sobota, 25 marca 2017

Rozdział XXXVIII - Emma




Przez pierwsze dwa dni myślałem, że jest chora.
Chyba wszyscy zauważyli, że nie zachowuje się tak, jak zazwyczaj. Roztaczała wokół siebie aurę ciepła, w której każdy z nas miał ochotę choć trochę się ogrzać.
To tak właśnie działało. Znałem jej wady. Wiedziałem, że potrafi być fałszywa i kłamliwa. Potrafiła zranić człowieka jednym spojrzeniem lub gestem. Zrobiła to przecież tak wiele razy. Przepraszała, obiecywała poprawę, a później nie dotrzymywała słowa. Ale jedno jej życzliwe spojrzenie, usta rozciągnięte w uśmiechu bądź nawet dotknięcie grzbietu mojej dłoni opuszkami palców sprawiało, że zapominałem. Pogrążałem się w zapomnieniu jakbym pływał w rzece Lete. Nie potrafiłem wyzwolić się z jej wpływu i nawet tego nie chciałem. Nieświadomość była dobra. A teraz w jej oczach na powrót zapaliły się ogniki, jakby dbała tylko o chwilę, bo w następnej godzinie może jej zabraknąć.
Teraz, widząc ją kręcącą się wokół i tańczącą przy ognisku, musiałem coś sprawdzić. Gdy tylko piosenka się skończyła i zaczęły się oklaski, pomieszane z życzeniami o następny utwór, chwyciłem ją za nadgarstek i unieruchomiłem. Z poważną miną przyłożyłem ciepłą dłoń do jej czoła.
— Leo, co ty wyprawiasz? — spytała Mackenzie z uśmiechem na ustach i nutką ciekawości w głosie.
— Nie ruszaj się — odpowiedziałem cicho, badając, czy przypadkiem nie ma gorączki. Dziewczyna nie próbowała się wyrwać spod mojego dotyku, ani nie odwróciła wzroku.
—Jeśli chciałeś sobie pomacać moje czoło, wystarczyło poprosić — zażartowała wesoło. Uśmiechnąłem się słabo i odsunąłem się od niej, przerywając dotyk.
— Za dużo marzysz, mała — odparłem z powagą.
— Gdzie jest Lisette? — spytała Mackenzie, rozglądając się dookoła. — Nie widziałam jej.
— Źle się czuła.
To była prawda. Od jakiś dwóch dni Lisette nie czuła się na siłach wyjść z pokoju. Leżała z pustym wzrokiem wpatrzona w okno. Nie wiedziałem, jak jej pomóc. Czy to były jeden z tych dni, w których dziewczyny miały swoje humorki? Nie zamierzałem ją wyciągać na siłę z tego stanu. Z doświadczenia wiem, że dziewczyny tego nie lubią. Gdy ma się kilkadziesiąt sióstr, człowiek szybko uczy się na błędach. Jednak Lisette, taka cicha i bez iskry życia w swoich niezwykłych oczach, zdawała się być wyblakłą, starą fotografią. Jej melancholijna postawa udzielała się wtedy i mi. Ale tylko do momentu, gdy natykałem się na Mackenzie z kubkiem kawy w ręku, która rozpromieniała się na mój widok. Było to miłą odmianą po tych wszystkich porankach, gdy widziałem jej twarz spiętą i z sińcami pod oczami, umiejętnie zakrywanych cienką warstwą podkładu. I nie zamierzałem pytać o nagłą zmianę nastrojów brunetki. Było mi z tym dobrze. Bardzo dobrze.
Potem znalazłem ją czytającą książkę pod drzewem, gdzie spędziliśmy dużo czasu podczas pierwszego miesiąca pobytu Mackenzie w obozie. Jej usta poruszały się od czasu do czasu, próbując wymówić co trudniejsze wyrazy, z którymi wciąż miła trudność. Nieraz Juliet musiała dokończać za nią zdanie, gdyż Kenzie nie potrafiła znaleźć brzmienia brakujących sylab. Usiadłem obok niej, a ona nawet nie drgnęła, gdy zacząłem się jej przyglądać. Od zmarszczonego lekko czoła, ściągniętych brwi i zmrożonych oczu, po łagodną linię jej ust i podbródka.
— A jeśli to są ejdolony?—wypaliła ni stąd ni zowąd, nadal patrząc się na białe stronice książki. — Jeśli to one siedzą w jej głowie?
Pokręciłem głową. Już wiele razy zastanawiałem się nad tą kwestią. Jednak każda sesja, dy usiłowałem myśleć, nadal prowadziła do ciemnego punktu. Nicości.
— Może i na to by wyglądało. Ona też widzi, że coś robi i nie potrafi tego powstrzymać. Ale ejdolony nie zniekształcają rzeczywistości. Nie sprawiają, że widzisz potwory, których nie ma. Ani, że słyszysz głosy. I masz złote oczy. Wiem, jak to jest być opętanym przez ejdolona. I jestem pewny, że to nie ich sprawka.
Mackenzie położyła książkę, którą czytała na swojej piersi i złożyła dłonie na brzuchu. Spojrzała na mnie, a złote plamki błysnęły w jej tęczówkach jak zaginiony skarb. Jej usta rozciągnęły się w leniwym uśmiechu.
— Czy muszę wiedzieć o tobie jeszcze coś niepokojącego, prócz tego, że nie lubisz słonecznika i byłeś pod wpływem ejdolona?
Uśmiechnąłem się zawadiacko i pstryknąłem ją w nos. Ta zmarszczyła się na ten czuły gest i próbowała uderzyć mnie w dłoń, lecz byłem dla niej zbyt szybki. Wybuchnąłem śmiechem, widząc, jak dąsa się jak małe dziecko.
— Mam chorobę lokomocyjną i nienawidzę ajaksu. To chyba tyle — opowiedziałem z powagą. Mackenzie wpatrywała się we mnie z ustami rozchylonymi, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. Miałem ochotę zamknąć te słowa, które miały zaraz paść z jej warg w pocałunku. Zamienić wyraz zdziwienia moją wypowiedzią w reakcję na mój czyn. Towarzyszyć słońcu w muskaniu jej policzka złotym promieniem. Tęsknota za nią, za smakiem jej ust i uśmiechem, spijanym przeze mnie z jej warg, wybuchnęła w mojej piersi nagłym płomieniem, którego nie potrafiłem kontrolować. Ona jednak nie była świadoma bitwy rozegranej w mojej głowie. Zacisnąłem tyko wargi i najbardziej zabawowo, jak potrafiłem, spytałem: — Co?
— Nic — odpowiedziała, zamykając powieki. — Zupełnie nic.




Lisette w końcu dała się namówić na spacer. Była jednak obecna fizycznie, nie duchowo. Jej myśli krążyły nie wokół letniego słońca i morskiej bryzy. Była zbyt daleko, bym mógł ją dosięgnąć. Jej oczy zasnuły się mgłą, której nie potrafiłem rozwiać. I cisza. Ciężka cisza, której nigdy nie czułem w jej obecności. Lisette zmieniła się w ciągu jednej nocy, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trwała, zawieszona pomiędzy jawą i snem.
Spacer, który miał mnie odstresować, dodał do mojej listy zmartwień jeszcze jedną pozycję. Odprowadziłem Liz do jej pokoju i poszedłem do kuchni. Nie miałem pojęcia, czemu. Wszystkie drogi prowadzą do kuchni. Po chwili namysłu zrobiłem sobie kawę i skierowałem się do salonu. Mackenzie siedziała tam, zatopiona w lekturze książki. Czytała o bogach. Szukała powiązań pomiędzy moją złotowłosą przyjaciółką a greckimi bóstwami. Prosiłem ją, by dała sobie spokój, bo to bezowocne poszukiwania. Ona jednak nie dawała za wygraną i co chwilę sięgała po nowe pozycję, szybko przeczytawszy poprzednią. Jej tempo było zastraszające, biorąc pod uwagę dysekcję i ADHD. Nie zdążyłem nawet otworzyć ust, by się przywitać, bo na scenę wparowała młodsza siostra Mackenzie.
Emma była najbardziej bezpośrednią i szczerą osobą jaką poznałem, a miała tylko osiem lat. Jej nieco pucowaną buzię okalały brązowe loki, nadając jej wygląd małego cherubinka, choć jej natura nie była bynajmniej anielska. Oczy koloru orzechów laskowych były niesamowicie inteligentne i przebiegłe. Bogowie mi światkiem, że musiała to być wykapana mamusia. Tego wzroku nie da się pomylić z nikim innym. Cała Demeter.
— Cześć — krzyknęła gwałtownie, wpadając na mnie. Prawie rozlałem kawę na jej małą głowę, ale ta najwyraźniej się tym nie przejęła. Jej pierś falowała szybko. Musiała biegnąć przez całą drogę.
Mackenzie podniosła swój nieco nieobecny wzrok. Uśmiechnęła się ciepło, tak jak matka uśmiecha się do swojego jedynego dziecka pod koniec ciężkiego dnia pracy.
— Cześć Emma. Co ty tu robisz?
Dziewczynka w tym czasie była zajęta wodzeniem wzrokiem to do mnie, to do swojej siostry. Jej usta rozciągnęły się w uśmiechu. Gdyby szczeniaki potrafiły się uśmiechać na widok kapcia swojego pana, zapewne wyglądałyby jak mała Emma.
— Juliet poprosiła mnie, bym przyniosła raport do Iris — odpowiedziała, wypinając swoją pierś i pokazując nam białą teczkę. — Chciała wysłać Franka, ale się nie zgodziłam. Powiedziałam, że zrobię to szybciej i z większą klasą. A ty? Chciałabyś się z nami pobawić? Będziemy grać w berka jak tylko wrócę.
Coś w pogodnym spojrzeniu Mackenzie się zmieniło. Zgarbiła się nieco, jakby było jej zimno i oparła bronę na swojej dłoni. Dopiero po chwili odrzekła.
— Chętnie, ale może później. Nie mam teraz czasu, Em.
— No to poproszę Lizzy — odpowiedziała niewzruszona odmową dziewczynka i pognała do gabinetu Iris.
Mackenzie zacisnęła usta w wąską linie i podążała wzrokiem za swoją małą siostra. Po chwili powróciła dalej do czytania. Przez chwilę stałem i po prostu się na nią patrzyłem. Zmarszczyłem brwi, bo teraz zachowała się nietypowo. Przy swoim rodzeństwie zawsze sprawiała wrażenie wypoczętej i gotowej do działania. To był pierwszy raz, gdy odtrąciła któreś z nich: brata bądź siostrę.
— Czemu się nie zgodziłaś, Kenz?— spytałem, kładąc kubek z gorącą kawą na niskim stoliku. Mackenzie w tej samej chwili włożyła ręcznie zrobioną zakładkę do książki i wstała, podchodząc do regału. Iris umieściła go tu, by mogliśmy się edukować. Dziewczyna odwróciła się do niego, ignorując całkowicie moje pytanie. Nie dałem za wygraną.
— Mackenzie...? — zagadnąłem, ale ona dalej milczała, wpatrując się w grzbiety książek. — Hej, ziemia do Atkonson.
— Przestań, Leo — odezwała się cicho. — Nie.
Chwyciłem ją za ramiona i delikatnie odwróciłem w moją stronę. Nie stawiała oporu, lecz celowo unikała mojego wzroku, nawet gdy chwyciłem ją za brodę i ostrożnie chciałem ją do tego zmusić.
— Mała — zacząłem miękko. Dziewczyna skrzyżowała ramiona na piersi, dając tym samym do zrozumienia, że zamyka się w sobie. To był gest, który poznałem cztery lata temu. — Widzę, że coś się dzieje, a ty nie chcesz mi powiedzieć. Mieliśmy być dla siebie szczerzy, pamiętasz?
— I wnioskujesz to po tym, że odmówiłam udziału w jakiejś głupiej zabawie? — mruknęła poirytowana, patrząc się w podłogę.
— Spójrz na mnie — poprosiłem. Nie zareagowała. — Ej, terco margarita*, oczy mam wyżej.
Powoli, bardzo powoli, podniosła głowę i spojrzała na mnie. Dostrzegłem w jej tęczówkach coś, czego się nie spodziewałem. Myślałem, że Kenz nie chce wpakować się z butami w opiekę i zabawę z dziećmi, bo to była działka Lisette, jednocześnie będąc z tego powodu zazdrosna. Sam sobie miałem ochotę przywalić za to, że wziąłem ją za tak płytką i powierzchowną osobę. To było zupełnie coś innego.
— Czego się boisz?— spytałem cicho i łagodnie, jakby była przerażoną pięciolatką.
— Leo, co ty do licha...
— Odpowiedź — przerwałem jej zdecydowanym tonem. Po chwili ciężkiej ciszy, zauważyłem, że w jej oczach gromadzą się łzy. I wtedy zrozumiałem. Rana, zadana tyle lat temu, wciąż krwawiła.
— Czemu ty zawsze musisz to robić? — warknęła wściekła, choć w środku powoli rozpadała się na małe kawałeczki. — Zmuszasz mnie, bym coś powiedziała, a ja wcale tego nie chce, bo nie jestem gotowa. Trzymasz mnie pod presją i nie dajesz cholernego wyboru.
Zepchnąłem ta uwagę w głąb świadomości. To był jej sposób, by się bronić. Atakowała i próbowała zranić, by odciągnąć uwagę od swojego bólu. A teraz nie skupialiśmy się na mnie, bo ona była ważniejsza. Nawet, jeśli miała trochę racji i mogłem odeprzeć jej atak. Nie zrobiłem tego.
— Chodzi o Troian. Wciąż nie możesz sobie poradzić z jej stratą — odgadłem bez problemu.
Mackenzie milczała. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Ale ona się tym nie przejęła i wciąż nie zrywała kontaktu wzrokowego.
— A ty byś mógł? — powiedziała cicho.— Byłam za nią odpowiedzialna. Była moją małą, pięcioletnią siostrzyczką o której zawsze marzyłam. Pokochałam ją od razu, a ona tylko przy mnie potrafiła się otworzyć. Plotła mi warkocza z włosów , a pięć minut później była martwa. I to dlatego, że byłam zbyt słaba i niezdarna, by ją obronić. Zginęła przeze mnie.
— To nie jest powód, by odtrącać od siebie Emmę — odpowiedziałem delikatnie udając, że jej wyznanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. — To, co było, już nie wróci. Nie będzie więcej wojen w której weźmiemy udział.
— Skąd możesz to wiedzieć? — odpowiedziała szeptem pełnym bólu. — Nie chcę znów pokochać, by znów nie musieć się leczyć. Ale do cholery nie potrafię. Nie potrafię rozkazać sobie, by nie dążyć jej sympatią. Nie potrafię rozkazać sercu, by przestało kochać. Jeśli znów mam radzić sobie ze stratą sama, tak jak w przypadku Troian, wolę trzymać się od wszystkich z daleka.
— Mackenzie — zacząłem cicho, ścierając słona łzę płynąca jej zaróżowiałym policzkiem. — Nigdy z żadną stratą czy raną nie będziesz sama. Masz mnie.
Ostatnie słowo wyszeptałam cicho w jej usta i po chwili wahania, czy przypadkiem mnie nie odetchnie, pocałowałem ją.
To było zupełnie coś innego niż oboje doświadczyliśmy wcześniej. Nie było tu ognia czy skrywanych emocji, które wybuchają niczym fajerwerki na nocnym niebie. Pocałunek był melancholijny, słodko-gorzki jak cynamon, którym smakowały jej usta. Mackenzie na początku trzymała się z dystansem, ale po chwili lodowata powłoka, która się otoczyła, zaczęła topnieć. Zrobiła mały krok w moją stronę i poczułem niemalże nieśmiały dotyk jej palców na moich policzkach. Przytuliłem ją obejmując w pasie i przyciągając do siebie jeszcze bliżej, całkowicie eliminując dystans pomiędzy naszymi ciałami. Wsunąłem dłonie pod materiał jej bluzki, zataczając palcami kręgi na jej skórze. Czułem, jak drży pod wpływem mojego dotyku i gdybym otworzył oczy, byłbym pewny, że dostrzegłbym złote pręgi, które zostawiałyby moje opuszki na jej złocistej skórze. Odsunęła się gwałtownie od moich ust, biorąc gwałtowny i głęboki oddech, niczym człowiek, który wynurza się po długim czasie z głębiny morza. Oparła czoło na moim czole. Słyszałem, jak krew szybko tętni w jej żyłach. Czułem, jak szloch zawadniał jej ciałem.
— Nigdy tak naprawdę nie chciałam cię opuścić — wyszeptała. — Żałowałam tej decyzji w tej samej sekundzie, w której ją podjęłam.
— Wiem — odpowiedziałem, po czym jeszcze raz, wolno lecz krótko ją pocałowałem. — Nigdy tak naprawdę nie chciałem pozwolić ci odejść.
Mackenzie, której oczy były przymknięte, teraz na mnie spojrzała. Lśniły one od łez, nadając tym niesamowitym tęczówkom jakieś melancholii. Widziałem w nich ból, który umiejętnie skrywała. Wahanie, czy powiedzieć coś, czego będzie później żałować.
— Jestem tak cholernie zmęczona — wyszeptała drżącym głosem. — Tymi tajemnicami. Tą grą. Nie mam już na to siły. Mam dość wspomnień. A nie potrafię sobie z nimi poradzić. One nie chcą odejść. A ja chce tylko spokoju.
— Ciii — wyszeptałem, przyciskając swoje usta do jej czoła. Rozumiałem ją. I czułem to samo. Te ciągłe znużenie i życie w biegu bez chwili, by wziąć oddech. — Po prostu...
Zamknęła mi usta pocałunkiem. Omiótł mnie zapach jej perfum i cynamonu. Nic się nie liczyło. Tylko jej mokre od łez policzki i stęsknione wargi. Jej bliskość była czymś oszałamiającym. Działa jak morfina: uśmierzała ból i uzależniała od siebie.
Dziecięcy krzyk przywrócił mnie do rzeczywistości. Czułem, jak Mackenzie przerywa pocałunek, ale dopiero po chwili otworzyłem oczy. Zobaczyłem, jak Emma zakrywa sobie usta dłonią i patrzy na nas wielkimi oczyma a obok niej stoi Percy, opierając się o framugę wielkich drzwi od salonu z rozbawionym uśmiechem. Poczułem, jak Mackenzie próbuje się wyrwać z mojego uścisku. Nie pozwoliłem jej na to i cała nasza czwórka pogrążyła się w całkowitej ciszy.
Mała Emma w końcu przypomniała sobie, że należy również oddychać i powoli spojrzała na roześmianego Percy'ego. Już czułem, jak w jej bystrym umyśle kręcą się zębate kółka. Wiedziałem, że za chwilę cały obóz będzie wiedział, jakiej sceny była świadkiem. Chłopak spojrzał na dziewczynkę i próbował udawać poważnego. Złapał ją delikatnie za ramie i powiedział:
— Chodź, Em. Zostawmy dorosłych samym sobie.
Pokierował ją do wyjścia, ale zanim to zrobił, Percy puścił oczko do Mackenzie, a ta zarumieniła się jeszcze bardziej, jeśli byłoby to w ogóle możliwe. Wbrew pozorom, wyszczerzyłem się i spojrzałem na jej zmieszaną minę. Po chwili Kenzie zauważyła mój wzrok, wybuchnęła krótkim śmiechem i złapała mnie za przód koszulki, ponownie przyciągając mnie do siebie i jej warg.



* Uparta stokrotka


Moje powiadomienia na wattpadzie szaleją! Serce mi rośnie, gdy widzę, że czytelników "Alfabetu..." przybywa. Witam na Brokatowej Ciemnej Mocy Lenzie!

Możecie być w lekkim szoku czytając niektóre sceny z Lenzie. Ale PRZYPOMINAM Wam, że oni mają po dwadzieścia jeden lat, obydwoje są zranieni i tęsknią do siebie, stwarzając sobie własnoręcznie granice. Ale spokojnie, nie zamienię tego w kiepski pornol.

To chyba pierwszy raz, jak pisałam pocałunek z perspektywy Leona... Chyba wolę jednak wcielać się w Kenzie i pisać z perspektywy dziewczyny, jeśli chodzi o ten aspekt. Uwielbiam ich sceny. Nawet jak się kłócą. 

Leo, bojący się użyć słowa okres. I tak krążymy wokół "jednych z dni dziewczyn, w których mają ochotę zabić wszystko co oddycha zbyt głośno".

Przeziębiłam się. Wyślijcie mi litry herbatki i ciastka, bo nie byłam chora od września i chyba umieram. Czy tak czują się faceci, jak złapią jakieś choróbsko?

sobota, 18 marca 2017

Rozdział XXXVII - Kąpiel o zapachu jaśminu



Ubrania z cichym szelestem upadły na podłogę.
Najpierw zdjęłam buty. Niemałą trudność sprawiło mi rozplątanie sznurowadeł, ale w końcu ściągnęłam trampki, a zaraz potem skarpetki. Męczyłam się również z zamkiem do spodni, który lubi się zacinać.
Sprawdziłam, czy dobrze zamknęłam drzwi. Niepokoiła mnie kąpiel w Wielkim Domu, ale jedynie tutaj mieli dużą wannę, z której mogli korzystać wszyscy. I tak większość preferowała prysznice, bo były bliżej. I daleko od Lisette. Ja również zaliczam się do tej części, ale Sharmila poleciła mi kąpiel. Lodów orzechowych niestety nie znalazłam.
Ktoś mógłby uznać, że panikuję. Paranoja. Ale po incydencie, gdy blondynka mnie prawie udusiła, nie chciałam się do niej zbliżać. Bałam się, że znów wymknie jej się to z pod kontroli. Jeśli próbowała ją wtedy odzyskać, bo z mojej perspektywy na to nie wyglądało. A miałam dość dobry punkt widokowy, bo zaciskała palce na mojej tchawicy,
Wanna powoli się napełniała się gorącą wodą. Ciężka para zaczęła osiadać na lustrze. Wyszczotkowałam włosy, bo lubiłam to robić przed kąpielą. Teraz, gdy były krótsze, zdecydowanie prościej je było utrzymać w ryzach. Poskładałam swoje ubrania w kostkę i obok wanny położyłam ręcznik. Teraz rozpoczęła się skomplikowana procedura dolewania zimnej wody, by można było się w niej zanurzyć i nie zostać poparzonym drugiego stopnia.
To był ciężki dzień. Do cholery, to były ciężkie dwa miesiące, a nie dzień! Ale ten dał mi szczególnie w kość. Moja głowa była pełna myśli i bolała mnie okropnie. Zanurzyłam najpierw lewą nogę, sprawdzając temperaturę wody. Była prawie idealna. Wpędzałam więc do wanny i westchnęłam z ulgą. Przypomniały mi się baseny, do których siłą wpychały mnie Despojnia i Chrysotemis. Zawsze ubolewały nad stanem mojego "nędznego, śmiertelniczego ciała". Choć pobyt na dworze Demofonta nie był najszczęśliwszym okresem w moim życiu, byłam ciekawa, jak się tam sprawy mają. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. To był ten aspekt życia, który powinien na zawsze zostać zamknięty na kłódkę.
Zamknęłam oczy. Leżenie po szyję w ciepłej wodzie przypominało stan przed zaśnięciem. W głowie miałeś tysiące myśli i każda domagała się chwili uwagi. Daleka przeszłość, dzisiejszy i jutrzejszy dzień i całkowicie fikcyjne zdarzenia, które mogłyby się wydarzyć, gdybyś przezwyciężył nieśmiałość i coś powiedział. Miałam tak każdego wieczora.
Przypomniała mi się rozmowa z Percy'm, którą odbyliśmy podczas spaceru, połączonym z odwiedzinami Mrocznego w stajni. Wszyscy mnie wtedy denerwowali. Nawet chłopak, ale o dziwo, mniej niż pozostali, więc to z nim postanowiłam spędzić kilka chwil. Tym bardziej, że nigdy nie byliśmy za specjalnie blisko. Musiałby siedzieć i czekać na moją odpowiedź napisaną na kartce papieru, a potem rozszyfrować zdanie, pokonując swoją dysekcję i ADHD. Jak widać, nikt nie miał do tego tyle cierpliwości, prócz impulsywnego Leona.
Posprzeczałam się wtedy z Percy'm. Rozmowa zeszła na niebezpieczny temat, którym jest wojna trojańska. Bezsensowna walka, która przyniosła dziesiątki ofiar, a powód był jeszcze głupszy. Percy się ze mną nie zgodził.
— Mylisz się, Kenz. Ta wojna była słuszna. Demeter przesadziła. Możemy robić dla nich wiele. Latać po to, czego im potrzeba na drugi koniec kontynentu. Nawet poświecić życie. Ale hodować własne dziecko, po to, by spędziło wieczność z innym i uratować się od pochopnie złożonej oraz nic nie wartej obietnicy? Nie, to była przesada. I wszyscy się z tym zgadzali. Byłaś naszym małym manifestem, Mackenzie. Buntem przeciwko bogom na tle romantycznym.
Byłam twarzą buntu, niczym Katniss Everdeen twarzą Rebeli. Super. Tylko ona miała faktyczny powód i walczyła, a nie tkwiła zamknięta na kluczyk w wieży, by nie złamała sobie paznokcia.
Ciekawe, jak mają się się tata i Grace? Obiecałam, że pomogę jej wybrać suknię ślubną. Powinnam w najbliższym czasie do niej zadzwonić. Ale najpierw odpocznę, tak, ja zaleciła mi Sharmila.
Czyjeś mocne ręce chwyciły mnie za czubek mojej głowy i zdecydowanym ruchem wepchnęły pod powierzchnie wody. Zdezorientowana, zamknęłam oczy, jakby to miła być gra, zwykła zabawa. Wstrzymałam oddech, nie pozwalając cennemu powietrzu się wymknąć i zmusiłam się do otworzenia powiek. Mętna woda i piana, zaburzyły mój obraz. Detergenty podrażniły moją gałkę oczną, która zaczęła szczypać. Lecz rozpoznam plamę blond włosów.
Zaczęłam się szarpać, rozlewając wokół siebie wodę. Lisette nie przejmowała się nawet tym, że byłam naga. Jej stalowy uścisk tylko się wzmocnił i pchnął mnie tylko dalej w głąb. Uderzyłam głową o dno wanny. Próbowałam się podnieść. Walczyłam, jakbym znajdowała się w otchłaniach ciemnego oceanu, a nie w małej wannie na pierwszym piętrze Wielkiego Domu. Paznokcie Lisette wbiły się w moją szyję, którą podtrzymywała, bym się nie wynurzyła.
Nie byłam w stanie utrzymać dłużej oddechu. Moje ciało domagało się tlenu, pragnęło odetchnąć świeżym powietrzem. Choć wrzeszczałam w myślach, by moje płuca tego nie robiły, było już za późno.
Do mojego gardła wlała się woda. Próbowałam ją wypluć, jednak nic z tego nie wyszło. Wdzierała się ona przez usta i nos. Spanikowana, zaczęłam ją połykać. Niemiły posmak pozostał w moich ustach. Pewnie bym się skrzywiła, gdym nie była tak przerażona. Nie przestawałam walczyć. Chciałam się wydostać na powierzchnie. Połknęłam kolejny łyk wody. Następny. I piłam, jakbym była spragnionym wędrowcem, kroczących od świtu do zmierzchu przez pustynie.
Miałam ochotę szlochać. W mojej głowie pojawiła się myśl, że zapewne nikt mi już nie pomoże. Szarpię się rozpaczliwie, niczym ryba złapana na przynętę. Pełna nadziei, że jednak przeżyję, choć mój los jest przesądzony. Mój żołądek wypełniał się wodą.
Leo nie przybędzie z odsieczą. Jest w Bunkrze, razem z rodzeństwem.
Powierzchnia wody zaczęła się oddalać. Moje ruchy były powolniejsze, bardziej ospałe, niż powinny być. Zmuszałam się do wysiłku. Chciałam wypłynąć. Jednak zanurzałam się coraz głębiej i głębiej. Biała woda otoczyła mnie z każdej strony. Już nie czułam jej jaśminowego zapachu.
Światło, światło było tak daleko... Nie dążyłam się nawet z nimi pożegnać... Oh, tak, pan Schmitt miał zupełną rację. Zachowujemy się tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
Moje palce próbowały sięgnąć krawędzi. Moje stopy poruszały się wolno...
Przymknęłam oczy i pozwoliłam białej wodzie o zapachu jaśminu mnie...


Czemu ja to robiłam?
Widziałam jej ciemne włosy, kłębiące się wokół głowy. Czułam słabnący uścisk na swoim nadgarstku. Jednak to było jak film, który oglądałam, siedząc na łóżko. Czułam emocje. Widziałam obrazy. Jedna to nie dotyczyło mnie. To było wymyślone. To nie działo się naprawdę.
Dlaczego więc to robiłam?
Budziłam się jakby z długiego snu. Jakbym miała otwarte oczy na lekcji, ale jednak nie słuchała nauczyciela. Jakbym prowadziła samochód w mlecznobiałej mgle i dopiero teraz wpadła na to, by włączyć światła przeciwmgielne.
Jej ręka wślizgnęła się pod powierzchnie wody.
Próbowałam zabrać swoją dłoń. Zaciskała się na gardle mojej ofiary, jakby dostała skurczu. Próbowałam ją rozluźnić. To przecież była moja dłoń. Mięśnie powoli przestały stawiać opór. Wyciągnęłam rękę z pachnącej jaśminem wody. I stałam tak, patrząc, jak mętnieje.
I dotarło do mnie, co zrobiłam.
Cofnęłam się przerażona, ślizgając się na mokrej posadzce. Gwałtowne wdechy i wydechy. Moje myśli były burzą, oszalałym żywiołem. Ryk fal, grzmot pioruna, zawodzenie wiatru. Wszystko rozłupywało moją głowę na pół. I strach, paniczny strach, duszący w gardle.
Wypadłam z łazienki, nie oglądając się, czy Mackenzie Atkinson się wynurzyła.




Ciemne palce zacisnęły się na mojej otępiałej duszy i brutalnie nią szarpnęły. Pokręciła ona głową, odmawiając posłuszeństwa. Unosząc się w słodkawej wodzie, jakbym płynęła nurtem nirwany. Ciepły prąd opływał moje zmysły. Cudowne uczucie.
Paznokcie zjawy wbiły się w moje jestestwo i wydarły z otchłani szczęścia. Porwały w górę, z zawrotną szybkością i brutalnością. Cały ból powrócił.
Zaczęłam wymiotować. Ktoś posunął mi przed nos małe wiaderko. Nie dbałam o to. Moje instynkty przejęły kontrole. Moje ciało pozbywało się toksyn. Cała wypita woda została zwrócona. Dopiero, gdy mój żołądek został oczyszczony, podniosłam wzrok tak mętny jak woda, w której prawie zginęłam. Obraz był rozmyty, lecz z każdą długą chwilą się wyostrzał. Mózg znów zaczął zbierać informacje i je analizować.
Leżałam na mokrych i chłodnych płytkach w łazience. Ktoś przykrył mnie dużym, szorstkim ręcznikiem. Jakby fakt, czy ratowanie mnie nagą czy nie, miał jakieś znaczenie. Dziwne, ale te dwie rzeczy zwróciły najpierw moją uwagę: zimna i twarda podłoga oraz kawałek materiału.
Piper McLean spojrzała na mnie. Przedtem musiała odwrócić głowę, bym nieskrępowana niczym mogła opróżnić żołądek. Na jej twarzy malowało się przerażenie i zniesmaczenie. Policzki miała mokre, nie wiedziałam tylko, czy od łez, czy od wody.
— Nie oddychałaś — powiedziała cicho, drżącym z emocji głosem. — Twoje serce biło tak cicho i wolno... Myślałam, że się nie obudzisz. Nektar nie chciał działać.
Spojrzałam na małe przedmioty, które dopiero co zauważyłam. Wielka butelka ze złocistym napojem leżała prawie opróżniona obok dość sporej strzykawki. Piper musiała wprowadzić do mojego krwiobiegu ratującą życie substancję, gdyż nie była w stanie mnie zmusić, bym ją wypiła. Cudem wyrwała mnie spod bram niebieskich i wznowiła oddychanie. Teraz siedziała obok moich kolan, podciągając nosem. Próbowałam się podnieść do pozycji siedzącej, lecz znów mnie zemdliło. Wyrzuciłam z siebie kolejną porcję wody, choć byłam pewna, że całej jej się pozbyłam.
— Gdyby nie byłoby przeciągu i wiatr nie zbiłby wazonu na korytarzu, nie znalazłabym cię —zaczęła Piper, gdy tylko skończyłam wymiotować. Pomogła mi usiąść na zimnych płytkach i zarzuciła na mnie jeszcze jeden ręcznik. — Jak tylko upewnię się, że dobrze się czujesz, pójdę po Leona.
— Nie— wychrypiałam i położyłam mokrą dłoń na jej palcach. — Nic mi nie będzie.
— Przecież prawie się utopiłaś! — wyrzuciła przez zęby Piper. — Co się stało?
— Musiałam zasnąć — odpowiedziałam po chwili milczenia. — Byłam zmęczona. Nie powinnam brać kąpieli. Zrobiło mi się ciepło i zasnęłam.
Oczy brunetki się zaszkliły. Zaczęłam drżeć pod cienkim ręcznikiem.
— Nie ma sensu mówić o tym Leonowi — kontynuowałam słabym głosem, po czym na nią spojrzałam. — Nie mów mu, Piper. To go tylko zmartwi. Nic takiego się nie stało...
— To mój przyjaciel— zaczęła oponować dziewczyna. Posłałam jej powłóczyste spojrzenie.
— Wiem. Jeśli coś będzie się ze mą działo, powiesz mu. Ale trzymaj to w tajemnicy. Obiecaj mi Piper. Proszę. To dla jego dobra.
Dziewczyna przyglądała się mi czujnie. Musiałam wyglądać komicznie z sinymi ustami, bladą cerą, mokrymi włosami przylepionymi do szyi i wyłupiastymi oczyma. Po chwili ta kiwnęła głową.
Przed oczyma mignęła mi zamazana, blond włosa plama. Czemu nie było jej tutaj, gdy zjawiła się Piper? Czemu jej piękne, długie palce nie dokończyły swego dzieła?
Jednego byłam pewna. Niezależnie od wyniku tej sprawy, musiałam milczeć. Uśmiechać się do niej i udawać, że nigdy nie podniosła na mnie ręki. Śmiać się razem z nią, być w jednym pokoju, siedzieć na tej samej ławce podczas ogniska. Grać. Grać w tej nędznej sztuce z niskim budżetem. I nie dać się przyłapać na dźwiękach fałszu. To jak komponowanie muzyki.
Lisette nie była moim priorytetem, który chciałam ocalić. Ta dziewczyna obchodziła mnie tyle, ile zeszłoroczny śnieg. Musiałam chronić Leona. Nie mogłam podburzyć jego wiary w Lisette. To złamałoby mu serce. Straciłby wszystko, na co tak ciężko pracował przez ostatnie kilka miesięcy. Nie mogłam mu tego zrobić, choć nie lubiłam Lisette. Jedno moje słowo mogło sprawić, by ona odeszła. Mogłam się jej pozbyć, mając Piper na świadka. Zarzekłabym się przed swoim Bogiem oraz greckimi i rzymskimi bóstwami. Lecz wybrałam kłamstwo. Kolejną komplikację życia, byleby uchronić ukochaną osobę. Zacząć grać zupełnie inną melodię, tak jak trzy lata wcześniej. Historia kołem się toczy. Musiałam bronić Leona, nie przed ostrzem miecza przeciwnika. Musiałam bronić go przed zawodem i złamanym doszczętnie sercem. A Lisette nic nie powie, byłam tego pewna. Będzie siedziała cicho jak mysz pod miotłą, bo nie chce wrócić do zakładu. Tam, gdzie jest jej miejsce. Tylko ja i ona znamy prawdziwą wersję wydarzeń. I z tego powodu chciało mi się śmiać.
Nie sądziłam, że dożyje dnia, w którym Mackenzie Atkinson i Lisette Marie Evans będą miały wspólny sekret.


No więc... Zapomniałam Wam tydzień temu wspomnieć, że ten rozdział będzie mocny.

Chcę święta, by nic nie robić. Tylko czytać i pisać. Będzie pięknie.

Jejku, nie wiem, co Wam napisać... W następnym rozdziale będzie Lenzie! To jest jeden z moich ulubionych fragmentów w ich wykonaniu,bo dla odmiany nie będą się klóc... A nie, dobra. Nic nie mówiłam.

sobota, 11 marca 2017

Rozdział XXXVI - Kłótnie i rady




Kubek z kawą parzył mnie w dłoń. Dałam Leonowi odrobinę prywatności. Najpierw usiadłam z napojem w salonie i przeglądałam pisma o zdrowym stylu życia i żywieniu, które "przypadkiem" podrzuciła Iris. To na chwilę zajęło mój umysł mniej istotnymi sprawami. Mogłam skupić się na przepisie bezglutenowych ciastek i najlepszych ćwiczeniach na brzuch, niż na opętanej dziewczynie. Mimo upływu czasu, coraz bardziej się denerwowałam. Nie potrafiłam się odprężyć. Cisnęłam magazynem na stolik do kawy. Gazeta wykonała piękny ślizg i spadła z pacnięciem na podłogę. Westchnęłam i wstałam, by ją podnieść. Gdy tylko to zrobiłam, poszłam dolać sobie kolejny kubek kawy.
W tempie, jakim połykałam napój z kofeiną, powinnam raczej używać wiaderka niż filiżanki.
Opierałam się o szafki i wpatrywałam bezlitosnym wzrokiem w zegar, jak gdyby to on był wszystkiemu winny, gdy Iris wpadła do kuchni. Ubrana w stylu lat 60., obdarzyła mnie promiennym uśmiechem. Choć sama inspirowałam się tym okresem, ja i bogini wyglądałyśmy jak dwa różne światy. Preferowałam raczej proste fasony, golfy i nutę elegancji. Iris wolała barwy i zabawę materiałami. Dziś ubrała się w kanarkową sukienkę z jaskrawymi wzorami, na tali zapięła cienki, biały pasek a jej kruczoczarne włosy spływały falami na plecy. Na głowę założyła kapelusz, przypominający raczej lata 20. Gdy spędzasz wyjątkowo dużo czasu z Sharmilą, zaczynasz wiedzieć takie rzeczy.
— Cześć, Mackenzie — przywitała się ciepło.
— Hej — odpowiedziałam lekko zachrypniętym głosem. — Chcesz kawy?
— Nie, dziękuję. Tak właściwie to nie mam zbytnio czasu. Gdyby ktoś mnie szukał, to jestem w sklepie na drugim końcu Ameryki. I wrócę jutro.
— Okej — mruknęłam, zastanawiając się, jak to jest być nieśmiertelnym i nie mieć czasu. — Przekażę reszcie.
— Bosko. — Uśmiechnęła się. Jej brązowe oczy zmieniły barwę i teraz mieniły się kolorami tęczy. Zamknęłam oczy na chwilę przed tym, jak bogini zniknęła w oślepiającym błysku, pozostawiając po sobie zapach skoszonej trawy po deszczu. Dokończyłam kawę i zaparzyłam jeszcze jedną.
Teraz piłam już trzecią dolewkę. Minęło prawie czterdzieści pięć minut, a Leo nie ruszał się z mojego gabinet u na krok. Stwierdziłam, że pora sprawdzić, jak sobie radzi. Szłam ostrożnie, co chwilę przystając, by upił łyk albo dwa z kubka z Audrey Hepburn. Zauważyłam, że drzwi od gabinetu są otwarte i zza nich dobiegają podniesione głosy, które z każdym moim krokiem robiły się coraz bardziej wyraźne.
— I co mnie to obchodzi? — warknął dziewczęcy głos. Zamarłam i próbowałam dopasować go do jednej z obozowiczek. — Mam to gdzieś. Jesteś grupowym. Wszyscy zgodnie ustaliliśmy, że będziesz świetny. I byłeś, i to cholernie świetny, dopóki nie pojawiła się ona!
— Czy możemy do tej dyskusji nie mieszać Lisette? — spytał nieco rozdrażniony Leo. Wiedziałam, że to nieładnie tak podsłuchiwać, ale nie potrafiłam się zmusić do odejścia.
— Ale to o nią cały czas chodzi! — wściekła się dziewczyna. — Bądź sobie za nią odpowiedzialny, skoro tego pragniesz. Ale nie zapominaj, że masz cały domek pod swoją opieką. Jak latałeś za Mackenzie cztery lata temu, to przynajmniej o nas dbałeś.
— Nie latałem za Mackenzie.
— Nazywaj to jak chcesz. Faktem jest, że ona nie odciągała cię od twoich obowiązków, a nawet w nich pomagała. A teraz co? Ściągnąłeś ją tutaj i nawet nie próbuj zaprzeczać. I choć nie jest z mojego domku, to widzę ją częściej od ciebie. Potrafi godzić obowiązki. A ty? Kiedy ostatnio byłeś na wspólnym śniadaniu?
— Chodzi ci o głupie jedzenie posiłków razem?
— Głupie jedzenie?! Poważnie to tak nazywasz? Młodsze rodzeństwo za tobą tęskni, od tygodni czekają, aż zjawisz się na śniadaniu. Nawet, żeby na nich nawrzeszczeć, że ruszali twoje pieprzone projekty! Które, nawiasem mówiąc, są nietknięte od czasu, gdy Lisette pojawiła się w obozie.
Dopiero teraz skojarzyłam, kim jest dziewczyna. Hannah. Była zastępczynią Leona w domku Hefajstosa. Zazwyczaj spokojna, mówiąca nieco zbyt cicho i pracowita jak mało kto. I teraz wyglądało na to, że załamała się pod wpływem obowiązków. Nie winiłam jej za to. Ale żeby urządzać awanturę? To nie było w jej stylu i dlatego nie rozpoznałam jej podniesionego głosu.
— Skoro tak bardzo wam na tym zależy, to zacznę chodzić na posiłki. Skoro...
— Nie kłopocz się — warknęła Hannah. — Nie musisz robić nam łaski. Zgodnie uznaliśmy, że nie będziesz już dłużej grupowym, skoro olewasz nas na całej szerokości i długości, a wszystkie obowiązki są na mojej głowie.
Hannah wypadła z mojego gabinetu, trzaskając drzwiami. Przy okazji potrąciła mnie. Ciepła kawa wylała się na moją brudnoróżową bluzkę. Hannah wymamrotała przeprosiny i skierowała się do wyjścia. Była czerwona na twarzy i zaciskała pięści. A ja poczułam się rozdarta. Iść za nią i wszystko wytłumaczyć czy iść do Leona i go uspokoić? Po chwili wahania postawiłam kubek na stoliku z kwiatami, odnotowując w pamięci, że muszę posprzątać rozlaną kawę i ruszyłam w te pędy za siostrą Leona.
— Hannah! — wydarłam się, biegnąc przez wąski mostek, zbudowany nad rzeczką, która przyjemnie szumiała. Potykając się o własne nogi, wyjęczałam: — Hannah, na litość boską, zatrzymaj się!
Nie posłuchała. Dopadłam ją dopiero niedaleko domków. Zziajana, próbowałam pozbierać myśli. Nie pomagała mi jej rozzłoszczona twarz i wyczekujące spojrzenie.
— Ja wiem, że to może wyglądać tak, jakby mu nie zależało. Ale zależy mu, naprawdę. Kocha was, jesteście jego jedyną rodziną. Tylko... tylko po prostu tego wszystkiego jest za dużo. Przerasta go to. Obowiązki, Lisette, użeranie się z plotkami i ze mną. Stara się grać, że go to nic nie obchodzi, ale tak nie jest.
Hannah patrzyła na mnie spod łba. Hannah była dość ładną szatynką o kwadratowej szczęce, ale jej włosy był ścięte tak, że kształt jej twarzy zamieniał się w duży atut. Lubiłam ją. Nawet wtedy, gdy upominała Leona. Pamiętam, jak chłopak wtajemniczał mnie w tajniki Święta Niepodległości herosów. "Będzie fajnie", oznajmił z podekscytowaniem "Szkoda, że dali mi tak mało czasu". Wtedy na scenę wkroczyła dziewczyna, targając wielką skrzynie z niebezpiecznymi materiałami wybuchowymi. "Miałeś na to dwa miesiące, debilu". Po chwili Hannah założyła ręce na piersi, po czym spytała cichym i gniewnym głosem. To było lepsze od krzyków, które słyszałam niecałe dwie minuty temu.
— Czemu go bronisz? — spytała Hannah. — Dobrze wiesz, że mam rację. Ściągnął cię tutaj i przez większość czasu ma cię głęboko w poważaniu.
No dobra. Jeśli czekała mnie dyskusja na temat naszych uczuć do siebie, to mogłam śmiało wyświecić białą flagę. Sama tego nie rozumiałam.
— Nie mów tak — zaczęłam ją uspokajać kojącym tonem. — Ma dużo obowiązków na głowie. Stara się jak może pomóc Lisette i opiekować się wami.
— Cztery lata temu opiekował się tobą. I jakoś nigdy nie zaniedbał obowiązków grupowego. Nawet sama przychodziłaś i nam pomagałaś. A ona? Siedzi w kącie i wodzi za wszystkimi oczami, uśmiechając się głupkowato. Ty nie bałaś się ubrudzić sobie rąk. Leo był skupiony na pracy, a teraz jest skupiony tylko na niej.
Ton jej głosu nasilał się. Wiem, że ja i Lisette nie miałyśmy bliskich stosunków. I wiem, co mówili obozowicze za naszymi plecami. Ale pomyślałam, że to niesprawiedliwe, gdy ludzie wypowiadają się na tematy, o których nie mają zielonego pojęcia. Poprzysięgłam jednak milczenie i nie mogłam podać prawdziwego powodu, dlaczego Leo wręcz pilnuje Lisette.
— Hannah, uspokój się. Poczekaj, aż emocje opadną. Tak naprawdę tak nie myślisz.
— Dziwię się tobie, że wciąż tu jesteś. Na twoim miejscu wyjechałabym najszybciej jak to możliwe.
Nie odezwałam się. Hannah zawsze sprowadzała Leona na ziemie jako jego zastępczyni. Gdy Leo był jak świeżo wykute ostrze, elastyczne i gotowe do pracy, Hannah była jak woda i próbowała ostudzić jego zapał. Potrafiła w ładny sposób powiedzieć, że jest wariatem i ten pomysł jest na tyle głupi i szalony, że nic z niego nie wyjdzie. Na chwilę porzuciła jednak swoją taktykę i postanowiła być zupełnie szczera. W tym samym czasie, nie wiadomo jak i skąd pojawiła się Juliet. Wielkimi oczami spoglądała to na mnie, to na Hannah. Mała Emma, która trzymała swoją starszą siostrę za rękę, była w siódmym niebie. Uwielbiała plotki i nie przeszkadzało jej to, że miała zaledwie osiem lat.
— Nie mów, że tego nie widzisz — kontynuowała Hannah, nie wzruszona przybyciem publiczności. — On się tobą bawi! Spędza czas z tobą albo gapi się na ciebie jak ósmy cud świata, a potem idzie do niej i robi dokładnie to samo. Co z tobą jest nie tak?
— Wiem, że to tak wygląda, ale naprawdę... — próbowałam jeszcze się bronić i przemówić jej do rozumu, ale dziewczyna na mnie ręką i odeszła. A ja stałam, obok Juliet i Emmy, która zaczęła się chichotać.
— Pokłóciły się! Będzie bitka.
— Emma, idź się pobawić ze znajomymi. I ani słowa reszcie — upomniała ją Juliet, puszczając sową siostrę, która odbiegła w stronę placu z fontanną na środku. Obie wiedziałyśmy, że za pół godziny cały Obóz Herosów będzie poinformowany o kłótni, z Chejronem włącznie. Juliet złapała mnie pod ramię i poprowadziła do domu, mrucząc coś o kawie na koszulce. Dopiero gdy się przebrałam, dziewczyna stanęła nade mną, podpierając się pod boki. Zachowywała się jak matka wyjątkowo niesfornej nastolatki.
— Więc mniemam, że poszło o Leona i jest stanowisko jako grupowego domku.
Zrobiłam wielkie oczy. Wiedziała o tym, że planowali go wykopać i nic mi nie powiedziała?
— Kicham na to, czy będzie nim czy nie. Przynajmniej spokój zapanuje na zebraniach. W każdym razie z tego, co usłyszałam, doszło również do poruszenia twojej kwestii.
— Czy musimy o tym rozmawiać w taki sposób? — mruknęłam, mając na myśli jej nieco wyrafinowany ton.
— Musisz z kimś porozmawiać — oznajmiła. Tak, miała rację. Tylko o Leonie z nią się nie dało rozmawiać. Zawsze była przeciw niemu. — Teraz ci powiem, jak to wygląda z perspektywy przeciętnego obozowicza, który mieszkał tu w tym czasie, gdy się pojawiłaś. Była przestraszona, zdezorientowana i zachowywałaś się tak, jakbyś ćpała coś od różnych osób. Nie wiem, może instynkt macierzyński Valdeza rozkazał mu się tobą zaopiekować i się zaprzyjaźniliście. Spędzaliście ze sobą dużo czasu, on cię dopingował w ćwiczeniach, ty mu pomagałaś czasami w Bunkrze. Zachowywaliście się jak brat i siostra, rozdzieleni i odnalezieni po latach. Troszczył się o ciebie w ten głupkowaty, irytujący sposób. To była taka relacja, jakby był starszym bratem i groził twoim chłopakom, że jeśli cię skrzywdzą, to on ich dopadnie. Minęło kolejne pół roku i wróciłaś na święta. Zachowywałaś się ciupko dziwnie, ale zwaliłam to na gorączkę świąteczną i podtrucie się jemiołą. A potem nie wróciłaś na wakacje i rozpoczęcie sezonu, a z dziwnych przyczyn Valdez zaczął świrować, że coś ci się stało. Potem świrował, że nic ci się nie stało a ty po prostu olałaś obóz. Następnego dnia zniknęłaś, nikt nie wiedział gdzie jesteś a Chejron trzymał język za zębami. Pomińmy resztę i przejdźmy do tej chorej wojny trojańskiej. Ludzie zaczęli się domyślać, że pomiędzy Heleną i Parysem było trochę więcej niż przyjaźń. Ale wasze zachowanie... no cóż, było dziwaczne, ale żeby to były fajerwerki? Wątpliwe. Wszyscy uważali, że nadal byliście najlepszymi przyjaciółmi. I utrzymaliście tą iluzję aż do ogniska, na którym pojawił się z Lisette, ale oczy miał cały czas na tobie.
— Co? — przerwałam jej, nieco wstrząśnięta jej słowami i tym, że ktokolwiek widział to podczas ogniska.
— Nie udawaj głupiej — żachnęła Juliet. — Pomiędzy wami była taka chemia, że ludzie aż stawali, by popatrzeć. Pomiędzy wami było coś więcej niż przyjaźń trzy lata temu i teraz wszyscy byli tego świadomi. A fakt, że Leo spędzał niepokojąco dużo czasu z Lisette, dezorientował ich. A potem on obił Mattowi mordę, a przez następne dni chodził tak szczęśliwy, że zdawał się latać. A ludzie oszaleli. Ci od Hermesa zaczęli przyjmować zakłady, kto pierwszy wyniesie się z obozu: ty czy Lisette? Nie, nie przerywaj mi. Teraz posłuchaj, dobrze ci radzę. Daj spokój z Leonem. I to nie chodzi o to, że nie chce, byś była szczęśliwa. Ale nie będziesz. Weźmy na to: zapraszał cię na spacery? Nie, nie zapraszał. Gdy mieliście wolny czas, gdzie leźliście we dwójkę? Do Bunkra! By on się mógł pobawić swoimi zabawkami, a ty podawałaś mu śrubokręt. A potem wracałaś umazana smołą i śmierdząca dymem. Zresztą, czy zaprosił cię gdzieś w ciągu tych niecałych dwóch miesięcy? Zjedliście kolację, poszliście do kina albo nawet na to pieprzone ognisko? Tylko sami, bez obstawy Lisette? Widzisz? Gdyby mu zależało na tym, by zrobić z ciebie jego dziewczynę, ale nie tylko w zasadzie, bo woja trojańska i tak dalej, to by zaczął się tak zachowywać. Zastanów się. Hannah ma rację. Wasza relacja jest chora, toksyczna. Nie widzisz tego?
Miałam mętlik w głowie od tych wszystkich oskarżeń, plotek, faktów i wspomnień. Miałam dość. Nie znalazłam sobie siły nawet na to, by zacząć inteligentną dyskusję albo po prostu spławić Juliet.
— Powiedź mi, co ty w ogóle możesz wiedzieć? Uwzięłaś na niego od samego początku, odkąd cię znam. Dlaczego?
Twarz Juliet nawet nie drgnęła. Przez chwilę milczała, ale później zaczęła opowiadać.
— Trafiłam do Obozu niedługo po nim. Ja byłam głupia, zafascynowana, że w końcu gdzieś pasuję i jest więcej takich ludzi jak ja. Budowali wtedy te swoje przeklęte Argo II. Imponował mi pracowitości i nie poprawnym optymizmem. Robił z siebie błazna, ale na ten uroczy sposób. Czasami miało się go dość, ale tak śmiało się z jego głupich żartów. Pamiętam, że wszyscy byli okropnie spięci wieczorem, przed tym, jak wylecieli. A ja uważałam, że to najbardziej bezsensowny pomysł i misja. Mało wiedziałam o byciu herosem. I powiedziałam, że to będzie cud, jak przeżyją i że na pewno im się nie uda. I Leo to usłyszał. Uśmiechnął się i powiedział, że dla mnie postara się przeżyć. I nie przeżył. Zginął w wybuchu na oczach wszystkich. Bolało, ale tylko trochę. Pamiętam, że Piper wypłakiwała sobie oczy przez kolejne dwa tygodnie. Potem nigdy nie widziałam, by płakała, nawet po zerwaniu z Jasonem albo podczas wojny trojańskiej. Ale Leo wrócił po tym, jak wszyscy pogodzili się z jego śmiercią. Wrócił z dziewczyną. Wściekłam się. Połamał serca przyjaciół i kazał uwierzyć, że nie żyje. Mógł im chociaż powiedzieć o planie. Ale co go to obchodziło? Był zadowolony, miał dziewczynę i wszystko było w porządku. I wtedy otarło do mnie, że ludzie są podli i nie zasługują na zaufanie. Złamał dane słowo. Potem dowiedziałam się, że tylko przysięgi na Styks muszą być dotrzymane. Reszta to tylko puste, nic nieznaczące słowa.
Milczałam. Po prostu gapiłam się na Juliet, jakby była posągiem, który do mnie przemówił.
— Dlatego nie chce, by cię skrzywdził. Tak, jak skrzywdził mnie, Piper czy innych. Nie zasługujesz, by ktoś taki złamał ci serce. Nie obchodzi mnie jego przeszłość. Interesuje mnie teraźniejszość, a okazało się, że nie ma się czym zachwycać. Starałam się cię chronić, Mackenzie. Może zbytnio nieumiejętnie. Ale zastanów się nad tym wszystkim. Dla własnego dobra.



— Wiedziałam. Cholerna, seksistowska świnia. I koniec pieśni.
Mój samochód stał na parkingu przed sklepem Safeway, z dala od Obozu Herosów. Nie wiem, jakim cudem prowadziłam. Byłam prawie nieprzytomna, nie myślałam, a jedyną rzeczą na którą miałam ochotę, to rozmowa z Terapeutką Sharmilą. Jej oczyszczający wpływ miał dla mnie zbawienną wartość. Opowiedziałam jej pokrótce, o co w tym wszystkim chodzi, a ona, jak to ona, postawiła precyzyjną diagnozę: świnia. Prawdopodobnie wcinała ostre chipsy i oglądała Shadowhunters, wrzeszcząc coś o sztywnej aktorskiej grze rudej i siedząc w koszulce z nadrukiem: "I ship Malec, bitch."
— Właśnie, że nie, Mila. On nie robi tego specjalnie. Jest zagubiony.
Dziewczyna jęknęła i usłyszałam huk. Najprawdopodobniej rzuciła pilotem w ścianę, irytując się zakończeniem odcinka. Gdybym nie uważała, czasami też dostałabym pilotem w głowę. Usłyszałam szelest torby po chipsach i niepokojący dźwięk. Moja przyjaciółka oblizywała palce. Tyle razy jej mówiłam, by tego nie robiła, po to obrzydliwe.
— No to pokaż mu drogę. Od czego masz ten niezły tyłek? — spytała beztrosko.
— I kto tu jest seksistowską świnią? — zakpiłam.
— Ej mała, nie pyskuj, bo jak rzucę ciebie cholernym kapciem, to ci oczy wypadną.
— Ty nie nosisz kapci — przypomniałam jej.
— To pożyczę od Dana — powiedziała, a potem wydarła się do słuchawki. — Ej, pożycz mi kapcia!
Kilka niepokojących dzięków nastąpiło po sobie, po czym dało się w tle słyszeć przekleństwa mojego przyjaciela. Pomimo wszystkiego, uśmiechnęłam się. Ta dwójka była na pewien sposób urocza.
— W każdym razie — zaczęła Mila z powrotem — masz mu pomóc i wrócić. No to załatw to jak najprędzej i wracaj.
Nie odpowiedziałam. Załatwienie tego, jak to określiła moja przyjaciółka, mogło trwać latami. A ja musiałam wrócić na uczelnie. Ale nie miałam serca go zostawić. Mimo wszystkich opinii, czułam się w jakiś sposób związana z Leonem. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Sharmila, która nawet w brzęczeniu muchy potrafiła odgadnąć uczucia insekta, doszła sama do wniosków.
— O cholera, ty nie chcesz wracać.
— Mila... — Starałam się coś powiedzieć i zaznaczyć, że to nie tak, choć taka była prawda. Nie chciałam wracać. Przynajmniej nie teraz.
— Czekaj no — spławiła mnie. — Kombinuje jak możesz to rozwiązać.
— Przestań — powiedziałam. Gdyby moja koleżanka wpadła na pomysł, jak to rozwiązać, zapewne wylądowałabym w więzieniu. — Sama coś wymyślę.
— To jest właśnie twój cholerny problem: ty za dużo myślisz. Po co do mnie dzwoniłaś, skoro nie chciałaś rady? — umilkła, po czym z pełną powagą oznajmiła:— Zaciąg go do łóżka i po sprawie.
— Mila!
— Nie wmawiaj mi, że o tym nie myślałaś. Może on myślał. Może oboje myśleliście. Nie wiem. W fanfiction zawsze wszystko się wyjaśnia poprzez łóżko. A słyszałaś, co powiedział Woody Allen? "Seks rozładowuje napięcie"!*
— Lecz się. Jestem pewna, że cały cytat tak nie brzmi.
— Wal się, liczy się przekaz. Chyba, że już byłaś z nim w łóżku. To by wyjaśniało wszystko. Spałaś z nim w jednym łóżku?
Gdybym skłamała, poznałaby się. Dla mnie hinduska była wielką zagadką, ale ja dla niej nie. I pewnie dlatego studiowała równolegle psychologię. Nie wiem, jak ona wśród tylu obowiązków, miała czas na seriale. 
— Ja... Tak, może raz albo dwa, ale do niczego nie doszło. Oglądaliśmy film i zasnęliśmy. Nie wszystko musi się sprowadzać do seksu, Mila.
— Czekaj. Spaliście w jednym łóżku na obozie. I jaka była reakcja opiekunów?
Jęknęłam w duszy. Dziewczyna zawsze poruszała kwestie, które mnie nie obchodziły i wprawiała w zażenowanie.
— Mila, chciałam rady przyjaciółki a nie seksuologa.
— Ale podoba mi się tor w jakim biegnie ta rozmowa! — zajęczała. Nie opowiedziałam na uwagę, więc ta westchnęła i powiedziała znudzonym tonem: — Prześpij się. Z nim lub bez niego, ale Doktor Sharmilia zaleca sen i kubeł lodów orzechowych. Przepracowałaś się, a do tego przetrenowałaś. I podejrzewam, że zbliża ci się okres, bo masz doła. Recepta: wyluzuj się. Weź gorącą kąpiel i zapomnij o wszystkim. No wiesz, woda, opary, płyn kokosowy, płatki róż, dobre wino... DAN, NIE ŚMIEJ SIĘ ZE MNIE, TY IDIOTO. DAWAJ TEGO CHOLERNEGO KAPCIA! — Skrzywiłam się, gdy jej spokojny ton nagle wybuch z mocą bomby atomowej. — Mac, ja kończę. Dan musi dostać w to i owo, by nie podsłuchiwał rozmowy dorosłych. I skończyły mi się chipsy, a został mi jeszcze jeden odcinek serialu. Muszę iść do sklepu, bo ta cholerna łajza nie pójdzie. A, i pamiętaj: jak już się zdecydujesz na łóżko, to się zabezpiecz, bo trochę jesteś za młoda na dziecko.
Usłyszałam dźwięk kończący rozmowy, zanim zdążyłam jej odpowiedzieć. Jeszce chwilę stałam, wpatrzona w mknące po szosie auta i oparta o własny samochód. Zbliżał się wieczór. Przycisnęłam krawędź komórki do ust, gdy ta się wyłączała.
Co najśmieszniejsze, to z naszej dwójki to Sharmila był tą normalną.


* Seks rozłado­wuje na­pięcie, miłość je potęguje.

□ 


Ten wątek z "Shadowhunters" jest zadedykowany mojej Klaudii, która kocha ten serial. Ja go oglądałam tylko dla Maleca i Izzy, ale ostatnio nawet oni nie potrafią mnie do tego zmusić. Przedtem nawet fakt, że jest niezgodny z książką, mi nie przeszkadza. Ale z odcinka na odcinek robić się coraz... głupiej (słowotwórstwo, poziom dla zaawansowanych). To tylko moja opinia.

Kto chce takiego psychologa, jakim jest Sharmila? Ja tą dziewczynę uwielbiam, jest szczera do bólu, a jej teksty to złoto. Jestem w szoku, że sama je wymyślam.

Stosuję popularny zabieg: mieszam wam w głowach, tak, że jeśli lubicie Lenzie, zaczynacie doszukiwać się w nim wad. Jeśli lubicie Lisette, zastanawiacie się, czy słusznie.

Nienawidzę, gdy autorzy książek to robią. Ale to świetna zabawa!

Zostało nam 11 rozdziałów + epilog, który opublikuje w niedziele po tym ostatnim. Tak, skończyłam. Miałam publikować wtedy 2 rozdziały tygodniowo, ale zrezygnowałam. Chce, by po skończeniu O., od razu rozpoczeła się nowa opowieść, która jest w fazie nasionka. Na razie ją podlewam, pieszcząc szczegóły.

Miłego wieczoru, aniołki xx 

sobota, 4 marca 2017

Rozdział XXXV - Wspomnienia



Wyglądała jak Łowczyni Artemidy.
Swoje jasne włosy spięła w wysoki kucyk, by nie zasłaniały jej niewielkiej traczy, do której mierzyła. Usta zacisnęła, koncertując się do granic możliwości. Oczy zmrużyła, jakby chcąc ochronić się przed ostrym światłem i wyostrzyć cel. Jej dłoń, którą naciągała cięciwę, dotykała niemalże jej zaróżowiałego policzka. Prawą nogę wysunęła naprzód, lewą do tyłu... Chwilę oddychała równomiernie, a strzała delikatnie drżała w powietrzu, zanim ją puściła. Teraz ze świstem pomknęła ku tarczy i o nic nieznaczące milimetry wbiła się tuż koło czerwonego punktu.
— Wspaniale! — zagrzmiał Chejron, który stał po mojej lewej stronie. — Dobry strzał, Lisette. Jesteś coraz lepsza.
Pokiwałem głową, zgadzając się całkowicie z nauczycielem łucznictwa. Lisette robiła coraz większe postępy, ale zza każdym razem, gdy chwalił ją ktoś inny niż ja, spuszczała zawstydzona wzrok. Tak też zrobiła i tym razem, a wrażenie, że mogłaby być jedną z towarzyszek bogini Artemidy, zniknęło. Na powrót była sobą.
Słowa Mackenzie od wczoraj tłukły się w mojej głowie. Obiecałem, że postaram dowiedzieć się, co zdarzyło się w ostatni dzień jej pobytu w psychiatryku. Ja nie widziałem powodu, by roztrząsać tą sprawę, ale Mackenzie najwyraźniej była odmiennego zdania. Przez większość czasu jej upór był denerwujący. Chciałem nią potrząsać i wrzeszczeć : "Co z tobą jest nie tak?". Ale czasami, na chwilę, znów zamieniała się w siedemnastoletnia wersję siebie, gdy tupała nogą i wydymała swoje usta, tak wyrażając swoje niezadowolenie. Uważałem to w tamtych czasach za niesamowicie zabawne i głupkowate. W ten sposób, jak dąsają się małe dzieci. To było na swój sposób słodkie.
Lisette wypuściła jeszcze trzy strzały, lecz żadna nie trafiła w cel. Blondynka zaczęła się nieco podłamywać, więc szybo zarządziłem przerwę. Gdy tylko Lisette się odwróciła, zauważyłem, jak Chejron posyła w jej stronę nieco zaniepokojone spojrzenie. Nie potrafiłem go zinterpretować, więc po prostu to zignorowałem, mówiąc sobie, że mam ważniejsze rzeczy do załatwienia.
Usiedliśmy na trawie, a ja podałem Lisette batonik. Oczywiście, bez cukru i na naturalnych składnikach, bo takie były zalecenia Iris. Osobiście uważałem, że nie ma prawdziwego batonika bez grubej skorupy czekolady i pustych kalorii. Iris pozbawiała nas całej młodzieńczej zabawy.
Poprosiłem, by blondynka opowiedziała mi o swoim dniu. Lisette zaczęła opowieść, a gdy mówiła, jej oczy migotały ze szczęścia i rozbawienia. Poinformowała mnie o zabawach, w jakich uczestniczyła, bawiąc się z dziećmi w przedszkolu. Podczas, gdy jej słuchałem, herosi skończyli zajęcia, a Chejron składał wszystkie łuki w jedno miejsce. Po chwili i on zostawił nas samych.
— Czy mogę cię o coś spytać? — zacząłem, mnąc ze zdenerwowania papierek po batoniku. Lisette pokiwała głową. — Nawet, jeśli to będzie dla ciebie trudne i bolesne?
W ciągu kilku chwil z jej twarzy odpłynął cały kolor. Dzielnie jednak pokiwała głową. Wziąłem głęboki wdech.
— Okej... Mogłabyś mi opowiedzieć o swoim ostatnim dniu w psychiatryku?
Dziewczyna spojrzała przed siebie. Byliśmy niedaleko jeziora, więc to w nie wbiła swoje nieobecne spojrzenie. Trwała tak, zastygnięta w jednej pozie. Obserwowałem jej profil, zastanawiając się, czy w tej chwili słucha Ich. Czy wsłuchuje się w Ich szepty, krzyki, groźby... Jak to jest, mieć w swojej głowie tych okrutnych lokatorów? Zdawało mi się, że znam ją najlepiej ze wszystkich, ale ta chwila uświadomiła mi, jak niewiele o niej wiem.
— Po co ci to? — spytała wprost. Zwilżyłem wargi językiem.
— Potrzebuje tego do pełnego obrazu... By pomóc ci znaleźć boskiego rodzica.
Lisette spojrzała na mnie. Jej wielkie, niebieskozielone oczy zamigotały w świetle dnia. Przy tych zielonych plamkach, nagle kolor trawy zbladł i stał się mdły.
— To dokładnie ona robi? — zapytała cicho. — Jest tu tylko i wyłącznie z mojego powodu?
Uznałem, że lepiej nie ujawniać jej całej prawdy. Mackenzie głównie szukała powodu, dlaczego coś siedzi w głowie jasnowłosej dziewczyny. Ale będzie bezpieczniej, gdy pomyśli, że chodzi tylko o jej rodzica. Pokiwałem więc grzecznie głową.
— I powtórzysz jej co do słowa? — mruknęła z nieco kwaśną miną. Jeszcze raz kiwnąłem głową, czując się jak te głupie pieski, które ludzie umieszczają w samochodach. I w górę, i w dół. Dziewczyna przygryzła wargę i podwinęła pod siebie kolana. Chwile siedziała, zbierając myśli i próbując poskładać wspomnienia w spójną całość.
— Obudziłam się... właściwie to chyba nie spałam. W tamtym miejscu nie dało się spać. Po prostu czekało się, aż nastanie świt. Jeśli w nocy nie dręczyły mnie koszmary, to ludzie robili to za dnia. Zgodnie z moją rutyną, ubrałam się i czekałam na moją pielęgniarkę. Lubiłam ją. Z nich wszystkich tylko ona uważała, że nie jestem szalona. — Lisette umilkła na chwilę i położyła brodę na kolanach. — Wzięłam leki, które mi przyniosła. Pamiętam, ze musiałam się odwrócić, bo strażnik się mi przyglądał. Eva zaścieliła łóżko i próbowała mnie zagadać, jednak ja... chyba ją spławiłam, tak to się mówi? — zwróciła się do mnie, a ja kiwnęłam głową, choć nie miałem pojęcia, co się działo rzeczonego dnia. — Potem poszłyśmy na śniadanie. Jadłam płatki śniadaniowe, a wtedy znów podeszła do mnie Eva i powiedziała, że mam sesję z psychologiem.
Słodki nosek Lisette się zmarszczył. Patrząc na ten gest, mogłem się spodziewać, że zaraz nastąpi relacja z niebyt przyjemnego spotkania. Słuchając słów dziewczyny, zacząłem się zastanawiać, jaki sens był w przesłuchiwaniu jej. O co chodziło Mackenzie? Może chciała tylko grać na zwłokę? Wcale nie byłbym zdziwiony. A Lisette dalej kontynuowała swoim cichym, lekko znudzonym głosem:
— No to poszłam do psychologa. Tam przykuli mnie łańcuchami do krzesła i żebym się nie ru...
— Że co? — przerwałem jej, lekko wstrząśnięty. — Przykuli cię łańcuchami? To jakiś...
— Mówię, jak było — odparła spokojnie, całkowicie nie przejmując się moim wybuchem. — Tak jak za każdym razem. Dwójka ochroniarzy przykuła moje nadgarstki do krzesła. A ja nie reagowałam. W tym miejscu nie należało okazywać swoich emocji. W świecie nie powinno się pokazywać, że się boisz. Moim psychologiem był John Waters i był największym dupkiem, jakiego miałam nieprzyjemność spotkać.
Zamrugałem. Lisette o nikim tak nigdy nie mówiła.
— Jak co wizytę zapytał mnie, jak się czuję. Odpowiedziałam, że wspaniale. Przykuł mnie do krzesła, więc jak miałam się czuć? No dobra, powiedziałam mu tylko, że wspaniale, ale miałam ochotę dodać jakiś epitet. Potem zapytał mnie, jak się czuję po zmianie leków. Czy mają jakiś wpływ. Trochę mnie poniosło... Jego ton zawsze brzmiał tak, jakby z góry założył, że jestem wariatką i nigdy nie będę normalna — mruknęła z odrobiną goryczy w głosie. Miałem ochotę ją przytulić. — Odwarknęłam, czy najzwyczajniej świecie nie może nie wprost zapytać, czy Głosy umilkły. No więc spytał. Odpowiedziałam, że nie i dlaczego powiedział to w taki sposób, jakbym była szalona. Ten coś... Powiedział coś o zagubieniu. Nie pamiętam, co to było. Potem wyciągnął kartki z plamami atramentu, które znałam na pamięć. To było naprawdę męczące, opisywać każdą głupią plamę. Więc gdy mnie spytał, co widzę, odpowiedziałam, że to atrament i nic mi nie przypomina. Ja.. zdenerwowałam go. Oskarżył mnie o to, że nie chce dać sobie pomóc i nie współpracuje. Wyjaśniłam mu, że to dlatego, bo mnie trzymają tutaj, choć nie jestem szalona. I.. wtedy powiedział coś okropnego. Powiedział... — Tutaj wzięła głęboki wdech, jakby przed skokiem w głęboką wodę. — Że właśnie, że jestem szalona, bo zamordowałam rodziców, a normalni ludzie tego nie robią. I ja... wtedy chciałam wstać. Szarpnęłam tymi łańcuchami, a on się przestraszył i chciał wezwać pomoc. Kopnęłam telefon stacjonarny, gdy chciał zadzwonić. Chciałam wyjść. Próbowałam się uwolnić, ale nic z tego nie wyszło. Wpadli strażnicy. A psycholog powiedział, że nigdy nie opuszczę psychiatryka, bo jestem zagrożeniem. I miał nóż... Skierowany w moją stronę.
— Groził ci nożem? — spytałem, otępiały. — Przecież to przestępstwo.
— No i? Mówiłam mu, że to nie jest moja wina, że Głosy mnie zmusiły. Próbowałam się uwolnić z ucisku ochroniarzy, ale nie wyszło. Pamiętam, że go wyzwałam, zanim nie wyprowadzili i wstrzyknęli coś na uspokojenie. Wróciłam do celi i zasnęłam.
Długą chwilę po prostu siedzieliśmy obok siebie, nic nie mówiąc i wpatrując się w taflę jeziora która błyszczała w blasku słońca. W końcu objąłem dziewczynę. Czułem, jak drżała w moich ramionach. Przywołanie tych wspomnień musiało być dla niej okropnie bolesne. Lepiej, żeby Mackenzie wykorzystała dobrze to, co się przed chwilą dowiedziałem. W przeciwnym razie będę musiał z nią porozmawiać i to na poważnie.
— Nie jestem szalona, prawda? — załkała w moje ramię. Pokręciłem głową i odpowiedziałem w jej pachnące włosy:
— Nie, Liz. Nie jesteś.



Siedziałam bez ruchu od dobrej pół godziny i wpatrywałam się w papiery, które zdobyliśmy w zakładzie. W mojej głowie panował bałagan. Musiałam go posprzątać. Musiałam w końcu powiedzieć mu to, czego się dowiedziałam. To nie będzie przyjemne dla nas obojga. Ale musiałam to zrobić. W końcu po to tu przyjechałam.
Dwa dni temu Leo opowiedział mi ze szczegółami to, co wyznała mu Lisette. Siedziałam naprzeciw niego, ale wzrok miałam utkwiony w kwiatkach, które postawiłam na parapecie. Od dziecka lubiłam rośliny. Uwielbiałam się wylegiwać na miękkiej, puszystej trawie i zbierać kwiatki, by później robić z nich wianek dla taty i psa. Ale nigdy nie pomyślałam bym, że mogę być córką Demeter. Może dlatego, że do siedemnastego roku życia mity były tylko mitami. Bredniami, które były ci potrzebne tylko po to, by zdać do następnej klasy. Dziedzictwo kulturowe. Jasne. Nadal nie wierzyłam w bogów przez duże B. Istnieli. Widziałam ich. Byłam córką, do cholery, jednej z najstarszych bogiń. Ale nie czułam się herosem w żadnym milimetrze swojej skóry.
Słuchałam uważnie słów chłopaka, który dodał pod koniec "I lepiej, żeby ci to było potrzebne do szczęścia". Puściłam ten fragment mimo uszu, nie będąc zła na chłopaka. Oczywiście, że był wściekły, bo Lisette cierpiała, opowiadając o przeszłości. Ja też cierpię, gdy wspominam swoich znajomych, którzy polegli w II Wojnie Trojańskiej. Ale ja za każdym razem zaciskam zęby. Tym razem też tak zrobiłam. "Na pewno będzie", odpowiedziałam, a Leo po chwili wyszedł.
Drzwi uchyliły się lekko i do pomieszczenia wszedł człowiek, o którym właśnie myślałam. Spojrzał na bałagan, który wokół mnie panował. Gdy miałam za dużo spraw lub myśli, zawsze miałam bałagan w miejscu, gdzie pracowałam. Najczęściej był to pokój, więc tata stawiał mnie do pionu: "Mackenzie, na litość boską, wyrzuć śmieci!".
— Po co chciałaś mnie widzieć?
Podniosłam nieco roztargniony i rozgorączkowany wzrok. Leo przyglądał mi się z rezerwą. Czułam, że będę chora. Od kilku dni źle spałam, moje ciało szybko się męczyło i nie potrafiło się zdecydować, czy jest głodne czy nie. Zazwyczaj kończyło się to mdłościami z powodu przejedzenia bądź uczuciem ssania w żołądku z głodu. Wiedziałam też, że byłam blada. A zawsze, gdy choć trochę się stresowałam, moje policzki były zaróżowione.
— Usiądź — powiedziałam cicho. Chłopak posłusznie to zrobił. — Mamy problem. Duży problem.
Podałam mu plik papierów. Nieufnym wzrokiem spoglądał to na mnie, to na nie, ale koniec końców je wziął. Zaczął kartkować, a ja stwierdziłam, że nie mogę pozwolić uczuciom dojść do głosu. Inaczej bym się załamała. Głos zacząłby mi się trząść. Przywołałam więc daleko pogrzebane zasoby siły i starałam się zamaskować zmęczenie oraz strach. Prawie tak samo, jak podczas przyjęć z bogami w bardzo bogatym dworze...
— Lisette opowiadała ci dużo o swoim pobycie w zakładzie. Sądzę, że nie kłamała. Była szczera z tobą i ze sobą. Ale to bez znaczenia. Rzeczywistość wyglądała inaczej.
Podniosłam jedna z notatek, wygłaszając wszystko cichym i monotonnym głosem:
— Dostawała prochy trzy razy dziennie. Mówiła ci, że je przyjmowała bez kręcenia nosem. Z raportów wynika coś innego. Znajdowano pochowane tabletki pod materacem. Dziewczyna zazwyczaj odwracała się i udając, że łyka tabletki, a wrzucała je za dekolt. — Zrobiłam pauzę, czekając na reakcję ze strony Leona, ten jednak uparcie milczał. — Była obserwowana dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rozmawiała sama ze sobą. Mówiła, że w ostatni dzień psychiatra groził jej nożem. Myślę, że to nie był nóż, najwyżej długopis. A przy krześle nie zauważyłam żadnych łańcuchów. To ostatnie nagranie z sesji, na której była, zanim ją uwolniłeś.
Nachyliłam się nad starym odtwarzaczu kaset, który zdobyła dla mnie Iris i kliknęłam PLAY. Chwilę słyszeliśmy tylko szumy, a po chwili męski głos rozpoczął.

31 marzec 2016 rok. Godzina dziewiąta dziesięć. Pacjentka: Lisette Marie Evans. Lat osiemnaście. Poprzednia sesja 25 marca 2016 roku. Psychiatra John Waters.

Po chwili znów rozległy się trzaski. W końcu rozpoczęła się sesja.
— Dzień dobry, Lisette. Jak się czujesz? — Do moich uszu dobieg przyjemny i ciepły głos. Nastąpiła chwila przerwy.
— Wspaniale. — To była Lisette. Jej głos nie był cichy i delikatny, taki, jakim posługiwała się na co dzień. Był lekko zachrypnięty, jakby warczała przez zaciśnięte zęby. Niemal widziałam, jak wbija paznokcie we wewnętrzną stronę dłoni.
— Jak się czujesz po zmianie leków? Mają na ciebie jakiś inny wpływ?
— Czy nie może pan najzwyczajniej w świecie spytać, czy głosy umilkły? — warknęła dziewczyna niezbyt miło. Obracałam w palcach długopis, patrząc się pustym wzrokiem w okno. Minęła chwila.
— Czy głosy umilkły?
— Nie. I czemu mówi to pan tak, jakbym oszalała? Nie jestem szalona.
— Oczywiście. Jesteś tylko nieco zagubiona.
Po tej wymianie zdań mój uszy zarejestrowały odgłos wsuwanej szuflady. Tej samej, którą odsuwałam w poszukiwaniu dowodów. Wsłuchiwałam się dokładnie w każdy dźwięk na nagraniu, choć od kilku dni odtwarzałam ją na okrągło i znałam każde słowo na pamieć.
— Powiedz mi, co widzisz na obrazkach.
Znów cisza.
— Atrament — powiedziała pacjentka, lekceważąco i z wyższością.
— Ale jaki ma kształt? Co ci przypomina?
— Nic mi nie przypomina. To zwykły kleks.
Wciągnęłam głośno powietrze przez nos. Leo rzucił mi szybkie spojrzenia i dalej wpatrywał się w odtwarzać. Poczułam, że moje ściany, które miały być nieugięte, zaczęły się powoli kruszyć.
— Czy choć raz mogłabyś współpracować, Lisette? — powiedział lekarz, nieco wytrącony z równowagi. — Jesteś chora. Potrzebujesz pomocy. Z tego, co mówisz, jesteś świadoma zagrożenia a jednak nie robisz nic, kompletnie nic, by to zatrzymać.
— Dlatego, że mnie tutaj trzymacie, choć nie jestem szalona. — Cichy i nienawistny głosik wysyczał z małych głośników. Czekałam cierpliwie.
— Oczywiście, że jesteś! — warknął jej psychiatra. — Zamordowałaś swoich rodziców, Lisette. Nikt normalny by tego nie zrobił.
Usłyszałam cichy pomruk i dźwięki, jakby ktoś czymś stukał. Obracałam długopis w palcach coraz szybciej.
— Co ty wyprawiasz? — spytał zaniepokojony głos. Znów odgłosy szarpaniny, a później hałas, który poinformował mnie, że Lisette kopnęła w telefon stacjonarny, który spadł na podłogę i rozbił się z okropnym hukiem. Doktor krzyknął jej imię, ale jego pacjentka miała to głęboko w poważaniu. Nadal szarpała się, warcząc. Po chwili zapadła cisza.
— Nigdy stąd nie wyjdziesz — powiedział doktor spokojnym głosem. — Jesteś zagrożeniem dla siebie i społeczeństwa. Pogódź się z tym.
— To nie moja wina — powiedziała Lisette zupełnie innym tonem, niemal takim, jaki znałam. — To one siedzą w mojej głowie. To one mnie zmuszają. To nie jest moja wina.
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, odgłosy szamotaniny. Wyłapałam między wrzaskami Lisette, jak jeden strażnik mówi do drugiego, by odpiął rzemyk od swojej strony. To były jej łańcuchy. Widziała kajdany, niemal jak w horrorze, które nigdy nie istniały.
— Zostawcie mnie! — wrzeszczała blondynka w wniebogłosy, piskliwym i ostrym tonem. — Nie jestem szalona!
— Dajcie jej coś na uspokojenie! — przekrzyczał ją psychiatra. Po czym Lisette splunęła w jego stronę i warknęła nienawistnym tonem.
— Dupek!
Nagranie się skończyło. Taśma chodziła jeszcze chwilę, zanim ucichła na dobre. Pomiędzy nami zawisła cisza. Musiałam się pozbierać. Oderwałam wzrok od okna, gdzie liście roślin doniczkowym kołysały się na lekkim wietrze. Podniosłam kartkę, którą uprzednio przygotowałam. Stwierdziłam, że najlepiej przeprowadzić to metodą szybkiego odrywania plastra. Będzie bardzo bolało tylko przez chwilę. A potem tylko nieprzyjemne szczypanie i uczucie dyskomfortu.
— Lisette Marie Evans zachowywała się agresywnie, podchodziła do wydawanych jej poleceń lekceważąco, splunęła w stronę psychologa, rozbiła telefon stacjonarny. Podano jej dużą dawką leków usypiających. Przed zaśnięciem rozmawiała sama ze sobą.
Przeczytałam cicho i szybko niektóre zdania, które wyłapałam z raportu. Dopiero teraz podniosłam głowę i spojrzałam na Leona. Wpatrywał się pustym wzrokiem w moje biurko, nie reagując na moje słowa. Po prostu tam był. Położyłam kartkę na biurku i odsunęłam krzesło. Moje mury właśnie upadły z wielkim hukiem. Nie mogłam na niego patrzeć w tym stanie. Bez choćby cienia nadziei w tych niegdyś szalonych oczach. Okrążyłam mebel i usiadłam na podłodze, łapiąc go za dłoń. Nawet się nie poruszył, nadal mnie ignorując.
— Leo, spójrz na mnie — prosiłam cicho. Ani drgnął. — Pomożemy jej. Teraz już rozumiemy większość rzeczy. Jedyne, co muszę zrobić, znaleźć jej stary adres zamieszkania. Może tam są wskazówki, kto jest jej boskim rodzicem. Wszystko się ułoży.
— Jak długo podejrzewałaś, że nagina rzeczywistość?— spytał po chwili pustym tonem. Zwilżyłam wargi.
— Jakiś czas. I dlatego chciałam, byś z nią porozmawiał. Inaczej to by była tylko teza, którą... Zresztą, to się nie liczy. Zdaje mi się, że Lisette jest tłumiona przez Mgłę. Tak jak ja, jest na pewien sposób tłumiona. Mnie matka chciała odciągnąć od świata herosów do pewnego czasu. Ona nigdy nie miała być mu pokazana. Coś zniekształca jej pogląd na świat, zmienia jej zachowanie. Wspomnienia. I nie mam pojęcia, co to takiego jest. Ale razem się tego dowiemy. Przysięgam.
Leo milczał.
— Nigdy cię nie okłamała — podjęłam kolejną próbę i powiedziałam coś, co wyrzucałam sobie każdego dnia. — Nie była taka jak ja. Ona jest szczera. I gdzieś tam, naprawdę jest sobą. Trzeba tylko wypędzić to coś z jej głowy. Rozwiać Mgłę. Obiecuję ci, że zrobię co w mojej mocy, by dowiedzieć się, jak. I tym razem dotrzymam danego słowa.
Leo tylko przymknął oczy. Postanowiłam, że dam mu spokój. Ja sama potrzebowałam czasu, by to zaakceptować. Poskładać w całość porozrzucane w aktach informacje. Lisette nie była szalona. To coś w jej głowie było szalone. I jej boski rodzić, kimkolwiek on jest.
— Zostawię cię teraz, dobrze? Będziesz mógł to przemyśleć na spokojnie, poczytać to, co jest w aktach. Gdybyś mnie potrzebował, będę w salonie.
I potem mi odbiło. Głos taty rozniósł się echem po mojej głowie. Bądź dla niego oparciem, którego nie miał, gdy cały obóz nienawidził go za śmierć tysiąca, a ty siedziałaś zamknięta na cały świat w swoim pokoju. Położyłam zimną rękę na lewym policzku chłopaka, a na drugi złożyłam ciepły pocałunek. To było muśnięciem warami, wmawiałam sobie, zamykając za sobą drzwi do gabinetu. Prawie słyszałam, jak Sharmila się śmieje z mojej logiki na drugim końcu miasta. Nie wiem, czy słowa taty odnosiły się do całowania. Po policzkach, ale jednak.
Westchnęłam, czując znużenie. Tylko kawa mogła mnie uratować.



Nie mam nic ciekawego do napisania.Szybko mi te tygodnie lecą. I kończę pisać te fanfiction. Co będzie dalej, powiem wam jakiś miesiąc przed zakończeniem.

Za tydzień będzie Sharmila. Nie mogę się jej doczekać. Ta dziewczyna to złoto i diamenty.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis