sobota, 25 lutego 2017

Rozdział XXXIV - Wielkie BING



Stałam na środku pokoju, wpatrując się w kartkę i nie dając wiary temu, co widziałam. Czułam, że oczy mnie okłamują. Bo od tego obrazu, który powstał po przeczytaniu tekstu, chciało mi się wymiotować. Chłód rozlał się po moim ciele. Kartka, którą trzymałam, trzęsła się, ale ja nie czułam, by moja ręka nawet drgnęła.
Ktoś wszedł do gabinetu. Szybko podniosłam wzrok i zauważyłam roześmianego Leona. Serce podeszło mi do gardła i czułam, że krew odeszła mi z twarzy. W mgnieniu oka schowałam kartkę za plecami. To nie był czas, by się dowiedział. Nie, gdy ja byłam w ciężkim szoku i mój mózg pracował na zwolnionych obrotach. Nie będę wyciągała fałszywych wniosków, nie znając całych faktów.
— Cześć Mackenzie — przywitał się.— Chcesz kawy?
— Hej. Nie, dziękuje — odpowiedziałam słabo, próbując spokojnie chować kartkę, którą trzymałam w zaciśniętej ręce. Nie udało się. Moje ręce drżały.
— Co się dzieje? — spytał zaniepokojony chłopak. Czułam, jak przed oczami stają mi mroczki. — Znalazłaś coś?
— Nie — odpowiedziałam szorstko i nieco za ostro. Leo przechylił głowę i spojrzał na mnie spod przymrożonych powiek.
— Czyli, że tak — mruknął, robiąc krok w moją stronę. Zacisnęłam palce na teczce z dokumentami. — Pokaż mi.
Podszedł do mnie, ale ja szybko cofnęłam się, chowając za plecami teczkę. On próbował ją wydrzeć z mojego uścisku, jednak byłam nieugięta. Po chwili cała sytuacja straciła słodkie zabarwienie przekomarzania, a Leo zaczynał być tym zirytowany.
— Cofnij się, do cholery, i mnie nie dotykaj — wrzasnęłam, odpychając go i ciężko oddychając.
— Jeśli jest tam coś o Lisette i przede mną to ukrywasz, to...
— Mamy umowę — odpowiedziałam sucho. — Ty zajmujesz się Lisette, ja papierami. I jeśli znajdę coś, o czym powinieneś wiedzieć, dam ci znać.
Dolny lewy kącik ust Leona zadrżał.
— Przestań zachowywać się jak dziecko. Nasza umowa brzmiała: "Bądźmy ze sobą szczerzy". Widzę, że chodziło ci tylko i wyłącznie o mnie, a w drugą stronę to już nie działa.
— Teraz próbujesz wzbudzić we mnie poczucie winy? — prychnęłam, rzucając teczką na biurko. Wzrok Leona podążył za jej ruchem, jednak po nią nie sięgnął. Nie odważyłby się.
— Wiesz, może w twoim świecie to ty jesteś najważniejsza. Ale wypadałoby pomyśleć czasem o uczuciach innych.
— Przecież ci pomagam! — wybuchłam. — Siedzę po kilka godzin dziennie w tym pokoiku i szukam czegoś, czegokolwiek o Lisette.
— Nie twierdzę, że nie. Ale mi nie chodzi o Lisette.
— W takim razie o co? — zapytałam nieco rozdrażniona. Leo spojrzał na mnie szelmowsko, a mi zaświtało, o co mu chodziło. — Oh.
— Właśnie, oh — mruknął i przybliżył się do mnie. Mogłam wyczuć delikatną woń perfum, których od czasu do czasu używał. — Podobało ci się.
— Nie pochlebiasz sobie za bardzo?
— Nie muszę. Podrapałaś mi plecy. — Zacisnęłam usta w wąską linię. — I się czerwienisz, na dodatek. To słodkie.
— Zmieniasz temat — powiedziałam niewzruszona jego uśmiechem, w którym krył się cień satysfakcji. — Mówiliśmy o tym, żebyś się nie wpierdzielał w moją pracę i zajął się swoją.
— A potem ja ci powiedziałem, że nie chodzi tylko o to. Chodzi o nas.
— Nie ma żadnych "nas" — odpowiedziałam cicho. — Nigdy nie było żadnych nas. Była prawdziwa przyjaźń, a potem tobie zachciało się grać Romea i wyciągać mnie z opresji.
Wcale tak nie myślałam. Może troszczę. Bo tak naprawdę faktycznie nie było żadnych nas. Zachowywaliśmy się jak najlepsi przyjaciele. Pomagaliśmy sobie nawzajem i trwaliśmy przy boku drugiej osoby. Tęskniliśmy przy długiej przerwie. A potem wybuchło... to chore coś. Miał rację. Podobało mi się. Uwielbiałam go całować, czuć jego zapach... Ale nadal byłam zagubiona, tak jak trzy lata temu. Nie dojrzałam. Nie dojrzałam do świadomości, że na niego zasługiwałam. Bo tak nie było. Wystarczyło tylko spojrzeć na naszą historię, naznaczoną kroplami łez i krwi. Nie było wypadów na kawę, chodzenia do kina na filmy, pisania SMS'ów po nocach. Mieliśmy tylko dwa krótkie miesiące wakacji, moje nieliczne odwiedziny w Obozie, by go zobaczyć oraz niecałe dwa tygodnie, podczas których byliśmy razem rok po tym, jak się spotkaliśmy.
Nie zasługiwałam na Leona Valdeza. On zasługiwał na kogoś, kto więcej nie złamie mu serca. Na kogoś takiego jak Lisette.
Leo wyglądał tak, jakbym przyłożyła mu w twarz. Zacisnął wargi i wyszedł zdecydowanym krokiem. Zamknęłam oczy, gdy trzasnęły za nim drzwi. Oparłam się o biurko, słaba, jakbym wypiła wodę z rzeki Lette. Powoli dostałam się do krzesła i usiadłam na nim ciężko.
Co ja, do kurwy nędzy, zrobiłam?
Czułam, że zaraz się rozpłacze. Nie mogłam do tego dopuścić. Jeśli bym się rozpłakała, poczułabym, że źle zrobiłam. Nie... Musiałam go zranić. Musiałam mu uświadomić, że może pozwolić mi odejść. Ja nigdy mu nie pozwoliłam. Ale jeśli mógłby być szczęśliwy z Lisette... Czemu się wahałam?
Zabrałam się znów do pracy. Wszystko leciało mi z rąk. Ale nie przestawałam. Po chwili zanurzyłam się w lekturze, lecz przed moimi oczami miałam wciąż zaszokowaną twarz chłopaka. Te oczy, pokazujące mi, że właśnie roztrzaskałam mu duszę.
Pól godziny później ktoś wszedł do mojego pseudo gabinetu. Nie bawił się w pukanie czy ciche otwieranie drzwi. Wpadł jak burza.
Piper rzuciła na moje biurko teczkę, która spadła mi jakiś czas na podłogę. Podniosłam wzrok. Ubrana w obozową koszulkę i zwykłe szorty, z rzemykiem z paciorkami i włosami związanymi w wysoki kucyk niczym nie przypominała swojej matki. Tyko nieprzeciętna uroda mogła zdradzić, że była córką Afrodyty. Stała z założonymi rękoma i patrzyła na mnie tym szczególnym wzorkiem. Nie odzywam się i czekam, choć wolałabym, by dała mi spokój i mogłabym wrócić do pracy.
— Leo jest na arenie i wyżywa się na workach treningowych, bo ludziom mógłby zrobić krzywdę. Nawet Lisette wyczuła, że coś nie gra i wycofała się z sali treningowej i czyta mity, a on nawet nie zauważył, że jej przy nim nie ma.
Piper położyła dłonie na biurku i nachyliła się w moją stronę, przeszywając mnie różnokolorowymi tęczówkami.
— Czemu go odtrącasz? Czemu trzymasz go na dystans? — spytała.
Nie odpowiedziałam, tylko spuściłam wzrok na papiery leżące naprzeciw mnie. W uszach nadal brzęczała mi nasza kłótnia i na nowo ją przeżywałam, co mogłabym robić jeszcze przez jakieś trzynaście godzin, gdyby Piper nie uderzyła pięścią w stół.
— Mackenzie, odpowiedź i mnie nie ignoruj. Natychmiast.
Czując niemiłe pulsowanie w piersi, odpowiedziałam wyzywająco.
— To nie jest twoja sprawa.
— Owszem, jest — zaprzeczyła dziewczyna. — To mój najlepszy przyjaciel, a ty go krzywdzisz. Nie mogę na niego patrzeć w tym stanie. Będę go bronić, choćby to oznaczało, że ty ucierpisz. Zrozumiałaś mnie jasno, czy nie? Więc odpowiedź Atkinson, bo mam dość tej chorej relacji pomiędzy wami.
— Bo nie chce go zranić — wymamrotałam cicho. Byłam jeszcze pod wpływem emocji panujących przy kłótni, a ostre słowa Piper były jak solona woda na tej otwartej ranie. — Zbyt wiele razy go skrzywdziłam. Zbyt wiele razy go wykorzystałam i złamałam mu serce. Ja.. nie zasługuję na jego miłość Pipes. Powinien być szczęśliwy.
— Ty jesteś jego szczęściem — odezwała się po długiej chwili dziewczyna. Pewnie szukała sensu w mojej wypowiedzi, ale go nie zlazła.
Pokręciłam głową, powstrzymując łzy.
— Jestem jego porażką. Największym nieszczęściem, jakie mogło mu się przytrafić. Jest moim tlenem a ja... — tu wzięłam urywany wdech — nie potrafię bez niego oddychać. Ale gdy jesteśmy osobno, nie mogę go zranić. Nie mogę się obwiniać za jego łzy. Za dużo przyniosłam mu cierpienia. — Piper milczała, wpatrując się we mnie z niedowierzającą miną. — Dlatego usuwam się w cień. Pomogę mu z Lisette, bo to go uszczęśliwi. Tylko tyle mogę zrobić. A może potem... — pokręciłam głową, próbując odpędzić od siebie okropne myśli. — Nieważne. Daj mi pracować, Piper. Proszę. I nie pytaj o nic więcej.
Udałam, że znów czytam. Spuściłam głowę i podparłam brodę ręką, wpatrując się w kartkę papieru. Dziewczyna nadal stała w miejscu i mi się przyglądała. Zaczęłam żałować, że pod wpływem głupich emocji jej się zwierzyłam.
— Mackenzie, ja...
— Wynoś się — powiedziałam twardo, nie podnosząc wzroku. — Już.
Minęła długa chwila, zanim zrobiła krok w tył i opuściła pokój. Opadłam na oparcie i westchnęłam ciężko. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Gdy ochłonęłam, zaczęłam czuć gorycz i obrzydzenie do siebie, że tak podle potraktowałam Piper. Chciała dobrze, a ja ją wyprosiłam. Wstałam od biurka i udałam się do jej Domku, jednak tam jej nie było. Musiałam zrobić wywiad z kilkoma obozowiczami i w końcu znalazłam ją, siedzącą na pomście nad brzegiem morza. Siedziała przygarbiona i machała nogami. Szłam wolno w jej stronę, a moje kroki odbijały się i huczały w mi głowie.
Usiadłam koło Piper, która leniwie zaczęła ocierać swoje policzki z mokrych łez. Poczułam się okropnie niezręcznie, ale nie powiedziałam niczego, by ją spytać, o co tak naprawdę jej chodziło. Zamiast tego wydusiłam z siebie cicho jedno słowo, które byłam w stanie wymamrotać.
— Przepraszam.
Piper milczała przez dobrą chwilę wpatrzona w oddalony punkt.
— Wiesz, kiedyś oceniałam cię negatywnie. Zostawiłaś człowieka z kwitkiem na lodzie, a on zrobił dla ciebie wszystko, co potrafił najlepiej. Mogłaś z nim zostać i być szczęśliwą i on również byłby w niebie. Ale zamiast tego złamałaś mu serce i nie zostawiłaś krzty nadziei. Skrzywdziłaś go, Mackenzie. A potem ja, półtorej roku temu zrobiłam to samo.
Czułam, jak dolna warga delikatnie mi drży, a ręce zaczynają się trząść. Splotłam je i położyłam udach, nie odzywając się ani słowem.
— Mówił, że mu na mnie zależy. Każdą wolną chwile, jaką posiadał, przeznaczał mi. Nie miał ich dużo. Musiał wybudować świątynie w Nowym Rzymie, a tutaj Domki dla każdego bóstwa. Akceptowałam to. Wiedziałam, że to dla niego ważne, a nie chciałam, by Jason czuł, że go ograniczam. Ale zaczęła mi doskwierać samotność. Spędzał dużo czasu w Nowym Rzymie, a ja albo chodziłam do szkoły, alb tkwiłam tutaj. Tęskniłam za nim. Był cały mój, ale nie chciałam tego w taki sposób. Jakbym była ulubioną grą, którą się odstresowuje po ciężkich tygodniach pracy.
Kolejne łzy polały się po idealnych policzkach Piper. Nie rozumiałam, czemu mi to mówiła, skoro nie miało to nic wspólnego z Leonem. Słuchałam jednak cierpliwie, bo może dziewczyna chciała się tylko wygadać.
— Po półtorej roku udało mi się namówić Leona, by na chwilę odetchnął od swojej pracy, nie brał żadnych misji i pojechał ze mną na dwa tygodnie do Nowego Rzymu. To był również jego przyjaciel, jak mu przypomniałam. Nic nie powiedzieliśmy Jasonowi, że przyjeżdżamy. Niespodzianka się udała. Spędziłam z Leonem, Frankiem i Hazel naprawdę cudowne chwile, zwiedzając zabytki, uczestnicząc w ćwiczeniach, pijąc czekoladę i poznając nowych ludzi. Odwiedziliśmy nawet Percy'ego i Annabeth w kampusie na studiach. Ale ja nie miałam tego, po co tu przyjechałam. Chciałam spędzać czas tylko z Jasonem, mieć go tylko dla siebie przez te dwa tygodnie. To tak dużo?
Westchnęła cicho i kontynuowała drżącym głosem.
— Starał się, naprawdę się starał wyrwać z pracy. Ale miał jej tyle, że poświęcił mi może z trzy godziny podczas tego całego pobytu. Przychodził do domu gdy już spałam, wychodził pośpiesznie całując mnie w policzek z tostem w jednej dłoni i z teczką w drugiej. Nawet, gdy był ze mną, myślał o tej głupiej pracy. Wiedziałam, że mu na mnie zależy. Ale nie chciałam tego w ten sposób ciągnąć. Zerwałam z nim. Nie płakałam, po prostu powiedziałam, że to na nic. Że choć jesteśmy blisko, czuję się tak, jakby go przy mnie nie było. Byłam zmęczona związkiem na odległość. Zakończyłam to, choć przekonywał mnie, że się zmieni, spróbuje znaleźć czas. Ale mnie to jego spróbuje nie obchodziło. Kochałam go z całego serca, ale jednak odeszłam.
Spojrzała na mnie lśniącymi tęczówkami. Chwyciłam ją delikatnie za rękę, patrząc, jak zawsze wesołe kolorowe oczy wypełniają łzy. Tym razem poczułam bolesne ukucie, bo zobaczyłam w nich pustkę i samotność.
— Nie płakałam przy nikim innym, tylko Leonie. On.. chyba mnie rozumiał, ale mógł się utożsamiać z Jasonem, nie ze mną. Byłam taka sama jak ty. Oceniałam cię, nie mogłam zrozumieć, jak mogłaś być taka głupia, dopóki sama tak się nie zachowałam. Kazałam mu o mnie zapomnieć, choć mnie kochał, a ja kochałam jego. Bo tak było lepiej. Dopiero wtedy cię zrozumiałam, Mackenzie.
— No to jesteś jedyna — powiedziałam, po chwili ciszy wypełnionej szumem fal. — Bo ja sama siebie nie rozumiem. Próbował cię chociaż odzyskać?
— Raz. Przyjechał po dwóch tygodniach i próbował mną porozmawiać. Schowałam się w Bunkrze i dopiero Leo znalazł mnie późno w nocy, śpiącą i opartą o Festusa. To wtedy po raz pierwszy wybuchłam.
Cisza zawisła między nami. Wsłuchiwałam się w szum fal, czując jak szczypią mnie oczy. Piper cicho pochlipywała przy moim lewym boku, a ją tylko trzymałam za rękę. Gdy się opanowała, zadała pytanie, które dręczyło nas obie.
— A co jeśli on był moim BING? Tym wielkim BING, które zdarza się tylko raz w życiu? A co jeśli tą głupią decyzją zaprzepaściłam swoją szansę na prawdziwe szczęście?
— Nie wiem — odpowiedziałam płaczliwie. Pierwsza, gorąca łza spłynęła po moim zimnym policzku. — Naprawdę nie wiem, Piper. Ja... chyba zaprzepaściłam swoje BING. Nienawidzę się za tą decyzję. Mój ojciec od początku twierdził, że robię błąd. Nie próbował mi tego powiedzieć, ale widziałam jego oczy, które mówiły całą prawdę. Zniszczyłam swoje wielkie BING, świadomie i to nie bolało by tak bardzo, gdym nie czuła, że ja też jestem jego BING.
Siedziałyśmy chwilę, podciągając nosem w dziewczyńskiej zgodzie Klubu Łamaczek Serc.
— Przeproś go — poradziła mi cicho Piper. — Cokolwiek mu powiedziałaś, przeproś. Ugnij tą swoją cholerną dumę. Dla was nie jest jeszcze za późno.







Zdenerwowana, zaciskałam palce, by po chwili je znów rozluźnić. Stałam przed drzwiami do sali treningowej, gdzie był Leo. Lisette natomiast siedziała na arenie, gdzie pomagała Piper nałożyć ochraniacze na grupkę najmłodszych herosów, by nie zrobili sobie krzywdy. A ja gapiłam się w drewniane drzwi, mówiąc sobie, że liczę do trzech i wchodzę. Tą próbę podejmowałam już osiem razy, a jednak nadal stałam nie po tej stronie drzwi, której chciałam. Nie potrafiłam opanować drżenia kończyn i stresu, który zawiązał mój język w supeł. Miałam po prostu wejść i go przeprosić. Tylko jak miałam to zrobić, by mi uwierzył? Od naszej kłótni minęły już dwie godziny, więc mógł tak łatwo nie nie dać wiary w moje szczere skruszenie.
I nagle przez głowę przemknęły mi te wszystkie rzeczy, które spieprzyłam, odkąd się poznaliśmy. Tych przeprosić nie mogłam sobie odpuścić.
Pchnęłam klamkę i weszłam na salę ćwiczeń. Zamknęłam za sobą cicho drzwi.
Leo ćwiczył. Na rękach miał założone czarne rękawice bokserskie i w skupieniu, zaciekle i z siłą walił w worek treningowy. Praktycznie wrosłam w ziemie, zapominając jak się oddycha i wchłaniając jego widok. Nie miałam wiele okazji, by patrzeć, jak walczy. Ten pojedynek z Mattem może i był głupią sprawą, ale nie dawał mi połowy wyobrażania, jak bardzo ciężko musiał pracować nad sobą i swoim ciałem. Widziałam jego zdjęcia, zrobione zaraz po tym, jak przybył do Obozu Herosów. Gdybym mi go nie pokazano palcem, trudno było by mi go rozpoznać. No, może po tych kręconych włosach.
Leo ćwiczył bez koszulki. Moje oczy mogły podziwiać jego mięśnie, które pracowały za każdym razem, gdy jego ręka wędrowała w kierunku worka. Pot spływał po jego ciele, on jednak nie wydawał się być zmęczony. Ja po czterdziestominutowym treningu kickboxingu, czułam się jak przejechana przez walec. On natomiast z każdym uderzeniem nogi czy dłoni w czerwony worek treningowy, zdawał się być jeszcze bardziej zdeterminowany i nabierał siły. Hipnotyzował. Tak, to było odpowiednie słowo. Mogłaby stać i patrzeć na jego silne ciało przez godziny, jeślibym wcześniej nie zemdlałabym z wrażenia.
Ale Leo mnie zauważył. Zatrzymał worek treningowy jednym ruchem ręki i spojrzał na mnie twardo. Poczułam, że się rumienie i mocno sobie postanowiłam, że nie będę patrzyła się na jego brzuch. Nie. Po prostu nie.
— Przyszłam cię przeprosić — wymamrotałam. Mój język był jakby zdrętwiały, a ja zmagałam się z chęcią, by po prostu wyjść albo co gorsza, nie zacząć chichotać.
— Naprawdę? — zakpił Leo. — A nie przyszłaś sobie popatrzeć?
Przypomniałam sobie, że powinnam również oddychać. Leo zdjął rękawicę i zaczął odplątywać bandaże bokserskie, przyglądając się mi w skupieniu. Ja natomiast zaczęłam się czuć tak, jakbym to ja była do połowy rozebrana, a nie on.
— No więc — zaczęłam nieporadnie, korzystając z okazji, że Leo sięgnął po ręcznik i odwrócił ode mnie wzrok. — Zachowałam się jak okropna suka i mam tego świadomość.
— Prawda, zachowałaś się jak suka — mruknął Leo i upił łyk wody, wkładając ręcznik do torby sportowej. Zacisnęłam zęby. Dobra, wiem, to były moje przeprosiny i musiałam sobie poradzić sama. Więc musiałam zachować spokój.
— Powinnam... powinnam ugryźć się w język i zachować się tak jak niemowa. Nie dać się ponieść... Ja... Oh, wiesz, jak powiedział Francis Fitzgerald. "Słowa mogą być niebezpieczniejsze od miecza."
Leo uśmiechnął się jednym kącikiem ust i założył koszulkę. To pozwoliło mi myśleć nieco trzeźwiej, ale i tak musiałam zdusić w sobie jęk protestu.
— Ty nawet przepraszając, musisz dorzucić jakiś głęboki cytat. Jesteś w tym beznadziejna. A poza tym to powiedział Margit Sandemo.
Założyłam ręce na piersi, prosząc w myślach, czy mogę już stąd wyjść.
— Co ja poradzę, że jestem lepsza w pisaniu, niż w kontaktach międzyludzkich? I nie Sandemo, tylko Fitzgerald.
— Sandemo.
— Fitzgerald.
— Sandemo. Cholera, Kenz, przestań znów się kłócić.
— To Fitzgerald.
Leo przewrócił oczami na widok mojej poważnej miny i uporu.
— Czy ty nie możesz się ze mną zgodzić i pocałować na przeprosiny?
Zignorowałam całkowicie ten drugi fragment jego wypowiedzi, jakby nigdy nie padł z jego ust i niewzruszeniem odpowiedziałam:
— Nie przyznam ci racji, bo jej nie masz.
— A pocałujesz? — spytał z fałszywą nadzieją w głowie. Tupnęłam nogą jak mała dziewczynka, bo moje przeprosiny skierowały się na zły tor.
— Leo!
— A myślałem, że Fitzgerald— zakpił ze mnie wesoło. Zaczął się pakować, a ja patrzyłam na to bezradna. Co mogłam jeszcze zrobić? Przygotowywałam się na płacz, zaklinanie i padniecie mu do stóp. Ale to było gorsze, bo on mnie po prostu zbył. Wzięłam głęboki wdech i powiedziałam drżącym głosem:
— Przepraszam... Za wszystko. Nie powinnam była... Naprawdę mi przykro i źle się z tym czuję. I... —zaczęłam niepewnie, bo musiałam go poprosić o przysługę. —Mógłbyś porozmawiać z Lisette o jej ostatnim dniu w zakładzie? To ważne. Bez tego nie mam pełnego obrazu. Wtedy porozmawiamy o dokumentach tak, jak powinniśmy. Na razie chce mieć pełny obraz, a nie wygłaszać fałszywe poglądy. To o to mi chodziło rano.
Chłopak tylko mruknął coś pod nosem i zaczął zwijać bandaże. Stwierdziłam, że nic tu po mnie. Odwróciłam się wolno na pięcie i wepchnęłam dłonie w przednie kieszenie szortów. Walczyłam z ochotą rozpłakania się z bezsilności.
— Mackenzie? — zaczął Leo. Odwróciłam się wolno i spojrzałam na niego nieco przygaszona. Mruknęłam na znak, że go słucham. — Jeśli nie chciałaś, bym ubierał koszulkę, wystarczyło poprosić.
Prychnęłam. Serio? Ja tutaj stresuje się, by jakoś odkręcić moje nieprzemyślane słowa, a on mi tu wyjeżdża z tym, że jest taki nieziemski, wspaniały i seksowny, oraz że jedyne, na co mam ochotę, to oglądać jego nagi tors? Może i to była prawda, ale nie powinien tak bezpośrednio o tym mówić. Trochę skromności, człowieku!
— Chyba za dużo marzysz, Płomyczku.
Uśmiechnął się w ten sposób, jakby dokładnie znał moje myśli. Zignorowałam, że moje serce nieco podskoczyło.
— Dobra, zrobię to. Później z nią porozmawiam.
Kiwnęłam głową, a mój wzrok zahaczył o coś, czego przedtem nie zauważyłam. Byłam po raz pierwszy w tej sali. Na jednej ze ścian wisiało mnóstwo zdjęć, oprawionych w ramki. Podeszłam do niej wolnym krokiem. Po chwili uśmiechnęłam się do siebie. Miałam przed sobą uwiecznione chwile, dosłownie sekundy, na których zostali złapani herosi w czasie treningu. Rozpoznawałam kilka osób, ale fotografie miały też kilka lat. Miałam przed sobą czternastoletnią Annabeth i Percy'ego, walczących ze sobą. Widziałam Clarisse, która wykręcała rękę swojemu chłopakowi. Był tu także Luke ze swoją grupą, którą trenował. Na jednym ze zdjęć uwieczniony był również miecz siatkówki, a wśród trybun zauważyłam siebie, uśmiechającą się promiennie do Leona. Jakaś melancholia wypełniła moje serce. Czy nie mogliśmy do tego wrócić? Nie mogliśmy wrócić do tej uroczej relacji, gdzie uczyłam Leona jak pleść wianki i warkocze z moich włosów? On w zamian rekompensował mi się, pokazując różnice pomiędzy śrubokrętami i objaśniając, co powinnam zrobić, gdy moje auto nagle przestanie działać. Tęskniłam za wieczorami, gdzie pisałam w blasku zachodzącego słońca w notatniku. Tęskniłam za tą wersją siebie, beztroską i radosną, która nie komplikowała sobie życia niepotrzebnymi słowami. Chciałam, by moja przyjaźń z Leonem wróciła, a nie by nasza relacja była walką na noże, wypełniona namiętnymi spojrzeniami.
Odwróciłam się i w tej samej sekundzie uświadomiłam sobie, że czyjaś ręka obejmuje mnie w tali. Zanim się obejrzałam, poczułam, jak Leo kładzie pocałunek na moich ustach. Krew uderzyła mnie mi do głowy. Chłopak przygarnął mnie do swojego ciała, a ja poczułam, jak jego mięśnie na brzuchu się napinają. I potem moja świadomość się wyłączyła, jak zawsze, gdy dotykał mnie w ten sposób. Praktycznie nogi się pode mną ugięły i upadłabym, gdyby nie silna dłoń Leona, zaciskająca się coraz mocniej na mojej tali. Czułam się, jakbym została wciągnięta pod wodę i odcięta od powietrza. Był to pośpieszny pocałunek, który skończył się równie szybko jak się zaczął. Urwany w połowie, tęskny i namiętny, jak wybuch fajerwerków w sylwestrową noc.
— Przeprosiny przyjęte. Dobra, idę — powiedział Leo, odrywając się ode mnie i uśmiechając się pod nosem. Zaczął kierować się ku wejściu, poprawiając ramię sportowej torby, która zawieszona była na jego ramieniu. Oparłam rękę na ścianie, by zachować równowagę i oddychałam ciężko, jakby faktycznie wyjęto mnie po długiej przerwie spod wody. Co to było? Dotknęłam swoich ust, które pulsowały, inaczej nie uwierzyłabym, że to faktycznie miało miejsce przed kilkoma sekundami. Leo odwrócił się jeszcze na moment.
— Aha, i jeszcze jedno, mała. Świetnie całujesz. I nie wmawiaj mi, że nie ma żadnych nas.
Coś mi się wydawało, że Leo tak łatwo nie odpuści.




Mackenzie na początku rozdziału:



Mackenzie na końcu rozdziału:



Ogólnie Mackenzie:



NIE MACIE NAWET POJĘCIA, JAK JA SIĘ CHICHRAŁAM, PISZĄC TĄ DRUGĄ CZĘŚĆ ROZDZIAŁU. PO PROSTU TEN BANAN MI Z TWARZY NIE SCHODZIŁ.

Just... Ta druga część nawet przysłania gorzki smak słów na początku. Od razu przepraszam za ubogie opisy. To była kłótnia i chciałam ją przedstawić jako szybką wymianę zdań, gniewnych i pełnych emocji. Niezbyt mi się to udało.

Choć uważam, że tekst:
" — Podobało ci się.
— Nie pochlebiasz sobie za bardzo?
— Nie muszę. Podrapałaś mi plecy."
wygrywa Oskara bezsprzecznie! Śmiałam się pięć minut, jak to wymyśliłam, co jest nieco niepokojące, prawda?


Psss, to najdłuższy rozdział jak do tej pory. Nie zmęczył was za bardzo?

sobota, 18 lutego 2017

Rozdział XXXIII- Wegańskie ciasteczko



— Dzień dobry, Liz.
Podniosłam głowę i zauważyłam, jak Leo otwiera drzwi mojej sypialni. Skończyłam właśnie wiązać buta, więc czym prędzej zdjęłam nogę w obuwiu z czystego prześcieradła. Chłopak trzymał w objęciach wielką tacę ze śniadaniem, na której zauważyłam naleśniki polane syropem klonowym, moim ulubionym. Mimo tego, że mój mózg krzyczał "Jeść", ja nie poruszyłam się z miejsca. Uparcie siedziałam w jednej pozycji, przypatrując się jego radosnej twarzy. Głosy zaczęły nieprzyjemnie mruczeć, jakby wibrować, ja zacisnęłam tylko usta, powstrzymując chęć zrobienia tego również dłońmi.
— Dziś możemy zrobić krótki trening i wybrać się na spacer — oznajmił, kładąc tacę na stoliku, gdzie leżała pokaźna sterta książek, pisanych po starogrecku. — Zabiorę cię nad skarpę. Piper lubi tam chodzić, bo mówi, że jest tam łady widok. Ja się na tym zbytnio nie znam, ale pomyślałem, że może ci się spodobać, bo lubisz morze. Potem pomożemy trochę Piper w przedszkolu, bo narzeka, że nie może sobie poradzić z dzieciarnią. Kazała nie przynosić żadnych słodyczy, bo ostatnio Iris znalazła u Fay batonik czekoladowy i wpadła w szał. Jak będziemy jeść coś innego niż organiczne produktu z ekologicznych farm i pić zwykłą wodę, to będzie cud...
— Możesz w końcu przestać? — przerwałam mu zniecierpliwiona. Leo zamarł w połowie monologu i spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Przestać w czym?— spytał, przeciągając wyrazy. Jeden z Głosów zawył z frustracji.
— Zachowywać się w ten sposób — wyjaśniłam klarownie. Chłopak chyba nadal nie zrozumiał.
— W jaki sposób?
— Jakby się nic nie stało! — wybuchnęłam znienacka. — Jakbyś mnie nie nienawidził! Musisz mnie nienawidzić.
Leo nie odpowiedział, tylko przyglądał się mi nieco zaciekawiony. Jakby nudy, szkolny projekt, który zadał nauczyciel na ocenę, zaczął nie przebiegać tak, jak powinien, ale ten obrót sprawy jest zdecydowanie ciekawszy. Chłopak założył ręce na piersi.
— Ja cię nie nienawidzę, Liz — opowiedział spokojnie i pewnie. Prychnęłam.
— Akurat! Prawie udusiłam twoją dziewczynę. Jakim sposobem jesteś dla mnie taki miły?
— Mackenzie nie jest moją dziewczyną — odpowiedział mi zimno.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy on sobie ze mnie żartuje, czy jest tak naprawdę. Zamiast mi w twarz odpowiedzieć na zadane pytania, ten łapie mnie za słówka, a padnięte z moich ust uwagi nie reaguje. Pierwszy raz odkąd go znałam, zdenerwował mnie. Nowe, palące uczcie zaczęło rozlewać się po moim ciele, krążąc w żyłach razem z krwią. I powodem nie było jego zachowanie czy moja postawa. Powodem była Mackenzie. Ta cholerna dziewczyna, która ze swoją dumą i fałszywym optymizmem zatruwała serce Leona, bawiąc się z nim w kotka i myszkę. Miałam ochotę potrząsnąć moim przyjacielem. Jakim cudem zakochał się w tak okropnej osobie? Może to było tylko przelotną zachcianką, ale miałam Leona za kogoś bardziej inteligentniejszego, niż pierwszego lepszego chłopaka, który zachwyca się dziewczyną tylko jej twarzą i tyłkiem, jak to raz usłyszałam na arenie. Mackenzie. Oczywiście, ona była najważniejsza. Tu nie chodziło o zazdrość. Miałam dość jej męczącego wpływu. Miałam dość, że Leonowi kraja się serce zawsze, gdy widzi ją żartującą razem z Matt'em albo Percy'm.
— Odpowiedz — poprosiłam cicho. — Dlaczego się tak zachowujesz?
— Bo to naprawdę nie byłaś ty. To nie ty, Lisette. Musisz przestać się obwiniać o to, co robią za ciebie One. Sama tak mówiłaś. Że to one wkładają ci do głowy te pomysły i one wykonują całą pracę twoimi rękami. A ty za każdym razem żałujesz, że to miało miejsce.
Zaplotłam ramiona na piersi i po krótkiej chwili zerwałam kontakt wzrokowy z chłopakiem. Prawda, za każdym razem czułam żal, że nie powstrzymałam Głosów. Nadal noszę w sercu wielką ranę, którą zadały mi One moimi własnymi rękoma, odbierając mi rodziców. Bolało mnie to, że zabiłam bezbronne dziecko, które nikomu nie było winne. Ale Mackenzie? Moja twarz musiała zdradzać moje emocje, bo po chwili Leo zadał mi pytanie.
— Ty.. Ty żałujesz, co zrobiłaś tydzień temu, prawda?
— Żałuję, że Głosy wymknęły się spod kontroli — odpowiedziałam szczerze, nadal obserwując, jak kurz tańczy w powietrzu.
— A że skrzywdziłaś Mackenzie? — spytał po raz kolejny. Po kilku sekundach złamałam się i w końcu na niego spojrzałam z odrobiną buntu w oczach. I po chwili Leo zrozumiał. Nie musiałam mówić, że nie żałuje, że ją skrzywdziłam. Po części nawet sprawiało mi to satysfakcję. Dostała za swoje. W oczach chłopaka dostrzegłam nieme pytanie: "dlaczego?". Odpowiedziałam na nie, prostolinijnie i lekko, jakby te trzy słowa rozwiązywały cały problem.
— Nie lubię jej.
Leo przymknął oczy i cicho westchnął, jakby był zmęczony, co zresztą było prawdą. Pod jego oczami zauważyłam sińce. Nie spał w nocy. I podejrzewałam przez kogo i dlaczego.
— Nie żałujesz, że zrobiłaś jej krzywdę, bo jej nie lubisz? — zaczął, a ja wyczułam w jego spokojnym głosie nutę zdenerwowania. Glosy chóralnie mruknęły. Zawsze, gdy to robiły, zamykałam się w sobie i wycofywałam się. Nie tym razem.
— Denerwuje mnie — odpowiedziałam, a Leo wykrzywił usta w grymasie. — Chodzi dumna jak paw, zachowuje się ozięble i patrzy się z wyższością na innych.
— Przecież wy nawet ze sobą nie rozmawiacie — zwrócił mi uwagę chłopak.
— Ale wystarczy mi, jak widzę, jak traktuje ciebie!
W mgnieniu oka sylwetka Leo całkowicie się zmieniła. Gdybym nie była wściekła, pewnie bym się przeraziła.
— To, co jest pomiędzy mną a Mackenzie, nie jest twoją sprawą, Lisette.
— Czy ty mnie nie słuchasz? — zaczęłam znowu, tym razem błagalnie. — Ona cię krzywdzi. Od tygodnia, gdy spotykamy ją na arenie i gdy zauważa ciebie, odwraca się na pięcie albo jest bardzo zajęta robieniem czegokolwiek. Ignoruje cię! Dlaczego ty nadal utrzymujesz z nią jakiekolwiek relacje?
Leo długo milczał. Przeszywał nie takim wzrokiem, jakim patrzył na Matt'a prawie dwa tygodnie temu. Po chwili jednak złagodniał i oznajmił cicho, bardzo cicho:
— Zjedź śniadanie. Czekam na dole.
I wyszedł. Przypatrywałam się przez moment, jak syrop klonowy spływa z naleśników, po czym westchnęłam. Nie dam za wygraną. Ruszyłam za chłopakiem, gdziekolwiek szedł.
— Leo! Zaczekaj! — zawołałam i zauważyłam, jak zbiega po chodach i kieruje się w stronę drzwi. —Dlaczego mi nie odpowiesz?
— Bo zbyt mało wiesz — zaczął i przestąpił próg. Ruszyłam za nim jak cień. — Możesz jej nie lubić. Ona może mnie ignorować. Ale to nie ważne. Mamy wspólną przeszłość, Lisette. Jej tak po prostu nie można wymazać. Nie można zerwać... Przestań drążyć ten temat.
— Jesteś moim przyjacielem. Nie mogę tak po prostu tego zostawić. Ona cię krzywdzi i bawi się tobą w najlepsze, a ty nic nie robisz. Co ona próbuje udowodnić? Ja tego nie rozumiem. Próbowałam nawet, ale sposób jej myślenia jest dla mnie niepojęty. Nie jestem nawet pewna, czy ona od czasu do czasu to robi.
— POWIEDZIAŁEM: DOŚĆ! — wrzasnął chłopak. Przystanęłam zdumiona. Chłopak nigdy, przenigdy, nie podniósł na mnie głosu. Wiedziałam, że moja niewiedza rzeczy oczywistych jest irytująca, ale to nie była moja wina. Byłam izolowana od świata i ludzi. Moje ciało było delikatnie, nie takie, jakie powinno być ciało herosa. Ale Leo nigdy nie tracił kontroli. Nigdy nie podniósł na nie głosu w ten sposób. Parę razy się to zdarzyło, owsem, ale wtedy próbował nade mną zapanować. Bym się nie poddawała, tylko walczyła. Bym opanowała strach.
— Po prostu się o ciebie troszczę — odezwałam się mimo to, cichym głosem. — Ty robisz to cały czas w stosunku do mnie. Nie chce pozostać ci dłużna.
Chłopak stanął kilka metrów przede mną i zacisnął pięści. Wpatrywałam się w jego plecy, jak dziecko, czekające z fascynacją, aż Mikołaj wciągnie upragniony prezent z worka. Leo powoli się odwrócił, a ja zauważyłam, że rysy jego twarzy nieco złagodniały. Nieco zagubiona, splotłam ramiona na piersi, zaczynając odczuwać zmęczenie.
— Nie jesteś mi dłużna. Nigdy nie będziesz — powiedział pewnie. — Spłacasz dług każdego dnia, gdy widzę, że znów zaczynasz żyć. Gdy szczerze się uśmiechasz. To się liczy, Liz.
— Ale mi to nie wystarcza — odpowiedziałam cicho. — Ty cierpisz, Leo. A je tego nienawidzę.
— Nikt nie gwarantował nam, że nie będziemy cierpieć. To taki gratis od życia.
Spuściłam wzrok na swoje trampki. Według tego argumentu byłam bezsilna.



Mackenzie przyglądała się zabawie. Zauważyłem ją dopiero po dłuższej chwil. Ubrała się w obozową koszulkę, ciemną spódniczkę i sandałki. Siedziała przygarbiona, z opartymi łokciami na kolanach i jadła ciastka prosto z opakowania. Wiatr plątał jej rozpuszczone włosy, ale ona chyba się tym nie przejmowała. Wodziła oczami za Lisette, która bawiła się w berka z najmłodszymi uczestnikami obozu. Zbliżyłem się do niej ostrożnie, patrząc na jej plecy i zastanawiając się, co ona tutaj robi. Zazwyczaj o tej godzinie trenowała i nie obchodziło ją, że pali się las czy nadchodzi burza. Była konsekwentna i do swojego treningu podchodziła ze spartańskim nastawieniem. A oto zastaję ją tutaj, jedzącą ciastka. Było to dziwne, szczególnie dlatego, że w nocy wybrała się na nocną eskapadę i powinna odpoczywać.
Usiadłem obok niej w pierwszym rzędzie trybun wokół placu do siatkówki, gdzie doskonale było widać zabawę dzieciaków. Gdy Lisette była na zewnątrz, zawsze byłem blisko niej. Była moim oczkiem w głowie od prawie pól roku i nic tego nie zmieniło. Nawet pojawienie się Mackenzie. Spojrzałem na jej twarz. Nie okazała zdziwienia moim widokiem, co więcej nie zareagowała żaden sposób na to, że się pojawiłem. Była zatopiona we własnych myślach, a ja jej nawet nie przeszkadzałem. Siedzieliśmy tak przez jakieś pięć minut, stykają się ramionami i obserwując, jak dzieciaki i piękna blondynka krzyczą oraz biegają. W końcu Mackenzie wyciągnęła w moją stronę paczkę wegańskich ciasteczek, bez słów mnie nimi częstując. Spojrzałem na opakowanie, a ona nadal, obserwując Lisette, powiedziała:
— Spokojnie, są bez słonecznika.
Zamrugałem, zbity z tropu. Nie przypominam sobie, byśmy kiedykolwiek rozmawiali na temat mich upodobań kulinarnych. Dziewczyna uśmiechnęła się.
— Pamiętasz, jak pierwszego lata, które spędziliśmy razem, łączyliśmy smaki? To było niby udowodnione naukowo, że z pozoru niezbyt pasujące do siebie rzeczy mogą smakować bosko. Chciałeś spróbować. Wtedy dowiedziałam się, że nie lubisz słonecznika.
Wziąłem ciasteczko i uśmiechnąłem się. Teraz pamiętałem. Połowa ludzi nie mogła wytrzymać i wyszła, targana odruchami wymiotnymi a inni zostali, by z rozdziawionymi ustami oglądać moje wielkie wystąpienie.
— Miałem dziwne pomysły jako nastolatek.
Mackenzie przymknęła oczy i ze śmichem pokręciła głową.
— Boże, to było takie obrzydliwie a jednocześnie tak bardzo fascynujące, że nie mogłam oderwać wzroku.
Niezbyt pasujące do siebie rzeczy. Mackenzie schowała pasmo ciemnych włosów za ucho i ugryzła ciastko, znów skupiając się na grze. Obserwowałem jej zamyślony profil, a te pięć słów rozbrzmiewało w mojej głowie. Czy czasami tak myślała o nas? Nie mogłem jej rozgryźć. Raz była zimna, drugi raz gorąca, niemal jak w piosence Katy Perry. Chłopak, który nie miał prawie nic, uciekał z rodzin adopcyjnych i bogata dziewczyna z drogim samochodem, kochającym ojcem i prawie ukończonymi studiami. To się nie mogło udać. Byliśmy dwom światami, oddzielonymi trzema galaktykami. Nienawidziła tego, że jest herosem. Dla mnie wiadomość, że nim jestem była najlepszą, jaka w życiu usłyszałem. Mogłem mieć każdą dziewczynę, skromnie mówiąc. Wiedziałem, że większość obozowiczek wodzi za mną oczami, ale to ignorowałem. Mógłbym się zakochać w Lisette. Byłbym z nią szczęśliwy. Ale, do jasnej cholery, pragnąłem Mackenzie. Całym swoim sercem, całym swoim umysłem i ciałem. Nie miałem pojęcia, jak tego dokonała. Kiedyś zakochiwanie się było jak włączenie i gaszenie światła. Pstryk i już. A potem zjawiła się ona i już nic nigdy nie było takie same. Kochałem dotykać jej skóry, słyszeć jej śmiech. Kochałem ją całować, a ona nawet podczas pocałunku się uśmiechała. Dotyk jej włosów na mojej twarzy, gdy pochylała się, by coś wziąć. I wiedziałem, że ona pragnęła mnie równie mocno. Kocham cię. Kocham cię tak bardzo, że to aż boli. To były jej pierwsze słowa, które usłyszałem z jej ust. Wezbrała we mnie ogromna pokusa by ją pocałować. Musiałem odwrócić wzrok w zupełnie inną stronę i ugryźć ciastko, by się opanować. Wtedy dotarł do mnie sens słów Afrodyty. Wasza relacja jest taka zabawna.
— Siedzę tutaj godzinę i próbuję dociec, kogo jest córką — zaczęła Mackenzie, strzepując okruchy ze spódnicy. Odłożyła paczkę prawie skończonych ciastek i oparła brodę na rękach, które wsparła na kolanach.
— Zbawiałem się tak przez pierwsze trzy miesiące naszej znajomości — wyjaśniłem, skończywszy przekąskę. — Kręcone blond włosy. Jasna karnacja. Zielne oczy.
— Mi się wydaje, że są bardziej niebieskie niż zielone — zauważyła, mrużąc oczy w blasku słońca. — Mogłaby być od Ateny, ale jej dzieci mają szare oczy. Na Apolla ma zbyt jasną karnację.
— Wiesz, że to nic nie da, prawda, Kenz?— mruknąłem, a ona tylko westchnęła. — Jest tysiące bóstw, tysiące ich dzieci. Nie ma sensu porównywać ją do tych ludzi, których znamy. Może być jedynaczką, tak jak Sky.
Mackenzie potarła sobie skronie i wymruczała pod nosem.
— Dlaczego ona oszalała? Oto jest pytanie. To coś nie opętało ją z byle powodu. Tak samo jak mnie z byle powodu nie sprowadził Dionizos cztery lata temu. Może on by coś wiedział? Jest przecież bogiem szaleństwa.
Brunetka dalej się rozwodziła nad Panem D., ale jej nie słuchałem. Całkiem przypadkowo poruszyła w mnie myśl, która narastała i narastała. W końcu przerwałem jej w połowie zdania.
— Właśnie, dlaczego ona oszalała? A może ktoś chciał, by się nigdy nie dowiedziano, że jest herosem. Jeśli ktoś to zaplanował, bo dziecko było dla niego niewygodne?
Mackenzie wyprostowała się, a w jej oczach błysnęła iskierka zrozumienia.
— Pakt w stylu Wielkiej Trójki? Wtedy to nie było aż tak poważne. Może jej rodzic był bardziej... ograniczony.
— Co masz na myśli? — spytałem, marszcząc brwi. Mackenzie przewróciła oczami.
— Myśl, Leo! Co jeśli od wieków nie mogła mieć dzieci? Bo przysięgła wieczną czystość? Jak Hestia? Artemida? A nawet Hera.
— Kenzie, Hera nie jest dziewicą. Tylko jako bogini małżeństwa nie może pozwolić sobie na żadne romanse.
— I dlatego była zazdrosna. Pamiętasz Heraklesa? Użerał się z nią przez całe życie, zabił własną żonę i dzieci bo bogini zesłała na niego szaleństwo, a potem te dwanaście...
Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Mackenzie wyglądała, jakby przyłapano ją na obgadywaniu osoby, która stała za jej plecami. Jej oczy były wielkie, a usta rozchylone, a gdy po długiej chwili dokończyła zdanie, dodając "prac", jej głos był wysoki i piskliwy. Po chwili parsknąłem śmiechem.
— Hera? Matką Liz? — Mackenzie spojrzała na mnie z groźną miną, a ja po chwili pośpieszyłem z wyjaśnieniami. — Słuchaj, ja widziałem Herę. Ma brązowe włosy i oczy. Opiekowała się mną, gdy byłem mały. Ni jak nie pasuję do Lisette.
— Ale nie możemy tego wykluczyć — powiedziała, prostując się i patrząc w moją stronę. Zmrużyła oczy, chroniąc się przed słońcem. Po raz kolejny pomyślałem, jaki piękny ma kolor tęczówek. Nawet bez tych złotych plamek były niezwykłe, choć ona uważała, że są zbyt zwyczaje Na jej wargach został okruszek po ciastku. Podniosłem soją rękę do jej twarzy i kciukiem, podtrzymując jej brodę palcem wskazującym, strzepnąłem go.
— Nie, nie możemy — powiedziałem cicho. Mackenzie patrzyła jak zahipnotyzowana, a napięcie pomiędzy nami było prawie namacalne. Jedna iskra wystarczyłaby by rozpalić ogień. Z pozoru niezbyt pasujące do siebie rzeczy mogą smakować bosko. Odchrząknąłem i zabrałem dłoń, rzucając spojrzenie w stronę Lisette, która upadła ze śmiechem na trawę i leżała na plecach, patrząc w niebo. Podniosłem się z krzesełka.
— Pójdę zaprowadzić ją na trening — zacząłem, a Mackenzie kiwnęła głową, przyglądając się mi. — Na razie, pastel.
Już otwierała usta, by spytać się mi, co to znaczy, ale mnie już nie było. Czułem na swoich plecach jej palące spojrzenie i poczułem, że się rumienie. A ja się nigdy nie rumienie z powodu jakieś dziewczyny.
Ale to nie była jakaś dziewczyna. To była Mackenzie. Moja mała.




CampsLock zawiera w sobie ta DUŻO emocji! Uwielbiam go ♥


No więc..... Czy ktoś tu z obecnych utożsamia się z Lisette? Ja osobiście uważam, że ma trochę racji. To, jak się troszczy o Leona jest naprawdę urocze.

Mam ochotę na słodkie. Przez całe dwa tygodnie jem słodycze, jakbym była w ciąży. Tak w ogóle, to ostatnio śniło mi się, że jestem w ciąży. I ciasto czekoladowe też mi się śniło. Chyba muszę coś upiec. I sprawdzić zaznaczenie ciasta czekoladowego w senniku. Nie wierzę w prorocze sny, ale i tak sobie sprawdzam. No i w sennikach nie ma ciasta czekoladowego. Tylko samo ciasto, a ja takiego nie chce. No cóż, czyżby moje sny były poza granicami? I ja tam chciałam, by mi ktoś kupił ciasto. No co? Byłam w ciąży, chciałam sobie podjeść!

Ta scena z Leonem i Kenz była napisana wieki temu, jako jedna z pierwszych. Co sądzicie o teorii Kenz? Będzie jeszcze kilka dyskusji o rodzicach Liz. 

Za tydzień będzie duużo Lenzie i... Piper. Może dowiemy się co nieco o niej i Jasonie?

Kocham Was xoxo

sobota, 11 lutego 2017

Rozdział XXXII - Super szczur



Percy zamknął oczy i odchylił się na przednim siedzeniu. Nie miałam zbytnio ochoty na słuchanie radia, więc nie włączałam odbiornika. W mojej głowie kłębiło się tysiące myśli, a zarazem było tam tak cicho... Dokonaliśmy tego. Nie miałam pojęcia jak... Cały stres zamazywał moje wspomnienia, jakby należały do kogoś innego. Prawie tak sam czułam się, gdy w końcu trzymała w palcach dowód uprawniający mnie do kierowania pojazdem. Jak tego dokonałam? Pamiętam tylko stres. Obezwładniający strach. Nie miałam pojęcia, że zwykły egzamin może tak działać na człowieka. Dzwoniły mi zęby, zalewała fala gorąca i zimna. Udało mi się. Ale jak? Jakim cudem wyszliśmy z tego cało i niezauważeni? Musieliśmy coś pominąć.
Wiedziałam, że chłopak nie śpi. Chciałam z nim porozmawiać na kilka tematów, jednak nie wiedziałam jak zacząć konwersację. Z mojej głowy w mgnieniu oka wypadła cała poprzednia godzina. Byłam z Jacksonem sam na sam, pewna, że jutro policja nie zapuka do drzwi mojego ojca. Nie myślałam teraz wyłącznie o czarnej robocie. Mogłam spytać go o wszystko. Ale jak zacząć? Bo "Hej, o co pokłóciłeś się trzy lata temu ze dziewczyną, w której byłeś bez pamięci zakochany?" albo "Czy Leo się z kimś spotykał, gdy mnie nie było? Nie żebym była zazdrosna czy coś." nie wydawało mi się odpowiednie.
Wcisnęłam hamulec i po chwili sprzęgło, a samochód delikatnie stanął przed przerywaną linią na czerwonym świetle. W mroku budynku, po prawej stronie, biegł jakiś mężczyzna ze słuchawkami na uszach. Nie przepadałam za bieganiem w mieście, bo wszyscy mogli mnie widzieć i wysyłać pod moim adresem komentarze. A to nie jest miłe. Zacisnęłam palce na kierownicy i zagapiłam się w punkt przede mną. Wracamy z misji, na której ukradliśmy kilkadziesiąt ściśle chronionych akt, a moje myśli krążyły wciąż wokół tego, jak zagadać Jacksona, by nie zranić jego uczuć i wyciągnąć z niego informacje, których potrzebowałam. Nie, to źle zabrzmiało. To nie było dochodzenie. Nie przeprowadzałam nad nim badań, jak w przypadku Lisette.
Ciepła ręka dotknęła mojego ramienia, a ja podskoczyłam. Percy posłał mi leniwy uśmiech i oznajmił:
— Kenz, jest zielone. Możesz jechać.
Rzuciłam spojrzenie na sygnalizator. Faktycznie, faza była otwarta, a ja siedziałam zagapiona w punkt, który nie istniał jak ostatnia idiotka. Moje policzki pokrył rumieniec, gdy wymamrotałam "Okay" i delikatnie puściłam sprzęgło, dodając gazu. Gdy zmieniłam bieg na dwójkę, Percy w końcu się odezwał.
— Jesteś nieco rozkojarzona. Rozumiem, że jesteś zmęczona, ale raczej nie wyglądasz na kogoś, kto ma ochotę zasnąć.
To prawda. Byłam całkiem przytomna i rozbudzona. Zbyt rozbudzona. Wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam:
— Kiedy uczyłam się prowadzić, mój instruktor zauważył, że czasami się za kierownicą wyłączam. Jakbym nie myślała, tylko robiła wszystko z automatu. Mogłam zwalić to na te cholerne ADHD, tak samo jak to, że auto ciągle mi gasło. — Pokręciłam głową, chcąc oddalić wspomnienie nie zawsze udanych jazd. — Ale kiedy mam dużo do przemyślenia, wolę nie wsiadać do auta sama. Bo się wyłączam i nie kontaktuję. A myślenie nie boli.
— Przypuszczam, że nie chodzi tutaj o Lisette — mruknął, posyłając mi spojrzenie spod przymrożonych powiek. Kiwnęłam powoli głową, zatrzymując się przy kolejnym sygnalizatorze. Czułam się nieco niezręcznie. Nie rozmawiałam z Percym często, gdy byłam w Obozie. Uczył mnie walki, samokontroli i innych pierdół, które miały mi się przydać. Czułam, że pocą mi się ręce na kierownicy. On chyba to zauważył. — Jeśli chcesz o coś zapytać, nie krępuj się.
— Chcę się dowiedzieć o wielu rzeczach, tylko sama nie wiem, jak mam to sformować, by to mało jakikolwiek sens — mruknęłam i ruszyłam. Percy odezwał się dopiero wtedy, gdy wrzuciłam trzeci bieg.
— Co chcesz wiedzieć o Leonie? — zapytał, nieco rozbawiony moją zakłopotaną miną, którą przybrałam, gdy usłyszałam, co powiedział. Jezu, to aż tak strasznie było widać? Chłopak roześmiał się, co mnie podenerwowało.
— Jesteś zazdrosna, Kenz?
— Niby o co? Przecież nie mam pojęcia, co działo się w jego życiu przez trzy lata. Jak mogę być zazdrosna o coś, o czym nie mam pojęcia?
Percy wyciągnął się na fotelu jak kot. Czekałam, aż zacznie mruczeć zadowolenia, a ja wtedy gwałtownie się zatrzymam i wyrzucę go. Będzie bieg za samochodem tak długo, aż straci ochotę na żarty. Podparł głowę rękoma i powiedział swobodnie:
— Fakt, ty nieźle ukrywasz zazdrość. To Leo ma z nią problemy. Biedny Matt. — Wyszczerzył się i kontynuował. — Nie chciał mnie nawet z tobą puścić. Twierdził, że raz byłaś mną zauroczona, więc dalej możesz coś do mnie czuć.
Szarpnęłam nieco kierownicą, zaskoczona jego słowami. Leo... co? Już sama wiadomość, że nie chciał ze mną puścić Jacksona była nieco dziwna, ale powód bił rekordy niedorzeczności. Tym bardziej, że był prawdziwy. Oczywiście nie to, że stracę głowę dla Percy'ego, tylko to, że faktycznie mi się kiedyś podobał.
— To prawda, Kenz? Straciłaś dla mnie głowę w Obozie Herosów?
— Nie pochlebiaj sobie tak — mruknęłam, redukując bieg. — Nie będę zaprzeczać, że kiedyś byłam tobą zauroczona. Imponowałeś mi. Dawałeś poczucie bezpieczeństwa. Podziwiałam cię. Ale szybko mi przeszło. A potem...
— ... pojawił się Leo — dokończył za mnie Percy, z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Jak Boga kocham, miałam ochotę pomóc połknąć mu wszystkie zęby. Kiwnęłam głową niemal niezauważalnie. — Kiedy sobie uświadomiłaś, że zaczęłaś do niego czuć coś więcej, niż przyjaźń?
— Ja... nie zastanawiałam się nad tym. Gdy po raz pierwszy nasze oczy się spotkały, to było coś w rodzaj więzi, która się między nami wytworzyła. Lubiłam go, rozumiał mnie jak nikt inny. Nie traktował mnie jak kalekę i nie skakał wokół mnie, gdy zadrasnęłam się mieczem, bo byłam niemową. — Tutaj posłałam mu spojrzenie mówiące: "Tak jak ty, Jackson". — Okropnie bolało, gdy nadszedł koniec wakacji i musiałam go opuścić. Czasami na lekcjach i podczas wizyt Demeter patrzyłam na zegarek i myślałam, co on może teraz robić. Nie wiem, kiedy dokładnie się to zaczęło... Może podczas świąt, gdy straszył mnie, że Festus mnie zje. Albo fakt, że pamiętał zapach moich perfum. Nie wiem. Wiem tylko tyle, że gdy matka powiedziała mi, że zabiera mnie do Demoforta, chciałam do niego pobiec i jednak mu powiedzieć. Groziła, że jeśli to zrobię, zrobi mu krzywdę. Nawet odebrała mi ostatnie pożegnanie. Wtedy pękło mi serce. Codziennie czułam gorycz i smutek, który usilnie maskowałam. Myślałam o nim nawet wtedy, gdy Demofort mi się oświadczył. Robiłam wszystko, byle uchronić Leona. Nawet za cenę własnego szczęścia. A potem on wparował z tą swoją wodą z rzeki Lete, pocałował mnie, odurzył i porwał. Resztę historii już znasz.
Percy był lekko zakłopotany. Szczerze powiedziawszy, ja też. Słowa po prostu się ze mnie wylewały, a ja tego nie kontrolowałam. Mówiłam, to co czuję. Nikomu wcześniej, prócz własnemu ojcu, nie zwierzałam się z tej sprawy. Gdy znów stanęłam za światłach, spojrzałam na chłopaka, który siedział cicho. W jego pięknych, morskich oczach czaił się jakiś rodzaj smutku. Zastanawiał się, czy wyjawić jej powód. Nie skierowałam wzroku na drogę, a po chwili do moich uszu dobiegły jego ciche słowa.
— Oszalał z rozpaczy, kiedy odeszłaś. Nie było z nim tak źle nawet wtedy gdy Demeter cię porwała. Wtedy miał zajęcie: za wszelką cenę cię odnaleźć. I przynajmniej z nami rozmawiał. Tym razem było inaczej. Siedział całe dnie w Bunkrze 9 i słuchał płyty, którą dałaś mu w prezencie na Gwiazdkę. Nie miał nadziei, że jeszcze cię zobaczy. Zamienił się w cień samego siebie. To było... okropne. Odkąd go poznałem jako piętnastolatka, był nieco nadpobudliwy, opowiadał kiepskie żary, ale jego obecność sprawiała, że wszyscy czuliśmy się nieco lepiej, zwłaszcza na pokładzie Argo II. Raz nawet uciekł w alkohol, ale potem mówił, że nic mu to nie dało. Widział nawet twoją twarz, gdy był upojony procentami. — Ktoś za mną uderzył w klakson, a ja skupiłam się na drodze, zrywając kontakt wzrokowy z Percy'm. — Iris przejęła Obóz i nakazała mi z nim coś zrobić. Więc namówiłem go na walkę. Nawet się nie bronił. Sprałem go na kwaśne jabłko, a jemu nawet to się podobało. Musiałem go błagać, by zjadł trochę ambrozji, by złamany nos się zrósł. — Zaśmiał się gorzko. — To było chore, co się wtedy z nim działo. Ból sprawiał mu przyjemność. Po tygodniu nerwy mi puściły. Tym razem nie tylko go biłem, ale wygarnąłem mu wszystko w twarz. Wielki Pogromca Gai, który włada ogniem i dokonał rzeczy niemożliwych, został złamany przez dziewczynę. Że jest żałosny i gdyby ona go teraz zobaczyła wyśmiała go by i czuła niechęć. Że był tak słaby, że nie potrafił o nią zawalczyć. To i jeszcze parędziesiąt innych świństw. Byłem... nieco zbyt brutalny. Ale podziałało. Po kilku dniach Leo pojawił się na śniadaniu i poprosił o misję. Porwał się na coś niebezpiecznego, przez co mógł zginąć. Pamiętam, jak Piper płakała u moich stóp i błagała, żebym z nim pojechał, bo nie mogła go drugi raz stracić. Po tej wyprawie, którą ledwo przeżył, coś się wydarzyło. Jakby zaczął nowy, mroczny rozdział. Zaczął intensywnie trenować, przyjmował misję i wyprawy bez zmrożenia oka. Sprowadzał nowych herosów z drugiego końca kontynentów. Oddawał się całym sercem Obozowi. Był ostoją dla Piper, gdy rozstała się z Jasonem. Ah, i dziewczyny za nim szalały — dodał, zerkając na mnie niepewnie, jednak ja przyjęłam nieprzeniknioną maskę. — ale on grzecznie każdą odtrącał. Jedyna, która była przy nim blisko, to Piper. Co ciekawe, odrzucenie wcale im nie przeszkadzało, by go adorować. On jakby tego nie widział. Nie chodził na ogniska. Gdy go zapytałem drugiego lata, dlatego, wzruszył tylko i powiedział, że nie chce, by wspomnienia ożyły. Nawet Lisette nie potrafiła sprawić, by zapaliły się ogniki szaleństwa w jego oczach. Tylko ty tego potrafiłaś dokonać. Gdy stoisz przy jego boku, całkowicie się zmienia. Wtedy wierzy, że potrafi wszystko.
Znienawidziłam łzę, która potoczyła się po moim policzku. Otarłam ją z gniewem, po tym zaczęłam twardym głosem i beznamiętnym głosem. Miał sprawiać wrażenie, ze ni czułam rozdzierającego bólu. Jakby szwy, którymi zszywałam swoje serce nieprzerwanie od kilku lat, nie pękły w ciągu pięciu minut.
— Myślisz, że mi było łatwo? Przez trzy dni nie wychodziłam z pokoju i nic nie jadłam. Byłam odwodniona, na skraju popadnięcia w problemy żywieniowe. Tata musiał błagać mnie, bym coś zjadła. Dopiero jego łzy mnie do tego zmusiły, a od kiedy pamiętam, on nigdy nie płakał, chyba ze z dumy. Nie odzywałam się przez dwa tygodnie. Musiałam zmienić szkołę i miejsce zamieszkania. Nauczyć się mówić, bo gdy tylko opuściły mnie błogosławieństwa, moje gardło paliło, a struny były nieprzyzwyczajone do mówienia. Po kilka godzin spędzałam nad książkami i czytałam na głos. Miałam indywidualne nauczanie. Sesje z psychologiem. Rozważaliśmy nawet zakład zamknięty na jakiś czas. Byłam wrakiem. Nie potrafiłam się podnieść przez pół roku. Dopiero tata mną potrząsnął i kazał zacząć o siebie dać. Bo to, że nadal byłam otoczona Mgłą, nic nie zmieniało. Ciągnął mnie za sobą siłę na siłownie. Zapisał na lekcje jogi i wushu. I szermierkę. Przez pół roku prawie z anorektyczki wpędziłam się w nadwagę, bo zajadałam stres stertą słodyczy. Było ze mną źle. Bardzo źle. Czułam się tak, jakby ktoś pozbawił mnie połowy serca. I wiesz co? To była prawda. I tym ktosiem byłam ja. To bolało najbardziej, choć nie tak, jak świadomość, że złamałam serce Leonowi. Nie było dnia, bym nie myślała o nim i o tym, że popełniłam błąd, odchodząc. Wiedziałam, że na niego nie zasługuję. A twoje słowa tylko to potwierdziły.
— Nie myśl tak... — zaczął chicho, dotykając mojego ramienia. Otarłam gniewnie łzy i cichym, łamiącym głosem poprosiłam:
— Nie mów mu o tym, co powiedziałam. Kiedyś przestanę być super szczurem* i może w końcu odważę mu to powiedzieć. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie...
Percy pokiwał głową ze zrozumieniem. Pochlipałam jeszcze chwilę, po czym zaczęłam z wahaniem, ale tylko dlatego, by odciągnąć myśli nas dwojga od mojego związku z Leonem. Jeśli ten kiedykolwiek istniał.
— Mogę cię jeszcze o coś spytać?
— Jasne.
— Jeśli to cię urazi albo nie będziesz chciał o tym mówić, zrozumiem. Nie chce być nachalna. Ale czuję, że muszę wiedzieć. O co pokłóciliście się z Annabeth tamtego lata? Taka wielka miłość nie mogła skończyć się z mrugnięciem oka...
Percy westchnął i przymknął oczy. Byłam pewna, że nie odpowie. Nie miałam mu tego za złe. Ukradkiem wytarłam zbłąkaną łzę ze swojego policzka. Wysłałam mózgu polecenie: przestań. Za dużo już łez wylałam.
— Tego dnia, kiedy twoja matka cię porwała, Rachel odzyskała ducha Delf. Wygłosiła przepowiednie w obecności mojej i Chejrona. Apollo wrócił na Olimp i ktoś musiał się za nim wstawić. A ja się spostrzegłem, że cię nie ma. Byłem pewny, że poszłaś do Leona. Obudziłem go, ale on nie wiedział, gdzie jesteś. Zaczęliśmy cie szukać, bez skutku, więc wróciliśmy i zajęliśmy się Rachel. Annabeth dowiedziała się dopiero o dziesiątej o tym, co się stało. I trochę bardzo się wściekła. Uważała, że powinienem pójść do niej jako pierwszy, a nie cię szukać po ciemku. Trochę się posprzeczaliśmy, ale Leo jakoś to złagodził. Nie potrafiliśmy ze sobą znów zacząć rozmawiać, tak, jak dawniej. Po jakimś tygodniu znów się posprzeczaliśmy... o ciebie. — Tutaj drgnęłam zaskoczona, ale starałam się skupić na drodze. — Annabeth uważała, że marnujemy czas cię szukając i powinniśmy się skupić na Rachel i przepowiedni. To, że się z nią nie zgodziłem, to mało powiedziane. Padły bardzo nieprzyjemne słowa, brudy, które przez taki długi czas ukrywaliśmy oboje. Ona uważała, że czasami jestem po prostu głupi a ja odpowiedziałem, że ceni się zbyt bardzo niż tak naprawdę jest warta. I tak to się zakończyło.
— Przykro mi — powiedziałam szczerze. Bolało mnie to, że miałam na sumieniu czyiś związek. — Pogodziliśmy się?
— Nie. Nigdy więcej ze sobą nie rozmawialiśmy dłużej, niż to było konieczne. Kochałem ją, naprawdę. Ale jej chłód i pogarda powoli to we mnie wykorzeniały. Wiesz, że teraz, gdy spotykamy się na kampusie, udaje, że mnie nie zna? Z najbardziej znanej pary staliśmy się dla siebie obcymi ludźmi
— Ale ty wciąż ją kochasz? — spytałam cicho.
— Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca. — Cytat Jonathana Carrolla dodatkowo mnie dobił. Percy uśmiechnął się smutno i spytał mnie cicho. — A czy ty nadal go kochasz?
— Nie ma maski, która mogła długo ukryć miłość tam, gdzie ona jest, ani udawać ją tam, gdzie jej nie ma — również zacytowałam, tylko że Francois'a de la Rochefoucaulda. Zbliżaliśmy się o Obozu. Za dwie minuty będziemy w domu i miałam świadomość tego, że gdy zgaszę silnik, cały nastrój do zwierzeń minie. Dlatego spróbowałam jeszcze raz. — Powinieneś z nią pogadać, Percy. Największą zbrodnią jest zabić miłość. Nie popełniaj mojego błędu.
Percy posłał mi długie spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi po plecach.
— A kiedy ty mu się w końcu przyznasz?
Zaparkowałam pomiędzy dwoma innymi furgonetkami i zgasiłam silnik. Chwyciłam plecak leżący za moim siedzeniem i uśmiechnęłam się gorzko do Percy'ego.
— Czas wrócić do pracy.
Wszyłam z samochodu. Jeszcze dług czułam na plecach jego spojrzenie. Odetchnęłam rześkim powietrzem. Zaczęło świtać. Złotawa łuna zaczęła malować na niebie parodię tęczy, gasząc miliard gwiazd. Ptaki śpiewały, budząc ze snu cały las i gratulując, że udał nam się przetrwać ciemną noc.
Kolejny dzień, a ja wiąż uciekam. Ciekawa jestem, kiedy przestanę być takim super szczurem i w końcu przyznam się przed samą sobą...
Nie dziś. Ani nie jutro. Mam dużo pracy. To może poczekać.


□ 

* Nawiązanie o "Śniadania do Tiffaniego". Holy nazywała wszystkich mężczyzn, na których się zawiodła, szczurami. Ci szczególnie znienawidzeni zyskali miano super szczura.


Percy, który jest poważny. Suprise, suprise.

Jak to pisałam, strasznie mi było szkoda Leona. I byłam wściekła na Mackenzie. Mimo, że ona też cierpiała, nie robiła praktycznie nic prócz użalania się nad sobą. I wierzcie lub nie, ale sprawiedliwość nadejdzie.

I będzie bolało.

sobota, 4 lutego 2017

Rozdział XXXI - Czarna robota


Stwierdzenie, że byłam w lekkim szoku, to niedopowiedzenie. Gdy Leo oznajmił mi, że nie ma nic przeciwko temu, bym pojechała z Percy'm, gapiłam się na niego przez dobrą chwilę. Miałam ochotę zapytać go, czy przypadkiem dobrze się czuję albo czy jest trzeźwy. Bo Leo zmieniający zdanie, przy którym upierał się od tygodni, to był widok niezwykły. Nie mam pojęcia, czemu tak się zachował. Powodowało to lekki niepokój, ale zignorowałam te uczucie.
Tydzień później siedziałam wieczorem na swoim łóżku, gapiąc się na plany, które zostały mi dostarczone. Mokre włosy opadały mi na twarz, a ja byłam zbyt leniwa, by przebrać się w przygotowane ubranie, więc siedziałam w ręczniku. W domku było cicho, bo wszyscy byli na ognisku. Siedziałam i pocierałam bezwładnie szyję. Ślady nadal nie znikały, a ja lekko zaczęłam się denerwować. Moje siniaki znikały najwyżej po trzech dniach, bo zdolność regeneracji miałam przyśpieszoną. Ale nie te. Czerwone pręgi, które zostawiła mi na pamiątkę Lisette nie zamierzały zbladnąć. A ludzie już się zastanawiali, czemu w upalne lato chodzę w cienkich golfach bez ramiączek albo w apaszkach. Pocierałam te ślady i starałam się opanować drżenie ciała. Dziś w nocy wyruszę z Percy'm do miasta i zdobędę te akta, choćby nie wiem co. W końcu westchnęłam, zwlekłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Na stoliczku, gdzie trzymaliśmy wszystkie kosmetyki, szczotki i akcesoria do włosów, położyłam swój strój na dzisiejszą noc. Czarny golf z lekkiego materiału, z długimi rękawami. Czarne spodnie z wysokim stanem, które były niemal tak wygodne jak leginsy, czarne skarpetki i zupełnie czarne buty. Wszystko czarne. Uśmiechnęłam się gorzko i zaczęłam się przebierać. Włosy splotłam z francuza i dopiero teraz wszyłam z łazienki. Chwyciłam — czarny, oczywiście — plecak i schowałam do niego plany budynku, nieco ambrozji i nektaru, kartki z notatkami, latarkę, komórkę i doniczkę z ziemią. Wsunęłam na palec tylko pierścionek z diamentem, który dał mi Leo, gdy miałam siedemnaście lat i wszyłam z domku. Skierowałam swój szybki i zdecydowany krok na Wzgórze Herosów. Chłopcy już czekali. Percy, tak samo jak ja, ubrany cały w czerń, wyszczerzył się do mnie i pomachał. Wtedy Leo mnie zauważył. Serce zabiło mi szybciej, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Stanęłam obok Jacksona, czekając na odprawę.
— W GPSie wstukałem wam lokalizację — zaczął Leo rzeczowo. Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam, bo to ja miałam być kierowcą. — Starajcie się nie zwracać na siebie uwagi. W zakładzie są nocne zmiany i system zabezpieczeń tak skomplikowany, że go nie rozgryziecie. Tutaj macie wszystkie kody do drzwi. — Podał Percy'emu kartkę, którą chłopak zgiął i schował do kieszeni. — Lisette mówiła, że akta trzymają tam, gdzie jest gabinet jej psychologa. Ale że dziewczyna została... no, wiecie, to przyszykujcie się na konieczność wybrania się na komisariat. Ale, jeśli znajdziecie cokolwiek w zakładzie, macie wrócić z dokumentami i się tam nie wybierać. — Tutaj zrobił pauzę i skarcił mnie wzrokiem, bo uwaga była skierowana w moją stronę i miałam tego świadomość. — Spróbujcie wyrobić się przed świtem. Jakby co, to dzwońcie. Wszystko jasne?
Kiwnęliśmy głowami. Percy skierował się do jednej z furgonetek, a ja zostałam z Leonem, który szukał po kieszeniach kluczyków do pojazdu. W końcu je znalazł i podał mi. Nasze dłonie trochę zbyt długo były złączone. Zabrałam szybko rękę i uśmiechnęłam się słabo, chcą zamaskować zmieszanie.
— Uważaj na siebie, mała — powiedział cicho, po czym chwilę się wahał. Znalazł się szybko przy mnie i wziął moją twarz w dłonie. Moje oczy zrobiły się większe i choć wiedziałam, że zgodnie z moim postanowieniem powinnam się odsunąć, nie zrobiłam tego. Chłopak, który był nieco ode mnie wyższy, złożył miękki pocałunek na moim czole. Z ustami przy mojej skórze, powiedział półgłosem. — Nie daj się złapać. Nie uśmiecha mi się na ciebie czekać dziesięć lat, zanim wyjdziesz z więzienia. Już te trzy lata były męką.
Odsunął się ode mnie, pomachał Percy'emu, który obserwował całą scenę z pojazdu i ruszył w dół zbocza. Gapiłam się na niego przez długą chwilę otępiała, po czym potrząsnęłam głową i wsiadłam do samochodu. Bez słowa odpaliłam silnik i ruszyłam, czując na sobie wzrok mojego partnera zbrodni. Rozbawiony wzrok.
Jazda do psychiatryka Lisette trwała w zupełnej ciszy, jeśli nie liczyć grającego radia, nadającego nocną audycję i Percy'ego, który od czasu do czasu podśpiewywał z artystami. Ja byłam tak spięta, że czułam każdy naprężony mięsień w moim ciele. Gapiłam się pustym wzrokiem na drogę, siedząc sztywno i prosto, jakbym połknęłam kij od szczotki. Światła nadjeżdżających z przeciwka taksówek mnie oślepiały, ale na piętnaście minut przed dotarciem do celu, inne samochody przestały się pojawiać.
Zaparkowałam w dość dużej odległości od zakładu, zgasiłam światła i silnik. Pogrążyliśmy się w zupełnej ciszy.
— To najgłupsza rzecz, jaką zrobię w swoim życiu — oznajmił Percy. Spojrzałam na niego z poważnym wyrazem twarzy.
— Chcesz się wycofać?
— Żartujesz? — zdziwił się. — Nie mogę się doczekać. Zróbmy to!
Wypadł z samochodu. Westchnęłam i zabrałam plecak z tylnego siedzenia. Zatrzasnęłam drzwi furgonetki, a światła minęły, gdy ją zamknęłam. Na masce rozłożyłam plan budynku. Stojąca nieopodal latarnia rzuciła mdłe światło na kreski i komentarze, które niewątpliwie zostały nakreślone ręką Leona.
— Jesteśmy na tyle budynku — oznajmiłam, stukając w odpowiednie miejsce palcem. — Musimy wejść w ten duży szyb wentylacyjny, przejść kilka metrów i znajdziemy się na korytarzu. Potem pójdziemy w lewo. Na drodze do celi Lisette będziemy mieli dwa zabezpieczone przejścia.
— Chcesz pójść do jej pokoju? — zdziwił się Percy. — Po co?
— Tylko zerknąć. Myślę, że nie będzie tam nikogo, bo Leo subtelnie rozwalił połowę budynku i zapewne go remontują. Idąc tym tokiem myślenia, nie będzie też tam żadnych strażników. Potem musimy pokonać parę korytarzy, skręcić w lewo i przejść do części administracyjnej budynku.
— A kamery? — spytał Percy. Spojrzałam na klucze od furgonetki. Był do nich przyczepiony srebrny pendrive. Nachyliłam się nad kartką papieru i przestudiowałam ją dokładnie.
— Gdzieś od strony ulicy zewnętrznej budynku powinna być skrzynka. Jakimś cudem mamy ją otworzyć, znaleźć wtyczkę, włożyć w nią pendrive a on sam załatwi sprawę.
Cisza zawisła pomiędzy nami. Zastanawiałam się, jakim cudem te małe urządzenie ma wyłączyć wszystkie kamery w budynku i tym samym zapewnić nam anonimowości. Czy był tam ukryty jakiś wirus, który wyłączy urządzenia na całą godzinę? Od samego zastanawiania się rozbolała mnie głowa.
— Valdez jest geniuszem — zawyrokował mój towarzysz i westchnął. — Dobra, bierzmy się za robotę.
Wsadziłam wszystkie papiery z powrotem do środka i zwilżyłam przy okazji gardło łykiem wody. Serce biło mi jak przed publicznym wystąpieniem, gdy szłam obok Percy'ego w kierunku zakładu.
Był to monstrualny budynek pogrążony w mroku, więc nie mogłam ujrzeć go w pełnej krasie. Wyglądał jak miejsce wyjęte z nisko budżetowego horroru, ale i tak są swój sposób spowodował, że moje ręce pokryły się gęsia skórką.
Percy załatwił sprawę ze skrzynką. Majstrował przy niej i na końcu wetknął w nią pendrive. Włączyłam minutnik w zegarku i oznajmiłam głośno:
— Mamy godzinę.
Szybko ruszyliśmy w stronę wyjścia do wentylacji. Niczym aktorzy w filmach o napadzie na bank odkręciliśmy wielką kratkę i wcisnęliśmy się do prostokątnego otworu. Zmarszczyłam nos, ale i tak nieprzyjemny zapach mokrego psa uderzył w niej nozdrza. Było brudno. Okropnie brudno. Z ulgą powitałam wyjście na po drugiej stronie na czysty korytarz. Percy'emu uporanie się z drugą kratką zajęło dość długą chwilę. Gdy się wyprostowaliśmy, zerknęłam na zegarek.
— Czterdzieści osiem minut.
Ruszyliśmy w naszą lewą stronę. Korytarz ciąg się niemal w nieskończoność, aż w końcu doszliśmy do pierwszych drzwi na pin. Wstukałam "2302" i drzwi otworzyły się z cichym, ciągłym dźwiękiem. Wśliznęliśmy się za nie i ruszyliśmy dalej, tym razem mijając drzwi z numerami. Zza niektórych dochodził stłumiony chichot lub głos, a te wszystkie dźwięki denerwowały mnie jeszcze bardziej. Kolejny pin, a liczby "4529" umożliwiły nam wejście. Teraz już zwracałam uwagę na liczby. Po długim marszu, stanęłam jak wryta przed tymi z inicjałami L1038.
— Jak tam wejdziemy? — spytał szeptem Percy, a ja poczułam na swoim uchu jego łaskoczący, ciepły oddech. Nacisnęłam naiwnie na klamkę i pchnęłam ją bez przekonania. Ku naszemu zaskoczeniu, drzwi się otworzyły. Postawiłam krok i weszłam do pomieszczenia , w którym Lisette spędziła kilka lat swojego życia.
Był to niewielki pokój z czystymi ścianami, gdzie nie było żadnych mebli. Poczułam dreszcz, który przebieg od dołu mojego kręgosłupa ku górze i zatrzymał się pomiędzy łopatkami.
— Czujesz to? — spytałam cicho. Percy z powagą pokiwał głową.
— Tak. Musieli niedawno malować.
Nie chciało mi się nawet odpowiadać na ten nieco głupi komentarz. Wycofałam się cicho z pokoju, zamykając go, ale dziwne uczucie mrowienia mnie nie opuściło. Ruszyliśmy my dalej, a ja co chwilę wracałam się i oglądałam za siebie, mając poczucie, że ktoś mnie obserwuje. Wpisaliśmy kod "5374" i wyszliśmy z części mieszkalnej.
— Gdzie teraz? — spytał Percy, rozglądając się dookoła. Wyciągałam mapę i rozłożyłam ją. Percy poświęcił małą latareczką na papier.
— Na następnym skrzyżowaniu w prawo i ósme drzwi na lewo — zawyrokowałam. — Mamy trzydzieści dziewięć minut.
Ruszyliśmy przed siebie, stąpając najszybciej jak potrafiliśmy. Drzwi, przed którymi stanęliśmy, nie różniły się niczym szczególnym. Nachyliłam się nad nimi, w poszukiwaniu panelu, gdzie miałam wpisać odpowiedni kod. Nie znalazłam go.
— I co my teraz zrobimy? — odezwał się Percy, który dzisiejszej nocy zadawał wyjątkowo dużo pytań. Przejechałam palcami po zamku.
— Są na tradycyjny klucz — odpowiedziałam, jakby to rozwiązywało problem.
— Otworzymy ją wsuwką?
Spojrzałam na niego z politowaniem.
— Żartujesz sobie? Nie mamy czasu na wygłupy.
To powiedziawszy, zsunęłam plecak z ramion i go otworzyłam. Z uśmiechem na ustach wyprostowałam się z małym naczyniem w dłoniach.
— Super — powiedział Percy. — Dolniczka. Zamierzasz rzucić nią o drzwi?
Pokazałam mu język i odwróciłam się do drewnianych drzwi. Zamknęłam oczy i rozluźniłam się na tyle, ile mogłam. Napięcie znikło z mojej twarzy, jednak nadal czułam je w nogach. Poczułam małą iskierkę w moim brzuchu. Złapałam ją w dwa palce. Jej słabe światło powoli rozchodził się po wszystkich częściach mojego ciała. Ciepło rozlało się od mojego brzucha, w górę, do płuc i powędrowało do rąk. Moje zazwyczaj zimne dłonie się rozgrzały, mrowiąc mnie w palce. Chwyciłam się tego uczucia i przeniosłam je do rzeczywistości. Dolniczka zaczęła niezauważalnie drgać w moich dłoniach. Delikatnie otworzyłam oczy, w sam raz, by ujrzeć jak mała łodyga przebija się przez warstwę ziemi i wyrasta ponad nią. Uśmiechnęłam się do niej ciepło.
— Cześć, mała — wyszeptałam do niej. — Pomożesz otworzyć nam drzwi?
Istotka cienkim pędem zaczęła rosnąć i wkrótce jej zielona łodyga wpęzła z pełną gracją do dziurki od klucza. Chwilę później coś kliknęło i drzwi od gabinetu stanęły przed nami otworem.
— Jestem pod wrażeniem — zaczął Percy, a ja pomyślałem, że jest raczej w szoku niż żywi do mnie uznanie. — Ale jak? Myślałem, że Mgła Demeter...
Położyłam wskazujący palec na ustach, dając mu tym samym znak, że na pytania czas będzie później.
Jedynym źródłem światła była mała latarka, którą Percy trzymał w dłoni. Słup światła padł na krzesło z ochronnymi, skórzanymi paskami, które były przymocowane do obu poręczy. Zmarszczyłam brwi. Widziałam takie krzesła w starych filmach, ale w XXI wieku? Pogładziłam skórzany materiał, pogrążając się w zadumie. Czy to na tym przedmiocie siedziała Lisette podczas swoich cotygodniowych sesji? Czy czuła, jak skóra wbija jej się w nadgarstki i powoduje dyskomfort? Czy z iskrą błagania w niebiesko-zielonych oczach prosiła psychiatrę, żeby nie kazał jej tego zakładać? Moje myśli biegły wolno i niespiesznie. Choć nie przepadałam za Lisette, a gdy zjawiała się w pobliżu, miałam ochotę natychmiast zwiększyć dystans nas dzielący, to poczułam żal. Było mi przykro, że musiała siedzieć w tym gabinecie na prochach i słuchać wywodów obcego człowieka, którego pewno z upływem czasu znienawidziła.
Percy odkrzyknął, przywołując mnie do rzeczywistości.
— Ty sprawdź biurko, ja się zajmę szafkami — zarządził. Kiwnęłam głową i wyciągam z kieszeni telefon. Mieliśmy tylko jedną latarkę, więc musiałam posłużyć się tą w telefonie. Przy lampce leżał pęk kluczy. Psychiatra był tak pewny siebie, że nie brał pod uwagę włamania? Nie narzekałam, tylko chwyciłem w ręce obleczone w rękawiczki klucze i uklękłam przy małej szufladce. Sporo czasu zajęło mi znalezienie tego właściwego. Gdy odsunęłam szufladę, moim oczom ukazało się morze staromodnych kaset. Pamiętam, że moja ciocia, najstarsza siostra taty, miała takie same, tylko z muzyką. Szybko, zerkając od czasu do czasu na zegarek, czytałam nazwiska na opakowaniach, napisane schludnym pismem. W końcu znalazłam tą, która mnie najbardziej interesowała. "Lisette Marie Evans 12.01.16-24.04.16". Ostrożnie włożyłam kasetę do plecaka, rezygnując z dalszych poszukiwań. Zamknęłam szufladę i przekręciłam klucz, wyciągając go. Teraz pora na drzwiczki. Kolejne cenne minuty upłynęły mi na znalezieniu właściwego. W środku czekało mnie rozczarowanie. Mnóstwo czystych, nie zapisanych kartek, zapasowe długopisy i ołówki, karteczki samoprzylepne i białą teczkę. Wzięłam ją w swoje dłonie i otworzyłam. W środku znajdowały się kleksy z atramentu. Przeglądnęłam niektóre, przypominające królika, kota, wyjątkowo dużo jabłko... Włożyłam ostrożnie kartki z powrotem i zabrałam się za dalsze myszkowanie. Po krótkiej chwili usłyszałam głos Percy'ego:
— Mackenzie?
Szybko podniosłam się z kolan i do niego podeszłam. Chłopak pokazał mi palcem na pokaźny stos teczek, które zajmowały całą szafkę. Przetknęłam ślinę.
— Co teraz? Nie weźmiemy wszystkich — spytałam cicho.
Percy zacinał usta.
— Trzy najnowsze?— spytał, a ja kiwnęłam głową, akceptując jego pomysł. Wróciłam do biurka i zamknęłam małą szafkę na klucz, a te odłożyłam koło lampki. Zduszając w sobie ziewniecie, poszłam pomoc Percy'emu. Ja otwierałam teczki i sprawdzałam ich zawartość. W końcu, po kilkunastu minutach pracowania w absolutnej ciszy, wpakowałam teczki do plecaka, który zasunęłam i pomogłam chłopakowi włożyć teczki w odpowiedniej kolejności. Zerknęłam na zegarek i poczułam, jak krew we mnie krzepnie.
— Dwanaście minut — mruknęłam ze strachem. — Musimy się pośpieszyć.
Ale , oczywiście, coś musiało pójść nie tak. Obydwoje usłyszeliśmy kroki na zewnątrz i odwróciliśmy się w stronę drzwi. Serce zaczęło tłuc mi się w piersi. Percy, jako jedyny z naszej dwójki, myślał trzeźwo. Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę drzwi. Chciałam zaprotestować, ale on zatkał mi bezczelnie usta dłonią. Sam przyległ do ściany, z tej strony, że gdyby ktoś wszedł, drzwi by nas zasłoniły. Ja opierałam się o jego pierś, trzymając jedną rękę na jego dłoni, zakrywającą moją twarz. Podczas, gdy on był opanowany, ja niemal nie zaczęłam panikować.
— Jak tam, Patrick? — spytał gruby głos, a ja przymknęłam oczy, modląc się do Boga, by tutaj nie weszli.
— Spać mi się chce — odpowiedział zapytany, po czym ziewnął. — I po co ja kończyłem studia? By pilnować bandy głupoli po nocach.
Dwójka oddaliła się, dusząc śmiech. Czułam, jak ciało Percy'ego się odpręża i jak odejmuje rękę od moich ust i wypuszcza mnie z objęć. Staliśmy tak przez dwie minuty, nasłuchując, aż w końcu zmuszeni byliśmy uciekać. Nie było czasu. Za dziesięć minut i dziesięć sekund kamery zaczną działać. Wyszliśmy z gabinetu, nie zadając sobie trudu, by zamknąć drzwi i najciszej jak potrafiliśmy. Ruszyliśmy truchtem przez puste korytarze, oświetlone światłem jarzeniówek o mdłym koloru. Moje serce tłukło się ze strachu, tak jak wiele razy przedtem. Ciągle spoglądałam na zegarek i za każdym razem wzdychałam w duchu, bo nie zdążymy. Percy wydawał się opanowany do tego stopnia, że to zaczęło robić się denerwujące. W kocu dobiegliśmy do kratki. Pośpiesznie wgramoliłam się do małego otworu. I ruszyłam przed siebie, nie czekając na Percy'ego. Zimny powiew nocy schodził mi twarz, ale ja nie rozkoszowałam się tym uczuciem. Pośpiesznie chwyciłam kratkę oraz mały śrubokręt. Gdy tylko chłopak wygramolił się po kilkunastu sekundach po mnie, opanowałam drżące dłonie i szybko przykręciłam kratkę, zanim Percy zdołał cokolwiek zrobić. Szybko pomógł mi wstać i trzymając się za ręce, pobiegliśmy do furgonetki zaparkowanej dwie przecznice dalej. Zdjęłam plecak z ramienia i szybko odnalazłam klucze od samochodu. Światła błysnęły, szybko wgramoliliśmy się na siedzenia i zatrzasnęliśmy drzwi. Oboje dyszeliśmy ciężko i nierównomiernie.
Percy się roześmiał. A ja chwilę później, wzięłam z niego przykład.
— Jesteś stuknięty — wysapałam.
— Gdybyś widziała swoją minę — wył Percy. — Te przerażenie w oczach, prawie jak wtedy, gdy kazałem ci wejść na tą głupią ścianę wspinaczkową.
— Spadłam z niej wtedy! — przypomniałam mu z uśmiechem, zapinając pasy.
— Pamiętam — powiedział, zwijając się ze śmiechu. — A wiesz, co nie jest zabawne? Podrapałaś mnie w rękę!
I zaniósł się większym śmiechem. Pokręciłam z uśmiechem głową, nacisnęłam sprzęgło, przekręciłam kluczyk i silnik zawył. Ruszyliśmy, zostawiając za sobą zakład Lisette.
Lecz uczucie niepokoju, którego zasmakowałam w jej pokoju, pozostało.



Przetrwałam pierwszy tydzień szkoły. Nie było tak bardzo źle.

Rozsmakowuje się w fikcji historycznej, a dokładnie w książkach Philippa Gregory. Na ebookach przeczytałam dwie i w czwartek kupiłam kolejne dwie. Nie rozdziewiczę ich jednak (jak to mawiała moja nauczycielka od geografii w gimnazjum, gdy ktoś nie miał uzupełnionych ćwiczeń - "Rozdziewicz je w końcu!"), bo muszę tkną patykiem pana Żeromskiego. To już nawijanie Josepha Conrada o jego jądrze, które w dodatku jest ciemne (tytuł to oksymoron, tak dla waszej wiedzy.Jądro jest czymś jasnym, więc nie można go łączyć z ciemnością), było ciekawsze. Czas na mój trik z przyśpieszonym czytaniem.

Mam już termin studniówki. Ja i mama się kłócimy o kolor mojej sukienki. Bo moja mamuśka chce czerwoną lub czarną, a ja inny kolor. Róż albo fiolet. Nie chce być taka jak wszyscy. Naprawdę, kocham swoją mam całym seruchem, ale jak się na coś uprze, to nie ma przebacz. Polemizowanie nie wchodzi w grę.

A jak tam u Was, skarbeńki? Jak myślicie, o czym będą rozmawiać Percy i Kenzie, jak będą wracać? Niech mózg Wam trochę popracuje. 

Kocham Was x
.
.
.
.
.
.
template by oreuis