sobota, 8 kwietnia 2017

Rozdział XL - Realna nieralność



Zacisnęłam zimne dłonie na kierownicy. Musiałam się opanować. Wdech. Wydech. Powtórz. Jednak moje ciało nie przestało drżeć, a chłód mnie nie opuścił. Płakałam. Nie widziałam niczego, prócz zamazanych plam i nie mogłam złapać tchu. Dusiłam się. Chciałam, by ktoś mnie teraz objął i był przy mnie. Bez jakiegokolwiek słowa, bo sama obecność wystarczyłaby. Położyłam czoło na kierownicy i pochylona płakałam, a słone łzy skapywały na moje rozpuszczone włosy i nagie uda. Moje ramiona uniosły się i opadały, ale czym więcej łez wylałam, tym bardziej czułam się bezradna i wściekła na samą siebie. Wiedziałam przecież, że ukrycie prawdy niesie za sobą przykre konsekwencje. Wiedziałam, że najpiękniejsze przyjaźnie zabija kłamstwo. Kłóciliśmy się często, jak małżeństwo z dziesięcioletnim stażem i dwoma kryzysami na koncie. Nigdy jednak nie dostałam ataku histerii: kopałam, krzyczałam w poduszkę bądź po prostu leżałam i rozmyślałam, jaki on jest uparty i dziecinny. Nigdy nie doprowadził mnie do płaczu, wrzeszcząc na mnie. A ja nigdy nie wymyślałam mu z taką nienawiścią.
Polubiłam go, a później się w nim zakochałam, bo nigdy nie traktował mnie jak porcelanową lalkę. Nigdy mnie nie oszczędzał — zawsze mówił mi o wszystkim wprost. Jesteś tydzień w Obozie? No to chodź, będziemy bili się o sztandar, musisz spróbować! No i co z tego, że tam walczymy tak naprawdę? Nigdy się nie przekonasz, ile jesteś warta, co musisz jeszcze poprawić, jeśli nie spróbujesz. 
Byłam wściekła na siebie, a jeszcze bardziej na niego. Zmusił mnie do wyjawienia prawdy w chwili uniesienia. Osaczył mnie. Miał w nosie moje uczucia czy to, że wołałabym z nim porozmawiać, gdy skończymy zajmować się Lisette.
W twoim idealnym świecie pomijasz ważną sprawę: innych ludzi. Nie obchodzi cię to, że kogoś zranisz. Dbasz tylko o rezultat. 
Czy to takie złe, że pragnęłam, by był bezpieczny? Że uległam presji własnej matki, która powtarzała mi, że tylko po to mnie urodziła? Że gdy spojrzałam na nią po raz pierwszy, wiedziała, że będę tą "szczęściarą"*? Gdy mówiła mi, że muszę to zrobić, bo w innym wypadku nie będę miała gdzie wracać? Do kogo wracać? I nie wrócę już nigdy do Niego, bo...
Walnęłam z całej siły w kierownicę, a moją dłoń przeszył promieniujący ból. Jęknęłam. Gdyby nie to, że już z moich oczu wypływał Wodospad Wiktorii, to na pewno bym się rozpłakała.
To, że płynie w tobie ichor nie robi z ciebie bohaterki.
Słyszałam jego kpiący głos w głowie. Uderzyłam w kierownice jeszcze raz. I jeszcze. Miałam świadomość, że wyżywanie się na własnym aucie, nie przyniesie mi żadnych korzyści. Powoli złość na samą siebie ustępowała bezgranicznej wściekłości na Leona. I nic poza tym. Było w nim zero empatii. Zawsze osiągnął swój cel. Chciał, bym wzięła udział w bitwie o sztandar? Dobra. Chciał, bym ćwiczyła, choć nie miałam na to ochoty? Dobra. Chciał, bym nie mieszała się w wojnę, która dotyczyła mnie, podczas gdy on będzie odgrywał zakochanego po uszy Parysa? Dobra. Chciał mnie pocałować? Chciał zanurzyć dłoń w moje włosy? Chciał mnie dotknąć tam, gdzie mu się żywnie podobało? Dobra, dobra, dobra!
Mogłam wrócić i przyznać mu rację, a potem oboje rozwiązalibyśmy problem. Mogłam też wpisać stary adres Lisette w GPS i ruszyć przed siebie, robiąc dokładnie to, o co mnie posądzał. Co o mnie naprawdę myślał. Mogłam zacząć zgrywać bohaterkę, tak, jak to w jego mniemaniu robiłam zawsze.
Wsadziłam drżącą dłoń do kieszeni szortów. Palce napotkały kawałek papieru, który chwyciłam i wyciągnęłam. Kilka godzin temu, drżącą z emocji ręką, napisałam na nim adres blondynki. Chwilę przyglądałam się krzywo postawionym literom, podejmując decyzję. Znalazłam kluczyki w schowku i odpaliłam auto, zapinając uprzednio pasy. Włączyłam GPS, po czym wpisałam ulicę i numer domu. Kobiecy głos oznajmił mi, że mam skierować się na wschód. Automatycznie włączyło się radio, które ustawiłam jak najgłośniej się dało, by zagłuszało moje myśli i ruszyłam. Jedyne, czego nie mogłam kontrolować, to łez, które lały się nieprzerwanym strumieniem. A co mi tam. Może wypłaczę tyle, by się utopić we własnym samochodzie i będzie po problemie. 
Jechałam, nie spuszczając wzroku z drogi. Tylko kobiecy głos kierował mnie, przekrzykując się na zmianę z radiem, kiedy mam skręcić, a kiedy jechać prosto. Minęła jedna godzina. Druga. A złość mi nie przechodziła. Wyzywałam Leona w myślach i zastanawiałam się, jak udało mi się opanować na tyle, by nie dać mu w twarz. Jak na wszystkich latynoskich serialach.
Zegarek na moim nadgarstku pokazywał 12:42, gdy GPS oznajmił, że dojechałam do celu. Zaciągnęłam ręczy hamulec, zostawiłam skrzynie biegów na luzie i przekręciłam kluczyk. Samochód zgasł, a wraz z nim radio i cisza, która zaczęła mi ciążyć. Wysiadłam z Mercedesa i zamknęłam go. Dopiero wtedy spojrzałam na dom.
Nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać, ale mimo tego zostałam zaskoczona. Trawa była wysoka i dawno nie koszona, furtka smętnie wisiała na jednym zawiasie, a na ogrodzeniu widniał przybity, wyblakły przez słońce napis "NA SPRZEDAŻ". Sam dom nie wyglądał zachęcająco. Kiedyś zapewne był biały, a teraz nieco szary, budził we mnie rodzaj dziwnego niepokoju. Okno po prawej stronie na parterze było wybite, kilka dachówek pospadało i znajdowało się na zarośniętym chwastami ganku. Powoli ruszyłam w stronę domu, wsuwając do tylnej kiszeni klucze. Furtka zaskrzypiała, gdy ją przesunęłam. Rozejrzałam się dokoła. Na ulicy z podobnymi jak ten domami nie było nikogo. Zapewne wszyscy jedli obiad. Ruszyłam więc nieśmiało przed siebie. W połowie drogi do drzwi zauważyłam coś w trawie i zboczyłam ze ścieżki. Okazało się, że to zabawka. Uklęknęłam przy niej. Brudny, pluszowy miś z różową kokardką na szyi, który rozpadał się na kawałki. W mojej głowie pojawiło się pytanie, czy należał do Lisette. Wstałam, najwyraźniej zbyt gwałtownie, bo zakręciło mi się w głowie. Widocznie upał i długa jazda samochodem mi nie służyła. Opuściłam zabawkę, by w spokoju dokończyła swego żywota i ruszyłam do domu. Czułam się niezręcznie. Byłam pewna, że ktoś mnie obserwuje. Zerknęłam przez ramię, lecz nikogo nie zauważyłam.
Byłam pewna, że drzwi będą zamknięte i będę musiała je wyważyć. Zdziwiłam się, gdy okazało się, że wystarczy lekkie popchnięcie, by dom stanął przede mną otworem. Zrobiłam krok i znalazłam się w ciemnym przedpokoju. W mój nos uderzył zapach kurzu, stęchlizny i ziemi. Zapewne dawno tutaj nikogo nie było, a ludzie nie mają ochoty mieszkać w domu, gdzie popełniono morderstwo. W mojej głowie pojawiła się myśl, że to idealna kryjówka wyjętych spod prawa i narkomanów. Zacisnęłam dłoń na moim pierścieniu, upewniając się, że mam przy sobie broń. Może i nie mogłam zranić śmiertelnego, zwyczajnego człowieka, lecz fakt, że jestem uzbrojona, pocieszał mnie. Wzbijając obłoczki kurzu swoimi balerinami i starając się nie kichnąć, weszłam do salonu, który lata świetności miał za sobą. Biała farba odpadała w niektórych miejscach wraz z tapetami, regały były puste, a sofy zakryte białym prześcieradłem. Przymknęłam na chwilę oczy, by uspokoić ból głowy, który rozpoczął się na podwórku i trwał nadal, nasilając się. Zaczęłam głęboko oddychać, ale to nie pomagało. Byłam wycieńczona płaczem, zmęczona długą jazdą i nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Potrzebowałam świeżego powietrza. Chwiejnie podeszłam do okna, mając wrażenie, że moje nogi są z ołowiu. Mózg zaczął płatać mi figle, bo kurz zaczął gęstnieć i gęstnieć, zamieniając się w białą mgłę. Podniosłam rękę, by otworzyć okno, jednak nie dosięgłam klamki. Runęłam na ziemię, porażona zawrotami głowy, a gdy upadałam, mgła zaczęła mnie połykać, wpychając się do ust i nosa. Jak w letargu widziałam kant niskiego stolika, który zbliżał się coraz szybciej i szybciej. 
Potem nie było już nic.



Gwałtownie nabrałam powietrza w płuca i otworzyłam oczy. Poraził mnie blask wpadającego przez okna słońca. Zrobiłam z ręki daszek i na półprzytomnie rozglądnęłam się dookoła. Siedziałam w salonie, w tym samym, w którym straciłam przytomność. Musiałam mieć chwilę czasu na ocenienie, że mam rację. Tym razem było inaczej. Wszystkie półki były zapełnione książkami, nie było ani warstwy kurzu, na stole stały świeże kwiaty. Dom nie był już opuszczony i zaniedbany. Zupełnie, jakby ktoś tu mieszkał.
Powoli wstałam i otrzepałam kolana. Zbadałam również swoją prawą skroń, którą uderzyłam o stolik. Nie miałam jej rozciętej i nie czułam żadnego bólu. Ja to mam szczęście. Zrobiłam ostrożny krok w przód. Potem następny. Uważnie rozglądałam się dookoła, szukając śladu gospodarzy. No hej, wlazłam obcym ludziom do domu! Nikomu to nie przeszkadza? Sprawdziłam kuchnię i łazienkę na parterze, ale poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem. Zmarszczyłam brwi. Nie miałam pojęcia, co tu się dzieje. Nadal na paluszkach wyszłam z domu i stanęłam na ganku. Z nieba lał się żar, wiatru nie czułam, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny zaduch. Zanosiło się na burzę. Zeszłam ostrożnie po schodach, rozglądając się zdziwiona. Ogród, wcześniej był zapuszczony, a teraz widziałam go w stanie idealnym. Kwiaty były wypielone, a trawa równo przystrzyżona. Otworzyłam sprawnie działającą furtkę i wyszłam na ulicę.
Mojego samochodu nie było.
Moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Przecież go zamykałam, byłam tego pewna! Wybiegłam na ulicę i spanikowana zaczęłam się rozglądać w prawo i w lewo. Nic. Nie było śladu mojego kochanego Mercedesa.
Podbiegłam do sąsiadującego domu i zapukałam do drzwi. Może ktoś go widział? To wielki i stary samochód, robiący sensację, no cóż, wszędzie. Nikt niezauważony nie mógł go zwinąć. Zapukałam mocniej, ale odpowiedziała mi cisza. Otworzyłam usta, by krzyknąć "Halo", ale nic się nie wydarzyło.
Chwyciłam się za gardło. Starałam się wydusić jakiekolwiek słowo, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Powoli osunęłam się po drzwiach i schowałam twarz w dłoniach, pogrążona w całkowitym szoku.
Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Nie mogłam być znowu niemową! To niemożliwe. Demeter zapewniła mnie, że będę w stanie normalnie mówić, a Mgła będzie mnie chronić przed potworami. Miałyśmy umowę. Ufałam jej w tej kwestii. Ale w głębi duszy wiedziałam, że to nie wina mojej matki. To miejsce było jakieś dziwne. Otarłam zbłąkana łzę, która potoczyła się po mim policzku i wstałam na drżące nogi. Musiałam dostać się do Obozu. W tej chwili to było moim priorytetem.
Oparłam się o drzwi, a te otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Dziwne. Przecież przed chwilą były zamknięte na cztery spusty. Powoli weszłam w chłodne wnętrze korytarza. Usłyszałam hałas i skierowałam się do jego wnętrza. Okazało się, że ktoś gotuje w kuchni.
Pomieszczenie było jasne, utrzymane w niebieskich i żółtych barwach, wyłączając z tego szafki, które były białe. Na środku stał wielki blat zawalony blaszkami do pieczenia, garnkami i składnikami. Znajomy zapach powiedział mi, że kobieta, która stała odwrócona do mnie tyłem, piecze ciastka z masłem orzechowym i czekoladą. Z radia, które stało na parapecie, płynęła francuska muzyka z lat 60.
Miała kasztanowe włosy, które opadały jej na ramiona falami i błyszczały w blasku słońca, wpadającego przez okno. Urana w fartuszek zawiązany z tyłu i sukienkę niebieskiego koloru komponowała się z całą kuchnią, jakby to było jej oazą, królestwem i najważniejszym pomieszczeniem w domu. Stanęłam zakłopotana, nie wiedząc, co mam dalej zrobić. Nie miałam notatnika i długopisu. Mogłabym skorzystać z telefonu i poprosić, by taksówka... Ach, no tak! Zapomniałam, że przecież nie mówię.
Kobieta odwróciła się i zdmuchnęła kosmyk włosów z czoła. Gapiłam się na nią z otwartą buzią i czułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
Patrzyłam na siebie. Dokładniej, na starszą wersję mnie. Miała ten sam nos, te same oczy, ten sam uśmiech na twarzy. I choć patrzyła w moim kierunku, jednak mnie nie widziała. Ominęła spojrzeniem przestrzeń za mną, ale jej wzrok nie zatrzymał się na mojej osobie. Po chwili wzięła w rękę drewnianą łyżkę i energicznie zaczęła w niej mieszać, nucąc z odrobiną fałszu z piosenkarką. To dziwne. Przecież ja nie piekę, gdy nie mam związanych włosów. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Miała w sobie to coś, czego ja nigdy nie posiadałam. Ale przecież to byłam ja. Przymknęłam na chwilę oczy. Głowa mnie rozbolała od tej całej dziwnej sytuacji i czułam nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Usłyszałam, jak ktoś wchodzi do kuchni. Świetnie! Może zostanę zauważona przez nowego przybysza. Bo mnie przydałyby się okulary!
Otworzyłam oczy i zauważyłam mężczyznę, który przyciskał wargi do mojej szyi. Jej szyi. A ona jakby tego wcale nie zauważyła, tylko mieszała dalej. Chłopak przytulił ją do siebie od tyłu i przycisnął do swojej piersi, a potem powoli zaczął składać pocałunki na całej długości szyi, kierując się w stronę ucha. Dorosła Mackenzie zachichotała, a potem zaczęła się dąsać, w typowy dla mnie sposób.
— Nie widzisz, że piekę?
— Widzę — mruknął chłopak. — Uwielbiam na ciebie wtedy patrzeć.
Na moje czoło wstąpiły kropelki potu, bo uświadomiłam sobie, że rozpoznaję ten głos. Znam ten sposób, w który chłopak ją obejmował.
Leo.
Mackenzie próbowałam odtrącić go łokciem, jedna ten ją złapał i odwrócił w swoją stronę, gwałtownie wbijają się w jej usta. Drewniana łyżka upadła z głuchym hałasem na podłogę, gdy dziewczyna rzuciła ją na podłogę i bez reszty oddała się pocałunkowi. Leo odwiązał jej fartuszek i odrzucił go w bok, po czym posadził brunetkę na blacie, odsuwając wszystkie składniki, równocześnie wciąż ją namiętnie całując. Dziewczyna objęła go w pasie nogami i mocniej przyciągnęła do siebie, zanurzając swoje palce w jego czarnych, kręconych włosach. Miałam wrażenie, że spomiędzy ich ciał sypią się iskry.
Z moich oczu polały się łzy.
Na co ja do cholery patrzyłam? Na moje przyszłe życie, jeśli zostałabym w Obozie Herosów? Na to, co utraciłam, żegnając się z nim? Zmarnowałam szanse na szczęście, nie tylko swoje, ale i jego. Mieśmy przyszłość. A a ją zniszczyłam. To bolało najbardziej.T a świadomość paliła mnie w płucach, a ja nie mogłam nawet wziąć oddechu.
Para oderwała się od siebie. Słyszałam ich urywany oddech, a potem chrapliwy głos Leona.
— Chodź...
— Ale ciastka... — zaczęła starsza ja, ale jej protest został zagłuszony przez usta chłopaka. Gdy znów się od siebie oderwali, Mackenzie zeskoczyła z blatu, a chłopak pociągnął ją za sobą w stronę wyjścia.
To nie był już Leo. To był Dan.
Gdy tylko wyszli, ja też odwróciłam się na pięcie i wybiegłam, zaślepiona przez łzy. Z mojego gardła wydobywały się ciche piski, ale nie mogłam krzyknąć z rozpaczy. Nie potrafiłam. Wypadłam w domu, zataczając się i przystając dopiero przy drzwi, jakieś sto metrów dalej.
Oparłam się o pień drzewa i odchyliłam głowę do tyłu, oddychając urywanym szlochem. Pozwoliłam, by łzy swobodnie płynęły,ale tym razem było inaczej. Powoli dotknęłam mokrego policzka i spojrzałam na swoje palce. Zachłysnęłam się powietrzem. Powinnam obaczyć czyste łzy. A na moich rękach widniała krew.
Kolejna kropa spadła prosto na moją wyciągniętą dłoń. W tej samej chwili, gdy uroniłam łzę.
Płakałam krwią.
Oddech zatrzymał mi się w gardle, po czym szybko go wypuściłam i znów nim zachłysnęłam. Dusiłam się z przerażenia. Krew. Płakałam krwią. I nic nie potrafiłam na to poradzić. Histeria zawładnęła mym ciałem po raz kolejny. Rozpłakałam się jeszcze bardziej i całkowicie wyzuta z energii, zsunęłam się powoli po pniu drzewa. Poczułam, jak nadnaturalnie ostra kora rani moje plecy. Nie dbałam o to. Zwinęłam się w kłębek u stóp drzewa i zaczęłam kołysać się w przód i w tył, próbując zapanować nad swoimi myślami.
W jakim koszmarze się znalazłam? I jak się z niego obudzić?

□ 


Wszystkiego najlepszego dla mnie! Życzę sobie, żebym dalej pisała, była taka urocza, niesamowita, lukrowa, zabawna i skromna. I bym przez te 365 dni zdążyła napisać książkę. Moim goalem jest zdążyć w czasie mojej ostatniej -nastki. Za rok będę miała 2 z przodu... Nie chce. Bo to oznacza, że całkowicie dorosnę. To nie fair. Bycie dzieckiem jest fajne.

DOBRA, TERAZ O ROZDZIALE. Emocjonalny? Pokręcony? Nie wiecie, co się dzieje? To dobrze. Miało tak wyjść. Za tydzień co nieco się wyjaśni. 

Czekam na wasze opinie i życzenia, choć na tym 1. bardziej mi zależy (ah, znowu ta skromność!).

Dziękuję za to, że mnie wspieracie i jesteście ♥




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis