sobota, 25 lutego 2017

Rozdział XXXIV - Wielkie BING



Stałam na środku pokoju, wpatrując się w kartkę i nie dając wiary temu, co widziałam. Czułam, że oczy mnie okłamują. Bo od tego obrazu, który powstał po przeczytaniu tekstu, chciało mi się wymiotować. Chłód rozlał się po moim ciele. Kartka, którą trzymałam, trzęsła się, ale ja nie czułam, by moja ręka nawet drgnęła.
Ktoś wszedł do gabinetu. Szybko podniosłam wzrok i zauważyłam roześmianego Leona. Serce podeszło mi do gardła i czułam, że krew odeszła mi z twarzy. W mgnieniu oka schowałam kartkę za plecami. To nie był czas, by się dowiedział. Nie, gdy ja byłam w ciężkim szoku i mój mózg pracował na zwolnionych obrotach. Nie będę wyciągała fałszywych wniosków, nie znając całych faktów.
— Cześć Mackenzie — przywitał się.— Chcesz kawy?
— Hej. Nie, dziękuje — odpowiedziałam słabo, próbując spokojnie chować kartkę, którą trzymałam w zaciśniętej ręce. Nie udało się. Moje ręce drżały.
— Co się dzieje? — spytał zaniepokojony chłopak. Czułam, jak przed oczami stają mi mroczki. — Znalazłaś coś?
— Nie — odpowiedziałam szorstko i nieco za ostro. Leo przechylił głowę i spojrzał na mnie spod przymrożonych powiek.
— Czyli, że tak — mruknął, robiąc krok w moją stronę. Zacisnęłam palce na teczce z dokumentami. — Pokaż mi.
Podszedł do mnie, ale ja szybko cofnęłam się, chowając za plecami teczkę. On próbował ją wydrzeć z mojego uścisku, jednak byłam nieugięta. Po chwili cała sytuacja straciła słodkie zabarwienie przekomarzania, a Leo zaczynał być tym zirytowany.
— Cofnij się, do cholery, i mnie nie dotykaj — wrzasnęłam, odpychając go i ciężko oddychając.
— Jeśli jest tam coś o Lisette i przede mną to ukrywasz, to...
— Mamy umowę — odpowiedziałam sucho. — Ty zajmujesz się Lisette, ja papierami. I jeśli znajdę coś, o czym powinieneś wiedzieć, dam ci znać.
Dolny lewy kącik ust Leona zadrżał.
— Przestań zachowywać się jak dziecko. Nasza umowa brzmiała: "Bądźmy ze sobą szczerzy". Widzę, że chodziło ci tylko i wyłącznie o mnie, a w drugą stronę to już nie działa.
— Teraz próbujesz wzbudzić we mnie poczucie winy? — prychnęłam, rzucając teczką na biurko. Wzrok Leona podążył za jej ruchem, jednak po nią nie sięgnął. Nie odważyłby się.
— Wiesz, może w twoim świecie to ty jesteś najważniejsza. Ale wypadałoby pomyśleć czasem o uczuciach innych.
— Przecież ci pomagam! — wybuchłam. — Siedzę po kilka godzin dziennie w tym pokoiku i szukam czegoś, czegokolwiek o Lisette.
— Nie twierdzę, że nie. Ale mi nie chodzi o Lisette.
— W takim razie o co? — zapytałam nieco rozdrażniona. Leo spojrzał na mnie szelmowsko, a mi zaświtało, o co mu chodziło. — Oh.
— Właśnie, oh — mruknął i przybliżył się do mnie. Mogłam wyczuć delikatną woń perfum, których od czasu do czasu używał. — Podobało ci się.
— Nie pochlebiasz sobie za bardzo?
— Nie muszę. Podrapałaś mi plecy. — Zacisnęłam usta w wąską linię. — I się czerwienisz, na dodatek. To słodkie.
— Zmieniasz temat — powiedziałam niewzruszona jego uśmiechem, w którym krył się cień satysfakcji. — Mówiliśmy o tym, żebyś się nie wpierdzielał w moją pracę i zajął się swoją.
— A potem ja ci powiedziałem, że nie chodzi tylko o to. Chodzi o nas.
— Nie ma żadnych "nas" — odpowiedziałam cicho. — Nigdy nie było żadnych nas. Była prawdziwa przyjaźń, a potem tobie zachciało się grać Romea i wyciągać mnie z opresji.
Wcale tak nie myślałam. Może troszczę. Bo tak naprawdę faktycznie nie było żadnych nas. Zachowywaliśmy się jak najlepsi przyjaciele. Pomagaliśmy sobie nawzajem i trwaliśmy przy boku drugiej osoby. Tęskniliśmy przy długiej przerwie. A potem wybuchło... to chore coś. Miał rację. Podobało mi się. Uwielbiałam go całować, czuć jego zapach... Ale nadal byłam zagubiona, tak jak trzy lata temu. Nie dojrzałam. Nie dojrzałam do świadomości, że na niego zasługiwałam. Bo tak nie było. Wystarczyło tylko spojrzeć na naszą historię, naznaczoną kroplami łez i krwi. Nie było wypadów na kawę, chodzenia do kina na filmy, pisania SMS'ów po nocach. Mieliśmy tylko dwa krótkie miesiące wakacji, moje nieliczne odwiedziny w Obozie, by go zobaczyć oraz niecałe dwa tygodnie, podczas których byliśmy razem rok po tym, jak się spotkaliśmy.
Nie zasługiwałam na Leona Valdeza. On zasługiwał na kogoś, kto więcej nie złamie mu serca. Na kogoś takiego jak Lisette.
Leo wyglądał tak, jakbym przyłożyła mu w twarz. Zacisnął wargi i wyszedł zdecydowanym krokiem. Zamknęłam oczy, gdy trzasnęły za nim drzwi. Oparłam się o biurko, słaba, jakbym wypiła wodę z rzeki Lette. Powoli dostałam się do krzesła i usiadłam na nim ciężko.
Co ja, do kurwy nędzy, zrobiłam?
Czułam, że zaraz się rozpłacze. Nie mogłam do tego dopuścić. Jeśli bym się rozpłakała, poczułabym, że źle zrobiłam. Nie... Musiałam go zranić. Musiałam mu uświadomić, że może pozwolić mi odejść. Ja nigdy mu nie pozwoliłam. Ale jeśli mógłby być szczęśliwy z Lisette... Czemu się wahałam?
Zabrałam się znów do pracy. Wszystko leciało mi z rąk. Ale nie przestawałam. Po chwili zanurzyłam się w lekturze, lecz przed moimi oczami miałam wciąż zaszokowaną twarz chłopaka. Te oczy, pokazujące mi, że właśnie roztrzaskałam mu duszę.
Pól godziny później ktoś wszedł do mojego pseudo gabinetu. Nie bawił się w pukanie czy ciche otwieranie drzwi. Wpadł jak burza.
Piper rzuciła na moje biurko teczkę, która spadła mi jakiś czas na podłogę. Podniosłam wzrok. Ubrana w obozową koszulkę i zwykłe szorty, z rzemykiem z paciorkami i włosami związanymi w wysoki kucyk niczym nie przypominała swojej matki. Tyko nieprzeciętna uroda mogła zdradzić, że była córką Afrodyty. Stała z założonymi rękoma i patrzyła na mnie tym szczególnym wzorkiem. Nie odzywam się i czekam, choć wolałabym, by dała mi spokój i mogłabym wrócić do pracy.
— Leo jest na arenie i wyżywa się na workach treningowych, bo ludziom mógłby zrobić krzywdę. Nawet Lisette wyczuła, że coś nie gra i wycofała się z sali treningowej i czyta mity, a on nawet nie zauważył, że jej przy nim nie ma.
Piper położyła dłonie na biurku i nachyliła się w moją stronę, przeszywając mnie różnokolorowymi tęczówkami.
— Czemu go odtrącasz? Czemu trzymasz go na dystans? — spytała.
Nie odpowiedziałam, tylko spuściłam wzrok na papiery leżące naprzeciw mnie. W uszach nadal brzęczała mi nasza kłótnia i na nowo ją przeżywałam, co mogłabym robić jeszcze przez jakieś trzynaście godzin, gdyby Piper nie uderzyła pięścią w stół.
— Mackenzie, odpowiedź i mnie nie ignoruj. Natychmiast.
Czując niemiłe pulsowanie w piersi, odpowiedziałam wyzywająco.
— To nie jest twoja sprawa.
— Owszem, jest — zaprzeczyła dziewczyna. — To mój najlepszy przyjaciel, a ty go krzywdzisz. Nie mogę na niego patrzeć w tym stanie. Będę go bronić, choćby to oznaczało, że ty ucierpisz. Zrozumiałaś mnie jasno, czy nie? Więc odpowiedź Atkinson, bo mam dość tej chorej relacji pomiędzy wami.
— Bo nie chce go zranić — wymamrotałam cicho. Byłam jeszcze pod wpływem emocji panujących przy kłótni, a ostre słowa Piper były jak solona woda na tej otwartej ranie. — Zbyt wiele razy go skrzywdziłam. Zbyt wiele razy go wykorzystałam i złamałam mu serce. Ja.. nie zasługuję na jego miłość Pipes. Powinien być szczęśliwy.
— Ty jesteś jego szczęściem — odezwała się po długiej chwili dziewczyna. Pewnie szukała sensu w mojej wypowiedzi, ale go nie zlazła.
Pokręciłam głową, powstrzymując łzy.
— Jestem jego porażką. Największym nieszczęściem, jakie mogło mu się przytrafić. Jest moim tlenem a ja... — tu wzięłam urywany wdech — nie potrafię bez niego oddychać. Ale gdy jesteśmy osobno, nie mogę go zranić. Nie mogę się obwiniać za jego łzy. Za dużo przyniosłam mu cierpienia. — Piper milczała, wpatrując się we mnie z niedowierzającą miną. — Dlatego usuwam się w cień. Pomogę mu z Lisette, bo to go uszczęśliwi. Tylko tyle mogę zrobić. A może potem... — pokręciłam głową, próbując odpędzić od siebie okropne myśli. — Nieważne. Daj mi pracować, Piper. Proszę. I nie pytaj o nic więcej.
Udałam, że znów czytam. Spuściłam głowę i podparłam brodę ręką, wpatrując się w kartkę papieru. Dziewczyna nadal stała w miejscu i mi się przyglądała. Zaczęłam żałować, że pod wpływem głupich emocji jej się zwierzyłam.
— Mackenzie, ja...
— Wynoś się — powiedziałam twardo, nie podnosząc wzroku. — Już.
Minęła długa chwila, zanim zrobiła krok w tył i opuściła pokój. Opadłam na oparcie i westchnęłam ciężko. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Gdy ochłonęłam, zaczęłam czuć gorycz i obrzydzenie do siebie, że tak podle potraktowałam Piper. Chciała dobrze, a ja ją wyprosiłam. Wstałam od biurka i udałam się do jej Domku, jednak tam jej nie było. Musiałam zrobić wywiad z kilkoma obozowiczami i w końcu znalazłam ją, siedzącą na pomście nad brzegiem morza. Siedziała przygarbiona i machała nogami. Szłam wolno w jej stronę, a moje kroki odbijały się i huczały w mi głowie.
Usiadłam koło Piper, która leniwie zaczęła ocierać swoje policzki z mokrych łez. Poczułam się okropnie niezręcznie, ale nie powiedziałam niczego, by ją spytać, o co tak naprawdę jej chodziło. Zamiast tego wydusiłam z siebie cicho jedno słowo, które byłam w stanie wymamrotać.
— Przepraszam.
Piper milczała przez dobrą chwilę wpatrzona w oddalony punkt.
— Wiesz, kiedyś oceniałam cię negatywnie. Zostawiłaś człowieka z kwitkiem na lodzie, a on zrobił dla ciebie wszystko, co potrafił najlepiej. Mogłaś z nim zostać i być szczęśliwą i on również byłby w niebie. Ale zamiast tego złamałaś mu serce i nie zostawiłaś krzty nadziei. Skrzywdziłaś go, Mackenzie. A potem ja, półtorej roku temu zrobiłam to samo.
Czułam, jak dolna warga delikatnie mi drży, a ręce zaczynają się trząść. Splotłam je i położyłam udach, nie odzywając się ani słowem.
— Mówił, że mu na mnie zależy. Każdą wolną chwile, jaką posiadał, przeznaczał mi. Nie miał ich dużo. Musiał wybudować świątynie w Nowym Rzymie, a tutaj Domki dla każdego bóstwa. Akceptowałam to. Wiedziałam, że to dla niego ważne, a nie chciałam, by Jason czuł, że go ograniczam. Ale zaczęła mi doskwierać samotność. Spędzał dużo czasu w Nowym Rzymie, a ja albo chodziłam do szkoły, alb tkwiłam tutaj. Tęskniłam za nim. Był cały mój, ale nie chciałam tego w taki sposób. Jakbym była ulubioną grą, którą się odstresowuje po ciężkich tygodniach pracy.
Kolejne łzy polały się po idealnych policzkach Piper. Nie rozumiałam, czemu mi to mówiła, skoro nie miało to nic wspólnego z Leonem. Słuchałam jednak cierpliwie, bo może dziewczyna chciała się tylko wygadać.
— Po półtorej roku udało mi się namówić Leona, by na chwilę odetchnął od swojej pracy, nie brał żadnych misji i pojechał ze mną na dwa tygodnie do Nowego Rzymu. To był również jego przyjaciel, jak mu przypomniałam. Nic nie powiedzieliśmy Jasonowi, że przyjeżdżamy. Niespodzianka się udała. Spędziłam z Leonem, Frankiem i Hazel naprawdę cudowne chwile, zwiedzając zabytki, uczestnicząc w ćwiczeniach, pijąc czekoladę i poznając nowych ludzi. Odwiedziliśmy nawet Percy'ego i Annabeth w kampusie na studiach. Ale ja nie miałam tego, po co tu przyjechałam. Chciałam spędzać czas tylko z Jasonem, mieć go tylko dla siebie przez te dwa tygodnie. To tak dużo?
Westchnęła cicho i kontynuowała drżącym głosem.
— Starał się, naprawdę się starał wyrwać z pracy. Ale miał jej tyle, że poświęcił mi może z trzy godziny podczas tego całego pobytu. Przychodził do domu gdy już spałam, wychodził pośpiesznie całując mnie w policzek z tostem w jednej dłoni i z teczką w drugiej. Nawet, gdy był ze mną, myślał o tej głupiej pracy. Wiedziałam, że mu na mnie zależy. Ale nie chciałam tego w ten sposób ciągnąć. Zerwałam z nim. Nie płakałam, po prostu powiedziałam, że to na nic. Że choć jesteśmy blisko, czuję się tak, jakby go przy mnie nie było. Byłam zmęczona związkiem na odległość. Zakończyłam to, choć przekonywał mnie, że się zmieni, spróbuje znaleźć czas. Ale mnie to jego spróbuje nie obchodziło. Kochałam go z całego serca, ale jednak odeszłam.
Spojrzała na mnie lśniącymi tęczówkami. Chwyciłam ją delikatnie za rękę, patrząc, jak zawsze wesołe kolorowe oczy wypełniają łzy. Tym razem poczułam bolesne ukucie, bo zobaczyłam w nich pustkę i samotność.
— Nie płakałam przy nikim innym, tylko Leonie. On.. chyba mnie rozumiał, ale mógł się utożsamiać z Jasonem, nie ze mną. Byłam taka sama jak ty. Oceniałam cię, nie mogłam zrozumieć, jak mogłaś być taka głupia, dopóki sama tak się nie zachowałam. Kazałam mu o mnie zapomnieć, choć mnie kochał, a ja kochałam jego. Bo tak było lepiej. Dopiero wtedy cię zrozumiałam, Mackenzie.
— No to jesteś jedyna — powiedziałam, po chwili ciszy wypełnionej szumem fal. — Bo ja sama siebie nie rozumiem. Próbował cię chociaż odzyskać?
— Raz. Przyjechał po dwóch tygodniach i próbował mną porozmawiać. Schowałam się w Bunkrze i dopiero Leo znalazł mnie późno w nocy, śpiącą i opartą o Festusa. To wtedy po raz pierwszy wybuchłam.
Cisza zawisła między nami. Wsłuchiwałam się w szum fal, czując jak szczypią mnie oczy. Piper cicho pochlipywała przy moim lewym boku, a ją tylko trzymałam za rękę. Gdy się opanowała, zadała pytanie, które dręczyło nas obie.
— A co jeśli on był moim BING? Tym wielkim BING, które zdarza się tylko raz w życiu? A co jeśli tą głupią decyzją zaprzepaściłam swoją szansę na prawdziwe szczęście?
— Nie wiem — odpowiedziałam płaczliwie. Pierwsza, gorąca łza spłynęła po moim zimnym policzku. — Naprawdę nie wiem, Piper. Ja... chyba zaprzepaściłam swoje BING. Nienawidzę się za tą decyzję. Mój ojciec od początku twierdził, że robię błąd. Nie próbował mi tego powiedzieć, ale widziałam jego oczy, które mówiły całą prawdę. Zniszczyłam swoje wielkie BING, świadomie i to nie bolało by tak bardzo, gdym nie czuła, że ja też jestem jego BING.
Siedziałyśmy chwilę, podciągając nosem w dziewczyńskiej zgodzie Klubu Łamaczek Serc.
— Przeproś go — poradziła mi cicho Piper. — Cokolwiek mu powiedziałaś, przeproś. Ugnij tą swoją cholerną dumę. Dla was nie jest jeszcze za późno.







Zdenerwowana, zaciskałam palce, by po chwili je znów rozluźnić. Stałam przed drzwiami do sali treningowej, gdzie był Leo. Lisette natomiast siedziała na arenie, gdzie pomagała Piper nałożyć ochraniacze na grupkę najmłodszych herosów, by nie zrobili sobie krzywdy. A ja gapiłam się w drewniane drzwi, mówiąc sobie, że liczę do trzech i wchodzę. Tą próbę podejmowałam już osiem razy, a jednak nadal stałam nie po tej stronie drzwi, której chciałam. Nie potrafiłam opanować drżenia kończyn i stresu, który zawiązał mój język w supeł. Miałam po prostu wejść i go przeprosić. Tylko jak miałam to zrobić, by mi uwierzył? Od naszej kłótni minęły już dwie godziny, więc mógł tak łatwo nie nie dać wiary w moje szczere skruszenie.
I nagle przez głowę przemknęły mi te wszystkie rzeczy, które spieprzyłam, odkąd się poznaliśmy. Tych przeprosić nie mogłam sobie odpuścić.
Pchnęłam klamkę i weszłam na salę ćwiczeń. Zamknęłam za sobą cicho drzwi.
Leo ćwiczył. Na rękach miał założone czarne rękawice bokserskie i w skupieniu, zaciekle i z siłą walił w worek treningowy. Praktycznie wrosłam w ziemie, zapominając jak się oddycha i wchłaniając jego widok. Nie miałam wiele okazji, by patrzeć, jak walczy. Ten pojedynek z Mattem może i był głupią sprawą, ale nie dawał mi połowy wyobrażania, jak bardzo ciężko musiał pracować nad sobą i swoim ciałem. Widziałam jego zdjęcia, zrobione zaraz po tym, jak przybył do Obozu Herosów. Gdybym mi go nie pokazano palcem, trudno było by mi go rozpoznać. No, może po tych kręconych włosach.
Leo ćwiczył bez koszulki. Moje oczy mogły podziwiać jego mięśnie, które pracowały za każdym razem, gdy jego ręka wędrowała w kierunku worka. Pot spływał po jego ciele, on jednak nie wydawał się być zmęczony. Ja po czterdziestominutowym treningu kickboxingu, czułam się jak przejechana przez walec. On natomiast z każdym uderzeniem nogi czy dłoni w czerwony worek treningowy, zdawał się być jeszcze bardziej zdeterminowany i nabierał siły. Hipnotyzował. Tak, to było odpowiednie słowo. Mogłaby stać i patrzeć na jego silne ciało przez godziny, jeślibym wcześniej nie zemdlałabym z wrażenia.
Ale Leo mnie zauważył. Zatrzymał worek treningowy jednym ruchem ręki i spojrzał na mnie twardo. Poczułam, że się rumienie i mocno sobie postanowiłam, że nie będę patrzyła się na jego brzuch. Nie. Po prostu nie.
— Przyszłam cię przeprosić — wymamrotałam. Mój język był jakby zdrętwiały, a ja zmagałam się z chęcią, by po prostu wyjść albo co gorsza, nie zacząć chichotać.
— Naprawdę? — zakpił Leo. — A nie przyszłaś sobie popatrzeć?
Przypomniałam sobie, że powinnam również oddychać. Leo zdjął rękawicę i zaczął odplątywać bandaże bokserskie, przyglądając się mi w skupieniu. Ja natomiast zaczęłam się czuć tak, jakbym to ja była do połowy rozebrana, a nie on.
— No więc — zaczęłam nieporadnie, korzystając z okazji, że Leo sięgnął po ręcznik i odwrócił ode mnie wzrok. — Zachowałam się jak okropna suka i mam tego świadomość.
— Prawda, zachowałaś się jak suka — mruknął Leo i upił łyk wody, wkładając ręcznik do torby sportowej. Zacisnęłam zęby. Dobra, wiem, to były moje przeprosiny i musiałam sobie poradzić sama. Więc musiałam zachować spokój.
— Powinnam... powinnam ugryźć się w język i zachować się tak jak niemowa. Nie dać się ponieść... Ja... Oh, wiesz, jak powiedział Francis Fitzgerald. "Słowa mogą być niebezpieczniejsze od miecza."
Leo uśmiechnął się jednym kącikiem ust i założył koszulkę. To pozwoliło mi myśleć nieco trzeźwiej, ale i tak musiałam zdusić w sobie jęk protestu.
— Ty nawet przepraszając, musisz dorzucić jakiś głęboki cytat. Jesteś w tym beznadziejna. A poza tym to powiedział Margit Sandemo.
Założyłam ręce na piersi, prosząc w myślach, czy mogę już stąd wyjść.
— Co ja poradzę, że jestem lepsza w pisaniu, niż w kontaktach międzyludzkich? I nie Sandemo, tylko Fitzgerald.
— Sandemo.
— Fitzgerald.
— Sandemo. Cholera, Kenz, przestań znów się kłócić.
— To Fitzgerald.
Leo przewrócił oczami na widok mojej poważnej miny i uporu.
— Czy ty nie możesz się ze mną zgodzić i pocałować na przeprosiny?
Zignorowałam całkowicie ten drugi fragment jego wypowiedzi, jakby nigdy nie padł z jego ust i niewzruszeniem odpowiedziałam:
— Nie przyznam ci racji, bo jej nie masz.
— A pocałujesz? — spytał z fałszywą nadzieją w głowie. Tupnęłam nogą jak mała dziewczynka, bo moje przeprosiny skierowały się na zły tor.
— Leo!
— A myślałem, że Fitzgerald— zakpił ze mnie wesoło. Zaczął się pakować, a ja patrzyłam na to bezradna. Co mogłam jeszcze zrobić? Przygotowywałam się na płacz, zaklinanie i padniecie mu do stóp. Ale to było gorsze, bo on mnie po prostu zbył. Wzięłam głęboki wdech i powiedziałam drżącym głosem:
— Przepraszam... Za wszystko. Nie powinnam była... Naprawdę mi przykro i źle się z tym czuję. I... —zaczęłam niepewnie, bo musiałam go poprosić o przysługę. —Mógłbyś porozmawiać z Lisette o jej ostatnim dniu w zakładzie? To ważne. Bez tego nie mam pełnego obrazu. Wtedy porozmawiamy o dokumentach tak, jak powinniśmy. Na razie chce mieć pełny obraz, a nie wygłaszać fałszywe poglądy. To o to mi chodziło rano.
Chłopak tylko mruknął coś pod nosem i zaczął zwijać bandaże. Stwierdziłam, że nic tu po mnie. Odwróciłam się wolno na pięcie i wepchnęłam dłonie w przednie kieszenie szortów. Walczyłam z ochotą rozpłakania się z bezsilności.
— Mackenzie? — zaczął Leo. Odwróciłam się wolno i spojrzałam na niego nieco przygaszona. Mruknęłam na znak, że go słucham. — Jeśli nie chciałaś, bym ubierał koszulkę, wystarczyło poprosić.
Prychnęłam. Serio? Ja tutaj stresuje się, by jakoś odkręcić moje nieprzemyślane słowa, a on mi tu wyjeżdża z tym, że jest taki nieziemski, wspaniały i seksowny, oraz że jedyne, na co mam ochotę, to oglądać jego nagi tors? Może i to była prawda, ale nie powinien tak bezpośrednio o tym mówić. Trochę skromności, człowieku!
— Chyba za dużo marzysz, Płomyczku.
Uśmiechnął się w ten sposób, jakby dokładnie znał moje myśli. Zignorowałam, że moje serce nieco podskoczyło.
— Dobra, zrobię to. Później z nią porozmawiam.
Kiwnęłam głową, a mój wzrok zahaczył o coś, czego przedtem nie zauważyłam. Byłam po raz pierwszy w tej sali. Na jednej ze ścian wisiało mnóstwo zdjęć, oprawionych w ramki. Podeszłam do niej wolnym krokiem. Po chwili uśmiechnęłam się do siebie. Miałam przed sobą uwiecznione chwile, dosłownie sekundy, na których zostali złapani herosi w czasie treningu. Rozpoznawałam kilka osób, ale fotografie miały też kilka lat. Miałam przed sobą czternastoletnią Annabeth i Percy'ego, walczących ze sobą. Widziałam Clarisse, która wykręcała rękę swojemu chłopakowi. Był tu także Luke ze swoją grupą, którą trenował. Na jednym ze zdjęć uwieczniony był również miecz siatkówki, a wśród trybun zauważyłam siebie, uśmiechającą się promiennie do Leona. Jakaś melancholia wypełniła moje serce. Czy nie mogliśmy do tego wrócić? Nie mogliśmy wrócić do tej uroczej relacji, gdzie uczyłam Leona jak pleść wianki i warkocze z moich włosów? On w zamian rekompensował mi się, pokazując różnice pomiędzy śrubokrętami i objaśniając, co powinnam zrobić, gdy moje auto nagle przestanie działać. Tęskniłam za wieczorami, gdzie pisałam w blasku zachodzącego słońca w notatniku. Tęskniłam za tą wersją siebie, beztroską i radosną, która nie komplikowała sobie życia niepotrzebnymi słowami. Chciałam, by moja przyjaźń z Leonem wróciła, a nie by nasza relacja była walką na noże, wypełniona namiętnymi spojrzeniami.
Odwróciłam się i w tej samej sekundzie uświadomiłam sobie, że czyjaś ręka obejmuje mnie w tali. Zanim się obejrzałam, poczułam, jak Leo kładzie pocałunek na moich ustach. Krew uderzyła mnie mi do głowy. Chłopak przygarnął mnie do swojego ciała, a ja poczułam, jak jego mięśnie na brzuchu się napinają. I potem moja świadomość się wyłączyła, jak zawsze, gdy dotykał mnie w ten sposób. Praktycznie nogi się pode mną ugięły i upadłabym, gdyby nie silna dłoń Leona, zaciskająca się coraz mocniej na mojej tali. Czułam się, jakbym została wciągnięta pod wodę i odcięta od powietrza. Był to pośpieszny pocałunek, który skończył się równie szybko jak się zaczął. Urwany w połowie, tęskny i namiętny, jak wybuch fajerwerków w sylwestrową noc.
— Przeprosiny przyjęte. Dobra, idę — powiedział Leo, odrywając się ode mnie i uśmiechając się pod nosem. Zaczął kierować się ku wejściu, poprawiając ramię sportowej torby, która zawieszona była na jego ramieniu. Oparłam rękę na ścianie, by zachować równowagę i oddychałam ciężko, jakby faktycznie wyjęto mnie po długiej przerwie spod wody. Co to było? Dotknęłam swoich ust, które pulsowały, inaczej nie uwierzyłabym, że to faktycznie miało miejsce przed kilkoma sekundami. Leo odwrócił się jeszcze na moment.
— Aha, i jeszcze jedno, mała. Świetnie całujesz. I nie wmawiaj mi, że nie ma żadnych nas.
Coś mi się wydawało, że Leo tak łatwo nie odpuści.




Mackenzie na początku rozdziału:



Mackenzie na końcu rozdziału:



Ogólnie Mackenzie:



NIE MACIE NAWET POJĘCIA, JAK JA SIĘ CHICHRAŁAM, PISZĄC TĄ DRUGĄ CZĘŚĆ ROZDZIAŁU. PO PROSTU TEN BANAN MI Z TWARZY NIE SCHODZIŁ.

Just... Ta druga część nawet przysłania gorzki smak słów na początku. Od razu przepraszam za ubogie opisy. To była kłótnia i chciałam ją przedstawić jako szybką wymianę zdań, gniewnych i pełnych emocji. Niezbyt mi się to udało.

Choć uważam, że tekst:
" — Podobało ci się.
— Nie pochlebiasz sobie za bardzo?
— Nie muszę. Podrapałaś mi plecy."
wygrywa Oskara bezsprzecznie! Śmiałam się pięć minut, jak to wymyśliłam, co jest nieco niepokojące, prawda?


Psss, to najdłuższy rozdział jak do tej pory. Nie zmęczył was za bardzo?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis