobiłam to.
Powoli, by się nie pokaleczyć, wyciągnęłam kluczyki i otworzyłam auto. Strzepałam okruchy szkła i usiadłam na fotelu. Jak się wytłumaczę, jeśli mnie złapią? Chciałam wybuchnąć nerwowym śmiechem, ale nie potrafiłam. Pamiętałam, jak tata prosił mnie, bym nie wpakowała się do więzienia. No cóż, nie zamierzałam. Ustawiłam fotel, lusterka, zapięłam pas, po czym zapaliłam silnik. Ruszyłam, puszczając sprzęgło i dodając gazu. I nagle auto zgasło. Spojrzałam zdziwiona na skrzynie biegów. Hamulec ręczny. Wszystko było w porządku.
Za szybko puściłam sprzęgło.
Gdy sobie to uświadomiłam, miałam ochotę sobie przywalić i to dość mocno. Westchnęłam zdenerwowana i spróbowałam jeszcze raz, ale auto szarpało niemiłosiernie. Tak, jakbym jechała dopiero drugi raz w moim życiu. Było źle, bardzo źle. Zaciskałam kurczowo palce na kierownicy, czując się spięta i nieszczęśliwa. Błękitne niebo powoli zasnuwały białe, a potem szare chmury. Upał nieco ustąpił. Szukałam jakiś drogowskazów. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Jedyne, czego byłam pewna to to, że jeśli dostanę się na drogę główną, dojadę bez problemu do celu, kierując się znakami. Jechałam wolno, uważnie obserwując otoczenie. Krew krzepła na moich policzkach, a ja czułam się, jakbym miała na twarzy maskę. Niebo pociemniało i usłyszałam, jak wiatr się zrywa. Nadchodziła burza. Nie było to niczym niezwykłym. W lecie, zwłaszcza w trakcie takich upałów, padało dosyć często. Ignorując pogodę, znów skupiłam się na drodze.
Po jakiś pięciu minutach, irytujący dźwięk, który wzięłam początkowo za wiatr, zaczął się nasilać. Zatrzymałam auto i ze zmarszczonymi brwiami wyszłam z niego, trzaskając drzwiami. Wytężyłam wzrok i przez chwilę fala przerażenia, którą szybko opanowałam, zalała moje ciało. Na szarych chmurach, w odległości kilku mil, zauważyłam czarne punkty. Ptaki. Dźwięk, który wydawały, podpowiedział mi, że nie są one zwyczajne. A instynkt szeptał, że lecą po mnie. Wydawało się to niedorzeczne, bo byłam otoczona Mgłą i potwory nie powinny mnie śledzić. Ale później szyderczy głosik zapiszczał, że powinnam również mówić, a już tego nie potrafiłam. Zamknęłam na chwilę oczy, by się opanować i zebrałam się w sobie. Dam radę. Po to szkolił mnie Percy i Leo, bym stanęła do walki. Nie mogłam ich zawieść. Chwyciłam za pierścień z diamentem i przycisnęłam go. Po chwili dzierżyłam w dłoni złoty miecz własnej matki, który pociągnął moje ramie w dół. Spojrzałam na niego zdziwiona. Wydawał się niesamowicie ciężki i źle wyważony. Moje mięśnie musiały się z wysiłkiem napiąć, by podnieść go do góry. Prawie tak, jakbym nigdy nie ćwiczyła. Jęknęłam i spanikowałam. Znów zmniejszyłam miecz, który wsunął się pod postacią pierścienia na mój palec. Wsiadłam do auta i przycisnęłam gaz do dechy. Oczywiście, zapomniałam o zwolnieniu hamulca ręcznego. Zaklęłam w myślach i poprawiłam się. Ruszyłam jak najszybciej potrafiłam. Zaciskałam boleśnie palce na kierownicy, jadąc z prędkością, z którą nigdy bym się nie odważyłam. Uciekałam. Nigdy nie byłam zbyt odważna. Heros ze mnie marny, a ja nie potrzebowałam bawić się w bzdury rodzaju przezwyciężania własnych słabości.
Kiedy pierwszy z ptaków uderzył dziobem w dach auta, pisnęłam z przerażenia. Po chwili kolejny zaatakował, a za nim następny. Wkrótce chmara stalowych ptaków z dziobami i pazurami ostrymi jak noże, otoczyła mój pojazd, zasłaniając mi widok. Nacisnęłam gwałtownie hamulec, a pas bezpieczeństwa boleśnie zacisnął się na moim obojczyku. Zamknęłam oczy z przerażenia, gdy ptaki zaczęły tłuc się o przednią szybę. Nie widziałam drogi, więc wkrótce mój samochód uderzył z impetem w którąś z przeszkód. Pas znów szarpnął, a ja zaszlochałam z rozpaczy. Zasłoniłam ramionami twarzy, gdy odłamki szkła poleciały w moją stronę. Ptaki dostały się do środka. Szarpały moje włosy, orały pazurami skórę, a każde zadraśniecie bolało jakby polane kwasem z cytryny. Osłaniałam tylko twarz, bojąc się, by nie wydziobały mi oczu i modląc się, by męka jak najszybciej się skończyła. Po chwili poczułam okropny swąd, a ptaki ze wrzaskiem uciekły. Podniosłam ostrożnie głowę, czując, że znów płacze krwią i spojrzałam przed siebie. Spod maski wydobywał się biały pióropusz dymu. Przez chwilę siedziałam i tylko się gapiłam, ale głos w mojej głowie wrzasnął, bym się ruszyła, zanim nastąpi wybuch. Nie byłam bohaterką filmów akcji, która ucieka z wielkim wdziękiem przed wybuchem. Z trudem odpięłam pas zmasakrowanymi palcami i wyszłam z auta. Gdzieś zagrzmiało. Powoli ruszyłam przed siebie, próbując opanować łzy. Po chwili usłyszałam głośny dźwięk i domyśliłam się, że samochód, w którym przed chwilą jechałam, wybuch. Nie oglądnęłam się jednak. Musiałam iść pieszo lub znaleźć następny środek transportu. Nie mogłam ryzykować, że te ptaki wrócą. Przeszłam jakieś pół kilometra, boleśnie krwawiąc z zadrapań, zanim napotkałam na kolejne auto. Byłam wycieńczona od płaczu, walki i nic nie rozumiałam. Czemu rzeczywistość tak nagle się zmieniła? Czemu każdy krok sprawiał, że czułam się tak, jakby szła po szkle? Czemu musiałam ciągle zerkać za siebie, bo wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje? Ale gdy to robiłam, widziałam tylko pustkę.
Zmieniałam samochody dwa razy, zanim wjechałam na znajomą drogę i skręcają w prawo, skierowałam się do Obozu. Zaczęło padać. Wycieraczki nie nadążały z odprowadzaniem wody, tak że z trudem widziałam drogę przed sobą. Mocno zacisnęłam palce na kierownicy i cała spięta prowadziłam kradziony samochód. Chciałam być w Obozie. Mogłam wrócić do mojego prawdziwego domu. Tam, gdzie był tata i Grace. Ale się bałam. Nie tego, że moja przyszła macocha mogła dostać zawału, gdyby mnie teraz zobaczyła. Bałam się tego, co tam mogę spotkać. Ten świat nie był normalny. Nie mam pojęcia, co się stało, ale powrót do domu w takich okolicznościach, nie było dobrym pomysłem.
I wciąż widziałam jego twarz. Nie tam, w tamtym domu. Ale wtedy, gdy obrzuci mnie bekonem i jajkami. Gdy udało mi się wyhodować pierwszą roślinkę. Gdy zobaczył mnie w ogrodzie w domu Demoforta. Gdy machałam mu na do widzenia. Gdy zobaczył mnie po raz pierwszy po trzech latach. Gdy mnie przytulał. Gdy odsuwał się, przerywając pocałunek i po prostu patrzył mi w oczy.
Chciałam go zobaczyć i upewnić się, że wszystko jest dobrze. Że w tym pokręconym świecie on jest bezpieczny.
Kierownica zaczęła skakać w moich dłoniach. Zacisnęłam mocniej na niej dłonie, ale to na nic się zdało. Zahamowałam, a samochód zaczął ślizgać się na mokrym asfalcie. Czy to ustrojstwo miało ABS? Zamknęłam mocno powieki. Nie. Nie. Błagam, nie teraz, gdy jestem tak blisko. Moje modły nie zostały wysłuchane. Samochód ślizgał się na mokrej powierzchni, niczym łyżwiarz. Nie mogłam go kontrolować. Walnął bokiem w drzewo, a szkło poraniło moje nagie ramiona i uda. Samochód okręcił się jeszcze raz i wpadł do rowu. Zaszlochałam cicho i odpięłam pas bezpieczeństwa. Jestem pewna, że złamałam jakieś żebro, bo kuło mnie w boku niesamowicie boleśnie. Z niemałym trudem wyszłam z auta i od razu potknęłam się, lądując na kolanach. Moje ubranie natychmiast namokło od ciężkiego deszczu. Czułam metaliczny posmak w ustach, niemiły zapach żelaza mnie nie opuszczał, gdy podnosiłam się i ruszyłam przed siebie. Byłam już niedaleko. Szłam, podciągając nosem. Byłam taka zmęczona. Taka...



Stanęłam, czując, jak nie mogę złapać tchu. Widziałam wysoki pióropusz dymu i pomarańczową poświatę. Moje nogi, które boleśnie domagały się odpoczynku, zaczęły biec. Ślizgałam się na mokrej trawie, gdy wspinałam się na Wzgórze Herosów. Czułam swąd spalenizny. Gdy w końcu mogłam objąć wzrokiem dolinę, poczułam się tak, jakby rozpadała się na tysiąc kawałeczków.
Przed trzema latami miałam jeden sen. Łąka. Mnóstwo kwiatów. I mak. Nagle wszystko zaczynało płonąć, prócz czerwonego kwiatu, który lekko się kołysał. Był ogień. Dym. I śmierć.
Patrzyłam, jak mój koszmar jest rzeczywistością. Cały Obóz płonął, a tylko ja bezpiecznie przyglądałam się jego zagładzie. Nic nie pomagał deszcz. Wszystko pochłaniały płonienie, jak okiem sięgnąć.
W mojej głowie głos wołał tylko jedno imię. Wiedziałam, że powinnam gdzieś zadzwonić. Cokolwiek. Sama nic nie zrobię. Ale mimo tego puściłam się biegiem przed siebie. Omijałam płonące ogniska, kaszlałam, bo dym drażnił moje gardło, ale parłam do przodu. Na moich oczach Wielki Dom zawalił się. Pobiegłam więc dalej, w dół zbocza. Nie widziałam nic przez czarny i śmierdzący dym. Przeszłam przez płytki strumień i nalazłam się w części, gdzie stały domki. Teraz każdy z nich był wielkim ogniskiem. Rozgadałam się gorączkowo dookoła. Nie mogłam już uciec. Było duszno, kręciło mi się w głowie. Wiedziałam, że jeśli ktoś mnie zaraz nie znajdzie, zatruje się dymem. Już i tak brakowało mi tlenu. Mój wzrok był zamglony. Ale jednak dostrzegłam jedną postać, leżącą na środku tego piekła. Chwiejąc się, podeszłam do niej i upadłam bezwiednie u jego boku.
Leo.
Wzięłam jego twarz w dłonie. Nie poruszał się. Jego oczy były zamknięte, usta lekko rozchylone. Pochyliłam się nad nimi. Poczekać dziesięć sekund, tak jak nas uczyli na zajęciach. A potem zaczęłam się krztusić.
Nie oddychał.
Potrząsnęłam nim. Błagam, Leo, idioto, nie wygłupiaj się! To nie jest zabawne! Otwórz te cholerne oczy! Przecież ty nie możesz... nie przez ogień! Poklepałam go po policzku, czując, jak panika zawadnia moim umysłem. I dopiero po chwili to do mnie dotarło. Dlaczego się nie ruszał.
Leo nie żył.
Położyłam jego bezwiedną głowę na własnych kolanach i zaczęłam głaskać jego policzki. Nie. Błagam, wszystko, tylko nie on. Nie teraz, gdy miałam mu tyle do powiedzenia. Nie teraz, gdy nie mogłam mu przyznać racji.
Na jego policzek spadła moja łza. Prawdziwie czysta, krystaliczna łza. I kolejna. I kolejna. W moich piersiach narastał krzyk. Co z tego? Przecież jestem niemową? Płomienie zbliżały się do nas z zastraszającym tempie. Patrzyłam na jego twarz, umazana sadzą. Już nigdy się do mnie nie uśmiechnie, tak jak wtedy, gdy zwróciłam mu uwagę, że ma smar na nosie. A on wtedy złapał mnie, gdy próbowałam uciec i nasmarował mój nos też, bo jak on to i ja. Czemu nie otworzy tych oczu? Wszyscy, tylko nie on. Nawet ja. Zgodziłabym się zająć jego miejsce bez wahania. Nachyliłam się nad nim, czując, jak w gardle narasta mi krzyk. Przed oczami przewijały się te wszystkie chwile, gdy byliśmy razem. Gdy nie obchodziła mnie nasza przeszłość i patrzyliśmy na siebie z narastającą nadzieją. Moje usta dotknęły jego czoła. To było ostatnie, co mogłam mu dać. Odkąd go poznałam, obawiał się, że coś mnie mu odbierze. A tym czasem to on zostawił mnie.
Krzyk, który narastał w moich piersiach, rozdarł ciszę. Krzyk Banshee, która cierpi po stracie ukochanego. Krzyk, który wydostał się z moich ust był niczym bomba, wybuchająca i ogłuszająca. Nic się nie liczyło. Krzyczałam, pytając bogów, za co mi go zabrały. Krzyczałam, uwalniając potok gorzkich łez i bólu. Krzyczałam, i krzyczałam, czując, jak z moich ust tryska krew. Gdy w końcu zamilkłam, wyczerpana, zaczęłam kaszleć. Dusiłam się dymem. To nic. Zaraz to wszystko się skończy. Zaczęłam kaszleć i kaszleć, jakbym wypuszczała płuca. Zatkałam usta dłonią, ale to nic nie dało. Coś chciało wydostać się z mojego gardła. Krztusząc się, wyplułam na otwartą dłoń kwiat czerwonego maku, z których płatków skapywała krew. Nie rozumiałam jak... Zamrugałam sennie, a potem opadłam bez życia obok ciała Leona, czekając, aż płomienie mnie pochłoną i przyniosą ukojenie. I słodką śmierć. Życie bez niego i tak nie miało sensu. Miałam pech się o tym przekonać.
Zginiemy tak jak Romeo i Julia, pomyślałam sennie, powoli oddychając i patrząc na skrawek nieba. Deszcz spadał na moją twarz. Zginiemy razem. Do ciebie, mój luby, spełniam ten toast zbawienia lub zguby. A potem mak w mojej dłoni eksplodował i nie było już nic.






Chciałabym dożyć do studniówki. Potem możecie mnie zbijać na wszelkie sposoby...

Mała wskazówka: zestawcie ze sobą rozdział 50 i 51. Są tam pewne wskazówki. Zauważycie zależność, która Wam utknęła. A na razie siedzę cicho.

Okay, poza tym, ze jestem podekscytowana, jak to wszystko odbierzecie, nie mogę powiedzieć nic. Każda podpowiedź z mojej strony może zdradzić zakończenie. Pamiętajcie, ze jestem Królową Nieoczekiwanych Zwrotów Akcji. I zdecydowanie mam ochotę na krówki.

Jak tam po egzaminach gimnazjalnych? Jak poszło tym zdającym? Miałam życzyć powodzenia na maturach, ale sobie uświadomiłam, że to za wcześnie... NIEWAŻNE. Jak sobie myślę, że to ja będę za rok sikać ze strachu przed głupimi kartkami papieru, to chcę mi się wyć. Muszę kupić pieluchomajtki.

Ooo, jeszcze coś. 25 kwietnia (we wtorek) jest dzień otwarty w Zespole Szkół Gospodarczych. Mam nadzieje, że zajrzycie! Będzie konkurs pieczenia ciast, w sumie to nie ważne, ale jak się obiecuje darmowe jedzenie to ludzie jakoś chętniej przychodzą. Będzie w Teatrze Megakreacji wystawiana sztuka, którą napisałam z Dominiką w Szkocji. I będę grała! Jestem normalnie jak Leonardo da Vici: piszę, gram, śpię i jem prawie zawodowo. Utalentowana wszechstronnie.

Ostatnio padał u mnie śnieg. Mam ochotę od tego czasu oglądnąć Narnię (głównie po to, by pogapić się na Skandara grającego Edmunda, mój crush na zawsze, ale to nieee ważneee). No więc do za tydzień. Za Aslana! I za ciastka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis