sobota, 14 stycznia 2017

Rozdział XXVIII - Miło znów cię widzieć, mała



Bohaterki filmów, gdy były dostatecznie wściekłe, potrafiły rzucać talerzami. Co dziwne, ja nie czułam się wściekła, choć powinnam. Wypełniała mnie jakaś zimna pustka, obojętność i spokój. Czułam jak chłonne krople denerwująco bębnią w moje plecy. W końcu nie wytrzymałam i wyszłam spod natrysku, otulając się ręcznikiem. Spojrzałam w lustro, w celu dokonania analizy mojej rozciętej wargi. Piekła nieprzyjemnie, ale byłam pewna, że jutro nie będzie po niej nawet śladu. Delikatnie rozczesałam wilgotne włosy i postanowiłam, życia muszę zająć się jakąś pracą. Żałowałam, że nie miałam żadnych papierów tutaj, w moim domku. Musiałam więc wybrać się do Wielkiego Domu i tam zaszyć się w drewnianej, misternie wykonanej altanie, bo zawaruję, jeśli spędzę dziś choćby pięć minut w ciasnym pokoju. Szybko wyszłam z domku, do którego weszłam niecałe dziesięć minut temu. Ruszyłam, wspinając się na zielone wzniesienie, na którym wzniesiony został Wielki Dom. Moje myśli były dziwnie puste, jakby mój mozg się wyłączył. Powinnam słyszeć, jak oni na siebie wrzeszczą, jak sobie dogryzają, powinnam wiedzieć oczami wyobraźni niemalże kpiące spojrzenie Lisette. A zamiast tego oddychałam spokojnie i naszła mnie ochota na wodę z cytryną.
Pchnęłam drewniane drzwi i poczułam, jak zanurzam się w chłodzie budynku. Ruszyłam do kuchni, by spełnić swoją zachciankę. Nalałam kryształowej wody w wysoką szklankę i wycisnęłam odrobinę soku z kwaśnej cytryny, odrzucając jeszcze kilka kostek lodu. Następnie, stąpając cicho, ruszyłam do swojego gabinetu. Przechodząc obok otwartych drzwi gabinetu Iris, pomachałam pracującej bogini, a ta odwzajemniła gest uśmiechem. Ze swojego biurka zabrałam teczkę, w której złożyłam dokumenty. Zostało ich naprawdę mało i nie wiedziałam, co zrobię, gdy mi ich w końcu zabraknie. Mam czytać pomiędzy wierszami głupkowate artykuły śmiertelników, którzy nie mają pojęcia o mitologicznych potworach? Wzięłam więc grubą, białą teczkę i ruszyłam do altanki. Wyszłam wyjściem od tyłu i od razu poraził mnie blask słońca oraz odurzył mdły zapach kwiatów. Rozsiadłam się na wygodnej, sosnowej ławce z oparciem i spokojnie rozłożyłam w małe stosy kartki. Miałam pewien system, który pozwalał mi dokładnie sprawdzić każdy tekst, by nie rozbolała mnie za bardzo głowa. Kwiaty, które kwitły, wydzielały słodką i orzeźwiającą woń, od której kręciło mnie w nosie. Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się jedyną chwilą spokoju w tym szalonym dniu i zaczęłam przeglądać wiadomości o Lisette. Tam, gdzie skończyłam poprzedniego wieczoru. Coraz bardziej tkwiłam w przeświadczeniu, że powinniśmy wybrać się ośrodka, w którym blondynka była zamknięta, zwinąć to i owo i zniknąć. Bo informacje z sieci czy lokalnych gazet, były niejasne i często podkolorowanie, jak to dla dodania sprawie pikanterii bywa.
Zjawił się po jakieś pół godzinie, gdy popijałam wodę z cytryną i usiłowałam się skupić. Starałam się zmusić litery, by nie skakały mi przed oczami. Oparł się o jeden z podtrzymujących dach bali i przyglądał się mi, a ja go uparcie ignorowałam. Tak samo jak iskierkę gniewu, która zaczęła się tlić w moim sercu.
— Poszłaś sobie — zauważył inteligentnie, a ja wzruszyłam ramionami, nie odrywając wzroku od papierów.
— Nie widziałam sensu, by tam dłużej stać i przyglądać się tej żenadzie — odmruknęłam chłodno, czytając naprawdę złośliwy komentarz z forum, gdzie dyskutowano o Lisette. Dziewczyna, która go napisała, nazwała ją Małym Hitlerem. Gdy upewniłam się, że to tylko stek bzdur, podarłam gwałtownie kartkę i rzuciłam obok. Leo przyglądał się moim ruchom.
— Jesteś wściekła — stwierdził, a ja w końcu podniosłam wzrok i napotkałam jego spojrzenie. Uśmiechnęłam się złośliwie i wycedziłam ze sarkazmem:
— Naprawdę? Dziękuję, że to zauważyłeś. To naprawdę pomocne, że mam takiego spostrzegawczego znajomego. Masz coś jeszcze do powiedzenia czy mogę skupić się na pracy?
— Mackenzie...
Wstałam gwałtownie i zamierzam go wyminąć i opuścić altankę, ale złapał mnie za ramię i spojrzał zdeterminowany. Zmierzyłam go chłodnym, pełnym pogardy spojrzeniem.
— Mogłabyś przestać? — spytał, zaciskając uścisk. Czułam, jak jego palce wżynają mi się w skórę.
— Ja mogłabym przestać? — warknęłam zdziwiona jego bezczelnością i wyszperałam ramię z jego uścisku. — Ja? A kto przed chwilą pobił Matta, bo ten odważył się mi okazać trochę życzliwości?
— Pomiędzy "okazywaniem życzliwości" a przystawianiem się do ciebie jest spora różnica, guapo. Byłabyś ślepa, gdybyś tego nie zauważyła.
— Byłam już niemową, teraz mogę być ślepa, czemu nie! — wykrzyknęłam w jego stronę, a potem dźgnęłam go boleśnie w ramię. — Co to miało być? Jakaś chora scena zazdrości? Co tym chciałeś udowodnić? Zrobiliście z siebie pajaców i wcale nie urosłeś w moich oczach. Masz z tym skończyć, jasne?
— Mackenzie, posłuchaj...
— Nie, to ty posłuchaj — odparłam, przerywając mu i gadając jak nakręcona. — Co ty sobie do jasnej cholery myślisz? Że pstrykniesz palcami i wszystko będzie dobrze? Powiem ci coś: nie jestem nagrodą w waszym chorym konflikcie! Nie stanę po niczyjej stronie, bo zarówno on jak i ty, jesteście skończonymi debilami. Tylko, że on nie uznał, że ma mój akt własności. Nie mówi mi co mam robić. Nie śledzi i nie pilnuje mnie. Z ostatniej chwili Leo: nie jestem twoją własnością.
Chłopak splótł ręce na piersi u posłał w moją stronę krzywy uśmiech. Serce zaczęło mi bić szybciej i wmówiłam sobie, że to dlatego, że byłam wściekła. Bo byłam. Naprawdę. A on najwyraźniej wcale się tym nie przejął i nie śpieszył się z odpowiedzią. Moja frustracja rosła.
—Jesteś moją własnością. Od początku tak było i tak zostanie. I nikt nie ma prawa tego podważać. Kropka.
— Nieprawda — wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
W jednej chwili jego ręce nie były już zaplecione na klatce piersiowej, tylko zaciśnięte na moich ramionach. Jego usta znalazły się na moich wargach, boleśnie na nie napierając. Czułam, jak krew uderza mi do głowy. Zamknęłam oczy i rozchyliłam wargi. Połączyliśmy się w pełnym ognia pocałunku. Nie było tutaj niepewności jak za pierwszym razem, delikatności jak za drugim. Moje ręce powędrowały na jego kark, a ja przylgnęłam do niego całym ciałem. Obią mnie w pasie jedną ręką, boleśnie do siebie przyciągając, a drugą trzymał na moim karku.
Naoglądam się całkiem sporo pocałunków w filmach. Było ich kilka rodzai. Delikatne muśnięcia ustami na do widzenia. Pełne smutku i łez pocałunki pary, która rozstaje się, być może na zawsze. Pełne namiętności pocałunki przy hotelowych drzwiach. Ale Leo całował inaczej.
Całował mnie tak, jakby świat się skończył i jedynym sposobem, by nie umrzeć, były moje usta. Całował z taką pasją, takim żarem i namiętnością, że czułam wibrowanie tych uczuć nawet we włosach, w które wplótł swoją rękę, by odchylić moją głowę i pogłębić pocałunek. Czułam, jak jego mięśnie się napinają, a ja sama wiotczeje w jego ramionach. Ugryzłam go delikatne w dolną wargę. Powoli zaczynałam tracić kontrolę, zatracać się w nim do tego stopnia, że nie byłam świadoma tego, jak znaleźliśmy się na środku altany. Jęknęłam w usta chłopaka, gdy krawędź stołu wbiła się w moje uda. Chłopak delikatnie podniósł mnie i nie przerywając pocałunku, posadził mnie na drewnianej ławie. Oplotłam nogami jego biodra i przycisnęłam się do niego jeszcze bliżej. Jego usta błądziły po moich policzkach, po szyi, ale zawsze powracały do ust i kładły na nich żarliwy pocałunek.
— Leo...— wyjąkałam zachrypniętym głosem, ale chłopak zaraz zamknął mi usta pocałunkiem. Po chwili znów podjęłam próbę. — My... ktoś nas zobaczy.
— Nie dbam o to — mruknął w moją szyję, którą obsypywał pocałunkami. Przymknęłam oczy z rokoszy, czując jego usta na mojej delikatnej skórze. Po chwili westchnęłam ciężko.
— My nie możemy — wychrypiałam. Leo oderwał usta od mojej szyi i spojrzał na mnie spod przymrożonych powiek, w których tańczyły rozpalone ogniki.
— Nie możemy? — spytał nieco rozbawiony. Kiwnęłam głową, zauważając, że jego usta są niebezpiecznie blisko moich. Leo uśmiechnął się zawadiacko. — W takim razie mnie puść.
Oplatałam go nogami w pasie, jedną rękę miałam położoną na jego karku, a drugą wbijałam mu paznokcie w plecy. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, w jakiej pozycji zastygłam. Leo puścił mnie i położył ręce na stole, przyglądając mi się rozbawiony. Po chwili nachylił mi się nad uchem, który musnął swoim nosem. Jego głos był zachrypnięty i pełen napięcia, gdy wyszeptał w moje ucho:
— No dalej, Kenz. Puść mnie.
Przymknęłam oczy. Chciałam go puścić. Naprawdę chciałam. No dobra, nie chciałam. Pragnęłam go bardziej niż ryba wody, bardziej niż czegokolwiek innego na świcie. Leo ugryzł płatek mojego ucha, a ja westchnęłam z rozkoszy. Nawet pod powiekami czułam, że na jego twarzy wykwit uśmiech satysfakcji. Zaczął powoli całować skórę od mojego ucha, przez policzek, kierując się do ust. Zatrzymał się na nich i wymamrotał, przyciskając swoje wargi do moich.
— Tęskniłem za tobą, mała.
Dźwięk mojego przezwiska w jego ustach, który nadał mi kilka lat temu, przyprawił mnie o dreszcz na całym ciele. Wypowiedział je inaczej. Nie żartobliwie czy prowokująco, tak to robił poprzednio. Tym razem w tym małym słowie było zawarte pełno obietnic, namiętności, czułości i pożądania... Dziękowałam Bogu za to, że siedziałam, bo chyba upadłabym z wrażenia. Pocałował mnie pełny tęsknoty, jakby witał się ze skarbem, który dawno utracił. A ja odwzajemniłam się tym samym. Po chwili znów wyszeptał w moje usta, boleśnie zaciskając dłonie na mojej tali.
— Teraz jesteś moja. Już na zawsze. 



Starałam się czytać. Jednak greckie litery zlewały się w jedno, powodując, że do moich oczów napływały łzy. Siedziałam sama w swoim pokoju i studiowałam greckie oraz rzymskie potwory, choć opornie mi to szło. Gdy Leo był przy mnie i tłumaczył to w klarowny sposób, wiedza szybciej wchodziła mi do głowy, a przede wszystkim: zostawała tam na dłużej. A dzisiaj wszystko, co przeczytałam, wylatywało mi prawym uchem. Nie mogłam się skupić. Po prostu nie mogłam.
Gdy zamykałam oczy, wciąż widziałam pod powiekami, jak Leo walczył. To było tak niezwykłe, że odtwarzałam sobie kolejne jego ruchy i chciałam spróbować, czy też tak potrafię. Wiedziałam jednak, że umiem za mało i wiem za mało. Leo miał za sobą lata spędzone w Obozie Herosów, ukończone misję i tysiące godzin spędzonych na arenie, gdzie trenował.
Nic mi się nie chciało. Miałam ochotę włączyć sobie film, zakopać się w tonie pierzyny razem z orzechami oraz kakaem i tak spędzić najbliższe cztery godziny. Musiałam jednak się zmusić do pracy. Sam trening ciała nie wystarczał, by przeżyć. I byłam świadoma tego, że nawet najlepsi ginęli walce z potworami, bez względu na to, jak wiele wiedzieli.
Lampka nocna, przy której siedziałam, kładła jasny krąg ciepłego światła na stare książki, ale pozostała część pokoju skąpana była w mroku. I gdy usłyszałam szelest, nie mogłam dociec jego źródła. Czy to tylko zasłony? A może poduszka zsunęła się z łóżka, którego ostatnio nie chciało mi się ścielić?
Wszystkie moje dociekania ucichły, gdy z ciemności wyłonił się kształt. Zgarbiona istota, zakrywała się swoimi skórzanym skrzydłami. Jej czarne białka błysnęły w świetle lampki nocnej, tak samo jak ostre, mlecznobiałe zęby. Przez moment moje serce zaczęło być szybciej. Ale gdy rozpoznałam swoją przyjaciółkę, odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się ciepło.
— Jejku, Mel. Ale mnie wystraszyłaś! Dawno cię nie widziałam...
Kobieta przechyliła głowę na bok i nieco zmrużyła swoje oczy. Na jej powiekach nie było rzęs.
— Ja za to widziałam cię przez cały czas — odparła. Przyzwyczaiłam się do jej zagadkowych odpowiedzi. Podczas moich pierwszych dni w Obozie, spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu. Mel usiadła na miękkim łóżku i zaczęła się we mnie wpatrywać. Uznałam, że to niegrzeczne czytać w jej towarzystwie, więc zamknęłam książkę. Ucieszyłam się z tej wizyty. Przynajmniej nie musiałam się uczyć.
— Jak ci się tutaj żyje? — spytała Mel, a ja wzruszyłam ramionami. — Czy życie herosa jest takie straszne, jak sądziłaś?
Uśmiechnęłam się promienie.
— Właśnie, że nie! Wszyscy straszą mnie potworami i okropnym życiem, ale mnie się tutaj nawet podoba. Treningi są trochę ciężkie, ale tylko czasami.
— A ludzie? — wtrąciła moja przyjaciółka. Te słowo brzmiało w jej ustach odpychająco. Jakby wspomniała o karaluchach .
— Jest dobrze... W zasadzie to ja przede wszystkim czas spędzam z Leonem, czasem pomagam Piper w przedszkolu... Maluchy są naprawdę urocze. Plotą dla mnie wianki ze stokrotek, uczą się robić warkocze na moich włosach, choć mówią, że trudno się je robi. Bo mam je kręcone.
— Ale nie lubisz Mackenzie — stwierdziła Mel. Zgarbiłam się trochę, a mój uśmiech zbladł.
— Nie lubię — potwierdziłam. — Skąd wiesz, jak się nazywa?
— A czy to ważne? — spytała. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że właściwie, to nie. — I co zamierzasz z tym zrobić?
— Nic — odparłam prostolinijnie. — Będę jej unikać, jak tylko się da. Z nią nie da się nic zrobić. Jest jak bumerang. Po jakimś czasie wróci i będzie mnie denerwować jeszcze bardziej.
— A próbowałaś jakoś temu zaradzić?— drążyła temat Mel. Pokręciłam głową. — No to skąd w takim razie wiesz, że nic się nie da zrobić?
Spojrzałam na nią. Jej bystre oczy lśniły bardziej niż księżyc w bezchmurną noc, mimo tego, że były całkiem czarne. W mojej głowie zaczęły kiełkować się pytania: czy gdybym porozmawiała z Leonem, coś by to dało? Może by mnie wysłuchał i zrozumiał. Wiem, że tak by było. On mnie nie odepchnie, nie zignoruje. Ale natychmiast w mojej głowie pojawił się obraz. Mackenzie pomagała coś uzupełniać Juliet w raporcie. Wychodziliśmy wtedy na spacer, gdy brunetka pochylała się nad papierami i pisała w skupieniu to, co dyktowała jej jej siostra. Leo wtedy rzucił dziewczynie pełnie melancholii, smutne spojrzenie, które łapało za serce. A natomiast do mojego skapnęła wtedy kolejna kropla goryczy do Mackenzie. Przez tej jej dumę, raniła Leona bardziej, niż najostrzejsze miecze. Nie byłam w stanie nawet na nich razem patrzeć. To nie była zazdrość. Tego byłam pewna.
Głos w mojej głowie zachichotał. Inne podążyły za nim. Podniosłam głowę w stronę łóżka, ale Mel już nie było. Zniknęła.


Ja, gdy poprawiałam ten rozdział i starałam się być poważna:


Mam nadzieję, że nie wyszło mi za bardzo... poronograficznie. Nie wiem w sumie, czy istnieje takie słowo, but whatever. Idealnie oddaje to, co chce powiedzieć...

ZACZĘŁY SIĘ FERIE. Co oznacza, że czytam książki, piszę, jem, ćwiczę i repeat. Tylko muszę zmusić się, by przeczytać "Przedwiośnie" (wszystko, tylko nie Żeromski) i mogę sobie pogłębiać wadę wzroku. Książki, które leżą i nie mogę ich przeczytać, bo szkoła chwytają za serce tak samo jak zdjęcia szczeniaczków.

1 komentarz:

  1. Heeej ;)
    Czytam Twojego bloga od jakiegoś czasu, dobra może w dwa tygodnie przeczytałam wszystko. I powiem Ci szczerze, że zakochałam się w tej historii.
    Po pierwszej części zastanawiałam się co zrobisz w drugiej, bo w sumie ta historia z Lisette wydawała mi się nietypowa, ale to dobrze, bo coś innego.
    Uwielbiam relację Mackenzie i Leona!!! I opisy tego co czują!! Po prostu bosko!!
    Ale muszę coś z siebie wyrzucić, nie lubię Liz. Jakoś dziewczyna mi nie podeszła. Dużo bardziej podoba mi się narracja Mackenzie ;)
    Po przeczytaniu ostatniej perspektywy Liz mam nadzieję, że to blond dziewczę czegoś nie zrobi Kenzie :(
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis