sobota, 4 marca 2017

Rozdział XXXV - Wspomnienia



Wyglądała jak Łowczyni Artemidy.
Swoje jasne włosy spięła w wysoki kucyk, by nie zasłaniały jej niewielkiej traczy, do której mierzyła. Usta zacisnęła, koncertując się do granic możliwości. Oczy zmrużyła, jakby chcąc ochronić się przed ostrym światłem i wyostrzyć cel. Jej dłoń, którą naciągała cięciwę, dotykała niemalże jej zaróżowiałego policzka. Prawą nogę wysunęła naprzód, lewą do tyłu... Chwilę oddychała równomiernie, a strzała delikatnie drżała w powietrzu, zanim ją puściła. Teraz ze świstem pomknęła ku tarczy i o nic nieznaczące milimetry wbiła się tuż koło czerwonego punktu.
— Wspaniale! — zagrzmiał Chejron, który stał po mojej lewej stronie. — Dobry strzał, Lisette. Jesteś coraz lepsza.
Pokiwałem głową, zgadzając się całkowicie z nauczycielem łucznictwa. Lisette robiła coraz większe postępy, ale zza każdym razem, gdy chwalił ją ktoś inny niż ja, spuszczała zawstydzona wzrok. Tak też zrobiła i tym razem, a wrażenie, że mogłaby być jedną z towarzyszek bogini Artemidy, zniknęło. Na powrót była sobą.
Słowa Mackenzie od wczoraj tłukły się w mojej głowie. Obiecałem, że postaram dowiedzieć się, co zdarzyło się w ostatni dzień jej pobytu w psychiatryku. Ja nie widziałem powodu, by roztrząsać tą sprawę, ale Mackenzie najwyraźniej była odmiennego zdania. Przez większość czasu jej upór był denerwujący. Chciałem nią potrząsać i wrzeszczeć : "Co z tobą jest nie tak?". Ale czasami, na chwilę, znów zamieniała się w siedemnastoletnia wersję siebie, gdy tupała nogą i wydymała swoje usta, tak wyrażając swoje niezadowolenie. Uważałem to w tamtych czasach za niesamowicie zabawne i głupkowate. W ten sposób, jak dąsają się małe dzieci. To było na swój sposób słodkie.
Lisette wypuściła jeszcze trzy strzały, lecz żadna nie trafiła w cel. Blondynka zaczęła się nieco podłamywać, więc szybo zarządziłem przerwę. Gdy tylko Lisette się odwróciła, zauważyłem, jak Chejron posyła w jej stronę nieco zaniepokojone spojrzenie. Nie potrafiłem go zinterpretować, więc po prostu to zignorowałem, mówiąc sobie, że mam ważniejsze rzeczy do załatwienia.
Usiedliśmy na trawie, a ja podałem Lisette batonik. Oczywiście, bez cukru i na naturalnych składnikach, bo takie były zalecenia Iris. Osobiście uważałem, że nie ma prawdziwego batonika bez grubej skorupy czekolady i pustych kalorii. Iris pozbawiała nas całej młodzieńczej zabawy.
Poprosiłem, by blondynka opowiedziała mi o swoim dniu. Lisette zaczęła opowieść, a gdy mówiła, jej oczy migotały ze szczęścia i rozbawienia. Poinformowała mnie o zabawach, w jakich uczestniczyła, bawiąc się z dziećmi w przedszkolu. Podczas, gdy jej słuchałem, herosi skończyli zajęcia, a Chejron składał wszystkie łuki w jedno miejsce. Po chwili i on zostawił nas samych.
— Czy mogę cię o coś spytać? — zacząłem, mnąc ze zdenerwowania papierek po batoniku. Lisette pokiwała głową. — Nawet, jeśli to będzie dla ciebie trudne i bolesne?
W ciągu kilku chwil z jej twarzy odpłynął cały kolor. Dzielnie jednak pokiwała głową. Wziąłem głęboki wdech.
— Okej... Mogłabyś mi opowiedzieć o swoim ostatnim dniu w psychiatryku?
Dziewczyna spojrzała przed siebie. Byliśmy niedaleko jeziora, więc to w nie wbiła swoje nieobecne spojrzenie. Trwała tak, zastygnięta w jednej pozie. Obserwowałem jej profil, zastanawiając się, czy w tej chwili słucha Ich. Czy wsłuchuje się w Ich szepty, krzyki, groźby... Jak to jest, mieć w swojej głowie tych okrutnych lokatorów? Zdawało mi się, że znam ją najlepiej ze wszystkich, ale ta chwila uświadomiła mi, jak niewiele o niej wiem.
— Po co ci to? — spytała wprost. Zwilżyłem wargi językiem.
— Potrzebuje tego do pełnego obrazu... By pomóc ci znaleźć boskiego rodzica.
Lisette spojrzała na mnie. Jej wielkie, niebieskozielone oczy zamigotały w świetle dnia. Przy tych zielonych plamkach, nagle kolor trawy zbladł i stał się mdły.
— To dokładnie ona robi? — zapytała cicho. — Jest tu tylko i wyłącznie z mojego powodu?
Uznałem, że lepiej nie ujawniać jej całej prawdy. Mackenzie głównie szukała powodu, dlaczego coś siedzi w głowie jasnowłosej dziewczyny. Ale będzie bezpieczniej, gdy pomyśli, że chodzi tylko o jej rodzica. Pokiwałem więc grzecznie głową.
— I powtórzysz jej co do słowa? — mruknęła z nieco kwaśną miną. Jeszcze raz kiwnąłem głową, czując się jak te głupie pieski, które ludzie umieszczają w samochodach. I w górę, i w dół. Dziewczyna przygryzła wargę i podwinęła pod siebie kolana. Chwile siedziała, zbierając myśli i próbując poskładać wspomnienia w spójną całość.
— Obudziłam się... właściwie to chyba nie spałam. W tamtym miejscu nie dało się spać. Po prostu czekało się, aż nastanie świt. Jeśli w nocy nie dręczyły mnie koszmary, to ludzie robili to za dnia. Zgodnie z moją rutyną, ubrałam się i czekałam na moją pielęgniarkę. Lubiłam ją. Z nich wszystkich tylko ona uważała, że nie jestem szalona. — Lisette umilkła na chwilę i położyła brodę na kolanach. — Wzięłam leki, które mi przyniosła. Pamiętam, ze musiałam się odwrócić, bo strażnik się mi przyglądał. Eva zaścieliła łóżko i próbowała mnie zagadać, jednak ja... chyba ją spławiłam, tak to się mówi? — zwróciła się do mnie, a ja kiwnęłam głową, choć nie miałem pojęcia, co się działo rzeczonego dnia. — Potem poszłyśmy na śniadanie. Jadłam płatki śniadaniowe, a wtedy znów podeszła do mnie Eva i powiedziała, że mam sesję z psychologiem.
Słodki nosek Lisette się zmarszczył. Patrząc na ten gest, mogłem się spodziewać, że zaraz nastąpi relacja z niebyt przyjemnego spotkania. Słuchając słów dziewczyny, zacząłem się zastanawiać, jaki sens był w przesłuchiwaniu jej. O co chodziło Mackenzie? Może chciała tylko grać na zwłokę? Wcale nie byłbym zdziwiony. A Lisette dalej kontynuowała swoim cichym, lekko znudzonym głosem:
— No to poszłam do psychologa. Tam przykuli mnie łańcuchami do krzesła i żebym się nie ru...
— Że co? — przerwałem jej, lekko wstrząśnięty. — Przykuli cię łańcuchami? To jakiś...
— Mówię, jak było — odparła spokojnie, całkowicie nie przejmując się moim wybuchem. — Tak jak za każdym razem. Dwójka ochroniarzy przykuła moje nadgarstki do krzesła. A ja nie reagowałam. W tym miejscu nie należało okazywać swoich emocji. W świecie nie powinno się pokazywać, że się boisz. Moim psychologiem był John Waters i był największym dupkiem, jakiego miałam nieprzyjemność spotkać.
Zamrugałem. Lisette o nikim tak nigdy nie mówiła.
— Jak co wizytę zapytał mnie, jak się czuję. Odpowiedziałam, że wspaniale. Przykuł mnie do krzesła, więc jak miałam się czuć? No dobra, powiedziałam mu tylko, że wspaniale, ale miałam ochotę dodać jakiś epitet. Potem zapytał mnie, jak się czuję po zmianie leków. Czy mają jakiś wpływ. Trochę mnie poniosło... Jego ton zawsze brzmiał tak, jakby z góry założył, że jestem wariatką i nigdy nie będę normalna — mruknęła z odrobiną goryczy w głosie. Miałem ochotę ją przytulić. — Odwarknęłam, czy najzwyczajniej świecie nie może nie wprost zapytać, czy Głosy umilkły. No więc spytał. Odpowiedziałam, że nie i dlaczego powiedział to w taki sposób, jakbym była szalona. Ten coś... Powiedział coś o zagubieniu. Nie pamiętam, co to było. Potem wyciągnął kartki z plamami atramentu, które znałam na pamięć. To było naprawdę męczące, opisywać każdą głupią plamę. Więc gdy mnie spytał, co widzę, odpowiedziałam, że to atrament i nic mi nie przypomina. Ja.. zdenerwowałam go. Oskarżył mnie o to, że nie chce dać sobie pomóc i nie współpracuje. Wyjaśniłam mu, że to dlatego, bo mnie trzymają tutaj, choć nie jestem szalona. I.. wtedy powiedział coś okropnego. Powiedział... — Tutaj wzięła głęboki wdech, jakby przed skokiem w głęboką wodę. — Że właśnie, że jestem szalona, bo zamordowałam rodziców, a normalni ludzie tego nie robią. I ja... wtedy chciałam wstać. Szarpnęłam tymi łańcuchami, a on się przestraszył i chciał wezwać pomoc. Kopnęłam telefon stacjonarny, gdy chciał zadzwonić. Chciałam wyjść. Próbowałam się uwolnić, ale nic z tego nie wyszło. Wpadli strażnicy. A psycholog powiedział, że nigdy nie opuszczę psychiatryka, bo jestem zagrożeniem. I miał nóż... Skierowany w moją stronę.
— Groził ci nożem? — spytałem, otępiały. — Przecież to przestępstwo.
— No i? Mówiłam mu, że to nie jest moja wina, że Głosy mnie zmusiły. Próbowałam się uwolnić z ucisku ochroniarzy, ale nie wyszło. Pamiętam, że go wyzwałam, zanim nie wyprowadzili i wstrzyknęli coś na uspokojenie. Wróciłam do celi i zasnęłam.
Długą chwilę po prostu siedzieliśmy obok siebie, nic nie mówiąc i wpatrując się w taflę jeziora która błyszczała w blasku słońca. W końcu objąłem dziewczynę. Czułem, jak drżała w moich ramionach. Przywołanie tych wspomnień musiało być dla niej okropnie bolesne. Lepiej, żeby Mackenzie wykorzystała dobrze to, co się przed chwilą dowiedziałem. W przeciwnym razie będę musiał z nią porozmawiać i to na poważnie.
— Nie jestem szalona, prawda? — załkała w moje ramię. Pokręciłem głową i odpowiedziałem w jej pachnące włosy:
— Nie, Liz. Nie jesteś.



Siedziałam bez ruchu od dobrej pół godziny i wpatrywałam się w papiery, które zdobyliśmy w zakładzie. W mojej głowie panował bałagan. Musiałam go posprzątać. Musiałam w końcu powiedzieć mu to, czego się dowiedziałam. To nie będzie przyjemne dla nas obojga. Ale musiałam to zrobić. W końcu po to tu przyjechałam.
Dwa dni temu Leo opowiedział mi ze szczegółami to, co wyznała mu Lisette. Siedziałam naprzeciw niego, ale wzrok miałam utkwiony w kwiatkach, które postawiłam na parapecie. Od dziecka lubiłam rośliny. Uwielbiałam się wylegiwać na miękkiej, puszystej trawie i zbierać kwiatki, by później robić z nich wianek dla taty i psa. Ale nigdy nie pomyślałam bym, że mogę być córką Demeter. Może dlatego, że do siedemnastego roku życia mity były tylko mitami. Bredniami, które były ci potrzebne tylko po to, by zdać do następnej klasy. Dziedzictwo kulturowe. Jasne. Nadal nie wierzyłam w bogów przez duże B. Istnieli. Widziałam ich. Byłam córką, do cholery, jednej z najstarszych bogiń. Ale nie czułam się herosem w żadnym milimetrze swojej skóry.
Słuchałam uważnie słów chłopaka, który dodał pod koniec "I lepiej, żeby ci to było potrzebne do szczęścia". Puściłam ten fragment mimo uszu, nie będąc zła na chłopaka. Oczywiście, że był wściekły, bo Lisette cierpiała, opowiadając o przeszłości. Ja też cierpię, gdy wspominam swoich znajomych, którzy polegli w II Wojnie Trojańskiej. Ale ja za każdym razem zaciskam zęby. Tym razem też tak zrobiłam. "Na pewno będzie", odpowiedziałam, a Leo po chwili wyszedł.
Drzwi uchyliły się lekko i do pomieszczenia wszedł człowiek, o którym właśnie myślałam. Spojrzał na bałagan, który wokół mnie panował. Gdy miałam za dużo spraw lub myśli, zawsze miałam bałagan w miejscu, gdzie pracowałam. Najczęściej był to pokój, więc tata stawiał mnie do pionu: "Mackenzie, na litość boską, wyrzuć śmieci!".
— Po co chciałaś mnie widzieć?
Podniosłam nieco roztargniony i rozgorączkowany wzrok. Leo przyglądał mi się z rezerwą. Czułam, że będę chora. Od kilku dni źle spałam, moje ciało szybko się męczyło i nie potrafiło się zdecydować, czy jest głodne czy nie. Zazwyczaj kończyło się to mdłościami z powodu przejedzenia bądź uczuciem ssania w żołądku z głodu. Wiedziałam też, że byłam blada. A zawsze, gdy choć trochę się stresowałam, moje policzki były zaróżowione.
— Usiądź — powiedziałam cicho. Chłopak posłusznie to zrobił. — Mamy problem. Duży problem.
Podałam mu plik papierów. Nieufnym wzrokiem spoglądał to na mnie, to na nie, ale koniec końców je wziął. Zaczął kartkować, a ja stwierdziłam, że nie mogę pozwolić uczuciom dojść do głosu. Inaczej bym się załamała. Głos zacząłby mi się trząść. Przywołałam więc daleko pogrzebane zasoby siły i starałam się zamaskować zmęczenie oraz strach. Prawie tak samo, jak podczas przyjęć z bogami w bardzo bogatym dworze...
— Lisette opowiadała ci dużo o swoim pobycie w zakładzie. Sądzę, że nie kłamała. Była szczera z tobą i ze sobą. Ale to bez znaczenia. Rzeczywistość wyglądała inaczej.
Podniosłam jedna z notatek, wygłaszając wszystko cichym i monotonnym głosem:
— Dostawała prochy trzy razy dziennie. Mówiła ci, że je przyjmowała bez kręcenia nosem. Z raportów wynika coś innego. Znajdowano pochowane tabletki pod materacem. Dziewczyna zazwyczaj odwracała się i udając, że łyka tabletki, a wrzucała je za dekolt. — Zrobiłam pauzę, czekając na reakcję ze strony Leona, ten jednak uparcie milczał. — Była obserwowana dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rozmawiała sama ze sobą. Mówiła, że w ostatni dzień psychiatra groził jej nożem. Myślę, że to nie był nóż, najwyżej długopis. A przy krześle nie zauważyłam żadnych łańcuchów. To ostatnie nagranie z sesji, na której była, zanim ją uwolniłeś.
Nachyliłam się nad starym odtwarzaczu kaset, który zdobyła dla mnie Iris i kliknęłam PLAY. Chwilę słyszeliśmy tylko szumy, a po chwili męski głos rozpoczął.

31 marzec 2016 rok. Godzina dziewiąta dziesięć. Pacjentka: Lisette Marie Evans. Lat osiemnaście. Poprzednia sesja 25 marca 2016 roku. Psychiatra John Waters.

Po chwili znów rozległy się trzaski. W końcu rozpoczęła się sesja.
— Dzień dobry, Lisette. Jak się czujesz? — Do moich uszu dobieg przyjemny i ciepły głos. Nastąpiła chwila przerwy.
— Wspaniale. — To była Lisette. Jej głos nie był cichy i delikatny, taki, jakim posługiwała się na co dzień. Był lekko zachrypnięty, jakby warczała przez zaciśnięte zęby. Niemal widziałam, jak wbija paznokcie we wewnętrzną stronę dłoni.
— Jak się czujesz po zmianie leków? Mają na ciebie jakiś inny wpływ?
— Czy nie może pan najzwyczajniej w świecie spytać, czy głosy umilkły? — warknęła dziewczyna niezbyt miło. Obracałam w palcach długopis, patrząc się pustym wzrokiem w okno. Minęła chwila.
— Czy głosy umilkły?
— Nie. I czemu mówi to pan tak, jakbym oszalała? Nie jestem szalona.
— Oczywiście. Jesteś tylko nieco zagubiona.
Po tej wymianie zdań mój uszy zarejestrowały odgłos wsuwanej szuflady. Tej samej, którą odsuwałam w poszukiwaniu dowodów. Wsłuchiwałam się dokładnie w każdy dźwięk na nagraniu, choć od kilku dni odtwarzałam ją na okrągło i znałam każde słowo na pamieć.
— Powiedz mi, co widzisz na obrazkach.
Znów cisza.
— Atrament — powiedziała pacjentka, lekceważąco i z wyższością.
— Ale jaki ma kształt? Co ci przypomina?
— Nic mi nie przypomina. To zwykły kleks.
Wciągnęłam głośno powietrze przez nos. Leo rzucił mi szybkie spojrzenia i dalej wpatrywał się w odtwarzać. Poczułam, że moje ściany, które miały być nieugięte, zaczęły się powoli kruszyć.
— Czy choć raz mogłabyś współpracować, Lisette? — powiedział lekarz, nieco wytrącony z równowagi. — Jesteś chora. Potrzebujesz pomocy. Z tego, co mówisz, jesteś świadoma zagrożenia a jednak nie robisz nic, kompletnie nic, by to zatrzymać.
— Dlatego, że mnie tutaj trzymacie, choć nie jestem szalona. — Cichy i nienawistny głosik wysyczał z małych głośników. Czekałam cierpliwie.
— Oczywiście, że jesteś! — warknął jej psychiatra. — Zamordowałaś swoich rodziców, Lisette. Nikt normalny by tego nie zrobił.
Usłyszałam cichy pomruk i dźwięki, jakby ktoś czymś stukał. Obracałam długopis w palcach coraz szybciej.
— Co ty wyprawiasz? — spytał zaniepokojony głos. Znów odgłosy szarpaniny, a później hałas, który poinformował mnie, że Lisette kopnęła w telefon stacjonarny, który spadł na podłogę i rozbił się z okropnym hukiem. Doktor krzyknął jej imię, ale jego pacjentka miała to głęboko w poważaniu. Nadal szarpała się, warcząc. Po chwili zapadła cisza.
— Nigdy stąd nie wyjdziesz — powiedział doktor spokojnym głosem. — Jesteś zagrożeniem dla siebie i społeczeństwa. Pogódź się z tym.
— To nie moja wina — powiedziała Lisette zupełnie innym tonem, niemal takim, jaki znałam. — To one siedzą w mojej głowie. To one mnie zmuszają. To nie jest moja wina.
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, odgłosy szamotaniny. Wyłapałam między wrzaskami Lisette, jak jeden strażnik mówi do drugiego, by odpiął rzemyk od swojej strony. To były jej łańcuchy. Widziała kajdany, niemal jak w horrorze, które nigdy nie istniały.
— Zostawcie mnie! — wrzeszczała blondynka w wniebogłosy, piskliwym i ostrym tonem. — Nie jestem szalona!
— Dajcie jej coś na uspokojenie! — przekrzyczał ją psychiatra. Po czym Lisette splunęła w jego stronę i warknęła nienawistnym tonem.
— Dupek!
Nagranie się skończyło. Taśma chodziła jeszcze chwilę, zanim ucichła na dobre. Pomiędzy nami zawisła cisza. Musiałam się pozbierać. Oderwałam wzrok od okna, gdzie liście roślin doniczkowym kołysały się na lekkim wietrze. Podniosłam kartkę, którą uprzednio przygotowałam. Stwierdziłam, że najlepiej przeprowadzić to metodą szybkiego odrywania plastra. Będzie bardzo bolało tylko przez chwilę. A potem tylko nieprzyjemne szczypanie i uczucie dyskomfortu.
— Lisette Marie Evans zachowywała się agresywnie, podchodziła do wydawanych jej poleceń lekceważąco, splunęła w stronę psychologa, rozbiła telefon stacjonarny. Podano jej dużą dawką leków usypiających. Przed zaśnięciem rozmawiała sama ze sobą.
Przeczytałam cicho i szybko niektóre zdania, które wyłapałam z raportu. Dopiero teraz podniosłam głowę i spojrzałam na Leona. Wpatrywał się pustym wzrokiem w moje biurko, nie reagując na moje słowa. Po prostu tam był. Położyłam kartkę na biurku i odsunęłam krzesło. Moje mury właśnie upadły z wielkim hukiem. Nie mogłam na niego patrzeć w tym stanie. Bez choćby cienia nadziei w tych niegdyś szalonych oczach. Okrążyłam mebel i usiadłam na podłodze, łapiąc go za dłoń. Nawet się nie poruszył, nadal mnie ignorując.
— Leo, spójrz na mnie — prosiłam cicho. Ani drgnął. — Pomożemy jej. Teraz już rozumiemy większość rzeczy. Jedyne, co muszę zrobić, znaleźć jej stary adres zamieszkania. Może tam są wskazówki, kto jest jej boskim rodzicem. Wszystko się ułoży.
— Jak długo podejrzewałaś, że nagina rzeczywistość?— spytał po chwili pustym tonem. Zwilżyłam wargi.
— Jakiś czas. I dlatego chciałam, byś z nią porozmawiał. Inaczej to by była tylko teza, którą... Zresztą, to się nie liczy. Zdaje mi się, że Lisette jest tłumiona przez Mgłę. Tak jak ja, jest na pewien sposób tłumiona. Mnie matka chciała odciągnąć od świata herosów do pewnego czasu. Ona nigdy nie miała być mu pokazana. Coś zniekształca jej pogląd na świat, zmienia jej zachowanie. Wspomnienia. I nie mam pojęcia, co to takiego jest. Ale razem się tego dowiemy. Przysięgam.
Leo milczał.
— Nigdy cię nie okłamała — podjęłam kolejną próbę i powiedziałam coś, co wyrzucałam sobie każdego dnia. — Nie była taka jak ja. Ona jest szczera. I gdzieś tam, naprawdę jest sobą. Trzeba tylko wypędzić to coś z jej głowy. Rozwiać Mgłę. Obiecuję ci, że zrobię co w mojej mocy, by dowiedzieć się, jak. I tym razem dotrzymam danego słowa.
Leo tylko przymknął oczy. Postanowiłam, że dam mu spokój. Ja sama potrzebowałam czasu, by to zaakceptować. Poskładać w całość porozrzucane w aktach informacje. Lisette nie była szalona. To coś w jej głowie było szalone. I jej boski rodzić, kimkolwiek on jest.
— Zostawię cię teraz, dobrze? Będziesz mógł to przemyśleć na spokojnie, poczytać to, co jest w aktach. Gdybyś mnie potrzebował, będę w salonie.
I potem mi odbiło. Głos taty rozniósł się echem po mojej głowie. Bądź dla niego oparciem, którego nie miał, gdy cały obóz nienawidził go za śmierć tysiąca, a ty siedziałaś zamknięta na cały świat w swoim pokoju. Położyłam zimną rękę na lewym policzku chłopaka, a na drugi złożyłam ciepły pocałunek. To było muśnięciem warami, wmawiałam sobie, zamykając za sobą drzwi do gabinetu. Prawie słyszałam, jak Sharmila się śmieje z mojej logiki na drugim końcu miasta. Nie wiem, czy słowa taty odnosiły się do całowania. Po policzkach, ale jednak.
Westchnęłam, czując znużenie. Tylko kawa mogła mnie uratować.



Nie mam nic ciekawego do napisania.Szybko mi te tygodnie lecą. I kończę pisać te fanfiction. Co będzie dalej, powiem wam jakiś miesiąc przed zakończeniem.

Za tydzień będzie Sharmila. Nie mogę się jej doczekać. Ta dziewczyna to złoto i diamenty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis