sobota, 25 marca 2017

Rozdział XXXVIII - Emma




Przez pierwsze dwa dni myślałem, że jest chora.
Chyba wszyscy zauważyli, że nie zachowuje się tak, jak zazwyczaj. Roztaczała wokół siebie aurę ciepła, w której każdy z nas miał ochotę choć trochę się ogrzać.
To tak właśnie działało. Znałem jej wady. Wiedziałem, że potrafi być fałszywa i kłamliwa. Potrafiła zranić człowieka jednym spojrzeniem lub gestem. Zrobiła to przecież tak wiele razy. Przepraszała, obiecywała poprawę, a później nie dotrzymywała słowa. Ale jedno jej życzliwe spojrzenie, usta rozciągnięte w uśmiechu bądź nawet dotknięcie grzbietu mojej dłoni opuszkami palców sprawiało, że zapominałem. Pogrążałem się w zapomnieniu jakbym pływał w rzece Lete. Nie potrafiłem wyzwolić się z jej wpływu i nawet tego nie chciałem. Nieświadomość była dobra. A teraz w jej oczach na powrót zapaliły się ogniki, jakby dbała tylko o chwilę, bo w następnej godzinie może jej zabraknąć.
Teraz, widząc ją kręcącą się wokół i tańczącą przy ognisku, musiałem coś sprawdzić. Gdy tylko piosenka się skończyła i zaczęły się oklaski, pomieszane z życzeniami o następny utwór, chwyciłem ją za nadgarstek i unieruchomiłem. Z poważną miną przyłożyłem ciepłą dłoń do jej czoła.
— Leo, co ty wyprawiasz? — spytała Mackenzie z uśmiechem na ustach i nutką ciekawości w głosie.
— Nie ruszaj się — odpowiedziałem cicho, badając, czy przypadkiem nie ma gorączki. Dziewczyna nie próbowała się wyrwać spod mojego dotyku, ani nie odwróciła wzroku.
—Jeśli chciałeś sobie pomacać moje czoło, wystarczyło poprosić — zażartowała wesoło. Uśmiechnąłem się słabo i odsunąłem się od niej, przerywając dotyk.
— Za dużo marzysz, mała — odparłem z powagą.
— Gdzie jest Lisette? — spytała Mackenzie, rozglądając się dookoła. — Nie widziałam jej.
— Źle się czuła.
To była prawda. Od jakiś dwóch dni Lisette nie czuła się na siłach wyjść z pokoju. Leżała z pustym wzrokiem wpatrzona w okno. Nie wiedziałem, jak jej pomóc. Czy to były jeden z tych dni, w których dziewczyny miały swoje humorki? Nie zamierzałem ją wyciągać na siłę z tego stanu. Z doświadczenia wiem, że dziewczyny tego nie lubią. Gdy ma się kilkadziesiąt sióstr, człowiek szybko uczy się na błędach. Jednak Lisette, taka cicha i bez iskry życia w swoich niezwykłych oczach, zdawała się być wyblakłą, starą fotografią. Jej melancholijna postawa udzielała się wtedy i mi. Ale tylko do momentu, gdy natykałem się na Mackenzie z kubkiem kawy w ręku, która rozpromieniała się na mój widok. Było to miłą odmianą po tych wszystkich porankach, gdy widziałem jej twarz spiętą i z sińcami pod oczami, umiejętnie zakrywanych cienką warstwą podkładu. I nie zamierzałem pytać o nagłą zmianę nastrojów brunetki. Było mi z tym dobrze. Bardzo dobrze.
Potem znalazłem ją czytającą książkę pod drzewem, gdzie spędziliśmy dużo czasu podczas pierwszego miesiąca pobytu Mackenzie w obozie. Jej usta poruszały się od czasu do czasu, próbując wymówić co trudniejsze wyrazy, z którymi wciąż miła trudność. Nieraz Juliet musiała dokończać za nią zdanie, gdyż Kenzie nie potrafiła znaleźć brzmienia brakujących sylab. Usiadłem obok niej, a ona nawet nie drgnęła, gdy zacząłem się jej przyglądać. Od zmarszczonego lekko czoła, ściągniętych brwi i zmrożonych oczu, po łagodną linię jej ust i podbródka.
— A jeśli to są ejdolony?—wypaliła ni stąd ni zowąd, nadal patrząc się na białe stronice książki. — Jeśli to one siedzą w jej głowie?
Pokręciłem głową. Już wiele razy zastanawiałem się nad tą kwestią. Jednak każda sesja, dy usiłowałem myśleć, nadal prowadziła do ciemnego punktu. Nicości.
— Może i na to by wyglądało. Ona też widzi, że coś robi i nie potrafi tego powstrzymać. Ale ejdolony nie zniekształcają rzeczywistości. Nie sprawiają, że widzisz potwory, których nie ma. Ani, że słyszysz głosy. I masz złote oczy. Wiem, jak to jest być opętanym przez ejdolona. I jestem pewny, że to nie ich sprawka.
Mackenzie położyła książkę, którą czytała na swojej piersi i złożyła dłonie na brzuchu. Spojrzała na mnie, a złote plamki błysnęły w jej tęczówkach jak zaginiony skarb. Jej usta rozciągnęły się w leniwym uśmiechu.
— Czy muszę wiedzieć o tobie jeszcze coś niepokojącego, prócz tego, że nie lubisz słonecznika i byłeś pod wpływem ejdolona?
Uśmiechnąłem się zawadiacko i pstryknąłem ją w nos. Ta zmarszczyła się na ten czuły gest i próbowała uderzyć mnie w dłoń, lecz byłem dla niej zbyt szybki. Wybuchnąłem śmiechem, widząc, jak dąsa się jak małe dziecko.
— Mam chorobę lokomocyjną i nienawidzę ajaksu. To chyba tyle — opowiedziałem z powagą. Mackenzie wpatrywała się we mnie z ustami rozchylonymi, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. Miałem ochotę zamknąć te słowa, które miały zaraz paść z jej warg w pocałunku. Zamienić wyraz zdziwienia moją wypowiedzią w reakcję na mój czyn. Towarzyszyć słońcu w muskaniu jej policzka złotym promieniem. Tęsknota za nią, za smakiem jej ust i uśmiechem, spijanym przeze mnie z jej warg, wybuchnęła w mojej piersi nagłym płomieniem, którego nie potrafiłem kontrolować. Ona jednak nie była świadoma bitwy rozegranej w mojej głowie. Zacisnąłem tyko wargi i najbardziej zabawowo, jak potrafiłem, spytałem: — Co?
— Nic — odpowiedziała, zamykając powieki. — Zupełnie nic.




Lisette w końcu dała się namówić na spacer. Była jednak obecna fizycznie, nie duchowo. Jej myśli krążyły nie wokół letniego słońca i morskiej bryzy. Była zbyt daleko, bym mógł ją dosięgnąć. Jej oczy zasnuły się mgłą, której nie potrafiłem rozwiać. I cisza. Ciężka cisza, której nigdy nie czułem w jej obecności. Lisette zmieniła się w ciągu jednej nocy, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trwała, zawieszona pomiędzy jawą i snem.
Spacer, który miał mnie odstresować, dodał do mojej listy zmartwień jeszcze jedną pozycję. Odprowadziłem Liz do jej pokoju i poszedłem do kuchni. Nie miałem pojęcia, czemu. Wszystkie drogi prowadzą do kuchni. Po chwili namysłu zrobiłem sobie kawę i skierowałem się do salonu. Mackenzie siedziała tam, zatopiona w lekturze książki. Czytała o bogach. Szukała powiązań pomiędzy moją złotowłosą przyjaciółką a greckimi bóstwami. Prosiłem ją, by dała sobie spokój, bo to bezowocne poszukiwania. Ona jednak nie dawała za wygraną i co chwilę sięgała po nowe pozycję, szybko przeczytawszy poprzednią. Jej tempo było zastraszające, biorąc pod uwagę dysekcję i ADHD. Nie zdążyłem nawet otworzyć ust, by się przywitać, bo na scenę wparowała młodsza siostra Mackenzie.
Emma była najbardziej bezpośrednią i szczerą osobą jaką poznałem, a miała tylko osiem lat. Jej nieco pucowaną buzię okalały brązowe loki, nadając jej wygląd małego cherubinka, choć jej natura nie była bynajmniej anielska. Oczy koloru orzechów laskowych były niesamowicie inteligentne i przebiegłe. Bogowie mi światkiem, że musiała to być wykapana mamusia. Tego wzroku nie da się pomylić z nikim innym. Cała Demeter.
— Cześć — krzyknęła gwałtownie, wpadając na mnie. Prawie rozlałem kawę na jej małą głowę, ale ta najwyraźniej się tym nie przejęła. Jej pierś falowała szybko. Musiała biegnąć przez całą drogę.
Mackenzie podniosła swój nieco nieobecny wzrok. Uśmiechnęła się ciepło, tak jak matka uśmiecha się do swojego jedynego dziecka pod koniec ciężkiego dnia pracy.
— Cześć Emma. Co ty tu robisz?
Dziewczynka w tym czasie była zajęta wodzeniem wzrokiem to do mnie, to do swojej siostry. Jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Gdyby szczeniaki potrafiły się uśmiechać na widok kapcia swojego pana, zapewne wyglądałyby jak mała Emma.
— Juliet poprosiła mnie, bym przyniosła raport do Iris — odpowiedziała, wypinając swoją pierś i pokazując nam białą teczkę. — Chciała wysłać Franka, ale się nie zgodziłam. Powiedziałam, że zrobię to szybciej i z większą klasą. A ty? Chciałabyś się z nami pobawić? Będziemy grać w berka jak tylko wrócę.
Coś w pogodnym spojrzeniu Mackenzie się zmieniło. Zgarbiła się nieco, jakby było jej zimno i oparła bronę na swojej dłoni. Dopiero po chwili odrzekła.
— Chętnie, ale może później. Nie mam teraz czasu, Em.
— No to poproszę Lizzy — odpowiedziała niewzruszona odmową dziewczynka i pognała do gabinetu Iris.
Mackenzie zacisnęła usta w wąską linie i podążała wzrokiem za swoją małą siostra. Po chwili powróciła dalej do czytania. Przez chwilę stałem i po prostu się na nią patrzyłem. Zmarszczyłem brwi, bo teraz zachowała się nietypowo. Przy swoim rodzeństwie zawsze sprawiała wrażenie wypoczętej i gotowej do działania. To był pierwszy raz, gdy odtrąciła któreś z nich: brata bądź siostrę.
— Czemu się nie zgodziłaś, Kenz?— spytałem, kładąc kubek z gorącą kawą na niskim stoliku. Mackenzie w tej samej chwili włożyła ręcznie zrobioną zakładkę do książki i wstała, podchodząc do regału. Iris umieściła go tu, by mogliśmy się edukować. Dziewczyna odwróciła się do niego, ignorując całkowicie moje pytanie. Nie dałem za wygraną.
— Mackenzie...? — zagadnąłem, ale ona dalej milczała, wpatrując się w grzbiety książek. — Hej, ziemia do Atkonson.
— Przestań, Leo — odezwała się cicho. — Nie.
Chwyciłem ją za ramiona i delikatnie odwróciłem w moją stronę. Nie stawiała oporu, lecz celowo unikała mojego wzroku, nawet gdy chwyciłem ją za brodę i ostrożnie chciałem ją do tego zmusić.
— Mała — zacząłem miękko. Dziewczyna skrzyżowała ramiona na piersi, dając tym samym do zrozumienia, że zamyka się w sobie. To był gest, który poznałem cztery lata temu. — Widzę, że coś się dzieje, a ty nie chcesz mi powiedzieć. Mieliśmy być dla siebie szczerzy, pamiętasz?
— I wnioskujesz to po tym, że odmówiłam udziału w jakiejś głupiej zabawie? — mruknęła poirytowana, patrząc się w podłogę.
— Spójrz na mnie — poprosiłem. Nie zareagowała. — Ej, terco margarita*, oczy mam wyżej.
Powoli, bardzo powoli, podniosła głowę i spojrzała na mnie. Dostrzegłem w jej tęczówkach coś, czego się nie spodziewałem. Myślałem, że Kenz nie chce wpakować się z butami w opiekę i zabawę z dziećmi, bo to była działka Lisette, jednocześnie będąc z tego powodu zazdrosna. Sam sobie miałem ochotę przywalić za to, że wziąłem ją za tak płytką i powierzchowną osobę. To było zupełnie coś innego.
— Czego się boisz?— spytałem cicho i łagodnie, jakby była przerażoną pięciolatką.
— Leo, co ty do licha...
— Odpowiedź — przerwałem jej zdecydowanym tonem. Po chwili ciężkiej ciszy, zauważyłem, że w jej oczach gromadzą się łzy. I wtedy zrozumiałem. Rana, zadana tyle lat temu, wciąż krwawiła.
— Czemu ty zawsze musisz to robić? — warknęła wściekła, choć w środku powoli rozpadała się na małe kawałeczki. — Zmuszasz mnie, bym coś powiedziała, a ja wcale tego nie chce, bo nie jestem gotowa. Trzymasz mnie pod presją i nie dajesz cholernego wyboru.
Zepchnąłem ta uwagę w głąb świadomości. To był jej sposób, by się bronić. Atakowała i próbowała zranić, by odciągnąć uwagę od swojego bólu. A teraz nie skupialiśmy się na mnie, bo ona była ważniejsza. Nawet, jeśli miała trochę racji i mogłem odeprzeć jej atak. Nie zrobiłem tego.
— Chodzi o Troian. Wciąż nie możesz sobie poradzić z jej stratą — odgadłem bez problemu.
Mackenzie milczała. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Ale ona się tym nie przejęła i wciąż nie zrywała kontaktu wzrokowego.
— A ty byś mógł? — powiedziała cicho.— Byłam za nią odpowiedzialna. Była moją małą, pięcioletnią siostrzyczką o której zawsze marzyłam. Pokochałam ją od razu, a ona tylko przy mnie potrafiła się otworzyć. Plotła mi warkocza z włosów , a pięć minut później była martwa. I to dlatego, że byłam zbyt słaba i niezdarna, by ją obronić. Zginęła przeze mnie.
— To nie jest powód, by odtrącać od siebie Emmę — odpowiedziałem delikatnie udając, że jej wyznanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. — To, co było, już nie wróci. Nie będzie więcej wojen w której weźmiemy udział.
— Skąd możesz to wiedzieć? — odpowiedziała szeptem pełnym bólu. — Nie chcę znów pokochać, by znów nie musieć się leczyć. Ale do cholery nie potrafię. Nie potrafię rozkazać sobie, by nie dążyć jej sympatią. Nie potrafię rozkazać sercu, by przestało kochać. Jeśli znów mam radzić sobie ze stratą sama, tak jak w przypadku Troian, wolę trzymać się od wszystkich z daleka.
— Mackenzie — zacząłem cicho, ścierając słona łzę płynąca jej zaróżowiałym policzkiem. — Nigdy z żadną stratą czy raną nie będziesz sama. Masz mnie.
Ostatnie słowo wyszeptałam cicho w jej usta i po chwili wahania, czy przypadkiem mnie nie odetchnie, pocałowałem ją.
To było zupełnie coś innego niż oboje doświadczyliśmy wcześniej. Nie było tu ognia czy skrywanych emocji, które wybuchają niczym fajerwerki na nocnym niebie. Pocałunek był melancholijny, słodko-gorzki jak cynamon, którym smakowały jej usta. Mackenzie na początku trzymała się z dystansem, ale po chwili lodowata powłoka, która się otoczyła, zaczęła topnieć. Zrobiła mały krok w moją stronę i poczułem niemalże nieśmiały dotyk jej palców na moich policzkach. Przytuliłem ją obejmując w pasie i przyciągając do siebie jeszcze bliżej, całkowicie eliminując dystans pomiędzy naszymi ciałami. Wsunąłem dłonie pod materiał jej bluzki, zataczając palcami kręgi na jej skórze. Czułem, jak drży pod wpływem mojego dotyku i gdybym otworzył oczy, byłbym pewny, że dostrzegłbym złote pręgi, które zostawiałyby moje opuszki na jej złocistej skórze. Odsunęła się gwałtownie od moich ust, biorąc gwałtowny i głęboki oddech, niczym człowiek, który wynurza się po długim czasie z głębiny morza. Oparła czoło na moim czole. Słyszałem, jak krew szybko tętni w jej żyłach. Czułem, jak szloch zawadniał jej ciałem.
— Nigdy tak naprawdę nie chciałam cię opuścić — wyszeptała. — Żałowałam tej decyzji w tej samej sekundzie, w której ją podjęłam.
— Wiem — odpowiedziałem, po czym jeszcze raz, wolno lecz krótko ją pocałowałem. — Nigdy tak naprawdę nie chciałem pozwolić ci odejść.
Mackenzie, której oczy były przymknięte, teraz na mnie spojrzała. Lśniły one od łez, nadając tym niesamowitym tęczówkom jakieś melancholii. Widziałem w nich ból, który umiejętnie skrywała. Wahanie, czy powiedzieć coś, czego będzie później żałować.
— Jestem tak cholernie zmęczona — wyszeptała drżącym głosem. — Tymi tajemnicami. Tą grą. Nie mam już na to siły. Mam dość wspomnień. A nie potrafię sobie z nimi poradzić. One nie chcą odejść. A ja chce tylko spokoju.
— Ciii — wyszeptałem, przyciskając swoje usta do jej czoła. Rozumiałem ją. I czułem to samo. Te ciągłe znużenie i życie w biegu bez chwili, by wziąć oddech. — Po prostu...
Zamknęła mi usta pocałunkiem. Omiótł mnie zapach jej perfum i cynamonu. Nic się nie liczyło. Tylko jej mokre od łez policzki i stęsknione wargi. Jej bliskość była czymś oszałamiającym. Działa jak morfina: uśmierzała ból i uzależniała od siebie.
Dziecięcy krzyk przywrócił mnie do rzeczywistości. Czułem, jak Mackenzie przerywa pocałunek, ale dopiero po chwili otworzyłem oczy. Zobaczyłem, jak Emma zakrywa sobie usta dłonią i patrzy na nas wielkimi oczyma a obok niej stoi Percy, opierając się o framugę wielkich drzwi od salonu z rozbawionym uśmiechem. Poczułem, jak Mackenzie próbuje się wyrwać z mojego uścisku. Nie pozwoliłem jej na to i cała nasza czwórka pogrążyła się w całkowitej ciszy.
Mała Emma w końcu przypomniała sobie, że należy również oddychać i powoli spojrzała na roześmianego Percy'ego. Już czułem, jak w jej bystrym umyśle kręcą się zębate kółka. Wiedziałem, że za chwilę cały obóz będzie wiedział, jakiej sceny była świadkiem. Chłopak spojrzał na dziewczynkę i próbował udawać poważnego. Złapał ją delikatnie za ramie i powiedział:
— Chodź, Em. Zostawmy dorosłych samym sobie.
Pokierował ją do wyjścia, ale zanim to zrobił, Percy puścił oczko do Mackenzie, a ta zarumieniła się jeszcze bardziej, jeśli byłoby to w ogóle możliwe. Wbrew pozorom, wyszczerzyłem się i spojrzałem na jej zmieszaną minę. Po chwili Kenzie zauważyła mój wzrok, wybuchnęła krótkim śmiechem i złapała mnie za przód koszulki, ponownie przyciągając mnie do siebie i jej warg.



* Uparta stokrotka


Moje powiadomienia na wattpadzie szaleją! Serce mi rośnie, gdy widzę, że czytelników "Alfabetu..." przybywa. Witam na Brokatowej Ciemnej Mocy Lenzie!

Możecie być w lekkim szoku czytając niektóre sceny z Lenzie. Ale PRZYPOMINAM Wam, że oni mają po dwadzieścia jeden lat, obydwoje są zranieni i tęsknią do siebie, stwarzając sobie własnoręcznie granice. Ale spokojnie, nie zamienię tego w kiepski pornol.

To chyba pierwszy raz, jak pisałam pocałunek z perspektywy Leona... Chyba wolę jednak wcielać się w Kenzie i pisać z perspektywy dziewczyny, jeśli chodzi o ten aspekt. Uwielbiam ich sceny. Nawet jak się kłócą. 

Leo, bojący się użyć słowa okres. I tak krążymy wokół "jednych z dni dziewczyn, w których mają ochotę zabić wszystko co oddycha zbyt głośno".

Przeziębiłam się. Wyślijcie mi litry herbatki i ciastka, bo nie byłam chora od września i chyba umieram. Czy tak czują się faceci, jak złapią jakieś choróbsko?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis