sobota, 4 lutego 2017

Rozdział XXXI - Czarna robota


Stwierdzenie, że byłam w lekkim szoku, to niedopowiedzenie. Gdy Leo oznajmił mi, że nie ma nic przeciwko temu, bym pojechała z Percy'm, gapiłam się na niego przez dobrą chwilę. Miałam ochotę zapytać go, czy przypadkiem dobrze się czuję albo czy jest trzeźwy. Bo Leo zmieniający zdanie, przy którym upierał się od tygodni, to był widok niezwykły. Nie mam pojęcia, czemu tak się zachował. Powodowało to lekki niepokój, ale zignorowałam te uczucie.
Tydzień później siedziałam wieczorem na swoim łóżku, gapiąc się na plany, które zostały mi dostarczone. Mokre włosy opadały mi na twarz, a ja byłam zbyt leniwa, by przebrać się w przygotowane ubranie, więc siedziałam w ręczniku. W domku było cicho, bo wszyscy byli na ognisku. Siedziałam i pocierałam bezwładnie szyję. Ślady nadal nie znikały, a ja lekko zaczęłam się denerwować. Moje siniaki znikały najwyżej po trzech dniach, bo zdolność regeneracji miałam przyśpieszoną. Ale nie te. Czerwone pręgi, które zostawiła mi na pamiątkę Lisette nie zamierzały zbladnąć. A ludzie już się zastanawiali, czemu w upalne lato chodzę w cienkich golfach bez ramiączek albo w apaszkach. Pocierałam te ślady i starałam się opanować drżenie ciała. Dziś w nocy wyruszę z Percy'm do miasta i zdobędę te akta, choćby nie wiem co. W końcu westchnęłam, zwlekłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Na stoliczku, gdzie trzymaliśmy wszystkie kosmetyki, szczotki i akcesoria do włosów, położyłam swój strój na dzisiejszą noc. Czarny golf z lekkiego materiału, z długimi rękawami. Czarne spodnie z wysokim stanem, które były niemal tak wygodne jak leginsy, czarne skarpetki i zupełnie czarne buty. Wszystko czarne. Uśmiechnęłam się gorzko i zaczęłam się przebierać. Włosy splotłam z francuza i dopiero teraz wszyłam z łazienki. Chwyciłam — czarny, oczywiście — plecak i schowałam do niego plany budynku, nieco ambrozji i nektaru, kartki z notatkami, latarkę, komórkę i doniczkę z ziemią. Wsunęłam na palec tylko pierścionek z diamentem, który dał mi Leo, gdy miałam siedemnaście lat i wszyłam z domku. Skierowałam swój szybki i zdecydowany krok na Wzgórze Herosów. Chłopcy już czekali. Percy, tak samo jak ja, ubrany cały w czerń, wyszczerzył się do mnie i pomachał. Wtedy Leo mnie zauważył. Serce zabiło mi szybciej, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Stanęłam obok Jacksona, czekając na odprawę.
— W GPSie wstukałem wam lokalizację — zaczął Leo rzeczowo. Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam, bo to ja miałam być kierowcą. — Starajcie się nie zwracać na siebie uwagi. W zakładzie są nocne zmiany i system zabezpieczeń tak skomplikowany, że go nie rozgryziecie. Tutaj macie wszystkie kody do drzwi. — Podał Percy'emu kartkę, którą chłopak zgiął i schował do kieszeni. — Lisette mówiła, że akta trzymają tam, gdzie jest gabinet jej psychologa. Ale że dziewczyna została... no, wiecie, to przyszykujcie się na konieczność wybrania się na komisariat. Ale, jeśli znajdziecie cokolwiek w zakładzie, macie wrócić z dokumentami i się tam nie wybierać. — Tutaj zrobił pauzę i skarcił mnie wzrokiem, bo uwaga była skierowana w moją stronę i miałam tego świadomość. — Spróbujcie wyrobić się przed świtem. Jakby co, to dzwońcie. Wszystko jasne?
Kiwnęliśmy głowami. Percy skierował się do jednej z furgonetek, a ja zostałam z Leonem, który szukał po kieszeniach kluczyków do pojazdu. W końcu je znalazł i podał mi. Nasze dłonie trochę zbyt długo były złączone. Zabrałam szybko rękę i uśmiechnęłam się słabo, chcą zamaskować zmieszanie.
— Uważaj na siebie, mała — powiedział cicho, po czym chwilę się wahał. Znalazł się szybko przy mnie i wziął moją twarz w dłonie. Moje oczy zrobiły się większe i choć wiedziałam, że zgodnie z moim postanowieniem powinnam się odsunąć, nie zrobiłam tego. Chłopak, który był nieco ode mnie wyższy, złożył miękki pocałunek na moim czole. Z ustami przy mojej skórze, powiedział półgłosem. — Nie daj się złapać. Nie uśmiecha mi się na ciebie czekać dziesięć lat, zanim wyjdziesz z więzienia. Już te trzy lata były męką.
Odsunął się ode mnie, pomachał Percy'emu, który obserwował całą scenę z pojazdu i ruszył w dół zbocza. Gapiłam się na niego przez długą chwilę otępiała, po czym potrząsnęłam głową i wsiadłam do samochodu. Bez słowa odpaliłam silnik i ruszyłam, czując na sobie wzrok mojego partnera zbrodni. Rozbawiony wzrok.
Jazda do psychiatryka Lisette trwała w zupełnej ciszy, jeśli nie liczyć grającego radia, nadającego nocną audycję i Percy'ego, który od czasu do czasu podśpiewywał z artystami. Ja byłam tak spięta, że czułam każdy naprężony mięsień w moim ciele. Gapiłam się pustym wzrokiem na drogę, siedząc sztywno i prosto, jakbym połknęłam kij od szczotki. Światła nadjeżdżających z przeciwka taksówek mnie oślepiały, ale na piętnaście minut przed dotarciem do celu, inne samochody przestały się pojawiać.
Zaparkowałam w dość dużej odległości od zakładu, zgasiłam światła i silnik. Pogrążyliśmy się w zupełnej ciszy.
— To najgłupsza rzecz, jaką zrobię w swoim życiu — oznajmił Percy. Spojrzałam na niego z poważnym wyrazem twarzy.
— Chcesz się wycofać?
— Żartujesz? — zdziwił się. — Nie mogę się doczekać. Zróbmy to!
Wypadł z samochodu. Westchnęłam i zabrałam plecak z tylnego siedzenia. Zatrzasnęłam drzwi furgonetki, a światła minęły, gdy ją zamknęłam. Na masce rozłożyłam plan budynku. Stojąca nieopodal latarnia rzuciła mdłe światło na kreski i komentarze, które niewątpliwie zostały nakreślone ręką Leona.
— Jesteśmy na tyle budynku — oznajmiłam, stukając w odpowiednie miejsce palcem. — Musimy wejść w ten duży szyb wentylacyjny, przejść kilka metrów i znajdziemy się na korytarzu. Potem pójdziemy w lewo. Na drodze do celi Lisette będziemy mieli dwa zabezpieczone przejścia.
— Chcesz pójść do jej pokoju? — zdziwił się Percy. — Po co?
— Tylko zerknąć. Myślę, że nie będzie tam nikogo, bo Leo subtelnie rozwalił połowę budynku i zapewne go remontują. Idąc tym tokiem myślenia, nie będzie też tam żadnych strażników. Potem musimy pokonać parę korytarzy, skręcić w lewo i przejść do części administracyjnej budynku.
— A kamery? — spytał Percy. Spojrzałam na klucze od furgonetki. Był do nich przyczepiony srebrny pendrive. Nachyliłam się nad kartką papieru i przestudiowałam ją dokładnie.
— Gdzieś od strony ulicy zewnętrznej budynku powinna być skrzynka. Jakimś cudem mamy ją otworzyć, znaleźć wtyczkę, włożyć w nią pendrive a on sam załatwi sprawę.
Cisza zawisła pomiędzy nami. Zastanawiałam się, jakim cudem te małe urządzenie ma wyłączyć wszystkie kamery w budynku i tym samym zapewnić nam anonimowości. Czy był tam ukryty jakiś wirus, który wyłączy urządzenia na całą godzinę? Od samego zastanawiania się rozbolała mnie głowa.
— Valdez jest geniuszem — zawyrokował mój towarzysz i westchnął. — Dobra, bierzmy się za robotę.
Wsadziłam wszystkie papiery z powrotem do środka i zwilżyłam przy okazji gardło łykiem wody. Serce biło mi jak przed publicznym wystąpieniem, gdy szłam obok Percy'ego w kierunku zakładu.
Był to monstrualny budynek pogrążony w mroku, więc nie mogłam ujrzeć go w pełnej krasie. Wyglądał jak miejsce wyjęte z nisko budżetowego horroru, ale i tak są swój sposób spowodował, że moje ręce pokryły się gęsia skórką.
Percy załatwił sprawę ze skrzynką. Majstrował przy niej i na końcu wetknął w nią pendrive. Włączyłam minutnik w zegarku i oznajmiłam głośno:
— Mamy godzinę.
Szybko ruszyliśmy w stronę wyjścia do wentylacji. Niczym aktorzy w filmach o napadzie na bank odkręciliśmy wielką kratkę i wcisnęliśmy się do prostokątnego otworu. Zmarszczyłam nos, ale i tak nieprzyjemny zapach mokrego psa uderzył w niej nozdrza. Było brudno. Okropnie brudno. Z ulgą powitałam wyjście na po drugiej stronie na czysty korytarz. Percy'emu uporanie się z drugą kratką zajęło dość długą chwilę. Gdy się wyprostowaliśmy, zerknęłam na zegarek.
— Czterdzieści osiem minut.
Ruszyliśmy w naszą lewą stronę. Korytarz ciąg się niemal w nieskończoność, aż w końcu doszliśmy do pierwszych drzwi na pin. Wstukałam "2302" i drzwi otworzyły się z cichym, ciągłym dźwiękiem. Wśliznęliśmy się za nie i ruszyliśmy dalej, tym razem mijając drzwi z numerami. Zza niektórych dochodził stłumiony chichot lub głos, a te wszystkie dźwięki denerwowały mnie jeszcze bardziej. Kolejny pin, a liczby "4529" umożliwiły nam wejście. Teraz już zwracałam uwagę na liczby. Po długim marszu, stanęłam jak wryta przed tymi z inicjałami L1038.
— Jak tam wejdziemy? — spytał szeptem Percy, a ja poczułam na swoim uchu jego łaskoczący, ciepły oddech. Nacisnęłam naiwnie na klamkę i pchnęłam ją bez przekonania. Ku naszemu zaskoczeniu, drzwi się otworzyły. Postawiłam krok i weszłam do pomieszczenia , w którym Lisette spędziła kilka lat swojego życia.
Był to niewielki pokój z czystymi ścianami, gdzie nie było żadnych mebli. Poczułam dreszcz, który przebieg od dołu mojego kręgosłupa ku górze i zatrzymał się pomiędzy łopatkami.
— Czujesz to? — spytałam cicho. Percy z powagą pokiwał głową.
— Tak. Musieli niedawno malować.
Nie chciało mi się nawet odpowiadać na ten nieco głupi komentarz. Wycofałam się cicho z pokoju, zamykając go, ale dziwne uczucie mrowienia mnie nie opuściło. Ruszyliśmy my dalej, a ja co chwilę wracałam się i oglądałam za siebie, mając poczucie, że ktoś mnie obserwuje. Wpisaliśmy kod "5374" i wyszliśmy z części mieszkalnej.
— Gdzie teraz? — spytał Percy, rozglądając się dookoła. Wyciągałam mapę i rozłożyłam ją. Percy poświęcił małą latareczką na papier.
— Na następnym skrzyżowaniu w prawo i ósme drzwi na lewo — zawyrokowałam. — Mamy trzydzieści dziewięć minut.
Ruszyliśmy przed siebie, stąpając najszybciej jak potrafiliśmy. Drzwi, przed którymi stanęliśmy, nie różniły się niczym szczególnym. Nachyliłam się nad nimi, w poszukiwaniu panelu, gdzie miałam wpisać odpowiedni kod. Nie znalazłam go.
— I co my teraz zrobimy? — odezwał się Percy, który dzisiejszej nocy zadawał wyjątkowo dużo pytań. Przejechałam palcami po zamku.
— Są na tradycyjny klucz — odpowiedziałam, jakby to rozwiązywało problem.
— Otworzymy ją wsuwką?
Spojrzałam na niego z politowaniem.
— Żartujesz sobie? Nie mamy czasu na wygłupy.
To powiedziawszy, zsunęłam plecak z ramion i go otworzyłam. Z uśmiechem na ustach wyprostowałam się z małym naczyniem w dłoniach.
— Super — powiedział Percy. — Dolniczka. Zamierzasz rzucić nią o drzwi?
Pokazałam mu język i odwróciłam się do drewnianych drzwi. Zamknęłam oczy i rozluźniłam się na tyle, ile mogłam. Napięcie znikło z mojej twarzy, jednak nadal czułam je w nogach. Poczułam małą iskierkę w moim brzuchu. Złapałam ją w dwa palce. Jej słabe światło powoli rozchodził się po wszystkich częściach mojego ciała. Ciepło rozlało się od mojego brzucha, w górę, do płuc i powędrowało do rąk. Moje zazwyczaj zimne dłonie się rozgrzały, mrowiąc mnie w palce. Chwyciłam się tego uczucia i przeniosłam je do rzeczywistości. Dolniczka zaczęła niezauważalnie drgać w moich dłoniach. Delikatnie otworzyłam oczy, w sam raz, by ujrzeć jak mała łodyga przebija się przez warstwę ziemi i wyrasta ponad nią. Uśmiechnęłam się do niej ciepło.
— Cześć, mała — wyszeptałam do niej. — Pomożesz otworzyć nam drzwi?
Istotka cienkim pędem zaczęła rosnąć i wkrótce jej zielona łodyga wpęzła z pełną gracją do dziurki od klucza. Chwilę później coś kliknęło i drzwi od gabinetu stanęły przed nami otworem.
— Jestem pod wrażeniem — zaczął Percy, a ja pomyślałem, że jest raczej w szoku niż żywi do mnie uznanie. — Ale jak? Myślałem, że Mgła Demeter...
Położyłam wskazujący palec na ustach, dając mu tym samym znak, że na pytania czas będzie później.
Jedynym źródłem światła była mała latarka, którą Percy trzymał w dłoni. Słup światła padł na krzesło z ochronnymi, skórzanymi paskami, które były przymocowane do obu poręczy. Zmarszczyłam brwi. Widziałam takie krzesła w starych filmach, ale w XXI wieku? Pogładziłam skórzany materiał, pogrążając się w zadumie. Czy to na tym przedmiocie siedziała Lisette podczas swoich cotygodniowych sesji? Czy czuła, jak skóra wbija jej się w nadgarstki i powoduje dyskomfort? Czy z iskrą błagania w niebiesko-zielonych oczach prosiła psychiatrę, żeby nie kazał jej tego zakładać? Moje myśli biegły wolno i niespiesznie. Choć nie przepadałam za Lisette, a gdy zjawiała się w pobliżu, miałam ochotę natychmiast zwiększyć dystans nas dzielący, to poczułam żal. Było mi przykro, że musiała siedzieć w tym gabinecie na prochach i słuchać wywodów obcego człowieka, którego pewno z upływem czasu znienawidziła.
Percy odkrzyknął, przywołując mnie do rzeczywistości.
— Ty sprawdź biurko, ja się zajmę szafkami — zarządził. Kiwnęłam głową i wyciągam z kieszeni telefon. Mieliśmy tylko jedną latarkę, więc musiałam posłużyć się tą w telefonie. Przy lampce leżał pęk kluczy. Psychiatra był tak pewny siebie, że nie brał pod uwagę włamania? Nie narzekałam, tylko chwyciłem w ręce obleczone w rękawiczki klucze i uklękłam przy małej szufladce. Sporo czasu zajęło mi znalezienie tego właściwego. Gdy odsunęłam szufladę, moim oczom ukazało się morze staromodnych kaset. Pamiętam, że moja ciocia, najstarsza siostra taty, miała takie same, tylko z muzyką. Szybko, zerkając od czasu do czasu na zegarek, czytałam nazwiska na opakowaniach, napisane schludnym pismem. W końcu znalazłam tą, która mnie najbardziej interesowała. "Lisette Marie Evans 12.01.16-24.04.16". Ostrożnie włożyłam kasetę do plecaka, rezygnując z dalszych poszukiwań. Zamknęłam szufladę i przekręciłam klucz, wyciągając go. Teraz pora na drzwiczki. Kolejne cenne minuty upłynęły mi na znalezieniu właściwego. W środku czekało mnie rozczarowanie. Mnóstwo czystych, nie zapisanych kartek, zapasowe długopisy i ołówki, karteczki samoprzylepne i białą teczkę. Wzięłam ją w swoje dłonie i otworzyłam. W środku znajdowały się kleksy z atramentu. Przeglądnęłam niektóre, przypominające królika, kota, wyjątkowo dużo jabłko... Włożyłam ostrożnie kartki z powrotem i zabrałam się za dalsze myszkowanie. Po krótkiej chwili usłyszałam głos Percy'ego:
— Mackenzie?
Szybko podniosłam się z kolan i do niego podeszłam. Chłopak pokazał mi palcem na pokaźny stos teczek, które zajmowały całą szafkę. Przetknęłam ślinę.
— Co teraz? Nie weźmiemy wszystkich — spytałam cicho.
Percy zacinał usta.
— Trzy najnowsze?— spytał, a ja kiwnęłam głową, akceptując jego pomysł. Wróciłam do biurka i zamknęłam małą szafkę na klucz, a te odłożyłam koło lampki. Zduszając w sobie ziewniecie, poszłam pomoc Percy'emu. Ja otwierałam teczki i sprawdzałam ich zawartość. W końcu, po kilkunastu minutach pracowania w absolutnej ciszy, wpakowałam teczki do plecaka, który zasunęłam i pomogłam chłopakowi włożyć teczki w odpowiedniej kolejności. Zerknęłam na zegarek i poczułam, jak krew we mnie krzepnie.
— Dwanaście minut — mruknęłam ze strachem. — Musimy się pośpieszyć.
Ale , oczywiście, coś musiało pójść nie tak. Obydwoje usłyszeliśmy kroki na zewnątrz i odwróciliśmy się w stronę drzwi. Serce zaczęło tłuc mi się w piersi. Percy, jako jedyny z naszej dwójki, myślał trzeźwo. Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę drzwi. Chciałam zaprotestować, ale on zatkał mi bezczelnie usta dłonią. Sam przyległ do ściany, z tej strony, że gdyby ktoś wszedł, drzwi by nas zasłoniły. Ja opierałam się o jego pierś, trzymając jedną rękę na jego dłoni, zakrywającą moją twarz. Podczas, gdy on był opanowany, ja niemal nie zaczęłam panikować.
— Jak tam, Patrick? — spytał gruby głos, a ja przymknęłam oczy, modląc się do Boga, by tutaj nie weszli.
— Spać mi się chce — odpowiedział zapytany, po czym ziewnął. — I po co ja kończyłem studia? By pilnować bandy głupoli po nocach.
Dwójka oddaliła się, dusząc śmiech. Czułam, jak ciało Percy'ego się odpręża i jak odejmuje rękę od moich ust i wypuszcza mnie z objęć. Staliśmy tak przez dwie minuty, nasłuchując, aż w końcu zmuszeni byliśmy uciekać. Nie było czasu. Za dziesięć minut i dziesięć sekund kamery zaczną działać. Wyszliśmy z gabinetu, nie zadając sobie trudu, by zamknąć drzwi i najciszej jak potrafiliśmy. Ruszyliśmy truchtem przez puste korytarze, oświetlone światłem jarzeniówek o mdłym koloru. Moje serce tłukło się ze strachu, tak jak wiele razy przedtem. Ciągle spoglądałam na zegarek i za każdym razem wzdychałam w duchu, bo nie zdążymy. Percy wydawał się opanowany do tego stopnia, że to zaczęło robić się denerwujące. W kocu dobiegliśmy do kratki. Pośpiesznie wgramoliłam się do małego otworu. I ruszyłam przed siebie, nie czekając na Percy'ego. Zimny powiew nocy schodził mi twarz, ale ja nie rozkoszowałam się tym uczuciem. Pośpiesznie chwyciłam kratkę oraz mały śrubokręt. Gdy tylko chłopak wygramolił się po kilkunastu sekundach po mnie, opanowałam drżące dłonie i szybko przykręciłam kratkę, zanim Percy zdołał cokolwiek zrobić. Szybko pomógł mi wstać i trzymając się za ręce, pobiegliśmy do furgonetki zaparkowanej dwie przecznice dalej. Zdjęłam plecak z ramienia i szybko odnalazłam klucze od samochodu. Światła błysnęły, szybko wgramoliliśmy się na siedzenia i zatrzasnęliśmy drzwi. Oboje dyszeliśmy ciężko i nierównomiernie.
Percy się roześmiał. A ja chwilę później, wzięłam z niego przykład.
— Jesteś stuknięty — wysapałam.
— Gdybyś widziała swoją minę — wył Percy. — Te przerażenie w oczach, prawie jak wtedy, gdy kazałem ci wejść na tą głupią ścianę wspinaczkową.
— Spadłam z niej wtedy! — przypomniałam mu z uśmiechem, zapinając pasy.
— Pamiętam — powiedział, zwijając się ze śmiechu. — A wiesz, co nie jest zabawne? Podrapałaś mnie w rękę!
I zaniósł się większym śmiechem. Pokręciłam z uśmiechem głową, nacisnęłam sprzęgło, przekręciłam kluczyk i silnik zawył. Ruszyliśmy, zostawiając za sobą zakład Lisette.
Lecz uczucie niepokoju, którego zasmakowałam w jej pokoju, pozostało.



Przetrwałam pierwszy tydzień szkoły. Nie było tak bardzo źle.

Rozsmakowuje się w fikcji historycznej, a dokładnie w książkach Philippa Gregory. Na ebookach przeczytałam dwie i w czwartek kupiłam kolejne dwie. Nie rozdziewiczę ich jednak (jak to mawiała moja nauczycielka od geografii w gimnazjum, gdy ktoś nie miał uzupełnionych ćwiczeń - "Rozdziewicz je w końcu!"), bo muszę tkną patykiem pana Żeromskiego. To już nawijanie Josepha Conrada o jego jądrze, które w dodatku jest ciemne (tytuł to oksymoron, tak dla waszej wiedzy.Jądro jest czymś jasnym, więc nie można go łączyć z ciemnością), było ciekawsze. Czas na mój trik z przyśpieszonym czytaniem.

Mam już termin studniówki. Ja i mama się kłócimy o kolor mojej sukienki. Bo moja mamuśka chce czerwoną lub czarną, a ja inny kolor. Róż albo fiolet. Nie chce być taka jak wszyscy. Naprawdę, kocham swoją mam całym seruchem, ale jak się na coś uprze, to nie ma przebacz. Polemizowanie nie wchodzi w grę.

A jak tam u Was, skarbeńki? Jak myślicie, o czym będą rozmawiać Percy i Kenzie, jak będą wracać? Niech mózg Wam trochę popracuje. 

Kocham Was x

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis