sobota, 15 kwietnia 2017

Rozdział XLI - Krwawe łzy




Każda rzecz w tym pokoju mnie denerwowała. Porozrzucane papiery, ułożone w schludny stosik białe teczki, długopisy w kolorowych kubeczkach i kartki samoprzylepne z notatkami. Byłem wściekły na siebie za to, że nie potrafiłem rozmawiać jak człowiek. Dałem ponieść się ogniowi emocji. A przede wszystkim byłem wściekły na Nią, co przysłaniało wszystko inne. Liczyła się tylko Ona i ten palący gniew.
Była moją upartą margaritą. Była moją małą. Straciłem dla niej głowę: nie potrafiłem jeść, spać, skupić się, bo tylko Ona była obecna w moich myślach. Skrzywdziła mnie tyle razy, a ja nie potrafiłem się poddać i dać za wygraną. Nie pomogło siedzenie na tyłku i czekanie, aż ta choroba mi przejdzie. Mackenzie Atkinson była dla mnie narkotykiem: gdy tylko raz jej spróbowałem, nie potrafiłem przestać. Nawet odłożenie jej na pewien czas, bez względu na to, jak dziwnie to brzmi, nic nie dało. Wystarczyło jedno spojrzenie, a ja już wiedziałem, że odwyk nic nie dał. Skrywana tęsknota, pielęgnowana z każdym nowym dniem, tylko nasilała pragnienie. Chciałem jej. Całej. Nieważne, że była uparta. Egoistyczna. Sarkastyczna. Kłamliwa. Że nie potrafiła sobie poradzić z otaczająca rzeczywistością. Podejmowała niewłaściwe decyzje. Że była cholerną perfekcjonistką, co dawało się nam wszystkim we znaki. Ale była we mnie zakochana. A ja kochałem ją. Tak mocno, że bez niej przy moim boku, czułem się jak pozbawiony tlenu. Bez niej nie byłem w stanie żyć.
Kopnąłem w całą siłą w ścianę, a potem głośno przekląłem po hiszpańsku, kiedy promenujący ból zaczął pełznąć od mojego długiego palca przez całą prawą nogę. Zacisnąłem zęby. Usłyszałem kroki, a po chwili głowa Piper wyjrzała przez uchylone drzwi.
— Leo?— spytała z troską w głosie. — Wszystko w porządku?
— Nie — odpowiedziałem, nadal wściekły, ale mimo tego wziąłem głęboki wdech. — Znajdź Nico i powiedź mu, żeby poszedł za Mackenzie. Że to ureguluje dług.
Piper spojrzała na mnie zdziwiona, ale niczego nie odrzekła i byłem jej za to wdzięczny. Kiwnęła tylko głową i wycofała się z pomieszczenia. Znałem Mackenzie. Wiedziałem, gdzie teraz się uda. Była na mnie wściekła i chciała coś udowodnić, bez względu na to, jak głupi był ten pomysł. Sam bym za nią pojechał i przyprowadził ją z powrotem za rękę, gdyby nie było tu Lisette. To za nią byłem odpowiedzialny. Musiałem w końcu zgodzić się z Chejronem, który trzy lata temu powiedział mi, że Kenzie jest dużą dziewczynką i da sobie radę sama. Westchnąłem, wziąłem parę uspokajających oddechów i udałem się na górę. Lisette właśnie ubierała swoje buty i spojrzał na mnie nieco przestraszona. Nadal się obawiała się, że spotka ją jakaś kara za to, co w jej mniemaniu zrobiła.
— Gotowa na trening? — spytałem, siląc się na optymizm. Liz pokręcił głową i wstała z krzesła.
— Niespecjalnie. Boję się, że gdy tylko stracę kontrolę — powiedziała, stukając się w skroń — rzucę się na wszystkich i skrzywdzę.
Podałem jej dłoń, a ona ją ujęła. Nasze palce się splotły. W przeciwieństwie do Mackenzie, ona gdy nie miała zimnych dłoni. Uśmiechnęłam się do mojej złotowłosej przyjaciółki.
— W mojej obecności niczego nie musisz się bać.
Na jej usta wpłyną blady uśmiech, ledwo zauważany. Pociągnąłem ją delikatnie za sobą i wyszliśmy z pokoju. Postanowiłem zabrać ją na arenę. Podczas krótkiego spaceru Liz robiła się coraz bardziej spięta. Przynajmniej teraz wiedziałem dlaczego. W miarę, jak szliśmy, w mojej głowie odzywał się natrętny głosik: Bogowie, czemu nie możesz zapomnieć o Mackenzie i zakochać się w niej? Dawniej to było takie proste.
Lisette była piękna. Choć była w Obozie od dłuższego czasu i jej skóra powinna trochę się zarumienić od słońca, nie zrobiła tego. Zniknęła upiorna bladość, a zastąpiła ją mleczna karnacja, która była delikatna i sprawiała, że wyglądała jak księżniczka. Jej oczy były diamentami w koronie, które przykuwały całą uwagę. Nie były niebieskie, ani też zielone: piękna mieszanka kobaltu i malachitu, więc gdy tylko w nie patrzyłem, tonąłem. Człowiek zapominał języka w ustach i po prostu patrzył na nią, oszołomiony jej pięknością. Obrazu dopełniały złote loki spływające miękką falą na jej plecy, a niektóre ich pasma od czasu do czasu nerwowo wkładała za lewe ucho. Poruszała się z delikatnie i uważnie, jakby każdy krok sprawiał jej okropny ból. Jakby była bryzą w upalne letnie dni. Przypominała kwiat kwitnącej jabłoni. Było w niej tyle gracji... Ale na jej twarzy ciągle widniał wyraz melancholii, jakby była w swoim świecie. Tylko od czasu do czasu udawało mi się wyrwać ją z tego stanu, choć widziałem, że gdzieś tam, pod tym niepewnym uśmiechem, wciąż jest inną osobą, do której nie potrafiłem dotrzeć.
Mackenzie była jej kompletnym przeciwieństwem. Z dużymi, brązowozłotymi oczami w których od czasu do czasu potrafiłem zobaczyć rzucające mi wyzwanie. Miała ledwo widoczne piegi na nosi i policzkach. Gdy się poznaliśmy i ćwiczyła opanowanie wzrostu roślin, siadała po turecku i zamykała oczy. Lubiłem wtedy łączyć piegi, jakby po tym zabiegu miał powstać jakiś obrazek. Jej uśmiech był tak promienny, że nieraz oślepiał. Kiedyś miała tylko to: nie potrafiła się śmiać, więc obdarzała cię radosnym spojrzeniem i ciepłym uśmiechem, od którego topniało serce. Ciemne, czekoladowe włosy były miękkie jak jedwab. Uwielbiałem ją łaskotać: chciała się wyrywać, okładała mnie pięściami i zwijała się ze śmiechu, a potem obdarzała mnie nienawistnym spojrzeniem rzuconym spod pół zamkniętych powiek. Wtedy miałem ochotę ją wziąć w objęcia i nigdy nie wypuścić. Tylko, kiedy mnie całowała, była szczera. Wszystkie mury, jakimi się otaczała, wszystko granice, jakie sobie tworzyła, znikały, gdy nasze usta się złączały.
Obie były jak ogień i woda. Lisette tak jak piękna rzeka, płynęła po malowniczych wzgórzach, wolno i niespiesznie. Mackenzie była górskim wodospadem, z którego początek bierze kolorowa tęcza. I z niepojętych nawet dla siebie powodów, wybierałem spienione fale niż łagodny prąd.
Gdy dotarliśmy na arenę, Lisette nie garnęła się do ćwiczeń. Postanowiłem, że nieco pobiegamy, co pozwoli nam obojgu w spokoju myśleć. I ona, i ja tego potrzebowaliśmy. Po pół godzinie mieliśmy dość. Po zrobieniu ze sobą porządku, zarządziłem zajęcia strzelania z łuku. Blondynka była w tym dobra, bo musiała się skupić, a przez to uciszyć Głosy w swojej głowie. Lubiła to. A ja lubiłem na nią wtedy patrzeć. Była przytomna i zdeterminowana, ale uparcie twierdziła, że woli sztylet od głównej broni Artemidy. Nie kłóciłem się. Mi poszło nieco gorzej, co skwitowałem gorzkim uśmiechem. Nie spodziewałem się niczego więcej. Moje myśli biegały jak szalone, rozpraszając mnie całkowicie. Po godzinie straciłem zainteresowanie, a Liz to w ogóle, więc razem poszliśmy coś zjeść, co było raczej kiepskim pomysłem, bo żadne z nas nie miało apetytu. Widziałem, że ona chce być sama. Ja też. I właśnie z tego powodu ją męczyłem. Gdybym został sam z własnymi myślami, mogłoby mi rozsadzić głowę.
— Spacer?— zaproponowałem bez większego entuzjazmu. Blondynka tylko kiwnęła głową. Wybraliśmy trasę wzdłuż jeziora i jakoś udało nam się nawiązać konwersację na temat jednego z filmów. Szliśmy w blasku słońca, które od czasu do czasu przysłaniały chmury, gdy nagle kilka obozowiczów narobiło hałasu. Patrzyłem na ich szybki bieg obojętnym wzrokiem, słuchając cichego głosu Liz. Przynajmniej tak było do chwili, gdy przybiegła zdyszana Piper.


— Leo! Dzięki bogom! — Chwyciła się za pierś i złapała kilka głębokich oddechów. — Chodzi o Mackenzie. Nico ją...
Nie czekałem aż skończy. Moje nogi zaczęły biec, gdy Piper zawołała za mną, żebym kierował się do Izby Chorych. W głowie huczała mi tylko jedna myśl, by dotrzeć tam jak najszybciej. Przeczuwałem, że coś się jej stanie. Czemu ona nigdy nie słucha i nie pomyśli, zanim coś zrobi? Przez wejściem gromadziła się już spora grupka obozowiczów, która szeptała pomiędzy sobą. Jedna dziewczynka, z mysimi warkoczykami, opowiadała, jak to Nico pojawił się na Wzgórzu Herosów. Pokonałem jednym susłem trzy schodki prowadzące do Izby i wpadłem do niej, bez ówczesnego pukania.
Jedno z łóżek na środku pokoju było otoczone przez grupkę jasnowłosych dzieci Apolla. Tim, najstarszy i grupowy domku, przeją funkcję Willa po jego odejściu. Nico opierał się o ścianę daleko od tego całego zamętu i przyglądał się mu z obojętnym wyrazem twarzy. Czułem, jak moje nogi się pode mną uginają, ale zebrałem się w sobie i podszedłem do grupki osób. Jedna z dziewcząt, którego imienia nie pamiętałem, zagrodziła mi drogę.
— Nie możesz —zaczęła, ale ja na nią spojrzałem twardo z determinacją we wzroku. Na jej policzkach natychmiast wpełzły rumieńce.
— Puszczaj mnie albo nie ręczę za siebie.
Coś innego, czego nie znałem, pojawiło się w moim głosie. Dziewczyna posłusznie się usunęła z drogi. Gdy spojrzałem na łóżko, miałem ochotę jęknąć z frustracji.
Była nieprzytomna i śmiertelnie blada. Z prawej strony, na skroniach, widniała rana, z której sączyła się krew. Jej usta były rozchylone, a ona raczej zdawała się być marionetką, której ktoś odciął sznurki niż żywą istotą. Chwyciłem ją za jedną rękę i położyłem dłoń na jej policzku. Poczułem, jak szloch wzbiera mi się w gardle. Była lodowata. Zawsze miała zimne ręce, ale nie aż do tego stopnia. Gdyby nie miękkość jej skóry, mógłbym przysiąc, że dotykam kamiennego posągu postawionego w cieniu, gdzie nigdy nie świeci słońce.
—Mackenzie... —wychrypiałem i nic innego w tym momencie nie byłem stanie wymówić. Odebrało mi głos, gdy zobaczyłem ją w takim stanie. Przy moim boku pojawił się Tim, zajmując się raną na jej skroni. Zebrałem się w sobie. — Co z nią?
Mina chłopaka była nieprzenikniona. Kazał mi się odsunąć i dopiero po zrobieniu porządku z raną, zdjął gumowe rękawiczki i odwrócił się do mnie.
— Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jest tak zimna, że mogłaby być martwa od kilkunastu godzin, ale jej serce pracuje. Słabo, ale pracuje. Na nic nie reaguje. Jakby była w śpiączce. Nie mogę wykluczyć również urazu głowy. Tu potrzebny jest specjalistyczny sprzęt.
— To zabierzmy ją do szpitala —zaproponował chłopiec, którego mgliście kojarzyłem. Podajże Henry.
— I co im powiesz? — odpowiedział mu przełożony. — Nie słyszałeś? Ona jest za zimna. Musimy podać przyczynę albo jak ją znaleźliśmy. Czemu nie wezwaliśmy karetki na miejsce? Nie chce jej przewozić, to mogło by jej tylko zaszkodzić. Skontaktuje się z Willem i razem coś wymyślimy. A na razie trzeba czekać. — Po chwili ciszy spojrzał na mnie i całkiem poważnie powiedział. —Nie męcz jej, Leo. Musi odpoczywać. Musi się zregenerować. Nie wiem, co się stało. Ale wiem, co do niej czujesz , jednak... postaraj się nie być tu za często.
Szybko się odwrócił i zniknął w pomieszczeniu dla "personelu". Spojrzałem tęsknie w stronę łóżka i z bolącym sercem odwróciłem się od niego. Mój wzrok napotkał sylwetkę Nika. Podszedłem do niego, a on bez słowa zapytania zaczął:
— Znalazłem ją w domu twojej Złotowłosej — powiedział, a ja potrzebowałem chwili zastanowienia, by zrozumieć, że mówi o Lisette. — Była nieprzytomna. Uderzyła się skronią w róg stolika w salonie. Wyniosłem ją stamtąd i przywiozłem jej samochodem. — Mówiąc to, wyciągnął rękę z kluczykami, na którym wisiał mały, biały pomponik. — Ale Leo, w tym miejscu było coś... dziwnego. Nie potrafię tego wyjaśnić. Jakby coś cię obserwowało z ciemnych kątów. I choć sam mam doświadczenie w takich sprawach, to wrażenie było niepokojące. Gdyby ona tam nie weszła, ja sam z pewnością ominąłbym ten dom szerokim łukiem. Czemu twoja dziewczyna zawsze musi wpakowywać się w tarapaty? Gdy znalazłem Mackenzie, wyczułem w niej... mrok. Do tego stopnia się przeraziłem, że bałem się ją przenieść za pomocą cieni.
Nico skończył i obaj wbiliśmy wzrok w brunetkę, która leżała bez życia na spranej, teraz nieco szarawej pościeli.
— Dziękuję —odpowiedziałem cicho. Nico kiwną głową i odszedł bez słowa.
Mackenzie nie obudziła się tego dnia. Ani następnego. Wolałbym sam zapaść w śpiączkę, niż czuć okropne poczucie winy i wyrzuty sumienia. Gdy zamykałem oczy, widziałem jej kredowobiałą twarz i szarłat krwi. Czułem chłód policzka. Była bez życia, ale przynajmniej nic nie czuła. A ja byłem przytomny, bez energii i cierpiący.
Chciało mi się płakać. Po raz kolejny ktoś lub coś mi ją odebrało. To nie było fair.
Lisette jako jedyna rozumiała i o nic nie pytała. Nie czytała już na głos książek po grecku. W ogóle nie czytała, tylko siedziała po turecku ze pustym wzrokiem wbitym w ścianę. Jej oczy były szkliste i wyglądała, jakby miała się rozpłakać. A ja siedziałem obok niej, obejmując ramieniem. Tylko jej towarzystwo w marę akceptowałem. Tylko Lisette mnie nie denerwowała. Nie szeptała, kiedy przechodziłem. Nie rzucała w moją stronę ciekawskich spojrzeń.
A potem, tydzień później, gdy bezmyślnie głaskałem zimną dłoń Mackenzie i wpatrywałem się w jej twarz, spod zamkniętych powiek spłynęła kropla krwi.
Na początku nie wiedziałem, co się dzieje. Zamrugałem parę razy, czy aby na pewno mi się to nie przyśniło. Kolejna kropla wyżłobiła czerwony ślad na jej kredowej skórze i zniknęła w ciemnych włosach.
— Tim? — przywołałem go głośno. Chłopak przyszedł z drugiego końca sali, gdzie bandażował paskudne rozcięcie na łydce jednego piętnastolatka. Gdy zobaczył, co się dzieje, pobladł.
— Jak?— zaczął ostro, a ja szybko odpowiedziałem.
— Nie wiem. Po prostu się zaczęło.
— ALISHA! — wrzasnął chłopak tak głośno, aż podskoczyłem. Ustąpiłem mu miejsca, gdy z latarką w dłoni zaczął świecić w oczy nieprzytomnej. Dziewczyna zjawiła się w mgnieniu oka i otworzyła usta ze zdziwienia.
— Czy ona... płacze? — spytała słabo, a Tim kiwnął głową. — Hemolakira?
Rodzeństwo krzątało się chwilę, po czym dziewczyna z niepokojem na twarzy przycisnęła rękę do czoła Mackenzie. Stałem z boku, obserwując wszystko, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
— Tim, temperatura jej podskoczyła. Z nienaturalnie zimnej robi się zbyt gorącą.
— Leo, wyjdź — zarządził twardo chłopak. Kiwnąłem głową i z duszą na ramieniu, zacząłem odchodzić, choć tego nie chciałem. Usłyszałem zdławiony krzyk Alishi.
— Tim! Spójrz na jej plecy. Na Apolla, ona się wykrwawi! Temperatura sięga ponad 39⁰C. Jeśli tak dalej pójdzie, białko się zetnie i już nic nie poradzimy. Co mam robić?
Zatrzasnąłem za sobą drzwi, odgradzając się od tego, co wisiało pomiędzy dwójką geniuszy medycznych.
Mackenzie Atkinson umierała.





No więc... Nooooo więc... 

Natalia mnie zabije. A potem zrobicie to Wy. Zostało jeszcze 6 rozdziałów. Pamiętacie, że wszystko może się zmienić.

Czy już zrozumieliście, co się dzieje? Wiem, że to zawiłe. Nie możecie mieć wszystkiego podanego na tacy. Za fajnie by Wam było.

Dziękuję z całego serca za życzenia urodzinowe. Przepraszam, że na nie nie odpisywałam. Zabierałam się za to cztery razy, ale byłam tak chora, że ledwo coś napisałam, odechciało mi się. Urodziny spędziłam w łóżku, tak samo jak każdy dzień, że do czwartku. Przychodziłam ze szkoły i szłam spać. Ale wszystkie przeczytałam! I płakałam, że mam tak wspaniałych czytelników.

Z okazji świąt Wielkanocnych (dla tych, którzy obchodzą), życzę, by były radosne, spędzone w gronie rodzinnym (bądź z książką: ja aktualnie znów się zakochałam w fikcyjnej postaci i rozstanie na dwa dni boli jak cholera), dużo czekoladowych jajek, dobrego cela na lany poniedziałek i zdrowia. 

Moja siostra dziś zaczęła mi truć, jakby fajnie to było, jakby Lenzie było razem. Trzymam buzię na kłódkę. Ale jakbyście zareagowali, gdyby był z Liz? Ja i ta nie zmienię napisanego zakończenia, biorąc pod uwagę Wasze odpowiedzi. To moja opowieść, a ja już ją skończyłam. Jak Wam się chce, możecie mi o tym napisać.

Kocham, Wesołych Świąt, moje Leosiątka ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis