sobota, 11 marca 2017

Rozdział XXXVI - Kłótnie i rady




Kubek z kawą parzył mnie w dłoń. Dałam Leonowi odrobinę prywatności. Najpierw usiadłam z napojem w salonie i przeglądałam pisma o zdrowym stylu życia i żywieniu, które "przypadkiem" podrzuciła Iris. To na chwilę zajęło mój umysł mniej istotnymi sprawami. Mogłam skupić się na przepisie bezglutenowych ciastek i najlepszych ćwiczeniach na brzuch, niż na opętanej dziewczynie. Mimo upływu czasu, coraz bardziej się denerwowałam. Nie potrafiłam się odprężyć. Cisnęłam magazynem na stolik do kawy. Gazeta wykonała piękny ślizg i spadła z pacnięciem na podłogę. Westchnęłam i wstałam, by ją podnieść. Gdy tylko to zrobiłam, poszłam dolać sobie kolejny kubek kawy.
W tempie, jakim połykałam napój z kofeiną, powinnam raczej używać wiaderka niż filiżanki.
Opierałam się o szafki i wpatrywałam bezlitosnym wzrokiem w zegar, jak gdyby to on był wszystkiemu winny, gdy Iris wpadła do kuchni. Ubrana w stylu lat 60., obdarzyła mnie promiennym uśmiechem. Choć sama inspirowałam się tym okresem, ja i bogini wyglądałyśmy jak dwa różne światy. Preferowałam raczej proste fasony, golfy i nutę elegancji. Iris wolała barwy i zabawę materiałami. Dziś ubrała się w kanarkową sukienkę z jaskrawymi wzorami, na tali zapięła cienki, biały pasek a jej kruczoczarne włosy spływały falami na plecy. Na głowę założyła kapelusz, przypominający raczej lata 20. Gdy spędzasz wyjątkowo dużo czasu z Sharmilą, zaczynasz wiedzieć takie rzeczy.
— Cześć, Mackenzie — przywitała się ciepło.
— Hej — odpowiedziałam lekko zachrypniętym głosem. — Chcesz kawy?
— Nie, dziękuję. Tak właściwie to nie mam zbytnio czasu. Gdyby ktoś mnie szukał, to jestem w sklepie na drugim końcu Ameryki. I wrócę jutro.
— Okej — mruknęłam, zastanawiając się, jak to jest być nieśmiertelnym i nie mieć czasu. — Przekażę reszcie.
— Bosko. — Uśmiechnęła się. Jej brązowe oczy zmieniły barwę i teraz mieniły się kolorami tęczy. Zamknęłam oczy na chwilę przed tym, jak bogini zniknęła w oślepiającym błysku, pozostawiając po sobie zapach skoszonej trawy po deszczu. Dokończyłam kawę i zaparzyłam jeszcze jedną.
Teraz piłam już trzecią dolewkę. Minęło prawie czterdzieści pięć minut, a Leo nie ruszał się z mojego gabinet u na krok. Stwierdziłam, że pora sprawdzić, jak sobie radzi. Szłam ostrożnie, co chwilę przystając, by upił łyk albo dwa z kubka z Audrey Hepburn. Zauważyłam, że drzwi od gabinetu są otwarte i zza nich dobiegają podniesione głosy, które z każdym moim krokiem robiły się coraz bardziej wyraźne.
— I co mnie to obchodzi? — warknął dziewczęcy głos. Zamarłam i próbowałam dopasować go do jednej z obozowiczek. — Mam to gdzieś. Jesteś grupowym. Wszyscy zgodnie ustaliliśmy, że będziesz świetny. I byłeś, i to cholernie świetny, dopóki nie pojawiła się ona!
— Czy możemy do tej dyskusji nie mieszać Lisette? — spytał nieco rozdrażniony Leo. Wiedziałam, że to nieładnie tak podsłuchiwać, ale nie potrafiłam się zmusić do odejścia.
— Ale to o nią cały czas chodzi! — wściekła się dziewczyna. — Bądź sobie za nią odpowiedzialny, skoro tego pragniesz. Ale nie zapominaj, że masz cały domek pod swoją opieką. Jak latałeś za Mackenzie cztery lata temu, to przynajmniej o nas dbałeś.
— Nie latałem za Mackenzie.
— Nazywaj to jak chcesz. Faktem jest, że ona nie odciągała cię od twoich obowiązków, a nawet w nich pomagała. A teraz co? Ściągnąłeś ją tutaj i nawet nie próbuj zaprzeczać. I choć nie jest z mojego domku, to widzę ją częściej od ciebie. Potrafi godzić obowiązki. A ty? Kiedy ostatnio byłeś na wspólnym śniadaniu?
— Chodzi ci o głupie jedzenie posiłków razem?
— Głupie jedzenie?! Poważnie to tak nazywasz? Młodsze rodzeństwo za tobą tęskni, od tygodni czekają, aż zjawisz się na śniadaniu. Nawet, żeby na nich nawrzeszczeć, że ruszali twoje pieprzone projekty! Które, nawiasem mówiąc, są nietknięte od czasu, gdy Lisette pojawiła się w obozie.
Dopiero teraz skojarzyłam, kim jest dziewczyna. Hannah. Była zastępczynią Leona w domku Hefajstosa. Zazwyczaj spokojna, mówiąca nieco zbyt cicho i pracowita jak mało kto. I teraz wyglądało na to, że załamała się pod wpływem obowiązków. Nie winiłam jej za to. Ale żeby urządzać awanturę? To nie było w jej stylu i dlatego nie rozpoznałam jej podniesionego głosu.
— Skoro tak bardzo wam na tym zależy, to zacznę chodzić na posiłki. Skoro...
— Nie kłopocz się — warknęła Hannah. — Nie musisz robić nam łaski. Zgodnie uznaliśmy, że nie będziesz już dłużej grupowym, skoro olewasz nas na całej szerokości i długości, a wszystkie obowiązki są na mojej głowie.
Hannah wypadła z mojego gabinetu, trzaskając drzwiami. Przy okazji potrąciła mnie. Ciepła kawa wylała się na moją brudnoróżową bluzkę. Hannah wymamrotała przeprosiny i skierowała się do wyjścia. Była czerwona na twarzy i zaciskała pięści. A ja poczułam się rozdarta. Iść za nią i wszystko wytłumaczyć czy iść do Leona i go uspokoić? Po chwili wahania postawiłam kubek na stoliku z kwiatami, odnotowując w pamięci, że muszę posprzątać rozlaną kawę i ruszyłam w te pędy za siostrą Leona.
— Hannah! — wydarłam się, biegnąc przez wąski mostek, zbudowany nad rzeczką, która przyjemnie szumiała. Potykając się o własne nogi, wyjęczałam: — Hannah, na litość boską, zatrzymaj się!
Nie posłuchała. Dopadłam ją dopiero niedaleko domków. Zziajana, próbowałam pozbierać myśli. Nie pomagała mi jej rozzłoszczona twarz i wyczekujące spojrzenie.
— Ja wiem, że to może wyglądać tak, jakby mu nie zależało. Ale zależy mu, naprawdę. Kocha was, jesteście jego jedyną rodziną. Tylko... tylko po prostu tego wszystkiego jest za dużo. Przerasta go to. Obowiązki, Lisette, użeranie się z plotkami i ze mną. Stara się grać, że go to nic nie obchodzi, ale tak nie jest.
Hannah patrzyła na mnie spod łba. Hannah była dość ładną szatynką o kwadratowej szczęce, ale jej włosy był ścięte tak, że kształt jej twarzy zamieniał się w duży atut. Lubiłam ją. Nawet wtedy, gdy upominała Leona. Pamiętam, jak chłopak wtajemniczał mnie w tajniki Święta Niepodległości herosów. "Będzie fajnie", oznajmił z podekscytowaniem "Szkoda, że dali mi tak mało czasu". Wtedy na scenę wkroczyła dziewczyna, targając wielką skrzynie z niebezpiecznymi materiałami wybuchowymi. "Miałeś na to dwa miesiące, debilu". Po chwili Hannah założyła ręce na piersi, po czym spytała cichym i gniewnym głosem. To było lepsze od krzyków, które słyszałam niecałe dwie minuty temu.
— Czemu go bronisz? — spytała Hannah. — Dobrze wiesz, że mam rację. Ściągnął cię tutaj i przez większość czasu ma cię głęboko w poważaniu.
No dobra. Jeśli czekała mnie dyskusja na temat naszych uczuć do siebie, to mogłam śmiało wyświecić białą flagę. Sama tego nie rozumiałam.
— Nie mów tak — zaczęłam ją uspokajać kojącym tonem. — Ma dużo obowiązków na głowie. Stara się jak może pomóc Lisette i opiekować się wami.
— Cztery lata temu opiekował się tobą. I jakoś nigdy nie zaniedbał obowiązków grupowego. Nawet sama przychodziłaś i nam pomagałaś. A ona? Siedzi w kącie i wodzi za wszystkimi oczami, uśmiechając się głupkowato. Ty nie bałaś się ubrudzić sobie rąk. Leo był skupiony na pracy, a teraz jest skupiony tylko na niej.
Ton jej głosu nasilał się. Wiem, że ja i Lisette nie miałyśmy bliskich stosunków. I wiem, co mówili obozowicze za naszymi plecami. Ale pomyślałam, że to niesprawiedliwe, gdy ludzie wypowiadają się na tematy, o których nie mają zielonego pojęcia. Poprzysięgłam jednak milczenie i nie mogłam podać prawdziwego powodu, dlaczego Leo wręcz pilnuje Lisette.
— Hannah, uspokój się. Poczekaj, aż emocje opadną. Tak naprawdę tak nie myślisz.
— Dziwię się tobie, że wciąż tu jesteś. Na twoim miejscu wyjechałabym najszybciej jak to możliwe.
Nie odezwałam się. Hannah zawsze sprowadzała Leona na ziemie jako jego zastępczyni. Gdy Leo był jak świeżo wykute ostrze, elastyczne i gotowe do pracy, Hannah była jak woda i próbowała ostudzić jego zapał. Potrafiła w ładny sposób powiedzieć, że jest wariatem i ten pomysł jest na tyle głupi i szalony, że nic z niego nie wyjdzie. Na chwilę porzuciła jednak swoją taktykę i postanowiła być zupełnie szczera. W tym samym czasie, nie wiadomo jak i skąd pojawiła się Juliet. Wielkimi oczami spoglądała to na mnie, to na Hannah. Mała Emma, która trzymała swoją starszą siostrę za rękę, była w siódmym niebie. Uwielbiała plotki i nie przeszkadzało jej to, że miała zaledwie osiem lat.
— Nie mów, że tego nie widzisz — kontynuowała Hannah, nie wzruszona przybyciem publiczności. — On się tobą bawi! Spędza czas z tobą albo gapi się na ciebie jak ósmy cud świata, a potem idzie do niej i robi dokładnie to samo. Co z tobą jest nie tak?
— Wiem, że to tak wygląda, ale naprawdę... — próbowałam jeszcze się bronić i przemówić jej do rozumu, ale dziewczyna na mnie ręką i odeszła. A ja stałam, obok Juliet i Emmy, która zaczęła się chichotać.
— Pokłóciły się! Będzie bitka.
— Emma, idź się pobawić ze znajomymi. I ani słowa reszcie — upomniała ją Juliet, puszczając sową siostrę, która odbiegła w stronę placu z fontanną na środku. Obie wiedziałyśmy, że za pół godziny cały Obóz Herosów będzie poinformowany o kłótni, z Chejronem włącznie. Juliet złapała mnie pod ramię i poprowadziła do domu, mrucząc coś o kawie na koszulce. Dopiero gdy się przebrałam, dziewczyna stanęła nade mną, podpierając się pod boki. Zachowywała się jak matka wyjątkowo niesfornej nastolatki.
— Więc mniemam, że poszło o Leona i jest stanowisko jako grupowego domku.
Zrobiłam wielkie oczy. Wiedziała o tym, że planowali go wykopać i nic mi nie powiedziała?
— Kicham na to, czy będzie nim czy nie. Przynajmniej spokój zapanuje na zebraniach. W każdym razie z tego, co usłyszałam, doszło również do poruszenia twojej kwestii.
— Czy musimy o tym rozmawiać w taki sposób? — mruknęłam, mając na myśli jej nieco wyrafinowany ton.
— Musisz z kimś porozmawiać — oznajmiła. Tak, miała rację. Tylko o Leonie z nią się nie dało rozmawiać. Zawsze była przeciw niemu. — Teraz ci powiem, jak to wygląda z perspektywy przeciętnego obozowicza, który mieszkał tu w tym czasie, gdy się pojawiłaś. Była przestraszona, zdezorientowana i zachowywałaś się tak, jakbyś ćpała coś od różnych osób. Nie wiem, może instynkt macierzyński Valdeza rozkazał mu się tobą zaopiekować i się zaprzyjaźniliście. Spędzaliście ze sobą dużo czasu, on cię dopingował w ćwiczeniach, ty mu pomagałaś czasami w Bunkrze. Zachowywaliście się jak brat i siostra, rozdzieleni i odnalezieni po latach. Troszczył się o ciebie w ten głupkowaty, irytujący sposób. To była taka relacja, jakby był starszym bratem i groził twoim chłopakom, że jeśli cię skrzywdzą, to on ich dopadnie. Minęło kolejne pół roku i wróciłaś na święta. Zachowywałaś się ciupko dziwnie, ale zwaliłam to na gorączkę świąteczną i podtrucie się jemiołą. A potem nie wróciłaś na wakacje i rozpoczęcie sezonu, a z dziwnych przyczyn Valdez zaczął świrować, że coś ci się stało. Potem świrował, że nic ci się nie stało a ty po prostu olałaś obóz. Następnego dnia zniknęłaś, nikt nie wiedział gdzie jesteś a Chejron trzymał język za zębami. Pomińmy resztę i przejdźmy do tej chorej wojny trojańskiej. Ludzie zaczęli się domyślać, że pomiędzy Heleną i Parysem było trochę więcej niż przyjaźń. Ale wasze zachowanie... no cóż, było dziwaczne, ale żeby to były fajerwerki? Wątpliwe. Wszyscy uważali, że nadal byliście najlepszymi przyjaciółmi. I utrzymaliście tą iluzję aż do ogniska, na którym pojawił się z Lisette, ale oczy miał cały czas na tobie.
— Co? — przerwałam jej, nieco wstrząśnięta jej słowami i tym, że ktokolwiek widział to podczas ogniska.
— Nie udawaj głupiej — żachnęła Juliet. — Pomiędzy wami była taka chemia, że ludzie aż stawali, by popatrzeć. Pomiędzy wami było coś więcej niż przyjaźń trzy lata temu i teraz wszyscy byli tego świadomi. A fakt, że Leo spędzał niepokojąco dużo czasu z Lisette, dezorientował ich. A potem on obił Mattowi mordę, a przez następne dni chodził tak szczęśliwy, że zdawał się latać. A ludzie oszaleli. Ci od Hermesa zaczęli przyjmować zakłady, kto pierwszy wyniesie się z obozu: ty czy Lisette? Nie, nie przerywaj mi. Teraz posłuchaj, dobrze ci radzę. Daj spokój z Leonem. I to nie chodzi o to, że nie chce, byś była szczęśliwa. Ale nie będziesz. Weźmy na to: zapraszał cię na spacery? Nie, nie zapraszał. Gdy mieliście wolny czas, gdzie leźliście we dwójkę? Do Bunkra! By on się mógł pobawić swoimi zabawkami, a ty podawałaś mu śrubokręt. A potem wracałaś umazana smołą i śmierdząca dymem. Zresztą, czy zaprosił cię gdzieś w ciągu tych niecałych dwóch miesięcy? Zjedliście kolację, poszliście do kina albo nawet na to pieprzone ognisko? Tylko sami, bez obstawy Lisette? Widzisz? Gdyby mu zależało na tym, by zrobić z ciebie jego dziewczynę, ale nie tylko w zasadzie, bo woja trojańska i tak dalej, to by zaczął się tak zachowywać. Zastanów się. Hannah ma rację. Wasza relacja jest chora, toksyczna. Nie widzisz tego?
Miałam mętlik w głowie od tych wszystkich oskarżeń, plotek, faktów i wspomnień. Miałam dość. Nie znalazłam sobie siły nawet na to, by zacząć inteligentną dyskusję albo po prostu spławić Juliet.
— Powiedź mi, co ty w ogóle możesz wiedzieć? Uwzięłaś na niego od samego początku, odkąd cię znam. Dlaczego?
Twarz Juliet nawet nie drgnęła. Przez chwilę milczała, ale później zaczęła opowiadać.
— Trafiłam do Obozu niedługo po nim. Ja byłam głupia, zafascynowana, że w końcu gdzieś pasuję i jest więcej takich ludzi jak ja. Budowali wtedy te swoje przeklęte Argo II. Imponował mi pracowitości i nie poprawnym optymizmem. Robił z siebie błazna, ale na ten uroczy sposób. Czasami miało się go dość, ale tak śmiało się z jego głupich żartów. Pamiętam, że wszyscy byli okropnie spięci wieczorem, przed tym, jak wylecieli. A ja uważałam, że to najbardziej bezsensowny pomysł i misja. Mało wiedziałam o byciu herosem. I powiedziałam, że to będzie cud, jak przeżyją i że na pewno im się nie uda. I Leo to usłyszał. Uśmiechnął się i powiedział, że dla mnie postara się przeżyć. I nie przeżył. Zginął w wybuchu na oczach wszystkich. Bolało, ale tylko trochę. Pamiętam, że Piper wypłakiwała sobie oczy przez kolejne dwa tygodnie. Potem nigdy nie widziałam, by płakała, nawet po zerwaniu z Jasonem albo podczas wojny trojańskiej. Ale Leo wrócił po tym, jak wszyscy pogodzili się z jego śmiercią. Wrócił z dziewczyną. Wściekłam się. Połamał serca przyjaciół i kazał uwierzyć, że nie żyje. Mógł im chociaż powiedzieć o planie. Ale co go to obchodziło? Był zadowolony, miał dziewczynę i wszystko było w porządku. I wtedy otarło do mnie, że ludzie są podli i nie zasługują na zaufanie. Złamał dane słowo. Potem dowiedziałam się, że tylko przysięgi na Styks muszą być dotrzymane. Reszta to tylko puste, nic nieznaczące słowa.
Milczałam. Po prostu gapiłam się na Juliet, jakby była posągiem, który do mnie przemówił.
— Dlatego nie chce, by cię skrzywdził. Tak, jak skrzywdził mnie, Piper czy innych. Nie zasługujesz, by ktoś taki złamał ci serce. Nie obchodzi mnie jego przeszłość. Interesuje mnie teraźniejszość, a okazało się, że nie ma się czym zachwycać. Starałam się cię chronić, Mackenzie. Może zbytnio nieumiejętnie. Ale zastanów się nad tym wszystkim. Dla własnego dobra.



— Wiedziałam. Cholerna, seksistowska świnia. I koniec pieśni.
Mój samochód stał na parkingu przed sklepem Safeway, z dala od Obozu Herosów. Nie wiem, jakim cudem prowadziłam. Byłam prawie nieprzytomna, nie myślałam, a jedyną rzeczą na którą miałam ochotę, to rozmowa z Terapeutką Sharmilą. Jej oczyszczający wpływ miał dla mnie zbawienną wartość. Opowiedziałam jej pokrótce, o co w tym wszystkim chodzi, a ona, jak to ona, postawiła precyzyjną diagnozę: świnia. Prawdopodobnie wcinała ostre chipsy i oglądała Shadowhunters, wrzeszcząc coś o sztywnej aktorskiej grze rudej i siedząc w koszulce z nadrukiem: "I ship Malec, bitch."
— Właśnie, że nie, Mila. On nie robi tego specjalnie. Jest zagubiony.
Dziewczyna jęknęła i usłyszałam huk. Najprawdopodobniej rzuciła pilotem w ścianę, irytując się zakończeniem odcinka. Gdybym nie uważała, czasami też dostałabym pilotem w głowę. Usłyszałam szelest torby po chipsach i niepokojący dźwięk. Moja przyjaciółka oblizywała palce. Tyle razy jej mówiłam, by tego nie robiła, po to obrzydliwe.
— No to pokaż mu drogę. Od czego masz ten niezły tyłek? — spytała beztrosko.
— I kto tu jest seksistowską świnią? — zakpiłam.
— Ej mała, nie pyskuj, bo jak rzucę ciebie cholernym kapciem, to ci oczy wypadną.
— Ty nie nosisz kapci — przypomniałam jej.
— To pożyczę od Dana — powiedziała, a potem wydarła się do słuchawki. — Ej, pożycz mi kapcia!
Kilka niepokojących dzięków nastąpiło po sobie, po czym dało się w tle słyszeć przekleństwa mojego przyjaciela. Pomimo wszystkiego, uśmiechnęłam się. Ta dwójka była na pewien sposób urocza.
— W każdym razie — zaczęła Mila z powrotem — masz mu pomóc i wrócić. No to załatw to jak najprędzej i wracaj.
Nie odpowiedziałam. Załatwienie tego, jak to określiła moja przyjaciółka, mogło trwać latami. A ja musiałam wrócić na uczelnie. Ale nie miałam serca go zostawić. Mimo wszystkich opinii, czułam się w jakiś sposób związana z Leonem. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Sharmila, która nawet w brzęczeniu muchy potrafiła odgadnąć uczucia insekta, doszła sama do wniosków.
— O cholera, ty nie chcesz wracać.
— Mila... — Starałam się coś powiedzieć i zaznaczyć, że to nie tak, choć taka była prawda. Nie chciałam wracać. Przynajmniej nie teraz.
— Czekaj no — spławiła mnie. — Kombinuje jak możesz to rozwiązać.
— Przestań — powiedziałam. Gdyby moja koleżanka wpadła na pomysł, jak to rozwiązać, zapewne wylądowałabym w więzieniu. — Sama coś wymyślę.
— To jest właśnie twój cholerny problem: ty za dużo myślisz. Po co do mnie dzwoniłaś, skoro nie chciałaś rady? — umilkła, po czym z pełną powagą oznajmiła:— Zaciąg go do łóżka i po sprawie.
— Mila!
— Nie wmawiaj mi, że o tym nie myślałaś. Może on myślał. Może oboje myśleliście. Nie wiem. W fanfiction zawsze wszystko się wyjaśnia poprzez łóżko. A słyszałaś, co powiedział Woody Allen? "Seks rozładowuje napięcie"!*
— Lecz się. Jestem pewna, że cały cytat tak nie brzmi.
— Wal się, liczy się przekaz. Chyba, że już byłaś z nim w łóżku. To by wyjaśniało wszystko. Spałaś z nim w jednym łóżku?
Gdybym skłamała, poznałaby się. Dla mnie hinduska była wielką zagadką, ale ja dla niej nie. I pewnie dlatego studiowała równolegle psychologię. Nie wiem, jak ona wśród tylu obowiązków, miała czas na seriale. 
— Ja... Tak, może raz albo dwa, ale do niczego nie doszło. Oglądaliśmy film i zasnęliśmy. Nie wszystko musi się sprowadzać do seksu, Mila.
— Czekaj. Spaliście w jednym łóżku na obozie. I jaka była reakcja opiekunów?
Jęknęłam w duszy. Dziewczyna zawsze poruszała kwestie, które mnie nie obchodziły i wprawiała w zażenowanie.
— Mila, chciałam rady przyjaciółki a nie seksuologa.
— Ale podoba mi się tor w jakim biegnie ta rozmowa! — zajęczała. Nie opowiedziałam na uwagę, więc ta westchnęła i powiedziała znudzonym tonem: — Prześpij się. Z nim lub bez niego, ale Doktor Sharmilia zaleca sen i kubeł lodów orzechowych. Przepracowałaś się, a do tego przetrenowałaś. I podejrzewam, że zbliża ci się okres, bo masz doła. Recepta: wyluzuj się. Weź gorącą kąpiel i zapomnij o wszystkim. No wiesz, woda, opary, płyn kokosowy, płatki róż, dobre wino... DAN, NIE ŚMIEJ SIĘ ZE MNIE, TY IDIOTO. DAWAJ TEGO CHOLERNEGO KAPCIA! — Skrzywiłam się, gdy jej spokojny ton nagle wybuch z mocą bomby atomowej. — Mac, ja kończę. Dan musi dostać w to i owo, by nie podsłuchiwał rozmowy dorosłych. I skończyły mi się chipsy, a został mi jeszcze jeden odcinek serialu. Muszę iść do sklepu, bo ta cholerna łajza nie pójdzie. A, i pamiętaj: jak już się zdecydujesz na łóżko, to się zabezpiecz, bo trochę jesteś za młoda na dziecko.
Usłyszałam dźwięk kończący rozmowy, zanim zdążyłam jej odpowiedzieć. Jeszce chwilę stałam, wpatrzona w mknące po szosie auta i oparta o własny samochód. Zbliżał się wieczór. Przycisnęłam krawędź komórki do ust, gdy ta się wyłączała.
Co najśmieszniejsze, to z naszej dwójki to Sharmila był tą normalną.


* Seks rozłado­wuje na­pięcie, miłość je potęguje.

□ 


Ten wątek z "Shadowhunters" jest zadedykowany mojej Klaudii, która kocha ten serial. Ja go oglądałam tylko dla Maleca i Izzy, ale ostatnio nawet oni nie potrafią mnie do tego zmusić. Przedtem nawet fakt, że jest niezgodny z książką, mi nie przeszkadza. Ale z odcinka na odcinek robić się coraz... głupiej (słowotwórstwo, poziom dla zaawansowanych). To tylko moja opinia.

Kto chce takiego psychologa, jakim jest Sharmila? Ja tą dziewczynę uwielbiam, jest szczera do bólu, a jej teksty to złoto. Jestem w szoku, że sama je wymyślam.

Stosuję popularny zabieg: mieszam wam w głowach, tak, że jeśli lubicie Lenzie, zaczynacie doszukiwać się w nim wad. Jeśli lubicie Lisette, zastanawiacie się, czy słusznie.

Nienawidzę, gdy autorzy książek to robią. Ale to świetna zabawa!

Zostało nam 11 rozdziałów + epilog, który opublikuje w niedziele po tym ostatnim. Tak, skończyłam. Miałam publikować wtedy 2 rozdziały tygodniowo, ale zrezygnowałam. Chce, by po skończeniu O., od razu rozpoczeła się nowa opowieść, która jest w fazie nasionka. Na razie ją podlewam, pieszcząc szczegóły.

Miłego wieczoru, aniołki xx 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis