sobota, 18 lutego 2017

Rozdział XXXIII- Wegańskie ciasteczko



— Dzień dobry, Liz.
Podniosłam głowę i zauważyłam, jak Leo otwiera drzwi mojej sypialni. Skończyłam właśnie wiązać buta, więc czym prędzej zdjęłam nogę w obuwiu z czystego prześcieradła. Chłopak trzymał w objęciach wielką tacę ze śniadaniem, na której zauważyłam naleśniki polane syropem klonowym, moim ulubionym. Mimo tego, że mój mózg krzyczał "Jeść", ja nie poruszyłam się z miejsca. Uparcie siedziałam w jednej pozycji, przypatrując się jego radosnej twarzy. Głosy zaczęły nieprzyjemnie mruczeć, jakby wibrować, ja zacisnęłam tylko usta, powstrzymując chęć zrobienia tego również dłońmi.
— Dziś możemy zrobić krótki trening i wybrać się na spacer — oznajmił, kładąc tacę na stoliku, gdzie leżała pokaźna sterta książek, pisanych po starogrecku. — Zabiorę cię nad skarpę. Piper lubi tam chodzić, bo mówi, że jest tam łady widok. Ja się na tym zbytnio nie znam, ale pomyślałem, że może ci się spodobać, bo lubisz morze. Potem pomożemy trochę Piper w przedszkolu, bo narzeka, że nie może sobie poradzić z dzieciarnią. Kazała nie przynosić żadnych słodyczy, bo ostatnio Iris znalazła u Fay batonik czekoladowy i wpadła w szał. Jak będziemy jeść coś innego niż organiczne produktu z ekologicznych farm i pić zwykłą wodę, to będzie cud...
— Możesz w końcu przestać? — przerwałam mu zniecierpliwiona. Leo zamarł w połowie monologu i spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Przestać w czym?— spytał, przeciągając wyrazy. Jeden z Głosów zawył z frustracji.
— Zachowywać się w ten sposób — wyjaśniłam klarownie. Chłopak chyba nadal nie zrozumiał.
— W jaki sposób?
— Jakby się nic nie stało! — wybuchnęłam znienacka. — Jakbyś mnie nie nienawidził! Musisz mnie nienawidzić.
Leo nie odpowiedział, tylko przyglądał się mi nieco zaciekawiony. Jakby nudy, szkolny projekt, który zadał nauczyciel na ocenę, zaczął nie przebiegać tak, jak powinien, ale ten obrót sprawy jest zdecydowanie ciekawszy. Chłopak założył ręce na piersi.
— Ja cię nie nienawidzę, Liz — opowiedział spokojnie i pewnie. Prychnęłam.
— Akurat! Prawie udusiłam twoją dziewczynę. Jakim sposobem jesteś dla mnie taki miły?
— Mackenzie nie jest moją dziewczyną — odpowiedział mi zimno.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy on sobie ze mnie żartuje, czy jest tak naprawdę. Zamiast mi w twarz odpowiedzieć na zadane pytania, ten łapie mnie za słówka, a padnięte z moich ust uwagi nie reaguje. Pierwszy raz odkąd go znałam, zdenerwował mnie. Nowe, palące uczcie zaczęło rozlewać się po moim ciele, krążąc w żyłach razem z krwią. I powodem nie było jego zachowanie czy moja postawa. Powodem była Mackenzie. Ta cholerna dziewczyna, która ze swoją dumą i fałszywym optymizmem zatruwała serce Leona, bawiąc się z nim w kotka i myszkę. Miałam ochotę potrząsnąć moim przyjacielem. Jakim cudem zakochał się w tak okropnej osobie? Może to było tylko przelotną zachcianką, ale miałam Leona za kogoś bardziej inteligentniejszego, niż pierwszego lepszego chłopaka, który zachwyca się dziewczyną tylko jej twarzą i tyłkiem, jak to raz usłyszałam na arenie. Mackenzie. Oczywiście, ona była najważniejsza. Tu nie chodziło o zazdrość. Miałam dość jej męczącego wpływu. Miałam dość, że Leonowi kraja się serce zawsze, gdy widzi ją żartującą razem z Matt'em albo Percy'm.
— Odpowiedz — poprosiłam cicho. — Dlaczego się tak zachowujesz?
— Bo to naprawdę nie byłaś ty. To nie ty, Lisette. Musisz przestać się obwiniać o to, co robią za ciebie One. Sama tak mówiłaś. Że to one wkładają ci do głowy te pomysły i one wykonują całą pracę twoimi rękami. A ty za każdym razem żałujesz, że to miało miejsce.
Zaplotłam ramiona na piersi i po krótkiej chwili zerwałam kontakt wzrokowy z chłopakiem. Prawda, za każdym razem czułam żal, że nie powstrzymałam Głosów. Nadal noszę w sercu wielką ranę, którą zadały mi One moimi własnymi rękoma, odbierając mi rodziców. Bolało mnie to, że zabiłam bezbronne dziecko, które nikomu nie było winne. Ale Mackenzie? Moja twarz musiała zdradzać moje emocje, bo po chwili Leo zadał mi pytanie.
— Ty.. Ty żałujesz, co zrobiłaś tydzień temu, prawda?
— Żałuję, że Głosy wymknęły się spod kontroli — odpowiedziałam szczerze, nadal obserwując, jak kurz tańczy w powietrzu.
— A że skrzywdziłaś Mackenzie? — spytał po raz kolejny. Po kilku sekundach złamałam się i w końcu na niego spojrzałam z odrobiną buntu w oczach. I po chwili Leo zrozumiał. Nie musiałam mówić, że nie żałuje, że ją skrzywdziłam. Po części nawet sprawiało mi to satysfakcję. Dostała za swoje. W oczach chłopaka dostrzegłam nieme pytanie: "dlaczego?". Odpowiedziałam na nie, prostolinijnie i lekko, jakby te trzy słowa rozwiązywały cały problem.
— Nie lubię jej.
Leo przymknął oczy i cicho westchnął, jakby był zmęczony, co zresztą było prawdą. Pod jego oczami zauważyłam sińce. Nie spał w nocy. I podejrzewałam przez kogo i dlaczego.
— Nie żałujesz, że zrobiłaś jej krzywdę, bo jej nie lubisz? — zaczął, a ja wyczułam w jego spokojnym głosie nutę zdenerwowania. Glosy chóralnie mruknęły. Zawsze, gdy to robiły, zamykałam się w sobie i wycofywałam się. Nie tym razem.
— Denerwuje mnie — odpowiedziałam, a Leo wykrzywił usta w grymasie. — Chodzi dumna jak paw, zachowuje się ozięble i patrzy się z wyższością na innych.
— Przecież wy nawet ze sobą nie rozmawiacie — zwrócił mi uwagę chłopak.
— Ale wystarczy mi, jak widzę, jak traktuje ciebie!
W mgnieniu oka sylwetka Leo całkowicie się zmieniła. Gdybym nie była wściekła, pewnie bym się przeraziła.
— To, co jest pomiędzy mną a Mackenzie, nie jest twoją sprawą, Lisette.
— Czy ty mnie nie słuchasz? — zaczęłam znowu, tym razem błagalnie. — Ona cię krzywdzi. Od tygodnia, gdy spotykamy ją na arenie i gdy zauważa ciebie, odwraca się na pięcie albo jest bardzo zajęta robieniem czegokolwiek. Ignoruje cię! Dlaczego ty nadal utrzymujesz z nią jakiekolwiek relacje?
Leo długo milczał. Przeszywał nie takim wzrokiem, jakim patrzył na Matt'a prawie dwa tygodnie temu. Po chwili jednak złagodniał i oznajmił cicho, bardzo cicho:
— Zjedź śniadanie. Czekam na dole.
I wyszedł. Przypatrywałam się przez moment, jak syrop klonowy spływa z naleśników, po czym westchnęłam. Nie dam za wygraną. Ruszyłam za chłopakiem, gdziekolwiek szedł.
— Leo! Zaczekaj! — zawołałam i zauważyłam, jak zbiega po chodach i kieruje się w stronę drzwi. —Dlaczego mi nie odpowiesz?
— Bo zbyt mało wiesz — zaczął i przestąpił próg. Ruszyłam za nim jak cień. — Możesz jej nie lubić. Ona może mnie ignorować. Ale to nie ważne. Mamy wspólną przeszłość, Lisette. Jej tak po prostu nie można wymazać. Nie można zerwać... Przestań drążyć ten temat.
— Jesteś moim przyjacielem. Nie mogę tak po prostu tego zostawić. Ona cię krzywdzi i bawi się tobą w najlepsze, a ty nic nie robisz. Co ona próbuje udowodnić? Ja tego nie rozumiem. Próbowałam nawet, ale sposób jej myślenia jest dla mnie niepojęty. Nie jestem nawet pewna, czy ona od czasu do czasu to robi.
— POWIEDZIAŁEM: DOŚĆ! — wrzasnął chłopak. Przystanęłam zdumiona. Chłopak nigdy, przenigdy, nie podniósł na mnie głosu. Wiedziałam, że moja niewiedza rzeczy oczywistych jest irytująca, ale to nie była moja wina. Byłam izolowana od świata i ludzi. Moje ciało było delikatnie, nie takie, jakie powinno być ciało herosa. Ale Leo nigdy nie tracił kontroli. Nigdy nie podniósł na nie głosu w ten sposób. Parę razy się to zdarzyło, owsem, ale wtedy próbował nade mną zapanować. Bym się nie poddawała, tylko walczyła. Bym opanowała strach.
— Po prostu się o ciebie troszczę — odezwałam się mimo to, cichym głosem. — Ty robisz to cały czas w stosunku do mnie. Nie chce pozostać ci dłużna.
Chłopak stanął kilka metrów przede mną i zacisnął pięści. Wpatrywałam się w jego plecy, jak dziecko, czekające z fascynacją, aż Mikołaj wciągnie upragniony prezent z worka. Leo powoli się odwrócił, a ja zauważyłam, że rysy jego twarzy nieco złagodniały. Nieco zagubiona, splotłam ramiona na piersi, zaczynając odczuwać zmęczenie.
— Nie jesteś mi dłużna. Nigdy nie będziesz — powiedział pewnie. — Spłacasz dług każdego dnia, gdy widzę, że znów zaczynasz żyć. Gdy szczerze się uśmiechasz. To się liczy, Liz.
— Ale mi to nie wystarcza — odpowiedziałam cicho. — Ty cierpisz, Leo. A je tego nienawidzę.
— Nikt nie gwarantował nam, że nie będziemy cierpieć. To taki gratis od życia.
Spuściłam wzrok na swoje trampki. Według tego argumentu byłam bezsilna.



Mackenzie przyglądała się zabawie. Zauważyłem ją dopiero po dłuższej chwil. Ubrała się w obozową koszulkę, ciemną spódniczkę i sandałki. Siedziała przygarbiona, z opartymi łokciami na kolanach i jadła ciastka prosto z opakowania. Wiatr plątał jej rozpuszczone włosy, ale ona chyba się tym nie przejmowała. Wodziła oczami za Lisette, która bawiła się w berka z najmłodszymi uczestnikami obozu. Zbliżyłem się do niej ostrożnie, patrząc na jej plecy i zastanawiając się, co ona tutaj robi. Zazwyczaj o tej godzinie trenowała i nie obchodziło ją, że pali się las czy nadchodzi burza. Była konsekwentna i do swojego treningu podchodziła ze spartańskim nastawieniem. A oto zastaję ją tutaj, jedzącą ciastka. Było to dziwne, szczególnie dlatego, że w nocy wybrała się na nocną eskapadę i powinna odpoczywać.
Usiadłem obok niej w pierwszym rzędzie trybun wokół placu do siatkówki, gdzie doskonale było widać zabawę dzieciaków. Gdy Lisette była na zewnątrz, zawsze byłem blisko niej. Była moim oczkiem w głowie od prawie pól roku i nic tego nie zmieniło. Nawet pojawienie się Mackenzie. Spojrzałem na jej twarz. Nie okazała zdziwienia moim widokiem, co więcej nie zareagowała żaden sposób na to, że się pojawiłem. Była zatopiona we własnych myślach, a ja jej nawet nie przeszkadzałem. Siedzieliśmy tak przez jakieś pięć minut, stykają się ramionami i obserwując, jak dzieciaki i piękna blondynka krzyczą oraz biegają. W końcu Mackenzie wyciągnęła w moją stronę paczkę wegańskich ciasteczek, bez słów mnie nimi częstując. Spojrzałem na opakowanie, a ona nadal, obserwując Lisette, powiedziała:
— Spokojnie, są bez słonecznika.
Zamrugałem, zbity z tropu. Nie przypominam sobie, byśmy kiedykolwiek rozmawiali na temat mich upodobań kulinarnych. Dziewczyna uśmiechnęła się.
— Pamiętasz, jak pierwszego lata, które spędziliśmy razem, łączyliśmy smaki? To było niby udowodnione naukowo, że z pozoru niezbyt pasujące do siebie rzeczy mogą smakować bosko. Chciałeś spróbować. Wtedy dowiedziałam się, że nie lubisz słonecznika.
Wziąłem ciasteczko i uśmiechnąłem się. Teraz pamiętałem. Połowa ludzi nie mogła wytrzymać i wyszła, targana odruchami wymiotnymi a inni zostali, by z rozdziawionymi ustami oglądać moje wielkie wystąpienie.
— Miałem dziwne pomysły jako nastolatek.
Mackenzie przymknęła oczy i ze śmichem pokręciła głową.
— Boże, to było takie obrzydliwie a jednocześnie tak bardzo fascynujące, że nie mogłam oderwać wzroku.
Niezbyt pasujące do siebie rzeczy. Mackenzie schowała pasmo ciemnych włosów za ucho i ugryzła ciastko, znów skupiając się na grze. Obserwowałem jej zamyślony profil, a te pięć słów rozbrzmiewało w mojej głowie. Czy czasami tak myślała o nas? Nie mogłem jej rozgryźć. Raz była zimna, drugi raz gorąca, niemal jak w piosence Katy Perry. Chłopak, który nie miał prawie nic, uciekał z rodzin adopcyjnych i bogata dziewczyna z drogim samochodem, kochającym ojcem i prawie ukończonymi studiami. To się nie mogło udać. Byliśmy dwom światami, oddzielonymi trzema galaktykami. Nienawidziła tego, że jest herosem. Dla mnie wiadomość, że nim jestem była najlepszą, jaka w życiu usłyszałem. Mogłem mieć każdą dziewczynę, skromnie mówiąc. Wiedziałem, że większość obozowiczek wodzi za mną oczami, ale to ignorowałem. Mógłbym się zakochać w Lisette. Byłbym z nią szczęśliwy. Ale, do jasnej cholery, pragnąłem Mackenzie. Całym swoim sercem, całym swoim umysłem i ciałem. Nie miałem pojęcia, jak tego dokonała. Kiedyś zakochiwanie się było jak włączenie i gaszenie światła. Pstryk i już. A potem zjawiła się ona i już nic nigdy nie było takie same. Kochałem dotykać jej skóry, słyszeć jej śmiech. Kochałem ją całować, a ona nawet podczas pocałunku się uśmiechała. Dotyk jej włosów na mojej twarzy, gdy pochylała się, by coś wziąć. I wiedziałem, że ona pragnęła mnie równie mocno. Kocham cię. Kocham cię tak bardzo, że to aż boli. To były jej pierwsze słowa, które usłyszałem z jej ust. Wezbrała we mnie ogromna pokusa by ją pocałować. Musiałem odwrócić wzrok w zupełnie inną stronę i ugryźć ciastko, by się opanować. Wtedy dotarł do mnie sens słów Afrodyty. Wasza relacja jest taka zabawna.
— Siedzę tutaj godzinę i próbuję dociec, kogo jest córką — zaczęła Mackenzie, strzepując okruchy ze spódnicy. Odłożyła paczkę prawie skończonych ciastek i oparła brodę na rękach, które wsparła na kolanach.
— Zbawiałem się tak przez pierwsze trzy miesiące naszej znajomości — wyjaśniłem, skończywszy przekąskę. — Kręcone blond włosy. Jasna karnacja. Zielne oczy.
— Mi się wydaje, że są bardziej niebieskie niż zielone — zauważyła, mrużąc oczy w blasku słońca. — Mogłaby być od Ateny, ale jej dzieci mają szare oczy. Na Apolla ma zbyt jasną karnację.
— Wiesz, że to nic nie da, prawda, Kenz?— mruknąłem, a ona tylko westchnęła. — Jest tysiące bóstw, tysiące ich dzieci. Nie ma sensu porównywać ją do tych ludzi, których znamy. Może być jedynaczką, tak jak Sky.
Mackenzie potarła sobie skronie i wymruczała pod nosem.
— Dlaczego ona oszalała? Oto jest pytanie. To coś nie opętało ją z byle powodu. Tak samo jak mnie z byle powodu nie sprowadził Dionizos cztery lata temu. Może on by coś wiedział? Jest przecież bogiem szaleństwa.
Brunetka dalej się rozwodziła nad Panem D., ale jej nie słuchałem. Całkiem przypadkowo poruszyła w mnie myśl, która narastała i narastała. W końcu przerwałem jej w połowie zdania.
— Właśnie, dlaczego ona oszalała? A może ktoś chciał, by się nigdy nie dowiedziano, że jest herosem. Jeśli ktoś to zaplanował, bo dziecko było dla niego niewygodne?
Mackenzie wyprostowała się, a w jej oczach błysnęła iskierka zrozumienia.
— Pakt w stylu Wielkiej Trójki? Wtedy to nie było aż tak poważne. Może jej rodzic był bardziej... ograniczony.
— Co masz na myśli? — spytałem, marszcząc brwi. Mackenzie przewróciła oczami.
— Myśl, Leo! Co jeśli od wieków nie mogła mieć dzieci? Bo przysięgła wieczną czystość? Jak Hestia? Artemida? A nawet Hera.
— Kenzie, Hera nie jest dziewicą. Tylko jako bogini małżeństwa nie może pozwolić sobie na żadne romanse.
— I dlatego była zazdrosna. Pamiętasz Heraklesa? Użerał się z nią przez całe życie, zabił własną żonę i dzieci bo bogini zesłała na niego szaleństwo, a potem te dwanaście...
Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Mackenzie wyglądała, jakby przyłapano ją na obgadywaniu osoby, która stała za jej plecami. Jej oczy były wielkie, a usta rozchylone, a gdy po długiej chwili dokończyła zdanie, dodając "prac", jej głos był wysoki i piskliwy. Po chwili parsknąłem śmiechem.
— Hera? Matką Liz? — Mackenzie spojrzała na mnie z groźną miną, a ja po chwili pośpieszyłem z wyjaśnieniami. — Słuchaj, ja widziałem Herę. Ma brązowe włosy i oczy. Opiekowała się mną, gdy byłem mały. Ni jak nie pasuję do Lisette.
— Ale nie możemy tego wykluczyć — powiedziała, prostując się i patrząc w moją stronę. Zmrużyła oczy, chroniąc się przed słońcem. Po raz kolejny pomyślałem, jaki piękny ma kolor tęczówek. Nawet bez tych złotych plamek były niezwykłe, choć ona uważała, że są zbyt zwyczaje Na jej wargach został okruszek po ciastku. Podniosłem soją rękę do jej twarzy i kciukiem, podtrzymując jej brodę palcem wskazującym, strzepnąłem go.
— Nie, nie możemy — powiedziałem cicho. Mackenzie patrzyła jak zahipnotyzowana, a napięcie pomiędzy nami było prawie namacalne. Jedna iskra wystarczyłaby by rozpalić ogień. Z pozoru niezbyt pasujące do siebie rzeczy mogą smakować bosko. Odchrząknąłem i zabrałem dłoń, rzucając spojrzenie w stronę Lisette, która upadła ze śmiechem na trawę i leżała na plecach, patrząc w niebo. Podniosłem się z krzesełka.
— Pójdę zaprowadzić ją na trening — zacząłem, a Mackenzie kiwnęła głową, przyglądając się mi. — Na razie, pastel.
Już otwierała usta, by spytać się mi, co to znaczy, ale mnie już nie było. Czułem na swoich plecach jej palące spojrzenie i poczułem, że się rumienie. A ja się nigdy nie rumienie z powodu jakieś dziewczyny.
Ale to nie była jakaś dziewczyna. To była Mackenzie. Moja mała.




CampsLock zawiera w sobie ta DUŻO emocji! Uwielbiam go ♥


No więc..... Czy ktoś tu z obecnych utożsamia się z Lisette? Ja osobiście uważam, że ma trochę racji. To, jak się troszczy o Leona jest naprawdę urocze.

Mam ochotę na słodkie. Przez całe dwa tygodnie jem słodycze, jakbym była w ciąży. Tak w ogóle, to ostatnio śniło mi się, że jestem w ciąży. I ciasto czekoladowe też mi się śniło. Chyba muszę coś upiec. I sprawdzić zaznaczenie ciasta czekoladowego w senniku. Nie wierzę w prorocze sny, ale i tak sobie sprawdzam. No i w sennikach nie ma ciasta czekoladowego. Tylko samo ciasto, a ja takiego nie chce. No cóż, czyżby moje sny były poza granicami? I ja tam chciałam, by mi ktoś kupił ciasto. No co? Byłam w ciąży, chciałam sobie podjeść!

Ta scena z Leonem i Kenz była napisana wieki temu, jako jedna z pierwszych. Co sądzicie o teorii Kenz? Będzie jeszcze kilka dyskusji o rodzicach Liz. 

Za tydzień będzie duużo Lenzie i... Piper. Może dowiemy się co nieco o niej i Jasonie?

Kocham Was xoxo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis