sobota, 18 marca 2017

Rozdział XXXVII - Kąpiel o zapachu jaśminu



Ubrania z cichym szelestem upadły na podłogę.
Najpierw zdjęłam buty. Niemałą trudność sprawiło mi rozplątanie sznurowadeł, ale w końcu ściągnęłam trampki, a zaraz potem skarpetki. Męczyłam się również z zamkiem do spodni, który lubi się zacinać.
Sprawdziłam, czy dobrze zamknęłam drzwi. Niepokoiła mnie kąpiel w Wielkim Domu, ale jedynie tutaj mieli dużą wannę, z której mogli korzystać wszyscy. I tak większość preferowała prysznice, bo były bliżej. I daleko od Lisette. Ja również zaliczam się do tej części, ale Sharmila poleciła mi kąpiel. Lodów orzechowych niestety nie znalazłam.
Ktoś mógłby uznać, że panikuję. Paranoja. Ale po incydencie, gdy blondynka mnie prawie udusiła, nie chciałam się do niej zbliżać. Bałam się, że znów wymknie jej się to z pod kontroli. Jeśli próbowała ją wtedy odzyskać, bo z mojej perspektywy na to nie wyglądało. A miałam dość dobry punkt widokowy, bo zaciskała palce na mojej tchawicy,
Wanna powoli się napełniała się gorącą wodą. Ciężka para zaczęła osiadać na lustrze. Wyszczotkowałam włosy, bo lubiłam to robić przed kąpielą. Teraz, gdy były krótsze, zdecydowanie prościej je było utrzymać w ryzach. Poskładałam swoje ubrania w kostkę i obok wanny położyłam ręcznik. Teraz rozpoczęła się skomplikowana procedura dolewania zimnej wody, by można było się w niej zanurzyć i nie zostać poparzonym drugiego stopnia.
To był ciężki dzień. Do cholery, to były ciężkie dwa miesiące, a nie dzień! Ale ten dał mi szczególnie w kość. Moja głowa była pełna myśli i bolała mnie okropnie. Zanurzyłam najpierw lewą nogę, sprawdzając temperaturę wody. Była prawie idealna. Wpędzałam więc do wanny i westchnęłam z ulgą. Przypomniały mi się baseny, do których siłą wpychały mnie Despojnia i Chrysotemis. Zawsze ubolewały nad stanem mojego "nędznego, śmiertelniczego ciała". Choć pobyt na dworze Demofonta nie był najszczęśliwszym okresem w moim życiu, byłam ciekawa, jak się tam sprawy mają. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. To był ten aspekt życia, który powinien na zawsze zostać zamknięty na kłódkę.
Zamknęłam oczy. Leżenie po szyję w ciepłej wodzie przypominało stan przed zaśnięciem. W głowie miałeś tysiące myśli i każda domagała się chwili uwagi. Daleka przeszłość, dzisiejszy i jutrzejszy dzień i całkowicie fikcyjne zdarzenia, które mogłyby się wydarzyć, gdybyś przezwyciężył nieśmiałość i coś powiedział. Miałam tak każdego wieczora.
Przypomniała mi się rozmowa z Percy'm, którą odbyliśmy podczas spaceru, połączonym z odwiedzinami Mrocznego w stajni. Wszyscy mnie wtedy denerwowali. Nawet chłopak, ale o dziwo, mniej niż pozostali, więc to z nim postanowiłam spędzić kilka chwil. Tym bardziej, że nigdy nie byliśmy za specjalnie blisko. Musiałby siedzieć i czekać na moją odpowiedź napisaną na kartce papieru, a potem rozszyfrować zdanie, pokonując swoją dysekcję i ADHD. Jak widać, nikt nie miał do tego tyle cierpliwości, prócz impulsywnego Leona.
Posprzeczałam się wtedy z Percy'm. Rozmowa zeszła na niebezpieczny temat, którym jest wojna trojańska. Bezsensowna walka, która przyniosła dziesiątki ofiar, a powód był jeszcze głupszy. Percy się ze mną nie zgodził.
— Mylisz się, Kenz. Ta wojna była słuszna. Demeter przesadziła. Możemy robić dla nich wiele. Latać po to, czego im potrzeba na drugi koniec kontynentu. Nawet poświecić życie. Ale hodować własne dziecko, po to, by spędziło wieczność z innym i uratować się od pochopnie złożonej oraz nic nie wartej obietnicy? Nie, to była przesada. I wszyscy się z tym zgadzali. Byłaś naszym małym manifestem, Mackenzie. Buntem przeciwko bogom na tle romantycznym.
Byłam twarzą buntu, niczym Katniss Everdeen twarzą Rebeli. Super. Tylko ona miała faktyczny powód i walczyła, a nie tkwiła zamknięta na kluczyk w wieży, by nie złamała sobie paznokcia.
Ciekawe, jak mają się się tata i Grace? Obiecałam, że pomogę jej wybrać suknię ślubną. Powinnam w najbliższym czasie do niej zadzwonić. Ale najpierw odpocznę, tak, ja zaleciła mi Sharmila.
Czyjeś mocne ręce chwyciły mnie za czubek mojej głowy i zdecydowanym ruchem wepchnęły pod powierzchnie wody. Zdezorientowana, zamknęłam oczy, jakby to miła być gra, zwykła zabawa. Wstrzymałam oddech, nie pozwalając cennemu powietrzu się wymknąć i zmusiłam się do otworzenia powiek. Mętna woda i piana, zaburzyły mój obraz. Detergenty podrażniły moją gałkę oczną, która zaczęła szczypać. Lecz rozpoznam plamę blond włosów.
Zaczęłam się szarpać, rozlewając wokół siebie wodę. Lisette nie przejmowała się nawet tym, że byłam naga. Jej stalowy uścisk tylko się wzmocnił i pchnął mnie tylko dalej w głąb. Uderzyłam głową o dno wanny. Próbowałam się podnieść. Walczyłam, jakbym znajdowała się w otchłaniach ciemnego oceanu, a nie w małej wannie na pierwszym piętrze Wielkiego Domu. Paznokcie Lisette wbiły się w moją szyję, którą podtrzymywała, bym się nie wynurzyła.
Nie byłam w stanie utrzymać dłużej oddechu. Moje ciało domagało się tlenu, pragnęło odetchnąć świeżym powietrzem. Choć wrzeszczałam w myślach, by moje płuca tego nie robiły, było już za późno.
Do mojego gardła wlała się woda. Próbowałam ją wypluć, jednak nic z tego nie wyszło. Wdzierała się ona przez usta i nos. Spanikowana, zaczęłam ją połykać. Niemiły posmak pozostał w moich ustach. Pewnie bym się skrzywiła, gdym nie była tak przerażona. Nie przestawałam walczyć. Chciałam się wydostać na powierzchnie. Połknęłam kolejny łyk wody. Następny. I piłam, jakbym była spragnionym wędrowcem, kroczących od świtu do zmierzchu przez pustynie.
Miałam ochotę szlochać. W mojej głowie pojawiła się myśl, że zapewne nikt mi już nie pomoże. Szarpię się rozpaczliwie, niczym ryba złapana na przynętę. Pełna nadziei, że jednak przeżyję, choć mój los jest przesądzony. Mój żołądek wypełniał się wodą.
Leo nie przybędzie z odsieczą. Jest w Bunkrze, razem z rodzeństwem.
Powierzchnia wody zaczęła się oddalać. Moje ruchy były powolniejsze, bardziej ospałe, niż powinny być. Zmuszałam się do wysiłku. Chciałam wypłynąć. Jednak zanurzałam się coraz głębiej i głębiej. Biała woda otoczyła mnie z każdej strony. Już nie czułam jej jaśminowego zapachu.
Światło, światło było tak daleko... Nie dążyłam się nawet z nimi pożegnać... Oh, tak, pan Schmitt miał zupełną rację. Zachowujemy się tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
Moje palce próbowały sięgnąć krawędzi. Moje stopy poruszały się wolno...
Przymknęłam oczy i pozwoliłam białej wodzie o zapachu jaśminu mnie...


Czemu ja to robiłam?
Widziałam jej ciemne włosy, kłębiące się wokół głowy. Czułam słabnący uścisk na swoim nadgarstku. Jednak to było jak film, który oglądałam, siedząc na łóżko. Czułam emocje. Widziałam obrazy. Jedna to nie dotyczyło mnie. To było wymyślone. To nie działo się naprawdę.
Dlaczego więc to robiłam?
Budziłam się jakby z długiego snu. Jakbym miała otwarte oczy na lekcji, ale jednak nie słuchała nauczyciela. Jakbym prowadziła samochód w mlecznobiałej mgle i dopiero teraz wpadła na to, by włączyć światła przeciwmgielne.
Jej ręka wślizgnęła się pod powierzchnie wody.
Próbowałam zabrać swoją dłoń. Zaciskała się na gardle mojej ofiary, jakby dostała skurczu. Próbowałam ją rozluźnić. To przecież była moja dłoń. Mięśnie powoli przestały stawiać opór. Wyciągnęłam rękę z pachnącej jaśminem wody. I stałam tak, patrząc, jak mętnieje.
I dotarło do mnie, co zrobiłam.
Cofnęłam się przerażona, ślizgając się na mokrej posadzce. Gwałtowne wdechy i wydechy. Moje myśli były burzą, oszalałym żywiołem. Ryk fal, grzmot pioruna, zawodzenie wiatru. Wszystko rozłupywało moją głowę na pół. I strach, paniczny strach, duszący w gardle.
Wypadłam z łazienki, nie oglądając się, czy Mackenzie Atkinson się wynurzyła.




Ciemne palce zacisnęły się na mojej otępiałej duszy i brutalnie nią szarpnęły. Pokręciła ona głową, odmawiając posłuszeństwa. Unosząc się w słodkawej wodzie, jakbym płynęła nurtem nirwany. Ciepły prąd opływał moje zmysły. Cudowne uczucie.
Paznokcie zjawy wbiły się w moje jestestwo i wydarły z otchłani szczęścia. Porwały w górę, z zawrotną szybkością i brutalnością. Cały ból powrócił.
Zaczęłam wymiotować. Ktoś posunął mi przed nos małe wiaderko. Nie dbałam o to. Moje instynkty przejęły kontrole. Moje ciało pozbywało się toksyn. Cała wypita woda została zwrócona. Dopiero, gdy mój żołądek został oczyszczony, podniosłam wzrok tak mętny jak woda, w której prawie zginęłam. Obraz był rozmyty, lecz z każdą długą chwilą się wyostrzał. Mózg znów zaczął zbierać informacje i je analizować.
Leżałam na mokrych i chłodnych płytkach w łazience. Ktoś przykrył mnie dużym, szorstkim ręcznikiem. Jakby fakt, czy ratowanie mnie nagą czy nie, miał jakieś znaczenie. Dziwne, ale te dwie rzeczy zwróciły najpierw moją uwagę: zimna i twarda podłoga oraz kawałek materiału.
Piper McLean spojrzała na mnie. Przedtem musiała odwrócić głowę, bym nieskrępowana niczym mogła opróżnić żołądek. Na jej twarzy malowało się przerażenie i zniesmaczenie. Policzki miała mokre, nie wiedziałam tylko, czy od łez, czy od wody.
— Nie oddychałaś — powiedziała cicho, drżącym z emocji głosem. — Twoje serce biło tak cicho i wolno... Myślałam, że się nie obudzisz. Nektar nie chciał działać.
Spojrzałam na małe przedmioty, które dopiero co zauważyłam. Wielka butelka ze złocistym napojem leżała prawie opróżniona obok dość sporej strzykawki. Piper musiała wprowadzić do mojego krwiobiegu ratującą życie substancję, gdyż nie była w stanie mnie zmusić, bym ją wypiła. Cudem wyrwała mnie spod bram niebieskich i wznowiła oddychanie. Teraz siedziała obok moich kolan, podciągając nosem. Próbowałam się podnieść do pozycji siedzącej, lecz znów mnie zemdliło. Wyrzuciłam z siebie kolejną porcję wody, choć byłam pewna, że całej jej się pozbyłam.
— Gdyby nie byłoby przeciągu i wiatr nie zbiłby wazonu na korytarzu, nie znalazłabym cię —zaczęła Piper, gdy tylko skończyłam wymiotować. Pomogła mi usiąść na zimnych płytkach i zarzuciła na mnie jeszcze jeden ręcznik. — Jak tylko upewnię się, że dobrze się czujesz, pójdę po Leona.
— Nie— wychrypiałam i położyłam mokrą dłoń na jej palcach. — Nic mi nie będzie.
— Przecież prawie się utopiłaś! — wyrzuciła przez zęby Piper. — Co się stało?
— Musiałam zasnąć — odpowiedziałam po chwili milczenia. — Byłam zmęczona. Nie powinnam brać kąpieli. Zrobiło mi się ciepło i zasnęłam.
Oczy brunetki się zaszkliły. Zaczęłam drżeć pod cienkim ręcznikiem.
— Nie ma sensu mówić o tym Leonowi — kontynuowałam słabym głosem, po czym na nią spojrzałam. — Nie mów mu, Piper. To go tylko zmartwi. Nic takiego się nie stało...
— To mój przyjaciel— zaczęła oponować dziewczyna. Posłałam jej powłóczyste spojrzenie.
— Wiem. Jeśli coś będzie się ze mą działo, powiesz mu. Ale trzymaj to w tajemnicy. Obiecaj mi Piper. Proszę. To dla jego dobra.
Dziewczyna przyglądała się mi czujnie. Musiałam wyglądać komicznie z sinymi ustami, bladą cerą, mokrymi włosami przylepionymi do szyi i wyłupiastymi oczyma. Po chwili ta kiwnęła głową.
Przed oczyma mignęła mi zamazana, blond włosa plama. Czemu nie było jej tutaj, gdy zjawiła się Piper? Czemu jej piękne, długie palce nie dokończyły swego dzieła?
Jednego byłam pewna. Niezależnie od wyniku tej sprawy, musiałam milczeć. Uśmiechać się do niej i udawać, że nigdy nie podniosła na mnie ręki. Śmiać się razem z nią, być w jednym pokoju, siedzieć na tej samej ławce podczas ogniska. Grać. Grać w tej nędznej sztuce z niskim budżetem. I nie dać się przyłapać na dźwiękach fałszu. To jak komponowanie muzyki.
Lisette nie była moim priorytetem, który chciałam ocalić. Ta dziewczyna obchodziła mnie tyle, ile zeszłoroczny śnieg. Musiałam chronić Leona. Nie mogłam podburzyć jego wiary w Lisette. To złamałoby mu serce. Straciłby wszystko, na co tak ciężko pracował przez ostatnie kilka miesięcy. Nie mogłam mu tego zrobić, choć nie lubiłam Lisette. Jedno moje słowo mogło sprawić, by ona odeszła. Mogłam się jej pozbyć, mając Piper na świadka. Zarzekłabym się przed swoim Bogiem oraz greckimi i rzymskimi bóstwami. Lecz wybrałam kłamstwo. Kolejną komplikację życia, byleby uchronić ukochaną osobę. Zacząć grać zupełnie inną melodię, tak jak trzy lata wcześniej. Historia kołem się toczy. Musiałam bronić Leona, nie przed ostrzem miecza przeciwnika. Musiałam bronić go przed zawodem i złamanym doszczętnie sercem. A Lisette nic nie powie, byłam tego pewna. Będzie siedziała cicho jak mysz pod miotłą, bo nie chce wrócić do zakładu. Tam, gdzie jest jej miejsce. Tylko ja i ona znamy prawdziwą wersję wydarzeń. I z tego powodu chciało mi się śmiać.
Nie sądziłam, że dożyje dnia, w którym Mackenzie Atkinson i Lisette Marie Evans będą miały wspólny sekret.


No więc... Zapomniałam Wam tydzień temu wspomnieć, że ten rozdział będzie mocny.

Chcę święta, by nic nie robić. Tylko czytać i pisać. Będzie pięknie.

Jejku, nie wiem, co Wam napisać... W następnym rozdziale będzie Lenzie! To jest jeden z moich ulubionych fragmentów w ich wykonaniu,bo dla odmiany nie będą się klóc... A nie, dobra. Nic nie mówiłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis