sobota, 7 stycznia 2017

Rozdział XXVII - Zabawki


Siedziałam z kubkiem herbaty pod kocem, mimo że pogoda dopisywała i niekiedy zawiała ciepła bryza.
Już druga noc z rzędu nie mogłam zmrużyć oka, choć moje zmęczenie psychiczne i fizyczne osiągało stan krytyczny. Im bardziej się męczyłam, tym trudniejsze było zapadnięcie w sen. Podejrzewałam, że to po części wina księżyca. Od czasu, gdy byłam nastolatką, nie mogłam spać w pełnie. Wpatrywałam się więc w bladą tarczę, która była dowodem na to, że byłam już w Obozie cały miesiąc. Wciąż nie ruszyliśmy z miejsca w sprawie Lisette, a ta robiła się coraz bardziej oziębła, jeśli chodzi o mnie. Ja odwzajemniłam jej tym sam, dając sobie spokój z próbowaniem byciem miłą. Czasami tak jest: przychodzisz w pierwszy dzień do nowej szkoły i zapoznajesz się z klasą, z którą spędzisz kolejne lata. I choć nie znasz tej blondynki z drugiej ławki, już wiesz, że raczej przyjaciółkami nie zostaniecie. Coś cię w tej osobie odpycha.
Upiłam łyk wrzącego napoju i zamyśliłam się. Jeszcze nigdy w Obozie nie czułam się tak bardzo nie na miejscu. Byłam dorosła, ale poczucie nieuzasadnionej krzywdy dręczyło moje serce.
Spostrzegam ruch po drugiej stronie placu i wytężyłam wzrok. Noc była jasna, wiec bez problemu odgadłam, kim jest ta osoba. Postać stanęła, jakby poczuła, że jest obserwowana. Po chwili mnie spostrzegła i pomachała w moją stronę. Również uniosłam rękę i odwzajemniłam gest, a po chwili przybysz znalazł się przy mnie, siadając na schodach mojego domku.
— Nie boisz się harpii? — spytałam.
— Proszę cię, Kenz — odpowiedział Leo. — Jestem tu tak długo, że to one boją się mnie.
Pokręciłam głową z uśmiechem i wyciągnęłam w jego stronę kubek i gestem zachęciłam go, by go wziął. Gdy jego ciepłe palce musnęły moje, poczułam dreszcze biegnące przez całą długość mojej ręki. Leo upił łyk i oddał mi naczynie z herbatą. Przez chwile siedzieliśmy w kompletnej ciszy. W końcu Leo tracił mnie ramieniem, a ja uśmiechnęła się pod nosem po raz kolejny.
— Móżdżku, co będziemy robić dziś w nocy? — spytał poważnie.
— Dokładnie to samo co robimy każdej Pinky— odpowiedziałam cicho, robiąc dramatyczną pauzę — opanowywać świat.
— Czemu nie jesteś w łóżku? — spytał, wbijając wzrok w ciemność. Upiłam łyk herbaty.
— Nie mogę spać. — Skinęłam głową w stronę srebrnej tarczy, wiszącej na niebie. — Ten tutaj jest za to w dużej mierze odpowiedzialny.
Cisza zawisła pomiędzy nami. Słyszałam, jak Leo spokojnie oddycha, po czym cicho westchnął.
— Ale to dziwne — zaczął cicho. Spojrzałam na niego zdziwiona. — Tak po prostu z tobą rozmawiać. Bez żadnego notatnika ani gestów.
— Mam przestać? — spytałam, całkowicie zmieszana. Leo cicho się roześmiał.
— Nie, w życiu. Uwielbiam brzmienie twojego głosu. Po prostu cię taką nie znam. — Zamilkł na chwilę. — Trudno ci było? Zacząć mówić?
Objęłam jeszcze szczelniej kubek z do połowy wypitą herbatą.
— Tak. To był koszmar. Za dużo działo się w moim życiu i gdyby nie tata, wcale bym nie mówiła. Chciałam zostać niemowa z wyboru.
— Dlaczego? — spytał. — Nie mów mi, że nigdy nie marzyłaś, by mówić.
— To nie było takie piękne, jak ci się wydaje — wyszeptałam. — Nie mówienie było prostsze. Gdy błogosławieństwa straciły swoją moc, moje struny głosowe były jak z ognia. Bolało mnie nawet oddychanie. Dalej pisałam w notesie, ale tylko gdy to było konieczne. Tak właściwie to z nikim nie kontaktowałam się przez długi okres czasu.
— A znajomi ze szkoły? — spytał Leo, po czym zaczął ku mojemu zdziwieniu wymieniać ich imiona. — Annie, Candice, Jim lub Patricia? Co z nimi?
Zamknęłam oczy, bo poczułam, że zaczynają mnie piec.
— Nic. Zerwałam z nimi kontakt i wypisałam ze szkoły.
— Bez żadnego wyjaśnienia?
— Co mieliśmy zrobić?— odmruknęłam, nieco zirytowana.— Niemowa od urodzenia odzyskała głos. Leo, nie rozumiesz, że to zmieniło wszystko? Musiałam wyprowadzić się z domu, rzucić szkołę i przestawić się na nauczanie indywidualne, międzyczasie uczyć się jak mówić, co było piekłem, bo moje struny głosowe były do tego nie przyzwyczajone.
— Przepraszam — szepnął po krótkiej chwili Leo. — Nie chciałem, by to tak zabrzmiało.
Po prostu pokręciłam głową, na znak, że nie chce o tym mówić. Ostatnie lata broczyły ciemną krwią, a rana w moim sercu nie chciała zakrzepnąć. Niegdyś królowie nie brali udziału w bitwach, tylko obserwowali spustoszenie, jakie siały ich niezwyciężone wojska z dogodnych punktów obserwacyjnych. Czy i oni czasami, gdy zamknęli oczy, widzieli śmierć ludzi, słyszeli krzyki umierających w agonii...
— Śpisz? — spytał Leo, zbliżając głos do szeptu. Uniosłam powoli powieki.
— W twoim towarzystwie? — odpowiedziałam pytaniem. — Nie odważyłabym się.
— Kiedyś ci to nie przeszkadzało — zauważył lekko. Po moich rękach przebieg dreszcz i podstępny głosik w mojej głowie szepnął: woda z Lette. Nie mógł się dowiedzieć w żaden sposób. Byłam pewna, że nadal jest nieświadomy mojego oszustwa.
— Mogę się ciebie coś zapytać? — zapytał, nieświadomy moich myśli i byłam z tego powodu bardzo zadowolona.
— I tak to zrobisz, bez względu na to, jaka będzie odpowiedź — mruknęła, upijając łyk coraz chłodniejsze herbaty.
— Tęskniłaś? — spytał zupełnie poważnie. Oderwałam wzrok od zarysów fontanny, stojącej na środku placu i przeniosłam go na niego. Leo zaskakiwał mnie praktycznie w każdym calu i na każdy sposób. Ja tego nie potrafiłam. Teraz siedziałam, wpatrując się w niego i czując się znów jak niemowa: brakowało mi słów. Przypomniały mi się słowa taty, którymi upomniał mnie zawsze, gdy coś przeskrobałam, a on kazał mi się usprawiedliwić: " Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, wyznaj prawdę".
— Tak — usłyszałam swój cichy głos, niesamowicie spokojny, który był zupełnym przeciwieństwem moich myśli. Chciałam, żeby mnie pocałował. By rozwiał tą niepewność, która ciemnym cieniem kładła się na moim sercu. Dałby mi znak, czy faktycznie coś nadal do mnie czuje czy to tylko ślady dawnej sympatii. Wtedy jedynym, co nas połączyło, była przepowiednia, która musiała się spełnić. Chciałam, by to zakończył jednym gestem bądź słowem. Nadal kręciłam się w jednym miejscu, bez możliwości ucieczki. I tak od kilku lat. Nie potrafiłam jednak zdobyć się na szczerość i nie powinnam na nikim jej wymuszać, a szczególnie na nim. Zostawiłam go. A teraz on po prostu siedział i nie robił nic. W końcu po długiej chwili, gdy odwróciłam wzrok, usłyszałam jego cichy głos.
— Dobranoc, Kenzie. Spróbuj pospać przynajmniej kilka godzin.
— Postaram się — odpowiedziałam tym samym, spokojnym i bezbarwnym głosem. — Dobranoc.
Powoli wstał i udał się w stronę Wielkiego Domu, a nie Dziewiątki, jak to robił cztery lata temu. Odprowadziłam go wzrokiem i gdy już dawno odszedł, dokończyłam herbatę.
Nie tęskniłam za Obozem Herosów, miejscem, które kojarzyło mi się że śmiercią. Dowiedzenie się, że jesteś półbogiem, było jednoznaczne z wyrokiem śmierci w młodym wieku. Ilu moich znajomych zamordowały mitologiczne potwory, które nie miały prawa istnieć? Pamiętałam Henryka: niskiego, chudego dwunastka, który nawet z zamkniętymi oczami potrafił mi wytrącić miecz z ręki. Irytował mnie okropnie. Gdy ostatnio Juliet poinformowała mnie, że dwa lata temu zabiły go harpie, mała rysa pojawiła się na moim strzaskanym sercu. Nie, to nie Obóz był mi bliski.
Tęskniłam za Leonem.



Głosy zawsze nieprzyjemnie mruczały, niczym rozjuszone koty, gdy widziały jej sylwetkę. Najpierw starałam się je tłumić, później jednak przestałam. Niechęci, która się we mnie tliła, nie potrafiłam ugasić. To stało się samoistnie i bez mojego udziału. Sama nie wiedziałam, jak to wszystko tłumaczyć, więc starałam się unikać Mackenzie jak mogłam. Nie wiem, czy Leo to widział, czy nie, ale było mi wszystko jedno. Nie mogłam znieść widoku jej uśmiechu, który dla innych zdawał się szczery a dla mnie pełen jakieś fałszywości.
Wiedziałam, kim ona jest. Nie trzeba było być geniuszem z ukończonym studiami, by połączyć wszystkie detale w spójną całość. Córka Demeter. Uwielbiała filmy z lat 50. To były te mniej istotne sprawy, bo prawdziwy dowód był ukryty w zachowaniu tych dwojga, które było przynajmniej dziwne i niezręczne. Tak naprawdę wszystko mówił wzrok Leona, gdy patrzył na Mackenzie, ona była zajęta czymś innym. Ta natomiast traktowała go z chłodem i spokojem. To dodatkowo mnie od niej odpychało.
Wróciłam do regularnych treningów. Leo stwierdził, że dość tego użalania się nad sobą i pora zapomnieć o rozlanym mleku, a ja go posłuchałam, bo zazwyczaj miał rację. Wspomnienia blakły i mieszały się ze sobą, a z Pamiętnej Nocy, jak ją w myślach nazywałam, postały tylko strzępy srebrzystoniebieskiej mgły, która niekiedy lśniła jak benzyna kolorami tęczy. Chodziliśmy więc zwyczajowo na salę do treningów, nigdy nie pozostając na arenie, gdzie trenowałowiększość herosów. Gdy przez nią przechodziliśmy, Leo witał się z Percy'm, machał do Mackenzie, a ta odwzajemniała mu się słabym uśmiechem, po czym znów zaczynała dyskusję z Jacksonem oraz Mattem, który od pewnego czasu kręcił się przy jej boku. Mój nauczyciel, gdy widział ich dwójkę, zgrzytał zębami, ale nie mówił nic. Nie wiem, czy Atkinson robiła to specjalnie czy też nie, ale byłam bardziej skłonna, by uwierzyć w tą pierwszą wersję.
Jak w każdy słoneczny dzień w Obozie Herosów, szliśmy po drugim śniadaniu na trening, nieco spóźnieni, bo nie mogłam znaleźć swojego buta. Nie lubiłam się spóźniać.
Rozglądałam się zafascynowana dookoła. Mnóstwo nastolatków i dzieci ćwiczyło, nie tylko z bronią. Kilka osób trenowało również zapasy albo karate, ale większość była skupiona w jednym punkcie, razem z Wielką Trójką, która praktycznie na treningach się nie rozstawała. Mackenzie i Matt stali naprzeciwko siebie, a niedaleko od dziewczyny stał Percy, który dawał jej wskazówki. Dziewczyna miała dłonie zaciśnięte w pięści, tak jak jej przeciwnik. Kilka razy widziałam, jak przed rozpoczęciem sezonu Matt trenował boks, ale tylko z workiem do ćwiczeń. Dwójka herosów niemalże tańczyła, wymieniając ciosy i uskakując przed tymi, które zadał przeciwnik. Zwolniłam nieco, by dłużej się przyglądać pojedynkowi, co Leo zauważył i sam skierował wzrok w tamtą stronę. Nie potrafił ukryć, jak bardzo nie podoba mu się to, że dziewczyna trenuje z Mattem.
W pewnym momencie pięść syna Marsa wystrzeliła i trafiła Mackenzie w szczękę. Dziewczyna zachwiała się i upadła na Percy'ego, który ją przytrzymał i nie pozwolił upaść. Rozległ się zbiorowy jęk. Nie zdążyłam nawet mruknąć, a Leona już przy mnie nie było. Chłopak zmierzał w stronę grupki zdecydowanym krokiem. Chcąc nie chcąc, podążyłam za nim jak cień.
— Nic ci nie jest? — spytał brunetki, a ta nie zdążyła nawet odpowiedzieć, bo Leo zwrócił się w stronę Matthew'a. — Jesteś skończonym idiotą! Mogłeś zrobić jej krzywdę.
— Leo, daj spokój — zaczął Percy, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. — Takie rzeczy się zdarzają na treningach.
— Jemu zdarza się to za często — odpowiedział wściekły, strzepując rękę Jackson'a.
— Nic mi nie jest — wtrąciła się Mackenzie, coraz bardziej zdenerwowana. Wszyscy, prócz Percy'ego, ją zignorowali.
— Dzięki, Jackson, sam potrafię sobie poradzić — odparł Matt, rozciągając wargi w złośliwym uśmiechu. — Dla twojej informacji Leo, ona nie należy do ciebie, jak to sobie w twojej ciasnej głowie ubzdurałeś. Masz nową zabawkę.
Nie pokazał mnie palcem, ale ja właśnie tak się czułam. Kilkanaścioro osób na mnie spojrzało, reszta miała utkwiony wzrok w środek zmieszania.
— Odszczekaj to — warknął Leo, robiąc krok w stronę chłopaka.
— Niby czemu? Tak bardzo boli cię prawda, Valdez? Jakbyś nie zauważył, możesz mieć tylko jedną zabawkę w piaskownicy. Posiadanie dwóch jest przynajmniej nieetyczne.
Zerknęłam na Mackenzie. Jej oczy robiły się coraz większe, na policzki wpływał róż, a usta zacisnęła w wąską linię, jakby zastanawiała się, komu przyłożyć najpierw. Nic nie robiła sobie ze stróżki krwi, która płynęła z jej rozciętej wargi.
— Twoja ignorancja zaczyna mnie irytować, Lynch — odezwał się gniewnym szeptem Leo. Ten na jego słowa wybuchnął śmiechem.
— Ignorancja? Nie, to nie ignorancja. To szczerość.
— Jeśli chcesz szczerości, to ci powiem, że mam ochotę pomóc połknąć ci zęby.
Matthew spoważniał, a w jego oczach zapalił się błysk wyzwania.
— Bardzo chciałbym to zobaczyć.
Leo odwrócił się do mnie i powiedział szeptem:
— Trzymaj się Percy'ego i nigdzie nie odchodź. Zrozumiałaś?
Kiwnęłam głową i natychmiast wykonałam jego polecenie. Jackson oglądał rozciętą wargę Mackenzie, a jej siostra marudziła przy boku dziewczyny. Po chwili Atkinson wytarła usta wierzchem dłoni.
— Nic ci nie będzie. Przeżyjesz — zawyrokował Percy, a ona westchnęła spazmatycznie, jakby powstrzymywała się od wybuchu.
— Ja to wiem, ty to wiesz. Ale wytłumacz to tej dwójce głąbów. Zrób coś, zanim się pozabijają — poprosiła błagalnie. Percy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— O nie. Może jak sobie nawzajem dokopią, to dojdą do jakiś głębokich wniosków. Nie zamierzam im tego odebrać. Tym bardziej, że nagroda jest warta paru siniaków.
Percy żartował i ja to wyczułam, ale i tak się spięłam. Natomiast Mackenzie obdarzyła syna Posejdona spojrzeniem, od którego przeszły mnie ciarki. Była w nim zawarta świadoma groźba morderstwa. To było przerażające widzieć coś takiego w jej oczach, z pozoru ciepło wyglądających przez złote plamki. Percy chyba wyczuł, że powiedział za dużo, bo umilkł i jednocześnie spoważniał. Za to Juliet postanowiła, że przypomni wszystkim o swoim istnieniu.
— Oby Matt za bardzo nie oberwał, bo nie chce mi się wysyłać kwiatów w imieniu Amelii do szpitala.
— Próbujesz mi wmówić, że wolisz Matta od Leona? — odmruknęła jej siostra, zakładając ręce na piersi.
— Nie. Te głąby są zupełnie innymi rodzajami ludzi — odpowiedziała lekko Juliet, robiąc dramatyczną pauzę i jakby zastanawiając się, jak rozwinąć dalej swoja głęboką myśl. — Obu nie lubię.
Większość herosów porzuciła wykonywane czynności i zebrała się w półkolu, by popatrzeć na pojedynek. Wszyscy byli podekscytowani, nawet ja, bo po raz pierwszy będę światkiem tego, jak Leo walczy. Mówił, że nie jest zbyt dobry w fechtunku, bo ma ogień, który w każdym momencie może przywołać. Ciekawa byłam, czy kłamał lub nie umniejszał swoim umiejętności. Mackenzie natomiast coraz bardziej zapadała się w sobie.
Chłopcy stanęli naprzeciw siebie. Matt był pewny siebie, bawił się mieczem i uśmiechał się złośliwie, ale twarz jego przeciwnika była bez emocji. Sam mnie uczył tego samego: bądź skupiona na walce, by nic cię nie rozpraszało. Skupienie jest kluczem.
Matt zaatakował pierwszy. Leo zręcznie go zablokował cios i sam zaszarżował, ale nie zaskoczył przeciwnika. Wymienili parę szybkich pchnięć i znów zaczęli krążyć wokół siebie.
— Nie można mieć wszystkiego, Leo — powiedział pogodnie Matt. — Trzeba się dzielić z innymi.
Chłopak chciał ugodzić mojego trenera poniżej pasa, co był wyjątkowo nieczystym zagraniem. Pisnęłam, jako jedna z licznych osób z grupy, dając upust swoi emocjom. Percy rzucił mi roześmiane spojrzenie, ale ja byłam tak pochłonięta walką, że nawet tego nie zauważyłam.
— Nie chce mieć wszystkiego — odpowiedział spokojnie Leo. — Chce tylko, żebyś trzymał ręce przy sobie i nie ważył mi się tknąć Mackenzie, bo cię zabiję.
Matt zaatakował wyjątkowo agresywnie, ale Leo zbył jego starania tak naturalnie, jakby odpędzał się od natarczywej muchy. Usta Atkinson się rozchyliły, a Juliet prychnęła znudzona. Ja nie potrafiłam oderwać oczu od Leona. Zdawało się, że miecz faktycznie jest przedłużeniem jego ręki, tak jak mnie uczył, tyle że mi nigdy nie udało się osiągnąć tego efektu. Byłam światkiem, jak styl grecki i rzymski ze sobą rywalizują. To było niezwykłe. Wciąż zaciskałam palce przy bardziej gwałtownym ruchu Valdeza, jakbym walczyła razem z nim.
— A czy nie możesz skupić swoich rąk na osobie Lisette, jak to robisz zazwyczaj? Jakoś zbytnio Mackenzie się nie przejmujesz. Co się stało? Znudziła ci się? — odparł Matt, dysząc ciężko.
— Pozwól, że sam zadecyduję, kiedy będę miał jej dość. A na to się nie zanosi.
Teraz całkowicie straciłam rozeznanie, kogo jest czyj miecz. Chłopcy poruszali się z zawrotną szybkością, a ja ledwo mogłam nadążyć za ich rucham. Leo zdawał się przewidywać każdy ruch przeciwnika i blokować go, jednocześnie co chwilę atakując. Ich miecze były tylko srebrnymi smugami.
— Przynajmniej to nie ja pozwoliłem jej odejść — warknął Matt.
W tym momencie Mackenzie nie wytrzymała. Odwróciła się od walczących i zaczęła przepychać się wśród dzieciaków, chcąc jak najszybciej opuścić miejsce swojego upokorzenia. Ja pozostałam, obserwując ich walczące sylwetki, które zapierały mi dech w piersiach. Walka robiła się coraz bardziej brutalna. Coraz więcej było ciosów poniżej pasa, wymierzanych po obu stronach. Koszulka Matta była rozdarta, a jego prawe ramie zadrapane. Z tego rozcięcia sączyła się wolno krew. Chłopak wymierzył mojemu mentorowi silny cios z prawej strony twarz, rozcinając mu wargę. Leo, wściekły, odepchnął go silnym kopnięciem, wymierzonych w pierś przeciwnika, któremu na chwilę zabrakło tchu. Ludzie krzyczeli, zagrzewając chłopców do walki, która zamieniła się w bitwę o przetrwanie. Nie chodziło o to, kto będzie lepszy. Obaj sprawiali wrażenie, jakby chcieli zabić przeciwnika. To było okropne i fascynujące zarazem, więc patrzyłam jak zahipnotyzowana. Leo był jak waleczny anioł i choć jego ruchy niekiedy zdradzały złość, jego twarz była zadziwiająco spokojna.
— To co? — zaczął Percy, zwracając się do Juliet. — Rozdzielamy ich?
— Poczekaj chwilę — mruknęła brunetka, nie odrywając wzroku od walczących. — Chcę zobaczyć, jak mu wybije zęby.
Przez długą chwilę chłopcy jeszcze wymienili parę pchnięć, aż Leo wymierzył mocny cios w szczękę Matta.
— Dobra, już. Jestem spełniona — odpowiedziała Juliet radośnie i z takim samym pogodnym nastawieniem ruszyła w tornado, a Percy wzdychając, powlókł się za nią.





Naoglądałam się za dużo treningów Adriany Limy, gdzie boksuje. Wybaczcie.

Miałam ochotę wypieprzyć tą scenę w cholerę, bo po prostu nie pasowała mi. Ale następne rozdziały wiążą się z tą bitką, więc stwierdziłam: "Dobra, a co mi tam". 

Następny rozdział będzie niezwykły i jego to MUSICIE przeczytać. I nic nie powiem więcej, bo się wygadam. Także shh...


BRAKUJE NAM JAKIŚ 200 GŁOSÓW, BY SIĘ WBIĆ DO TEJ PRZEKLĘTEJ TOP 5O. PROSZĘ... NIE, BŁAGAM, POMÓŻCIE. BO PISZĘ DO KOGO MOGĘ, A LICZBA NADAL NIE IDZIE W GÓRĘ.

Jesteście moją jedyną szansą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis