sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział XLIII - Jesteś moim słońcem

W ciele Mackenzie otwierały się rany. Cudem przeżyła wysoką temperaturę ciała, ale na tym się nie skończyło. Słupek rtęci znów spadł poniżej normy, a ona oddychała chrapliwie, choć równomierne. W drugim tygodniu z licznych ran wytrysnęła krew z jej twarzy, piersi i ramion. Choć nikt tego nie powiedział mi w twarz, wiedziałem, co mówią za moimi plecami.
Ona tego nie przeżyje.
— Boję się zaaplikować jej nektar — wyznał mi Tim, patrząc na strzykawkę w swojej dłoni. — Jej organizm jest bardzo delikatny. Nie działa na nią podstawowa dawka dla przeciętnego herosa, bo stężenie ichoru w jej krwi jest zbyt wysokie. Jeśli zaaplikuję jej nieco więcej, spali się. Jest w 40 do 35 procentach człowiekiem. Musielibyśmy mieć specjalną ambrozję, którą jadła, będąc na dworze Demoforta. Podam jej małą dawkę, ale to będzie jak gaszenie pożaru domu za pomocą jednego wiaderka wody.
Patrzyłem, jak chłopak precyzyjnie wkuwa się pod jej skórę. Przypomniało mi się, jak zawsze starannie bandażowała swoje skaleczenia po treningach. Na pytania, czemu nie zażyła ambrozji, odpowiadała, że nie miała na to czasu bądź jej nie znalazła. Myślałem, że po prostu jest uparta. Że woli utykać i cierpieć z powodu bolącej kostki czy rozcięcia na ramieniu, bo chce się odnosić ze swoimi ranami jak bohaterka. Była na skraju paniki, gdy dowiedziała się, że przemyłem jej ramię wodą z nektarem. Czemu mi nie powiedziała? Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie chciała mnie martwić. Byłem zajęty Lisette i ona to wiedziała. Nie chciała dokładać mi kłopotów, zwierzając się. Podejrzewałem, że sama była przerażona tym, co działo się z jej ciałem. Któregoś razu mogła po prostu zjeść zbyt dużo ambrozji i spłonąć. Miałem również niemiłe uczucie, że bała się, że przemiana, która zaczęła się na dworze Demoforta, może się wykonać do końca.
A potem, na początku trzeciego tygodnia, przestała oddychać. Podczas reanimacji modliłem się do wszystkich bóstw greckich, rzymskich, egipskich i nawet Boga chrześcijan. Nie wiem, kto zadziałał bezpośrednio, ale skończyło się na jednym złamanym żebru.
W piątek po zajęciach przyszedłem ją odwiedzić. Chwilę stałem, patrząc na jej ciemne włosy rozsypane na poduszce wokół bladej, marmurowej twarzy. Ręce spoczywały na świeżo przebranej pościeli, tak nieruchome, jak to tylko możliwe. Na jej twarzy malował się spokój, choć wewnątrz toczyła się walka. Na śmierć i życie.

Podszedłem do łóżka i usiadłem na krześle obok. To było miejsce zarezerwowane tylko dla mnie.
— Cześć, mała — zacząłem cicho. Nie zareagowała, tak jak zawsze. — Napędziłaś mi strachu w poniedziałek. Czemu zawsze musisz to robić? Jeszcze kilka takich akcji, a będziesz mogła prowadzić z tego kursy.
Cisza. Ogłuszająca cisza.
— Nie rób tego więcej — poprosiłem. — Przestań, Kenz. Obudź się do jasnej cholery. Nie wytrzymam dłużej tej niepewności. Nie wytrzymam dłużej bez ciebie.
Chwyciłem ją za zimną rękę. Wydawała się taka mała i inna, a jednak była taka sama. Idealnie pasowała do kształtu mojej dłoni i gdy sobie to uświadomiłem, uśmiechnąłem się smutno.
— Jesteś moim narkotykiem, Mackenzie — powiedziałem cicho. Wiem, że mnie być może nie słyszała i to głupie do niej mówić. Ale nie mogłem się powstrzymać. — Uzależniłaś mnie od siebie. Nie mogę spać, nie widząc, że jesteś bezpieczna. Nie mogę jeść, nie chce mi się pić. Żywię się tylko twoim widokiem, zapachem twoich włosów, brzmieniem głosu i miękkością dotyku. Sprawiasz, że mam ochotę wstać rano z łóżka i żyć pełnią życia. Ale tylko wtedy, gdy jesteś obok.
Odetchnąłem głęboko i spojrzałem na jej twarz. Białą, jak gdyby wykutą z marmuru. Nie wyrażającą żadnych uczuć. I nawet teraz przerażająco piękna. Przycisnąłem jej zimną dłoń do rozgrzanych ust.
— Był taki czas, kiedy cię nienawidziłem. Chciałem spalić wszystko, bo mnie opuściłaś. Zostawiłaś, jakbyś była nastolatką, która wyrzuca swoje dziecięce pamiątki. Wolałem cię nigdy nie poznać, niż cierpieć po stracie. To było gorsze niżbyś zginęła, Kenz. Ta świadomość, że możesz być szczęśliwa gdzieś indziej, z kimś inny niż ja, była potworna.
Przymknąłem oczy. Wyznawanie żalu, skrywanego przez tyle lat było gorsze niż kłótnia z nią.
— Czemu nie pozwoliłaś mi odejść? Czemu ja nie pozwoliłem ci odejść z mojego serca? Mogłaś już nigdy nie wrócić. Żywiłem się jednak słowami Afrodyty, że to zrobisz. Że nie dostalibyśmy jej błogosławieństwa, gdyby to był nasz koniec. I że muszę być cierpliwy oraz zrozumieć, że nie powiedziałaś ani "Do widzenia" ani "Żegnaj". Te słowa były wodą dla małej rośliny nadziei, która rosła i rosła, ale nie potrafiła rozkwitnąć. Nie miałem słońca. Nie miałem ciebie.
Mówiłem szeptem, jakby bałbym się, że się zbudzisz. Przymknąłem oczy i starałem się opanować drżący głos, lecz nic z tego nie wyszło.
— I kiedy znów zaświeciłaś na moim niebie, nie chciałem, by noc choć na chwilę ukarała mi kilka godzin życia. Choć zachody i wschody słońca są piękne, wolałem patrzeć w oślepiającą złotą kule, niż na gasnące barwy, które malowałaś każdego poranka i wieczora. Nie pozwól, by znów w moim życiu zapanowała noc polarna. Zwariuję bez słońca. Zwariuje bez ciebie.
Otworzyłem oczy, które nieprzyjemnie piekły.
— Nie odchodź, Mackenzie. Nie zostawiaj mnie samego na tyle ciemnych nocy. Chcę tylko ciebie. Nie pozwolę ci odejść, a jeśli to zrobisz, zejdę do Podziemia i cię odnajdę. Mam dość czekania. Zostań ze mną, na zawsze.
Podniosłem się i usiadłem na jej łóżku. Odgarnąłem jej ciemne włosy z czoła i złożyłem na marmurowej skórze pocałunek. Była taka zimna.
— Nigdy ci tego nie powiedziałem. Ty byłaś bardziej odważna. Mówiłem ci do gestami, starałem ci się to pokazać, ale nigdy te słowa nie padły z moich ust. Przepraszam, że tak długo na nie czekałaś.
Pocałunek na jej zimnych ustach. Tylko muśnięcie, ale brak jej reakcji zabolał dużo bardziej. Zacisnąłem oczy, by do tego nie dopuścić, ale się nie udało. Pojedyncza łza spadła na jej policzek i potoczyła się po gładkiej skórze naznaczonej piegami. Tak, jakby to ona płakała.
— Kocham cię, mała. Bardzo mocno cię kocham.
Boże, była taka zimna. Mimo to mówiłem, przez zaciśnięte gardło, jakby moje słowa były ciepłym kocem.
— Wygrałaś, dobra? Mam w sobie tyle ognia, a nie potrafię cię ogrzać. Gdyby to było konieczne, oddałbym za ciebie życie, byś to ty mogła chodzić. Chcę, byśmy byli szczęśliwi. Razem. Mała, tak bardzo cię kocham, że patrzenie na ciebie w tym stanie jest gorsze niż utonięcie w zimnej wodzie czy pochłonięcie przez piekielne płomienie. Wróć do mnie. Wróć do mnie i powiedź, że jestem idiotą. Uderz mnie. Zrób cokolwiek, mi margarita, ale mnie nie zostawiaj. Wróć... Wróć do mnie. Potrzebuję słońca, słyszysz? Potrzebuję ciebie. Wróć Mackenzie, wróć.
Jej pierś zaczęła coraz gwałtowniej się poruszać. Przedtem to ignorowałem, ale teraz spojrzałem na nią zaniepokojony. Otarłem oczy i prostując się, zmarszczyłem brwi.
— Mackenzie? Mała, co się dzieje?


Jej ciałem wstrząsną kaszel. Okropny kaszel, ale wciąż nie otwierała oczu. Moje za to zrobiły się wielkie i czułem, jak nie mogę się ruszyć. Patrzyłem się na nią zdezorientowany. Potem kaszel minął, ale nadal nie mogła złapać oddechu. I potem znów zaczął się atak.
Dusiła się.
Nagle odzyskałem władzę w nogach. Wybiegłem z sali i wpadłem za drzwi z napisem "dla personelu". Był tu korytarz z mnóstwem drzwi. Tim mógłby z każdym z tych pomieszczeń. Nie miałem czasu, by je wszystkie sprawdzić. Słyszałem kaszel Mackenzie, więc wrzasnąłem z całych sił:
— Tim? Do cholery, gdzie jesteś? Tim! Ona się dusi!
Natychmiast przybiegł, wychodząc z jedynego z wielu gabinetów. Za nim podążyły inne osoby, lekko zdenerwowane lub zdezorientowane. Mackenzie była jedyną osobą, która pozostawała pod ich opieką. Tim, razem z grupką rodzeństwa, zaczęli się krzątać wokół jej łóżka. Jedna z blondynek chwyciła mnie za ramię. Zanim zdążyłem zareagować, znalazłem się na zewnątrz budynku. Zacząłem protestować.
— Nic nie pomożesz! — wrzasnęła dziewczyna, przekrzykując mnie. — Nic nie pomożesz ani jej, ani nam. Czekaj tutaj! Rozumiem, że jest dla ciebie ważna, ale nie tylko pogorszysz sytuację. I nie próbuj żadnych sztuczek.
Dziewczyna zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Osnułem się na pierwszy schodek niewielkich schodów i czekałem. Czekałem i starałem się nie myśleć o tym, co teraz się dzieje. Przypominałem sobie, jak Lisette czytała "Oskara i panią Różę". Nie rozumiałem tej książki aż do teraz. Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
Błagam Mackenzie. Nie poddawaj się. Walcz. Walcz dla mnie.
Po całej wieczności drzwi się otworzyły. Stanął w nich Tim. Jego ręce były całe we krwi, a na twarzy malowało się zdumienie. Spotkałem się z jego rozgorączkowanym wzrokiem. Mimo tego, że zakręciło mi się w głowie, wstałem. Wiedziałem, czyja to krew.
— Musisz to zobaczyć — powiedział słabym głosem. Podążyłem za nim, czując, jak bicie serca zagłusza dźwięk moich kroków.
W sali unosił się ostry zapach żelaza. Krew. Wszędzie była krew. Jej woń uniosła się w powietrzu, a czerwona ciecz skapywała z rąk wszystkich dzieciaków od Apollina. Nie chciałem patrzeć w stronę łózka. Skupiłem się na plecach Tima, gdy w mojej głowie wył alarm i piskliwy głos wykrzykiwał słowo "nie". Tim podniósł coś z tacy, którą trzymała dziewczyn, która mnie wyprosiła. Wolno spojrzałem na rzecz, którą wyciągnął w moją stronę.
Rozpoznałem kwiat. Z jego pomiętych płatków skapywała ciemna ciecz, ale nie mogłem się mylić. Mak. Szkarłatny mak, może najpiękniejszy, jaki w życiu widziałem. Z przerażeniem patrzyłem na niego, po czym Tim odezwał się zaszokowanym tonem:
— Miała to w gardle. Ja... — urwał, nie mogąc znaleźć słów.
Odwróciłem powoli wzrok w stronę łóżka. Pierwsze, co zauważyłem, to biała wykrochmalona pościel, cała we krwi. Zbyt dużo krwi, by człowiek mógł to przeżyć. Szkarłatna ciecz błyszczała w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, jakoś bardziej nienaturalnie. Ichor, przyszło mi na myśl. A potem spojrzałem wyżej i napotkałem wzrok brązowych tęczówek ze złotymi plamkami. Patrzyłem w nie, choć przed sekundą byłem pewny, że już tego nigdy nie zrobię. Patrzyłem w jej oczy.
Podszedłem powoli do jej łóżka i usiadłem na skraju. Nadal była przerażająco blada. Dotknęłam opuszkami palców jej zimnego policzka. Jej gwałtownie opadające ramiona nieco się uspokoiły.
— Mackenzie? — spytałem cicho. Po jej policzku potoczyła się jedna, pojedyncza łza. Poczułem, jak spotyka się z moimi placami. Kiwnęła niezauważalnie głową. Przymknęłam oczy i westchnąłem, pozbawiając się całego napięcia. Ciężaru myśli nieprzespanych nocy. — Dzięki bogom.
Delikatnie ją przytuliłem. Jedna z dziewczyn od Apollina zaczęła protestować, ale Tim ją uciszył. Czułem się, jakbym przytulał rzeźbę. Czułem jednak opadanie jej piersi i oddech łaskoczący całą szyję. Po chwili ona mnie również objęła, choć byłem świadom, że sprawiło jej to dużo bólu i wysiłku. Mackenzie płakała. Tylko jej łzy były gorące, a ja rozkoszowałem się tym, że wróciła.
— Już nigdy więcej mnie nie opuszczaj, mała... — wyszeptałem przez zaciśnięte gardło. Trzymałem ją ramionach dopóki nie spostrzegłem się, że zasnęła.
Ja chyba również płakałem, choć nie byłem tego świadomy. Żyła. Moje słońce znów wzeszło, rozpraszając mrok.





Ja po prostu...

Okay, sama to pisałam, ale jakoś tak... Może to przez te wszystkie emocje. Czy ktoś z Was zauważył, że Leo nigdy nie powiedział "Kocham cię" Mackenzie? Ona to robiła. Specjalnie wszystko przeglądnęłam, by mieć pewność. Te słowa nigdy nie padły z jego ust.

Głupie łzy, ok, nie mogę się skupić.

Nie będziemy się widzieć aż do soboty, ale życzę wszystkim maturzystom złamania pióra na maturach. Dacie radę ♥

Gdzie moje chusteczki, ugh...

sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział XLII - Ostatni pocałunek, łza i Mak


Straciłam poczucie czasu. Zdawało mi się, że siedziałam godzinami pod tym nieszczęsnym drzewem. Kołysałam się w przód i w tył, próbując się uspokoić. Spowolnić myśli. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Właściwie, to było nieistotne. Co tu się działo? Gdy zamykałam oczy, widziałam obraz namiętnego pocałunku, który utrwalił się w umyśle niczym tatuaż. Mojego pocałunku z Leonem. Ale przecież to nie był Leo. To był Dan, jeden z moich najlepszych znajomych na studiach. Westchnęłam spazmatycznie.
Obóz Herosów. To jedyne miejsce, gdzie nienormalne staje się zwyczajne. To tam powinnam się teraz udać. Zdusiłam w sobie szloch i podniosłam się powoli. Upał był niemiłosierny i nie było śladu ludzi. Otarłam grzbietem dłoni moje policzki, pozostawiając na nich krwistą smugę. Rozpoczęłam mozolny marsz w spiekocie, czując jak pot spływa mi po policzkach. Szłam w tym żarze asfaltów drogą, rozglądając się półprzytomnie.
Spostrzegłam samochód. Podeszłam do niego pewnym krokiem. Nie rozpoznałam marki ani rocznika, to zawsze było dla mnie mroczną zagadką. Zmrużyłam oczy, chcąc dostrzec co jest w środku. Na przednim siedzeniu leżały kluczyki. Szarpnęłam za klamkę, ale nie ustąpiła. Jakby to była jakaś niespodzianka. Rozglądnęłam się dookoła. Samochód stał przed małym, żółtym domem z uroczym ogródkiem. Zrobiłam krok w jego stronę. Nie z powodu kwiatów i faktu, że byłam córką Demeter. Schyliłam się i podniosłam ciężki kamień, po czym wróciłam na poprzednie miejsce. Zamachnęłam się i zaciskając mocno czy, wybiłam szybę po stronie kierowcy.
Tak, zrobiłam to.
Powoli, by się nie pokaleczyć, wyciągnęłam kluczyki i otworzyłam auto. Strzepałam okruchy szkła i usiadłam na fotelu. Jak się wytłumaczę, jeśli mnie złapią? Chciałam wybuchnąć nerwowym śmiechem, ale nie potrafiłam. Pamiętałam, jak tata prosił mnie, bym nie wpakowała się do więzienia. No cóż, nie zamierzałam. Ustawiłam fotel, lusterka, zapięłam pas, po czym zapaliłam silnik. Ruszyłam, puszczając sprzęgło i dodając gazu. I nagle auto zgasło. Spojrzałam zdziwiona na skrzynie biegów. Hamulec ręczny. Wszystko było w porządku.
Za szybko puściłam sprzęgło.
Gdy sobie to uświadomiłam, miałam ochotę sobie przywalić i to dość mocno. Westchnęłam zdenerwowana i spróbowałam jeszcze raz, ale auto szarpało niemiłosiernie. Tak, jakbym jechała dopiero drugi raz w moim życiu. Było źle, bardzo źle. Zaciskałam kurczowo palce na kierownicy, czując się spięta i nieszczęśliwa. Błękitne niebo powoli zasnuwały białe, a potem szare chmury. Upał nieco ustąpił. Szukałam jakiś drogowskazów. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Jedyne, czego byłam pewna to to, że jeśli dostanę się na drogę główną, dojadę bez problemu do celu, kierując się znakami. Jechałam wolno, uważnie obserwując otoczenie. Krew krzepła na moich policzkach, a ja czułam się, jakbym miała na twarzy maskę. Niebo pociemniało i usłyszałam, jak wiatr się zrywa. Nadchodziła burza. Nie było to niczym niezwykłym. W lecie, zwłaszcza w trakcie takich upałów, padało dosyć często. Ignorując pogodę, znów skupiłam się na drodze.
Po jakiś pięciu minutach, irytujący dźwięk, który wzięłam początkowo za wiatr, zaczął się nasilać. Zatrzymałam auto i ze zmarszczonymi brwiami wyszłam z niego, trzaskając drzwiami. Wytężyłam wzrok i przez chwilę fala przerażenia, którą szybko opanowałam, zalała moje ciało. Na szarych chmurach, w odległości kilku mil, zauważyłam czarne punkty. Ptaki. Dźwięk, który wydawały, podpowiedział mi, że nie są one zwyczajne. A instynkt szeptał, że lecą po mnie. Wydawało się to niedorzeczne, bo byłam otoczona Mgłą i potwory nie powinny mnie śledzić. Ale później szyderczy głosik zapiszczał, że powinnam również mówić, a już tego nie potrafiłam. Zamknęłam na chwilę oczy, by się opanować i zebrałam się w sobie. Dam radę. Po to szkolił mnie Percy i Leo, bym stanęła do walki. Nie mogłam ich zawieść. Chwyciłam za pierścień z diamentem i przycisnęłam go. Po chwili dzierżyłam w dłoni złoty miecz własnej matki, który pociągnął moje ramie w dół. Spojrzałam na niego zdziwiona. Wydawał się niesamowicie ciężki i źle wyważony. Moje mięśnie musiały się z wysiłkiem napiąć, by podnieść go do góry. Prawie tak, jakbym nigdy nie ćwiczyła. Jęknęłam i spanikowałam. Znów zmniejszyłam miecz, który wsunął się pod postacią pierścienia na mój palec. Wsiadłam do auta i przycisnęłam gaz do dechy. Oczywiście, zapomniałam o zwolnieniu hamulca ręcznego. Zaklęłam w myślach i poprawiłam się. Ruszyłam jak najszybciej potrafiłam. Zaciskałam boleśnie palce na kierownicy, jadąc z prędkością, z którą nigdy bym się nie odważyłam. Uciekałam. Nigdy nie byłam zbyt odważna. Heros ze mnie marny, a ja nie potrzebowałam bawić się w bzdury rodzaju przezwyciężania własnych słabości.
Kiedy pierwszy z ptaków uderzył dziobem w dach auta, pisnęłam z przerażenia. Po chwili kolejny zaatakował, a za nim następny. Wkrótce chmara stalowych ptaków z dziobami i pazurami ostrymi jak noże, otoczyła mój pojazd, zasłaniając mi widok. Nacisnęłam gwałtownie hamulec, a pas bezpieczeństwa boleśnie zacisnął się na moim obojczyku. Zamknęłam oczy z przerażenia, gdy ptaki zaczęły tłuc się o przednią szybę. Nie widziałam drogi, więc wkrótce mój samochód uderzył z impetem w którąś z przeszkód. Pas znów szarpnął, a ja zaszlochałam z rozpaczy. Zasłoniłam ramionami twarzy, gdy odłamki szkła poleciały w moją stronę. Ptaki dostały się do środka. Szarpały moje włosy, orały pazurami skórę, a każde zadraśniecie bolało jakby polane kwasem z cytryny. Osłaniałam tylko twarz, bojąc się, by nie wydziobały mi oczu i modląc się, by męka jak najszybciej się skończyła. Po chwili poczułam okropny swąd, a ptaki ze wrzaskiem uciekły. Podniosłam ostrożnie głowę, czując, że znów płacze krwią i spojrzałam przed siebie. Spod maski wydobywał się biały pióropusz dymu. Przez chwilę siedziałam i tylko się gapiłam, ale głos w mojej głowie wrzasnął, bym się ruszyła, zanim nastąpi wybuch. Nie byłam bohaterką filmów akcji, która ucieka z wielkim wdziękiem przed wybuchem. Z trudem odpięłam pas zmasakrowanymi palcami i wyszłam z auta. Gdzieś zagrzmiało. Powoli ruszyłam przed siebie, próbując opanować łzy. Po chwili usłyszałam głośny dźwięk i domyśliłam się, że samochód, w którym przed chwilą jechałam, wybuch. Nie oglądnęłam się jednak. Musiałam iść pieszo lub znaleźć następny środek transportu. Nie mogłam ryzykować, że te ptaki wrócą. Przeszłam jakieś pół kilometra, boleśnie krwawiąc z zadrapań, zanim napotkałam na kolejne auto. Byłam wycieńczona od płaczu, walki i nic nie rozumiałam. Czemu rzeczywistość tak nagle się zmieniła? Czemu każdy krok sprawiał, że czułam się tak, jakby szła po szkle? Czemu musiałam ciągle zerkać za siebie, bo wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje? Ale gdy to robiłam, widziałam tylko pustkę.
Zmieniałam samochody dwa razy, zanim wjechałam na znajomą drogę i skręcają w prawo, skierowałam się do Obozu. Zaczęło padać. Wycieraczki nie nadążały z odprowadzaniem wody, tak że z trudem widziałam drogę przed sobą. Mocno zacisnęłam palce na kierownicy i cała spięta prowadziłam kradziony samochód. Chciałam być w Obozie. Mogłam wrócić do mojego prawdziwego domu. Tam, gdzie był tata i Grace. Ale się bałam. Nie tego, że moja przyszła macocha mogła dostać zawału, gdyby mnie teraz zobaczyła. Bałam się tego, co tam mogę spotkać. Ten świat nie był normalny. Nie mam pojęcia, co się stało, ale powrót do domu w takich okolicznościach, nie było dobrym pomysłem.
I wciąż widziałam jego twarz. Nie tam, w tamtym domu. Ale wtedy, gdy obrzuci mnie bekonem i jajkami. Gdy udało mi się wyhodować pierwszą roślinkę. Gdy zobaczył mnie w ogrodzie w domu Demoforta. Gdy machałam mu na do widzenia. Gdy zobaczył mnie po raz pierwszy po trzech latach. Gdy mnie przytulał. Gdy odsuwał się, przerywając pocałunek i po prostu patrzył mi w oczy.
Chciałam go zobaczyć i upewnić się, że wszystko jest dobrze. Że w tym pokręconym świecie on jest bezpieczny.
Kierownica zaczęła skakać w moich dłoniach. Zacisnęłam mocniej na niej dłonie, ale to na nic się zdało. Zahamowałam, a samochód zaczął ślizgać się na mokrym asfalcie. Czy to ustrojstwo miało ABS? Zamknęłam mocno powieki. Nie. Nie. Błagam, nie teraz, gdy jestem tak blisko. Moje modły nie zostały wysłuchane. Samochód ślizgał się na mokrej powierzchni, niczym łyżwiarz. Nie mogłam go kontrolować. Walnął bokiem w drzewo, a szkło poraniło moje nagie ramiona i uda. Samochód okręcił się jeszcze raz i wpadł do rowu. Zaszlochałam cicho i odpięłam pas bezpieczeństwa. Jestem pewna, że złamałam jakieś żebro, bo kuło mnie w boku niesamowicie boleśnie. Z niemałym trudem wyszłam z auta i od razu potknęłam się, lądując na kolanach. Moje ubranie natychmiast namokło od ciężkiego deszczu. Czułam metaliczny posmak w ustach, niemiły zapach żelaza mnie nie opuszczał, gdy podnosiłam się i ruszyłam przed siebie. Byłam już niedaleko. Szłam, podciągając nosem. Byłam taka zmęczona. Taka...



Stanęłam, czując, jak nie mogę złapać tchu. Widziałam wysoki pióropusz dymu i pomarańczową poświatę. Moje nogi, które boleśnie domagały się odpoczynku, zaczęły biec. Ślizgałam się na mokrej trawie, gdy wspinałam się na Wzgórze Herosów. Czułam swąd spalenizny. Gdy w końcu mogłam objąć wzrokiem dolinę, poczułam się tak, jakby rozpadała się na tysiąc kawałeczków.
Przed trzema latami miałam jeden sen. Łąka. Mnóstwo kwiatów. I mak. Nagle wszystko zaczynało płonąć, prócz czerwonego kwiatu, który lekko się kołysał. Był ogień. Dym. I śmierć.
Patrzyłam, jak mój koszmar jest rzeczywistością. Cały Obóz płonął, a tylko ja bezpiecznie przyglądałam się jego zagładzie. Nic nie pomagał deszcz. Wszystko pochłaniały płonienie, jak okiem sięgnąć.
W mojej głowie głos wołał tylko jedno imię. Wiedziałam, że powinnam gdzieś zadzwonić. Cokolwiek. Sama nic nie zrobię. Ale mimo tego puściłam się biegiem przed siebie. Omijałam płonące ogniska, kaszlałam, bo dym drażnił moje gardło, ale parłam do przodu. Na moich oczach Wielki Dom zawalił się. Pobiegłam więc dalej, w dół zbocza. Nie widziałam nic przez czarny i śmierdzący dym. Przeszłam przez płytki strumień i nalazłam się w części, gdzie stały domki. Teraz każdy z nich był wielkim ogniskiem. Rozgadałam się gorączkowo dookoła. Nie mogłam już uciec. Było duszno, kręciło mi się w głowie. Wiedziałam, że jeśli ktoś mnie zaraz nie znajdzie, zatruje się dymem. Już i tak brakowało mi tlenu. Mój wzrok był zamglony. Ale jednak dostrzegłam jedną postać, leżącą na środku tego piekła. Chwiejąc się, podeszłam do niej i upadłam bezwiednie u jego boku.
Leo.
Wzięłam jego twarz w dłonie. Nie poruszał się. Jego oczy były zamknięte, usta lekko rozchylone. Pochyliłam się nad nimi. Poczekać dziesięć sekund, tak jak nas uczyli na zajęciach. A potem zaczęłam się krztusić.
Nie oddychał.
Potrząsnęłam nim. Błagam, Leo, idioto, nie wygłupiaj się! To nie jest zabawne! Otwórz te cholerne oczy! Przecież ty nie możesz... nie przez ogień! Poklepałam go po policzku, czując, jak panika zawadnia moim umysłem. I dopiero po chwili to do mnie dotarło. Dlaczego się nie ruszał.
Leo nie żył.
Położyłam jego bezwiedną głowę na własnych kolanach i zaczęłam głaskać jego policzki. Nie. Błagam, wszystko, tylko nie on. Nie teraz, gdy miałam mu tyle do powiedzenia. Nie teraz, gdy nie mogłam mu przyznać racji.
Na jego policzek spadła moja łza. Prawdziwie czysta, krystaliczna łza. I kolejna. I kolejna. W moich piersiach narastał krzyk. Co z tego? Przecież jestem niemową? Płomienie zbliżały się do nas z zastraszającym tempie. Patrzyłam na jego twarz, umazana sadzą. Już nigdy się do mnie nie uśmiechnie, tak jak wtedy, gdy zwróciłam mu uwagę, że ma smar na nosie. A on wtedy złapał mnie, gdy próbowałam uciec i nasmarował mój nos też, bo jak on to i ja. Czemu nie otworzy tych oczu? Wszyscy, tylko nie on. Nawet ja. Zgodziłabym się zająć jego miejsce bez wahania. Nachyliłam się nad nim, czując, jak w gardle narasta mi krzyk. Przed oczami przewijały się te wszystkie chwile, gdy byliśmy razem. Gdy nie obchodziła mnie nasza przeszłość i patrzyliśmy na siebie z narastającą nadzieją. Moje usta dotknęły jego czoła. To było ostatnie, co mogłam mu dać. Odkąd go poznałam, obawiał się, że coś mnie mu odbierze. A tym czasem to on zostawił mnie.
Krzyk, który narastał w moich piersiach, rozdarł ciszę. Krzyk Banshee, która cierpi po stracie ukochanego. Krzyk, który wydostał się z moich ust był niczym bomba, wybuchająca i ogłuszająca. Nic się nie liczyło. Krzyczałam, pytając bogów, za co mi go zabrały. Krzyczałam, uwalniając potok gorzkich łez i bólu. Krzyczałam, i krzyczałam, czując, jak z moich ust tryska krew. Gdy w końcu zamilkłam, wyczerpana, zaczęłam kaszleć. Dusiłam się dymem. To nic. Zaraz to wszystko się skończy. Zaczęłam kaszleć i kaszleć, jakbym wypuszczała płuca. Zatkałam usta dłonią, ale to nic nie dało. Coś chciało wydostać się z mojego gardła. Krztusząc się, wyplułam na otwartą dłoń kwiat czerwonego maku, z których płatków skapywała krew. Nie rozumiałam jak... Zamrugałam sennie, a potem opadłam bez życia obok ciała Leona, czekając, aż płomienie mnie pochłoną i przyniosą ukojenie. I słodką śmierć. Życie bez niego i tak nie miało sensu. Miałam pech się o tym przekonać.
Zginiemy tak jak Romeo i Julia, pomyślałam sennie, powoli oddychając i patrząc na skrawek nieba. Deszcz spadał na moją twarz. Zginiemy razem. Do ciebie, mój luby, spełniam ten toast zbawienia lub zguby. A potem mak w mojej dłoni eksplodował i nie było już nic.






Chciałabym dożyć do studniówki. Potem możecie mnie zbijać na wszelkie sposoby...

Mała wskazówka: zestawcie ze sobą rozdział 50 i 51. Są tam pewne wskazówki. Zauważycie zależność, która Wam utknęła. A na razie siedzę cicho.

Okay, poza tym, ze jestem podekscytowana, jak to wszystko odbierzecie, nie mogę powiedzieć nic. Każda podpowiedź z mojej strony może zdradzić zakończenie. Pamiętajcie, ze jestem Królową Nieoczekiwanych Zwrotów Akcji. I zdecydowanie mam ochotę na krówki.

Jak tam po egzaminach gimnazjalnych? Jak poszło tym zdającym? Miałam życzyć powodzenia na maturach, ale sobie uświadomiłam, że to za wcześnie... NIEWAŻNE. Jak sobie myślę, że to ja będę za rok sikać ze strachu przed głupimi kartkami papieru, to chcę mi się wyć. Muszę kupić pieluchomajtki.

Ooo, jeszcze coś. 25 kwietnia (we wtorek) jest dzień otwarty w Zespole Szkół Gospodarczych. Mam nadzieje, że zajrzycie! Będzie konkurs pieczenia ciast, w sumie to nie ważne, ale jak się obiecuje darmowe jedzenie to ludzie jakoś chętniej przychodzą. Będzie w Teatrze Megakreacji wystawiana sztuka, którą napisałam z Dominiką w Szkocji. I będę grała! Jestem normalnie jak Leonardo da Vici: piszę, gram, śpię i jem prawie zawodowo. Utalentowana wszechstronnie.

Ostatnio padał u mnie śnieg. Mam ochotę od tego czasu oglądnąć Narnię (głównie po to, by pogapić się na Skandara grającego Edmunda, mój crush na zawsze, ale to nieee ważneee). No więc do za tydzień. Za Aslana! I za ciastka!

sobota, 15 kwietnia 2017

Rozdział XLI - Krwawe łzy




Każda rzecz w tym pokoju mnie denerwowała. Porozrzucane papiery, ułożone w schludny stosik białe teczki, długopisy w kolorowych kubeczkach i kartki samoprzylepne z notatkami. Byłem wściekły na siebie za to, że nie potrafiłem rozmawiać jak człowiek. Dałem ponieść się ogniowi emocji. A przede wszystkim byłem wściekły na Nią, co przysłaniało wszystko inne. Liczyła się tylko Ona i ten palący gniew.
Była moją upartą margaritą. Była moją małą. Straciłem dla niej głowę: nie potrafiłem jeść, spać, skupić się, bo tylko Ona była obecna w moich myślach. Skrzywdziła mnie tyle razy, a ja nie potrafiłem się poddać i dać za wygraną. Nie pomogło siedzenie na tyłku i czekanie, aż ta choroba mi przejdzie. Mackenzie Atkinson była dla mnie narkotykiem: gdy tylko raz jej spróbowałem, nie potrafiłem przestać. Nawet odłożenie jej na pewien czas, bez względu na to, jak dziwnie to brzmi, nic nie dało. Wystarczyło jedno spojrzenie, a ja już wiedziałem, że odwyk nic nie dał. Skrywana tęsknota, pielęgnowana z każdym nowym dniem, tylko nasilała pragnienie. Chciałem jej. Całej. Nieważne, że była uparta. Egoistyczna. Sarkastyczna. Kłamliwa. Że nie potrafiła sobie poradzić z otaczająca rzeczywistością. Podejmowała niewłaściwe decyzje. Że była cholerną perfekcjonistką, co dawało się nam wszystkim we znaki. Ale była we mnie zakochana. A ja kochałem ją. Tak mocno, że bez niej przy moim boku, czułem się jak pozbawiony tlenu. Bez niej nie byłem w stanie żyć.
Kopnąłem w całą siłą w ścianę, a potem głośno przekląłem po hiszpańsku, kiedy promenujący ból zaczął pełznąć od mojego długiego palca przez całą prawą nogę. Zacisnąłem zęby. Usłyszałem kroki, a po chwili głowa Piper wyjrzała przez uchylone drzwi.
— Leo?— spytała z troską w głosie. — Wszystko w porządku?
— Nie — odpowiedziałem, nadal wściekły, ale mimo tego wziąłem głęboki wdech. — Znajdź Nico i powiedź mu, żeby poszedł za Mackenzie. Że to ureguluje dług.
Piper spojrzała na mnie zdziwiona, ale niczego nie odrzekła i byłem jej za to wdzięczny. Kiwnęła tylko głową i wycofała się z pomieszczenia. Znałem Mackenzie. Wiedziałem, gdzie teraz się uda. Była na mnie wściekła i chciała coś udowodnić, bez względu na to, jak głupi był ten pomysł. Sam bym za nią pojechał i przyprowadził ją z powrotem za rękę, gdyby nie było tu Lisette. To za nią byłem odpowiedzialny. Musiałem w końcu zgodzić się z Chejronem, który trzy lata temu powiedział mi, że Kenzie jest dużą dziewczynką i da sobie radę sama. Westchnąłem, wziąłem parę uspokajających oddechów i udałem się na górę. Lisette właśnie ubierała swoje buty i spojrzał na mnie nieco przestraszona. Nadal się obawiała się, że spotka ją jakaś kara za to, co w jej mniemaniu zrobiła.
— Gotowa na trening? — spytałem, siląc się na optymizm. Liz pokręcił głową i wstała z krzesła.
— Niespecjalnie. Boję się, że gdy tylko stracę kontrolę — powiedziała, stukając się w skroń — rzucę się na wszystkich i skrzywdzę.
Podałem jej dłoń, a ona ją ujęła. Nasze palce się splotły. W przeciwieństwie do Mackenzie, ona gdy nie miała zimnych dłoni. Uśmiechnęłam się do mojej złotowłosej przyjaciółki.
— W mojej obecności niczego nie musisz się bać.
Na jej usta wpłyną blady uśmiech, ledwo zauważany. Pociągnąłem ją delikatnie za sobą i wyszliśmy z pokoju. Postanowiłem zabrać ją na arenę. Podczas krótkiego spaceru Liz robiła się coraz bardziej spięta. Przynajmniej teraz wiedziałem dlaczego. W miarę, jak szliśmy, w mojej głowie odzywał się natrętny głosik: Bogowie, czemu nie możesz zapomnieć o Mackenzie i zakochać się w niej? Dawniej to było takie proste.
Lisette była piękna. Choć była w Obozie od dłuższego czasu i jej skóra powinna trochę się zarumienić od słońca, nie zrobiła tego. Zniknęła upiorna bladość, a zastąpiła ją mleczna karnacja, która była delikatna i sprawiała, że wyglądała jak księżniczka. Jej oczy były diamentami w koronie, które przykuwały całą uwagę. Nie były niebieskie, ani też zielone: piękna mieszanka kobaltu i malachitu, więc gdy tylko w nie patrzyłem, tonąłem. Człowiek zapominał języka w ustach i po prostu patrzył na nią, oszołomiony jej pięknością. Obrazu dopełniały złote loki spływające miękką falą na jej plecy, a niektóre ich pasma od czasu do czasu nerwowo wkładała za lewe ucho. Poruszała się z delikatnie i uważnie, jakby każdy krok sprawiał jej okropny ból. Jakby była bryzą w upalne letnie dni. Przypominała kwiat kwitnącej jabłoni. Było w niej tyle gracji... Ale na jej twarzy ciągle widniał wyraz melancholii, jakby była w swoim świecie. Tylko od czasu do czasu udawało mi się wyrwać ją z tego stanu, choć widziałem, że gdzieś tam, pod tym niepewnym uśmiechem, wciąż jest inną osobą, do której nie potrafiłem dotrzeć.
Mackenzie była jej kompletnym przeciwieństwem. Z dużymi, brązowozłotymi oczami w których od czasu do czasu potrafiłem zobaczyć rzucające mi wyzwanie. Miała ledwo widoczne piegi na nosi i policzkach. Gdy się poznaliśmy i ćwiczyła opanowanie wzrostu roślin, siadała po turecku i zamykała oczy. Lubiłem wtedy łączyć piegi, jakby po tym zabiegu miał powstać jakiś obrazek. Jej uśmiech był tak promienny, że nieraz oślepiał. Kiedyś miała tylko to: nie potrafiła się śmiać, więc obdarzała cię radosnym spojrzeniem i ciepłym uśmiechem, od którego topniało serce. Ciemne, czekoladowe włosy były miękkie jak jedwab. Uwielbiałem ją łaskotać: chciała się wyrywać, okładała mnie pięściami i zwijała się ze śmiechu, a potem obdarzała mnie nienawistnym spojrzeniem rzuconym spod pół zamkniętych powiek. Wtedy miałem ochotę ją wziąć w objęcia i nigdy nie wypuścić. Tylko, kiedy mnie całowała, była szczera. Wszystkie mury, jakimi się otaczała, wszystko granice, jakie sobie tworzyła, znikały, gdy nasze usta się złączały.
Obie były jak ogień i woda. Lisette tak jak piękna rzeka, płynęła po malowniczych wzgórzach, wolno i niespiesznie. Mackenzie była górskim wodospadem, z którego początek bierze kolorowa tęcza. I z niepojętych nawet dla siebie powodów, wybierałem spienione fale niż łagodny prąd.
Gdy dotarliśmy na arenę, Lisette nie garnęła się do ćwiczeń. Postanowiłem, że nieco pobiegamy, co pozwoli nam obojgu w spokoju myśleć. I ona, i ja tego potrzebowaliśmy. Po pół godzinie mieliśmy dość. Po zrobieniu ze sobą porządku, zarządziłem zajęcia strzelania z łuku. Blondynka była w tym dobra, bo musiała się skupić, a przez to uciszyć Głosy w swojej głowie. Lubiła to. A ja lubiłem na nią wtedy patrzeć. Była przytomna i zdeterminowana, ale uparcie twierdziła, że woli sztylet od głównej broni Artemidy. Nie kłóciłem się. Mi poszło nieco gorzej, co skwitowałem gorzkim uśmiechem. Nie spodziewałem się niczego więcej. Moje myśli biegały jak szalone, rozpraszając mnie całkowicie. Po godzinie straciłem zainteresowanie, a Liz to w ogóle, więc razem poszliśmy coś zjeść, co było raczej kiepskim pomysłem, bo żadne z nas nie miało apetytu. Widziałem, że ona chce być sama. Ja też. I właśnie z tego powodu ją męczyłem. Gdybym został sam z własnymi myślami, mogłoby mi rozsadzić głowę.
— Spacer?— zaproponowałem bez większego entuzjazmu. Blondynka tylko kiwnęła głową. Wybraliśmy trasę wzdłuż jeziora i jakoś udało nam się nawiązać konwersację na temat jednego z filmów. Szliśmy w blasku słońca, które od czasu do czasu przysłaniały chmury, gdy nagle kilka obozowiczów narobiło hałasu. Patrzyłem na ich szybki bieg obojętnym wzrokiem, słuchając cichego głosu Liz. Przynajmniej tak było do chwili, gdy przybiegła zdyszana Piper.


— Leo! Dzięki bogom! — Chwyciła się za pierś i złapała kilka głębokich oddechów. — Chodzi o Mackenzie. Nico ją...
Nie czekałem aż skończy. Moje nogi zaczęły biec, gdy Piper zawołała za mną, żebym kierował się do Izby Chorych. W głowie huczała mi tylko jedna myśl, by dotrzeć tam jak najszybciej. Przeczuwałem, że coś się jej stanie. Czemu ona nigdy nie słucha i nie pomyśli, zanim coś zrobi? Przez wejściem gromadziła się już spora grupka obozowiczów, która szeptała pomiędzy sobą. Jedna dziewczynka, z mysimi warkoczykami, opowiadała, jak to Nico pojawił się na Wzgórzu Herosów. Pokonałem jednym susłem trzy schodki prowadzące do Izby i wpadłem do niej, bez ówczesnego pukania.
Jedno z łóżek na środku pokoju było otoczone przez grupkę jasnowłosych dzieci Apolla. Tim, najstarszy i grupowy domku, przeją funkcję Willa po jego odejściu. Nico opierał się o ścianę daleko od tego całego zamętu i przyglądał się mu z obojętnym wyrazem twarzy. Czułem, jak moje nogi się pode mną uginają, ale zebrałem się w sobie i podszedłem do grupki osób. Jedna z dziewcząt, którego imienia nie pamiętałem, zagrodziła mi drogę.
— Nie możesz —zaczęła, ale ja na nią spojrzałem twardo z determinacją we wzroku. Na jej policzkach natychmiast wpełzły rumieńce.
— Puszczaj mnie albo nie ręczę za siebie.
Coś innego, czego nie znałem, pojawiło się w moim głosie. Dziewczyna posłusznie się usunęła z drogi. Gdy spojrzałem na łóżko, miałem ochotę jęknąć z frustracji.
Była nieprzytomna i śmiertelnie blada. Z prawej strony, na skroniach, widniała rana, z której sączyła się krew. Jej usta były rozchylone, a ona raczej zdawała się być marionetką, której ktoś odciął sznurki niż żywą istotą. Chwyciłem ją za jedną rękę i położyłem dłoń na jej policzku. Poczułem, jak szloch wzbiera mi się w gardle. Była lodowata. Zawsze miała zimne ręce, ale nie aż do tego stopnia. Gdyby nie miękkość jej skóry, mógłbym przysiąc, że dotykam kamiennego posągu postawionego w cieniu, gdzie nigdy nie świeci słońce.
—Mackenzie... —wychrypiałem i nic innego w tym momencie nie byłem stanie wymówić. Odebrało mi głos, gdy zobaczyłem ją w takim stanie. Przy moim boku pojawił się Tim, zajmując się raną na jej skroni. Zebrałem się w sobie. — Co z nią?
Mina chłopaka była nieprzenikniona. Kazał mi się odsunąć i dopiero po zrobieniu porządku z raną, zdjął gumowe rękawiczki i odwrócił się do mnie.
— Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jest tak zimna, że mogłaby być martwa od kilkunastu godzin, ale jej serce pracuje. Słabo, ale pracuje. Na nic nie reaguje. Jakby była w śpiączce. Nie mogę wykluczyć również urazu głowy. Tu potrzebny jest specjalistyczny sprzęt.
— To zabierzmy ją do szpitala —zaproponował chłopiec, którego mgliście kojarzyłem. Podajże Henry.
— I co im powiesz? — odpowiedział mu przełożony. — Nie słyszałeś? Ona jest za zimna. Musimy podać przyczynę albo jak ją znaleźliśmy. Czemu nie wezwaliśmy karetki na miejsce? Nie chce jej przewozić, to mogło by jej tylko zaszkodzić. Skontaktuje się z Willem i razem coś wymyślimy. A na razie trzeba czekać. — Po chwili ciszy spojrzał na mnie i całkiem poważnie powiedział. —Nie męcz jej, Leo. Musi odpoczywać. Musi się zregenerować. Nie wiem, co się stało. Ale wiem, co do niej czujesz , jednak... postaraj się nie być tu za często.
Szybko się odwrócił i zniknął w pomieszczeniu dla "personelu". Spojrzałem tęsknie w stronę łóżka i z bolącym sercem odwróciłem się od niego. Mój wzrok napotkał sylwetkę Nika. Podszedłem do niego, a on bez słowa zapytania zaczął:
— Znalazłem ją w domu twojej Złotowłosej — powiedział, a ja potrzebowałem chwili zastanowienia, by zrozumieć, że mówi o Lisette. — Była nieprzytomna. Uderzyła się skronią w róg stolika w salonie. Wyniosłem ją stamtąd i przywiozłem jej samochodem. — Mówiąc to, wyciągnął rękę z kluczykami, na którym wisiał mały, biały pomponik. — Ale Leo, w tym miejscu było coś... dziwnego. Nie potrafię tego wyjaśnić. Jakby coś cię obserwowało z ciemnych kątów. I choć sam mam doświadczenie w takich sprawach, to wrażenie było niepokojące. Gdyby ona tam nie weszła, ja sam z pewnością ominąłbym ten dom szerokim łukiem. Czemu twoja dziewczyna zawsze musi wpakowywać się w tarapaty? Gdy znalazłem Mackenzie, wyczułem w niej... mrok. Do tego stopnia się przeraziłem, że bałem się ją przenieść za pomocą cieni.
Nico skończył i obaj wbiliśmy wzrok w brunetkę, która leżała bez życia na spranej, teraz nieco szarawej pościeli.
— Dziękuję —odpowiedziałem cicho. Nico kiwną głową i odszedł bez słowa.
Mackenzie nie obudziła się tego dnia. Ani następnego. Wolałbym sam zapaść w śpiączkę, niż czuć okropne poczucie winy i wyrzuty sumienia. Gdy zamykałem oczy, widziałem jej kredowobiałą twarz i szarłat krwi. Czułem chłód policzka. Była bez życia, ale przynajmniej nic nie czuła. A ja byłem przytomny, bez energii i cierpiący.
Chciało mi się płakać. Po raz kolejny ktoś lub coś mi ją odebrało. To nie było fair.
Lisette jako jedyna rozumiała i o nic nie pytała. Nie czytała już na głos książek po grecku. W ogóle nie czytała, tylko siedziała po turecku ze pustym wzrokiem wbitym w ścianę. Jej oczy były szkliste i wyglądała, jakby miała się rozpłakać. A ja siedziałem obok niej, obejmując ramieniem. Tylko jej towarzystwo w marę akceptowałem. Tylko Lisette mnie nie denerwowała. Nie szeptała, kiedy przechodziłem. Nie rzucała w moją stronę ciekawskich spojrzeń.
A potem, tydzień później, gdy bezmyślnie głaskałem zimną dłoń Mackenzie i wpatrywałem się w jej twarz, spod zamkniętych powiek spłynęła kropla krwi.
Na początku nie wiedziałem, co się dzieje. Zamrugałem parę razy, czy aby na pewno mi się to nie przyśniło. Kolejna kropla wyżłobiła czerwony ślad na jej kredowej skórze i zniknęła w ciemnych włosach.
— Tim? — przywołałem go głośno. Chłopak przyszedł z drugiego końca sali, gdzie bandażował paskudne rozcięcie na łydce jednego piętnastolatka. Gdy zobaczył, co się dzieje, pobladł.
— Jak?— zaczął ostro, a ja szybko odpowiedziałem.
— Nie wiem. Po prostu się zaczęło.
— ALISHA! — wrzasnął chłopak tak głośno, aż podskoczyłem. Ustąpiłem mu miejsca, gdy z latarką w dłoni zaczął świecić w oczy nieprzytomnej. Dziewczyna zjawiła się w mgnieniu oka i otworzyła usta ze zdziwienia.
— Czy ona... płacze? — spytała słabo, a Tim kiwnął głową. — Hemolakira?
Rodzeństwo krzątało się chwilę, po czym dziewczyna z niepokojem na twarzy przycisnęła rękę do czoła Mackenzie. Stałem z boku, obserwując wszystko, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
— Tim, temperatura jej podskoczyła. Z nienaturalnie zimnej robi się zbyt gorącą.
— Leo, wyjdź — zarządził twardo chłopak. Kiwnąłem głową i z duszą na ramieniu, zacząłem odchodzić, choć tego nie chciałem. Usłyszałem zdławiony krzyk Alishi.
— Tim! Spójrz na jej plecy. Na Apolla, ona się wykrwawi! Temperatura sięga ponad 39⁰C. Jeśli tak dalej pójdzie, białko się zetnie i już nic nie poradzimy. Co mam robić?
Zatrzasnąłem za sobą drzwi, odgradzając się od tego, co wisiało pomiędzy dwójką geniuszy medycznych.
Mackenzie Atkinson umierała.





No więc... Nooooo więc... 

Natalia mnie zabije. A potem zrobicie to Wy. Zostało jeszcze 6 rozdziałów. Pamiętacie, że wszystko może się zmienić.

Czy już zrozumieliście, co się dzieje? Wiem, że to zawiłe. Nie możecie mieć wszystkiego podanego na tacy. Za fajnie by Wam było.

Dziękuję z całego serca za życzenia urodzinowe. Przepraszam, że na nie nie odpisywałam. Zabierałam się za to cztery razy, ale byłam tak chora, że ledwo coś napisałam, odechciało mi się. Urodziny spędziłam w łóżku, tak samo jak każdy dzień, że do czwartku. Przychodziłam ze szkoły i szłam spać. Ale wszystkie przeczytałam! I płakałam, że mam tak wspaniałych czytelników.

Z okazji świąt Wielkanocnych (dla tych, którzy obchodzą), życzę, by były radosne, spędzone w gronie rodzinnym (bądź z książką: ja aktualnie znów się zakochałam w fikcyjnej postaci i rozstanie na dwa dni boli jak cholera), dużo czekoladowych jajek, dobrego cela na lany poniedziałek i zdrowia. 

Moja siostra dziś zaczęła mi truć, jakby fajnie to było, jakby Lenzie było razem. Trzymam buzię na kłódkę. Ale jakbyście zareagowali, gdyby był z Liz? Ja i ta nie zmienię napisanego zakończenia, biorąc pod uwagę Wasze odpowiedzi. To moja opowieść, a ja już ją skończyłam. Jak Wam się chce, możecie mi o tym napisać.

Kocham, Wesołych Świąt, moje Leosiątka ♥

sobota, 8 kwietnia 2017

Rozdział XL - Realna nieralność



Zacisnęłam zimne dłonie na kierownicy. Musiałam się opanować. Wdech. Wydech. Powtórz. Jednak moje ciało nie przestało drżeć, a chłód mnie nie opuścił. Płakałam. Nie widziałam niczego, prócz zamazanych plam i nie mogłam złapać tchu. Dusiłam się. Chciałam, by ktoś mnie teraz objął i był przy mnie. Bez jakiegokolwiek słowa, bo sama obecność wystarczyłaby. Położyłam czoło na kierownicy i pochylona płakałam, a słone łzy skapywały na moje rozpuszczone włosy i nagie uda. Moje ramiona uniosły się i opadały, ale czym więcej łez wylałam, tym bardziej czułam się bezradna i wściekła na samą siebie. Wiedziałam przecież, że ukrycie prawdy niesie za sobą przykre konsekwencje. Wiedziałam, że najpiękniejsze przyjaźnie zabija kłamstwo. Kłóciliśmy się często, jak małżeństwo z dziesięcioletnim stażem i dwoma kryzysami na koncie. Nigdy jednak nie dostałam ataku histerii: kopałam, krzyczałam w poduszkę bądź po prostu leżałam i rozmyślałam, jaki on jest uparty i dziecinny. Nigdy nie doprowadził mnie do płaczu, wrzeszcząc na mnie. A ja nigdy nie wymyślałam mu z taką nienawiścią.
Polubiłam go, a później się w nim zakochałam, bo nigdy nie traktował mnie jak porcelanową lalkę. Nigdy mnie nie oszczędzał — zawsze mówił mi o wszystkim wprost. Jesteś tydzień w Obozie? No to chodź, będziemy bili się o sztandar, musisz spróbować! No i co z tego, że tam walczymy tak naprawdę? Nigdy się nie przekonasz, ile jesteś warta, co musisz jeszcze poprawić, jeśli nie spróbujesz. 
Byłam wściekła na siebie, a jeszcze bardziej na niego. Zmusił mnie do wyjawienia prawdy w chwili uniesienia. Osaczył mnie. Miał w nosie moje uczucia czy to, że wołałabym z nim porozmawiać, gdy skończymy zajmować się Lisette.
W twoim idealnym świecie pomijasz ważną sprawę: innych ludzi. Nie obchodzi cię to, że kogoś zranisz. Dbasz tylko o rezultat. 
Czy to takie złe, że pragnęłam, by był bezpieczny? Że uległam presji własnej matki, która powtarzała mi, że tylko po to mnie urodziła? Że gdy spojrzałam na nią po raz pierwszy, wiedziała, że będę tą "szczęściarą"*? Gdy mówiła mi, że muszę to zrobić, bo w innym wypadku nie będę miała gdzie wracać? Do kogo wracać? I nie wrócę już nigdy do Niego, bo...
Walnęłam z całej siły w kierownicę, a moją dłoń przeszył promieniujący ból. Jęknęłam. Gdyby nie to, że już z moich oczu wypływał Wodospad Wiktorii, to na pewno bym się rozpłakała.
To, że płynie w tobie ichor nie robi z ciebie bohaterki.
Słyszałam jego kpiący głos w głowie. Uderzyłam w kierownice jeszcze raz. I jeszcze. Miałam świadomość, że wyżywanie się na własnym aucie, nie przyniesie mi żadnych korzyści. Powoli złość na samą siebie ustępowała bezgranicznej wściekłości na Leona. I nic poza tym. Było w nim zero empatii. Zawsze osiągnął swój cel. Chciał, bym wzięła udział w bitwie o sztandar? Dobra. Chciał, bym ćwiczyła, choć nie miałam na to ochoty? Dobra. Chciał, bym nie mieszała się w wojnę, która dotyczyła mnie, podczas gdy on będzie odgrywał zakochanego po uszy Parysa? Dobra. Chciał mnie pocałować? Chciał zanurzyć dłoń w moje włosy? Chciał mnie dotknąć tam, gdzie mu się żywnie podobało? Dobra, dobra, dobra!
Mogłam wrócić i przyznać mu rację, a potem oboje rozwiązalibyśmy problem. Mogłam też wpisać stary adres Lisette w GPS i ruszyć przed siebie, robiąc dokładnie to, o co mnie posądzał. Co o mnie naprawdę myślał. Mogłam zacząć zgrywać bohaterkę, tak, jak to w jego mniemaniu robiłam zawsze.
Wsadziłam drżącą dłoń do kieszeni szortów. Palce napotkały kawałek papieru, który chwyciłam i wyciągnęłam. Kilka godzin temu, drżącą z emocji ręką, napisałam na nim adres blondynki. Chwilę przyglądałam się krzywo postawionym literom, podejmując decyzję. Znalazłam kluczyki w schowku i odpaliłam auto, zapinając uprzednio pasy. Włączyłam GPS, po czym wpisałam ulicę i numer domu. Kobiecy głos oznajmił mi, że mam skierować się na wschód. Automatycznie włączyło się radio, które ustawiłam jak najgłośniej się dało, by zagłuszało moje myśli i ruszyłam. Jedyne, czego nie mogłam kontrolować, to łez, które lały się nieprzerwanym strumieniem. A co mi tam. Może wypłaczę tyle, by się utopić we własnym samochodzie i będzie po problemie. 
Jechałam, nie spuszczając wzroku z drogi. Tylko kobiecy głos kierował mnie, przekrzykując się na zmianę z radiem, kiedy mam skręcić, a kiedy jechać prosto. Minęła jedna godzina. Druga. A złość mi nie przechodziła. Wyzywałam Leona w myślach i zastanawiałam się, jak udało mi się opanować na tyle, by nie dać mu w twarz. Jak na wszystkich latynoskich serialach.
Zegarek na moim nadgarstku pokazywał 12:42, gdy GPS oznajmił, że dojechałam do celu. Zaciągnęłam ręczy hamulec, zostawiłam skrzynie biegów na luzie i przekręciłam kluczyk. Samochód zgasł, a wraz z nim radio i cisza, która zaczęła mi ciążyć. Wysiadłam z Mercedesa i zamknęłam go. Dopiero wtedy spojrzałam na dom.
Nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać, ale mimo tego zostałam zaskoczona. Trawa była wysoka i dawno nie koszona, furtka smętnie wisiała na jednym zawiasie, a na ogrodzeniu widniał przybity, wyblakły przez słońce napis "NA SPRZEDAŻ". Sam dom nie wyglądał zachęcająco. Kiedyś zapewne był biały, a teraz nieco szary, budził we mnie rodzaj dziwnego niepokoju. Okno po prawej stronie na parterze było wybite, kilka dachówek pospadało i znajdowało się na zarośniętym chwastami ganku. Powoli ruszyłam w stronę domu, wsuwając do tylnej kiszeni klucze. Furtka zaskrzypiała, gdy ją przesunęłam. Rozejrzałam się dokoła. Na ulicy z podobnymi jak ten domami nie było nikogo. Zapewne wszyscy jedli obiad. Ruszyłam więc nieśmiało przed siebie. W połowie drogi do drzwi zauważyłam coś w trawie i zboczyłam ze ścieżki. Okazało się, że to zabawka. Uklęknęłam przy niej. Brudny, pluszowy miś z różową kokardką na szyi, który rozpadał się na kawałki. W mojej głowie pojawiło się pytanie, czy należał do Lisette. Wstałam, najwyraźniej zbyt gwałtownie, bo zakręciło mi się w głowie. Widocznie upał i długa jazda samochodem mi nie służyła. Opuściłam zabawkę, by w spokoju dokończyła swego żywota i ruszyłam do domu. Czułam się niezręcznie. Byłam pewna, że ktoś mnie obserwuje. Zerknęłam przez ramię, lecz nikogo nie zauważyłam.
Byłam pewna, że drzwi będą zamknięte i będę musiała je wyważyć. Zdziwiłam się, gdy okazało się, że wystarczy lekkie popchnięcie, by dom stanął przede mną otworem. Zrobiłam krok i znalazłam się w ciemnym przedpokoju. W mój nos uderzył zapach kurzu, stęchlizny i ziemi. Zapewne dawno tutaj nikogo nie było, a ludzie nie mają ochoty mieszkać w domu, gdzie popełniono morderstwo. W mojej głowie pojawiła się myśl, że to idealna kryjówka wyjętych spod prawa i narkomanów. Zacisnęłam dłoń na moim pierścieniu, upewniając się, że mam przy sobie broń. Może i nie mogłam zranić śmiertelnego, zwyczajnego człowieka, lecz fakt, że jestem uzbrojona, pocieszał mnie. Wzbijając obłoczki kurzu swoimi balerinami i starając się nie kichnąć, weszłam do salonu, który lata świetności miał za sobą. Biała farba odpadała w niektórych miejscach wraz z tapetami, regały były puste, a sofy zakryte białym prześcieradłem. Przymknęłam na chwilę oczy, by uspokoić ból głowy, który rozpoczął się na podwórku i trwał nadal, nasilając się. Zaczęłam głęboko oddychać, ale to nie pomagało. Byłam wycieńczona płaczem, zmęczona długą jazdą i nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Potrzebowałam świeżego powietrza. Chwiejnie podeszłam do okna, mając wrażenie, że moje nogi są z ołowiu. Mózg zaczął płatać mi figle, bo kurz zaczął gęstnieć i gęstnieć, zamieniając się w białą mgłę. Podniosłam rękę, by otworzyć okno, jednak nie dosięgłam klamki. Runęłam na ziemię, porażona zawrotami głowy, a gdy upadałam, mgła zaczęła mnie połykać, wpychając się do ust i nosa. Jak w letargu widziałam kant niskiego stolika, który zbliżał się coraz szybciej i szybciej. 
Potem nie było już nic.



Gwałtownie nabrałam powietrza w płuca i otworzyłam oczy. Poraził mnie blask wpadającego przez okna słońca. Zrobiłam z ręki daszek i na półprzytomnie rozglądnęłam się dookoła. Siedziałam w salonie, w tym samym, w którym straciłam przytomność. Musiałam mieć chwilę czasu na ocenienie, że mam rację. Tym razem było inaczej. Wszystkie półki były zapełnione książkami, nie było ani warstwy kurzu, na stole stały świeże kwiaty. Dom nie był już opuszczony i zaniedbany. Zupełnie, jakby ktoś tu mieszkał.
Powoli wstałam i otrzepałam kolana. Zbadałam również swoją prawą skroń, którą uderzyłam o stolik. Nie miałam jej rozciętej i nie czułam żadnego bólu. Ja to mam szczęście. Zrobiłam ostrożny krok w przód. Potem następny. Uważnie rozglądałam się dookoła, szukając śladu gospodarzy. No hej, wlazłam obcym ludziom do domu! Nikomu to nie przeszkadza? Sprawdziłam kuchnię i łazienkę na parterze, ale poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem. Zmarszczyłam brwi. Nie miałam pojęcia, co tu się dzieje. Nadal na paluszkach wyszłam z domu i stanęłam na ganku. Z nieba lał się żar, wiatru nie czułam, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny zaduch. Zanosiło się na burzę. Zeszłam ostrożnie po schodach, rozglądając się zdziwiona. Ogród, wcześniej był zapuszczony, a teraz widziałam go w stanie idealnym. Kwiaty były wypielone, a trawa równo przystrzyżona. Otworzyłam sprawnie działającą furtkę i wyszłam na ulicę.
Mojego samochodu nie było.
Moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Przecież go zamykałam, byłam tego pewna! Wybiegłam na ulicę i spanikowana zaczęłam się rozglądać w prawo i w lewo. Nic. Nie było śladu mojego kochanego Mercedesa.
Podbiegłam do sąsiadującego domu i zapukałam do drzwi. Może ktoś go widział? To wielki i stary samochód, robiący sensację, no cóż, wszędzie. Nikt niezauważony nie mógł go zwinąć. Zapukałam mocniej, ale odpowiedziała mi cisza. Otworzyłam usta, by krzyknąć "Halo", ale nic się nie wydarzyło.
Chwyciłam się za gardło. Starałam się wydusić jakiekolwiek słowo, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Powoli osunęłam się po drzwiach i schowałam twarz w dłoniach, pogrążona w całkowitym szoku.
Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Nie mogłam być znowu niemową! To niemożliwe. Demeter zapewniła mnie, że będę w stanie normalnie mówić, a Mgła będzie mnie chronić przed potworami. Miałyśmy umowę. Ufałam jej w tej kwestii. Ale w głębi duszy wiedziałam, że to nie wina mojej matki. To miejsce było jakieś dziwne. Otarłam zbłąkana łzę, która potoczyła się po mim policzku i wstałam na drżące nogi. Musiałam dostać się do Obozu. W tej chwili to było moim priorytetem.
Oparłam się o drzwi, a te otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Dziwne. Przecież przed chwilą były zamknięte na cztery spusty. Powoli weszłam w chłodne wnętrze korytarza. Usłyszałam hałas i skierowałam się do jego wnętrza. Okazało się, że ktoś gotuje w kuchni.
Pomieszczenie było jasne, utrzymane w niebieskich i żółtych barwach, wyłączając z tego szafki, które były białe. Na środku stał wielki blat zawalony blaszkami do pieczenia, garnkami i składnikami. Znajomy zapach powiedział mi, że kobieta, która stała odwrócona do mnie tyłem, piecze ciastka z masłem orzechowym i czekoladą. Z radia, które stało na parapecie, płynęła francuska muzyka z lat 60.
Miała kasztanowe włosy, które opadały jej na ramiona falami i błyszczały w blasku słońca, wpadającego przez okno. Urana w fartuszek zawiązany z tyłu i sukienkę niebieskiego koloru komponowała się z całą kuchnią, jakby to było jej oazą, królestwem i najważniejszym pomieszczeniem w domu. Stanęłam zakłopotana, nie wiedząc, co mam dalej zrobić. Nie miałam notatnika i długopisu. Mogłabym skorzystać z telefonu i poprosić, by taksówka... Ach, no tak! Zapomniałam, że przecież nie mówię.
Kobieta odwróciła się i zdmuchnęła kosmyk włosów z czoła. Gapiłam się na nią z otwartą buzią i czułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
Patrzyłam na siebie. Dokładniej, na starszą wersję mnie. Miała ten sam nos, te same oczy, ten sam uśmiech na twarzy. I choć patrzyła w moim kierunku, jednak mnie nie widziała. Ominęła spojrzeniem przestrzeń za mną, ale jej wzrok nie zatrzymał się na mojej osobie. Po chwili wzięła w rękę drewnianą łyżkę i energicznie zaczęła w niej mieszać, nucąc z odrobiną fałszu z piosenkarką. To dziwne. Przecież ja nie piekę, gdy nie mam związanych włosów. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Miała w sobie to coś, czego ja nigdy nie posiadałam. Ale przecież to byłam ja. Przymknęłam na chwilę oczy. Głowa mnie rozbolała od tej całej dziwnej sytuacji i czułam nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Usłyszałam, jak ktoś wchodzi do kuchni. Świetnie! Może zostanę zauważona przez nowego przybysza. Bo mnie przydałyby się okulary!
Otworzyłam oczy i zauważyłam mężczyznę, który przyciskał wargi do mojej szyi. Jej szyi. A ona jakby tego wcale nie zauważyła, tylko mieszała dalej. Chłopak przytulił ją do siebie od tyłu i przycisnął do swojej piersi, a potem powoli zaczął składać pocałunki na całej długości szyi, kierując się w stronę ucha. Dorosła Mackenzie zachichotała, a potem zaczęła się dąsać, w typowy dla mnie sposób.
— Nie widzisz, że piekę?
— Widzę — mruknął chłopak. — Uwielbiam na ciebie wtedy patrzeć.
Na moje czoło wstąpiły kropelki potu, bo uświadomiłam sobie, że rozpoznaję ten głos. Znam ten sposób, w który chłopak ją obejmował.
Leo.
Mackenzie próbowałam odtrącić go łokciem, jedna ten ją złapał i odwrócił w swoją stronę, gwałtownie wbijają się w jej usta. Drewniana łyżka upadła z głuchym hałasem na podłogę, gdy dziewczyna rzuciła ją na podłogę i bez reszty oddała się pocałunkowi. Leo odwiązał jej fartuszek i odrzucił go w bok, po czym posadził brunetkę na blacie, odsuwając wszystkie składniki, równocześnie wciąż ją namiętnie całując. Dziewczyna objęła go w pasie nogami i mocniej przyciągnęła do siebie, zanurzając swoje palce w jego czarnych, kręconych włosach. Miałam wrażenie, że spomiędzy ich ciał sypią się iskry.
Z moich oczu polały się łzy.
Na co ja do cholery patrzyłam? Na moje przyszłe życie, jeśli zostałabym w Obozie Herosów? Na to, co utraciłam, żegnając się z nim? Zmarnowałam szanse na szczęście, nie tylko swoje, ale i jego. Mieśmy przyszłość. A a ją zniszczyłam. To bolało najbardziej.T a świadomość paliła mnie w płucach, a ja nie mogłam nawet wziąć oddechu.
Para oderwała się od siebie. Słyszałam ich urywany oddech, a potem chrapliwy głos Leona.
— Chodź...
— Ale ciastka... — zaczęła starsza ja, ale jej protest został zagłuszony przez usta chłopaka. Gdy znów się od siebie oderwali, Mackenzie zeskoczyła z blatu, a chłopak pociągnął ją za sobą w stronę wyjścia.
To nie był już Leo. To był Dan.
Gdy tylko wyszli, ja też odwróciłam się na pięcie i wybiegłam, zaślepiona przez łzy. Z mojego gardła wydobywały się ciche piski, ale nie mogłam krzyknąć z rozpaczy. Nie potrafiłam. Wypadłam w domu, zataczając się i przystając dopiero przy drzwi, jakieś sto metrów dalej.
Oparłam się o pień drzewa i odchyliłam głowę do tyłu, oddychając urywanym szlochem. Pozwoliłam, by łzy swobodnie płynęły,ale tym razem było inaczej. Powoli dotknęłam mokrego policzka i spojrzałam na swoje palce. Zachłysnęłam się powietrzem. Powinnam obaczyć czyste łzy. A na moich rękach widniała krew.
Kolejna kropa spadła prosto na moją wyciągniętą dłoń. W tej samej chwili, gdy uroniłam łzę.
Płakałam krwią.
Oddech zatrzymał mi się w gardle, po czym szybko go wypuściłam i znów nim zachłysnęłam. Dusiłam się z przerażenia. Krew. Płakałam krwią. I nic nie potrafiłam na to poradzić. Histeria zawładnęła mym ciałem po raz kolejny. Rozpłakałam się jeszcze bardziej i całkowicie wyzuta z energii, zsunęłam się powoli po pniu drzewa. Poczułam, jak nadnaturalnie ostra kora rani moje plecy. Nie dbałam o to. Zwinęłam się w kłębek u stóp drzewa i zaczęłam kołysać się w przód i w tył, próbując zapanować nad swoimi myślami.
W jakim koszmarze się znalazłam? I jak się z niego obudzić?

□ 


Wszystkiego najlepszego dla mnie! Życzę sobie, żebym dalej pisała, była taka urocza, niesamowita, lukrowa, zabawna i skromna. I bym przez te 365 dni zdążyła napisać książkę. Moim goalem jest zdążyć w czasie mojej ostatniej -nastki. Za rok będę miała 2 z przodu... Nie chce. Bo to oznacza, że całkowicie dorosnę. To nie fair. Bycie dzieckiem jest fajne.

DOBRA, TERAZ O ROZDZIALE. Emocjonalny? Pokręcony? Nie wiecie, co się dzieje? To dobrze. Miało tak wyjść. Za tydzień co nieco się wyjaśni. 

Czekam na wasze opinie i życzenia, choć na tym 1. bardziej mi zależy (ah, znowu ta skromność!).

Dziękuję za to, że mnie wspieracie i jesteście ♥




Rozdział XXXIX - Kłamstwo zabija przyjaźń, prawda zabija miłość.


Lisette bawiła się swoimi palcami, wyginając je pod takimi kątami, że nie byłem w pełni świadomy, jak to jest możliwe. Brała urywane oddechy i gdy tylko się na nią patrzyłem, odwracała wzrok w drugą stronę. Coś ją trapiło. Jakby była wstydliwym i dobrym dzieckiem, które zbiło wazon, będący ślubnym prezentem jej rodziców. Nie pomagałem jej ani nie pośpieszałem, chcąc, by sama sobie z tym poradziła. Bałem się jedynie, że może chcieć powiedzieć coś w sprawie Mackenzie. Na pewno Emma o wszystkim doskonale ją ze szczegółami poinformowała, a Liz jasno dała mi do zrozumienia, że powinienem uważać na brunetkę. Nie miałem chęci, by jej wszystko po kolei tłumaczyć. I miałem szczerą nadzieję, że bez tego się obejdzie.
— Muszę ci coś powiedzieć — zaczęła, podczas gdy spacerowaliśmy na plaży. Daleko przed nami bawiła się grupka dzieci, którą pilnowała Piper. Kiwnąłem głową, całkowicie poważny.
— Chcesz usiąść? — spytałem. Zgodziła się. Jeszcze chwilę nie odzywała się, patrząc w horyzont. Byłą zamknięta w sobie od jakiegoś tygodnia i te cztery krótkie słowa mogły zapowiadać wyjaśnienie jej nastroju.
— Zrobiłam coś bardzo złego — wyszeptała prawie tak cicho, że mogłem pomylić jej słowa ze szumem fal. — Bardzo złego drugiej osobie.
Spojrzałem na jej spiętą twarz. Już nie bawiła się palcami, tylko próbowała opanować naciągający wybuch płaczu.
— Nie chciałam jej skrzywdzić — powiedziała. —To nie byłam ja. Zrobiłam jej krzywdę i nikt nie mógł mnie powstrzymać, ale walczyłam, bogowie mi świadkami, że tego nie chciałam.
Chwyciłem ją za drżącą dłoń. Lisette spojrzała na nasze złączone ręce, a potem podniosła wzrok na mnie. Jej niezwykłe oczy patrzyły na mnie ze smutkiem i bólem. Uderzył o mnie to, jak wygląda. Mogłaby być wzięta za dużo ode mnie starszą. Czy to możliwe, że tak się zmieniła w ciągu siedmiu dni?
— Weszłam do łazienki, gdy się kąpała. Podeszłam do wanny i chwyciłam za jej głowę. Wepchnęłam ją pod wodę i trzymałam tak długo, aż przestała walczyć. A potem uciekłam...
Po każdym jej słowie następował szloch, a mnie zalała fala przerażenia. Dziewczyna bezsprzecznie mówiła prawdę. Była ze mną szczera. Jej łzy, które potoczyły się po jej policzkach, nie były udawane. Prostolinijna Lisette nie potrafiłaby udawać. Nie potrafiła grać.
— Co się z nią stało? — odpowiedziałem zachrypniętym głosem. Nie miałem odwagi spytać na głos: gdzie jest ciało? Kto je znalazł?
— Nic — odpowiedziała Liz, opanowując płacz. — Byłam pewna, że One ją zabiły. Nie mam pojęcia, jakim cudem przeżyła. Nie ruszała się, gdy ją zostawiłam.
— Żyje? — spytałem. Nie wiedziałem co czuć. Dziewczyna przeżyła i dzięki bogom. Ale za to kolejna osoba zna naszą tajemnicę. Może wydać Lisette w każdej chwili i nic na to nie będę mógł poradzić. Blondynka odwróciła ode mnie wzrok i stłumiła szloch, przyciskając dłoń do ust. — Liz, kto to był? Znasz jej imię? — zapytałem ostrożnie, a ona kiwnęła głową. — Powiedź mi.
Przez długą chwilę Lisette zmagała się ze samą sobą, po czym nie mogąc znieść napięcia, z jej ust wydostało się jedno imię:
— Mackenzie.
Zamarłem przerażony i pewny, że słuch mnie zawodzi. To nie mogła być prawda. Może Lisette się pomyliła. Mackenzie by mnie nie oszukała. Powiedziałaby. Powinna to zrobić. Nie mogłaby... Lisette spojrzała na mnie i mylnie odczytała mój wyraz twarzy. Wybuchła. To było najtrafniejsze słowo. Rozpłakała się na dobre, szloch zawładną jej ciałem do tego stopnia, że wyglądała, jakby się dławiła.
— Nie chciałam... Leo, uwierz mi... Nie skrzywdziłam ją specjalnie... Błagam... To Ich wina... Nie potrafiłam Ich potrzymać... Nie nienawidź mnie... Odezwij się... Nie bądź na mnie zły...
— Nie jestem— odpowiedziałem, patrząc na jej zapłakaną twarz. — Wierz mi Liz, nie jestem na ciebie zły.
Wziąłem ją w ramiona, a ona tylko płakała i płakała, wylewając z siebie cały żal. A w mojej piersi rósł gniew. Nie do tej kruchej istoty, którą kołysałem i uspokajałem. Tylko do dziewczyny o brązowych oczach ze złotymi plamkami.




Siedziała pochylona nad papierami, całkowicie pochłonięta pracą i zamknięta w swoim świecie. Cicha. Przeważnie była cicha. Chłonąłem przez chwile ten widok, napawając się niejakim spokojem płynącym z tej sceny. Nie zauważyła mnie. Przyglądałem jej jej leniwym ruchom i zastanawiałem się, jakim cudem tak mnie oszukała. Czym się kierowała. Myślałem, że się zmieniła. Przymykałem oczy na jej potknięcia i miałem nadzieje, że już taka zostanie. Ciepła, życzliwa i prawie beztroska, jak kilka lat temu. Po minucie podszedłem do niej i głośno położyłem książkę na biurku.
Mackenzie podskoczyła i wtedy oprzytomniała. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. W oczach zapaliły się iskierki podobne do tych, gdy udawało jej się kilka lat temu trafić w środek tarczy celując z łuku.
— Cześć — przywitała się i zaczęła przeglądać chaotycznie akta. — Dobrze, że jesteś. Znalazłam ciekawy fragment o pierwszych tygodniach pobytu Lisette w zakładzie. I mam jej stary adres. Tylko muszę go znaleźć. W tych papierach jest taki bałagan, że ledwo się coś przeczytać mogę. Rozumiem, że biurokracja może być nudna, ale jakieś poczucie estetyki powinno...
— Mackenzie — przerwałem jej. Przestała mówić i spojrzała na mnie zaskoczona. Nigdy jej nie przerywałem. Dźwięk jej głosu był dla mnie święty, ale tym razem... Zacisnąłem wargi.
— Leo, stało się coś? — spytała po chwili ciszy. Pokiwałem głową. Dziewczyna zerwała się z miejsca i pobladła. — Lisette?
Wstała i już miała przejść koło mnie, chcąc zapewne pójść do pokoju blondynki i sprawdzić, co się z nią stało. Gdy przechodziła, chwyciłem ją za ramie i uniemożliwiłem ruch. Staliśmy do siebie odwróceni bokiem, ale widziałem jej pełny zdziwienia wyraz twarzy.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — spytałem cicho. Mackenzie spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
— Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz — odpowiedziała takim tonem, jakby faktycznie jej słowa były prawdą.
Spojrzałem na nią z politowaniem. Gniew powoli we mnie narastał, ale na razie go kontrolowałem. Na razie.
— Dobrze wiesz, więc nie graj głupiej.
— Miażdżysz mi ramię — mruknęła naburmuszona w odpowiedzi.
— Cholera jasna, Mackenzie — powiedziałem, podnosząc głos i jednocześnie puszczając według życzenia jej rękę. — Mieliśmy umowę, tak? Więc dlaczego mnie oszukujesz?
— Nie oszukuje cię — odpowiedziała spokojnie, unosząc brodę w górę, jak to miała w zwyczaju.
— Tylko nie mówisz całej prawdy i ukrywasz istotne sprawy —sprostowałem.
— Niby jakie?
— Hmmm... Pomyślmy... — odpowiedziałem sarkastycznie, pukając się po policzku jakby faktyczne potrzebował czasu do zastanowienia się. — O mam! Na przykład, że Lisette próbowała cie utopić?
Jej twarz ani drgnęła, jakby była wykuta w marmurze, a ja gadałem do głupiego posagu. Założyła tylko ręce na piersi i wpatrywała się we mnie. Tak, jakbym ją podpuszczał.
— Kto ci to powiedział? — spytała pewnym głosem, jakbym uraczył ją naiwną bajeczką o duchach.
— Czyli to prawda? — zignorowałem jej pytanie. Próbowała zmienić tok rozmowy. Ale nie dam się na to więcej nabrać. Wiedziałem, że choć teraz skrywa się pod maską, w środku kalkuluje szanse: warto mnie okłamać czy tez nie. Po chwili wahania kiwnęła głową.
Opanuj gniew. Opanuj.
— I mówisz to mi z takim spokojem? — mruknąłem przez zaciśnięte zęby.
— Nic mi się nie stało — odpowiedziała, jakby to była błahostka. Dyskusja o to, kto zjadł ostatniego cukierka.
— W takim razie to wszystko było grą? Te twoje radosne nastroje, te ciepło w stosunku do mojej osoby? To była kolejna twoja sztuczka?
Przypomniałem sobie, z jakim żarem mnie całowała. Z jaką radością przyjmowała każdy czuły gest i rozpromieniała się na moje słowa. Z jaka życzliwością robiłam nam obojgu kawę, byśmy mogli usiąść na werandzie i porozmawiać. Teraz, wszystkie jej decyzje były dla mnie sztuczne i nieszczere. Gdy tylko padły te pytania, Mackenzie wyglądała tak, jakbym dał jej w twarz.
— Nie — odpowiedziała ze strachem w głosie. — Oczywiście że nie.
— Wydaję mi się, że jednak tak. Miałaś nadzieje, że swoim zachowaniem uśpisz moją czujność i postanowiłaś mi o tym nie mówić. Stwierdziłaś, że i tak tu nie jestem potrzebny. Zrobisz wszystko sama, przynajmniej wszystko będzie idealnie. Nie pierwszy raz zresztą.
— Masz do mnie żal za to, co stało się trzy lata temu? — spytała lekko zachrypniętym głosem. Dobrze. Bardzo dobrze. Zrzuć te maskę i porozmawiajmy szczerze.
— Tak. I będę go miał — odpowiedziałem. — W twoim idealnym świecie pomijasz ważną sprawę: innych ludzi. Nie obchodzi cię to, że kogoś zranisz. Dbasz tylko o rezultat.
— Czyli to, że chciałam abyś ty i cały obóz był bezpieczny, się nie liczy? — odpowiedziała podnosząc głos.
— Po cholerę nam było takie bezpieczeństwo. Poświecę swoje życie, aby świat był bezpieczny. Co mnie obchodzi to, że złamię przy okazji kilka serc, że inni będą się o mnie martwić? Szukać? Tęsknić? To bardzo szlachetne, Mackenzie. To, że płynie w tobie ichor nie robi z ciebie bohaterki.
— Nigdy nie chciałam być bohaterką — odparła. Jej głos brzmiał tak, jakby miała się rozpłakać. Gdybym jej nie znał, pomyślanym, że to zrobi. Ale to nie było to. Jej głos drżał z gniewu, bo nie była przyzwyczajona do kłótni. To było coś innego od krótkich sporów czy ostrych wymian zdań. — Nie znasz nawet połowy prawdy. Nie masz pojęcia, jak to jest być uwięzionym we własnej głowie, bez możliwości wykrzyczenia całego bólu.
— Mam ci współczuć, że mieszkałaś w złotym pałacu razem ze swoim idealnym narzeczonym i miałaś wszystko, czego zapragnęłaś?
— Nie miałam wszystkiego. Tak naprawdę nie posiadałam nic. Odebrano mi rodzinę i przyjaciół. Pozbawiono wolności, zamykając w złotej klatce i nie każąc się nawet skrzywić. Ale zrobiłam to, by cię chronić. Zrobiłabym dla ciebie wszystko, bylebyś był bezpieczny.
— Na przykład? — ciągnąłem ją za język. Ta nie odpowiedziała, tylko dolna warga jej zadrżała. I wtedy dotarło do mnie, że może faktycznie coś zrobiła. — Mackenzie, o czym ty próbujesz mi powiedzieć?
Cisza zawisła pomiędzy nami. Mackenzie próbowała się nie rozpłakać z bezsilności, sztyletując mnie wzrokiem. W końcu go spuściła i wyszeptała do podłogi.
— Dolałam do twojej wody kroplę z rzeki Lette.
Odebrało mi mowę. Jak przez sen przypomniała mi się szklanka wody, którą mi podała. Następnego dnia zaspałem. Ale nie połączyłem faktów, aż do dziś. Winiłem siebie i swoje zmęczenie. Nigdy nie pomyślałbym, że to wina Mackenzie.
— Co? Ale jak? I czemu?
— A jak ci się wydaje? — Z jej szklistych oczu zaczęły skapywać ogromne łzy. — Kilka godzin wcześniej straciłam siostrę. Nie przeżyłabym utraty ciebie. Powstrzymanie cię było rozsądną decyzją. Zginąłbyś z rąk Demoforta, tak jak powinno być w micie wojny trojańskiej.
— Widziałaś, że Clarisse zajmie moje miejsce — powiedziałem zszokowany. Mackenzie jednak pokręciła głową.
— Nie. Ale ona podejrzewała mnie, że cię skutecznie zatrzymam. Ale pewnie nie w taki sposób.
— Nie powinnaś tego robić.
— Niby czemu? Fakt, Clarisse zginęła. Ale ty żyjesz. To się dla mnie liczyło i liczy. Żałuję każdej przelanej za mnie kropli krwi. Ale ta, która mogła być twoją, byłaby zbyt gorzka. Bez ciebie ta głupia walka nie miała sensu. Chciałam być wolna. Chciałam nie być poświęcona bogowi jak jakaś zabawka. Ale pragnienie, byś był bezpieczny, było większe. I zrobiłam to , co rozsądne, by ten stan rzeczy zachować. Matka groziła mi, że jeśli jej się sprzeciwie, skrzywdzi cię.
— Miałem w nosie Demeter i jej kłamstwa. Wytrzymałbym to, o czym mówiła. Już i tak byłem raz martwy. Byłbym jeszcze raz, jeśli oznaczałoby to, że będziesz wolna. Zrobiłbym dla ciebie wszystko i dobrze o tym wiesz. Zarówno trzy lata temu jak i teraz.
Chciała wyjść. Stanąłem jednak w przejściu, nie pozwalając jej na to. O nie, nie tym razem. Nie zostawię tego tak po prostu, by mogła przemyśleć odpowiedz.
— Zejdź mi z drogi albo powiem coś, czego obydwoje będziemy żałować— powiedziała cicho.
— Śmiało, mów. Już i tak nie będę niczego żałować bardziej, niż tego, że ci zaufałem— zakpiłem. Mackenzie zacisnęła zęby i spróbowała się opanować, ale dzięki bogom jej się nie udało.
— W takim razie posłuchaj. Nigdy nie chciałam tego świata. Było mi dobrze jako niemowa, wierząca w jednego Boga. Interesowałam się tylko tym, czy zaliczę kolejny sprawdzian. A potem mnie tutaj wepchnięto, przedstawiono mi starożytnych bogów, a w dodatku jedno z nich było moim rodzicem. Ah, no i byłam tak bardzo beznadziejna w walce, że czułam, jak mnie wytykają palcami. Ale zaakceptowałam ten świat, bo jego częścią byłeś ty. Dawałeś mi silę i motywacje, by stanąć do walki. I w następnym roku planowałam wrócić. Nie do świata pełnego mitów, legendarnych potworów i walki. Tylko do ciebie. Ale pojawiła się moja matka. Potem mi wytłumaczy powagę sytuacji: po raz pierwszy w historii ktoś złamie przysięgę na Styks. Złamie ją najstarsza olimpijka odpowiedzialna za życie na ziemi. A bogowie potrzebują herosów, by spełniali ich życzenia i ratowali tyłki. Zgodziłam się, choć tego nie chciałam, znów ze względu na ciebie. Potem wszystko potoczyło się tak szybko i jedynym moim zadaniem była ochrona ciebie. I odeszłam też, by o tobie zapomnieć. Miałam zaburzenia odżywiania, początki depresji i stany lekowe. Bałam się spać po nocach z powodu koszmarów. Ale choć to bardzo bolało i wiedziałam, że to może mnie od środka zniszczyć, to jednak wróciłam. Dlaczego? Bo ty mnie o to poprosiłeś. Zrobiłeś tyle dobrych rzeczy, tak wierzysz w Lisette, że nie mogłam ci powiedzieć. Byłam świadoma tego, że jeśli się dowiesz, że spróbowała mnie znów skrzywdzić, to się poddasz. A ja obiecałam ci pomoc i to robiłam sposobami, które wydawały mi się w obecnym czasie właściwe. Więc jakim prawem śmiesz wytykać moje błędy? Jakim prawem wrzeszczysz na mnie i oskarżasz, nie znając połowy prawdy?

Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęła krzyczeć. Po policzkach Mackenzie lały się łzy, a ja po raz pierwszy odkąd ją znam, nie miałem ochoty ich obetrzeć. Patrzyła na mnie z taką nienawiścią, choć jej słowa temu zaprzeczały. Nie byłem głupi, zdawałem sobie sprawę z tego, co powiedziała. Robiła to wszystko z mojego powodu. Poświęcała się dla mnie. Na swój własny, nielogiczny sposób, ale jednak to robiła. Ale ja nie potrafiłem jej uwierzyć. Nie tym razem. Za dużo razy mnie oszukała, bym teraz kolejny raz wyciągnął ramiona w jej stronę.
— Skoro tak bardzo mnie kochasz, dlaczego odeszłaś?
— Boże — prychnęła. — Leo, jaki z ciebie jest egoista!
— Bóg ci tutaj w niczym nie pomoże — warknąłem, nie kontrolując słów, które wypływały z moich ust. — Boga wcale może nie być. Nie było go tutaj, gdy zabito Troian i innych naszych obozowiczów. Nie było go tutaj, gdy głodziłaś się i krzywdziłaś. Boga nie ma w Obozie Herosów, więc możesz przestać się do niego zwracać w tym miejscu.
Mackenzie przestała płakać. Patrzyła na mnie szeroko otworzonymi, szklistymi oczyma i rozchylonymi wargami. Gdy skończyłem, lekko pokręciła głową i wolno podeszła w moją stronę. Zbliżyła swoją twarz do mojej i powiedziała cicho drżącym głosem.
— Może i nie jestem zbyt religijna. Ale gdy wszystko zawodzi, wiara jest jedyną rzeczą jaka mi pozostaje.
Wyszła. Zostałem sam ze swoimi myślami. Zegar na ścianie wybił pełną godzinę.




Najpierw się pochwalę: DOSTAŁAM 5 ZE SPRAWDZIANU Z ANGIELSKIEGO. Jestem z siebie dumna, bo ja zawsze dostaje -4 albo i mniej, bo robię głupie literki. A sam język sam w sobie uwielbiam. Więc dzikie tańce z okazji mojej piąteczki!

Powiem tylko, że wkraczamy w bardzo emocjonalne rozdziały... Co zrobi Mackenzie? I kogo rację uważacie za słuszną? 

Hasło dnia: "Kiedy wszystko jest dobrze, coś musi się spieprzyć." ~ Ja.

p.s. Z całego serca przepraszam za tygodniowe opóźnienie.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis