sobota, 21 stycznia 2017

Rozdział XXIX - Niefortunne niedotlenienie



Było już po kolacji. Wielki Dom zdawał się być uśpiony i opuszczony, choć przebywało w nim kilka osób. Słonce już zaszło i zaczęło robić się nieco chłodniej, więc zaszyłam się z Leonem w salonie, gdzie próbowaliśmy rozmawiać o Lisette. Rozprawiać o tym jak jej pomóc, ale temat jakoś ciężko nam szedł. Moje myśli wciąż krążyły wokół wczorajszego pocałunku. Całowaliśmy się potem jeszcze długą chwilę, zanim Juliet zaczęła szukać mnie po Wielkim Domu, zaniepokojona moim nagłym zniknięciem z areny. Odepchnęłam wtedy od siebie Leona i próbowałam zeskoczyć ze stolika, ale nogi się pode mną ugięły. Szczęście, że chłopak był blisko i w ostatniej chwili uchronił mnie od upadku. Potem zaczął się śmiać, nie zważając na moje mordercze i poirytowane spojrzenie. Po namyśle stwierdziłam, że to nie jest dobry pomysł pokazywać się ludziom w tym stanie — ze splątanymi włosami, rumieńcem na policzkach, iskrą w oczach i napuchniętymi od pocałunku ustami.
Leo pstryknął palcami przed moją twarzą.
— Ty mnie w ogóle słuchasz?
Zamrugałam zawstydzona. Siedziałam na ciemnej kanapie, a chłopak położył głowę na moich kolanach i tak odpoczywał po całym dniu zajęć z Lisette, nadzorowaniem rodzeństwa i znoszeniem wrednych uwag Juliet. Co prawda, w końcu wybuchłam i kazałam mojej siostrze się przymknąć, co jak na razie zamknęło usta grupowej Domku 4.
— Przepraszam — odmruknęłam szczerze, bawiąc się bezmyślnie jego włosami. Chłopak uśmiechnął się czarująco. — Nadal uważam, że powinniśmy się wybrać do zakładu Lisette i znaleźć dokumenty na jej temat. Sam mówiłeś, że to dobry pomysł.
— Owszem, jest niezły, ale w moim planie "my" nie dotyczy ciebie. Zrobię to sam, ewentualnie z Nathalią lub Percy'm.
Wydałam z siebie dźwięk protestu. To nie było sprawiedliwe. Mój pomysł, moje wykonanie! Nie pozwolę, by gloria sukcesu została mi odebrana! Ktoś musiał również uzmysłowić pewną rzecz Leonowi i tym ktosiem byłam ja. Czy tego chciałam, czy nie. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam rozsądnym tonem:
— Leo, myślę, że Iris nigdzie cię nie puści. Opiekujesz się Lisette, jesteś za nią i jej czyny odpowiedzialny. Wiem, że chciałbyś zrobić sobie wolne łamiąc jakieś prawo i znów znaleźć się na okładce wszystkich dzienników. Mogłabym przez dzień lub dwa się nią zająć z Piper, ale obawiam się, że wpadnie w szał, gdy cię nie będzie. Jesteś jej gwarancją, że nic się dziś nie stanie. Uspokajasz to, co siedzi w jej głowie i ją kontroluje. A ja nie jestem pewna, czy bym sobie z tym poradziła, nawet z czyjąś pomocą.
Chłopak zmrużył oczy i wpatrywał się we mnie intensywnie Moje palce nadal się bawiły jego lokami, jakby miały osobne życie.
— Usiłujesz mnie przekonać, żebym puścił cię z Jacksonem, byście się włamali do zamkniętego oddziału dla obłąkanych, ukradli tajne akta stałej pacjentki pod osłoną nocy i wrócili wczesnym świtem? — zapytał poważnie. Kiwnęłam głową. — Zapewne zdziwi cię moja odpowiedź, ale brzmi ona nie.
Kłóciliśmy się przez następną godzinę, aż Leonowi zabrakło argumentów do sensownej obrony i z uśmiechem triumfu wytargowałam, że pogada z Percy'm o ewentualnej i awaryjnej wyprawie. Potem Leo zaczął zachowywać się tak jak cztery lata temu. Dokładniej: wypytywać mnie o wszystkie szczegóły. Przeszedł od smaku ulubionych lodów po facetów, z którymi miałam do czynienia. Czułam się lekko zażenowana.
— Ile razy po naszym rozstaniu byłaś na randkach? Ile miałaś facetów? Ile razy się całowałaś?
Przewróciłam oczami i westchnęłam ciężko. Wiem, że miał mnie w garści i będę musiała odpowiedzieć na te pytania wcześniej czy później. Było już zupełnie ciemno, nawet Iris się położyła, gdy jeszcze rozmawialiśmy o Lisette. W rogu świeciła się jedna, mała lampka.
— Co do randek się tyczy, byłam ze znajomymi na imprezach, kręglach, chodziłam do kina i festyny, ale by być z chłopakiem sam na sam... może ze trzy razy? Nie byłam w żadnym związku, bo wolałam skupić się na nauce i było jeszcze zbyt wcześnie, by ruszyć do przodu. Co do całowania — tu się lekko zarumieniłam, bo czułam się, jakbym opowiadała mu o swoich osiągnięciach na tle erotycznym, a żadnych przecież nie miałam — to robiłam to dwa razy. Jednak do żadnego z nich nie czułam czegoś głębszego.
Spojrzał na mnie jak na bardzo interesujący wynik projektu naukowego, który zaskoczył wszystkich prócz niego.
— To po co to robiłaś?
Minęła dość długa chwila, zanim z mojego gardła wypłynęła odpowiedź i choć była wypowiedziana cicho, rozbrzmiała głośno w salonie.
— Dla porównania.
Leo spojrzał na mnie zbity z tropu, a potem uśmiechnął się szeroko, pełen zadowolenia z siebie.
— I co? — spytał rozbawiony.
— Nie ma porównania — mruknęłam coraz bardziej zażenowana jego krępującymi pytaniami oraz spojrzeniem, którym mnie obdarzał. Jeśli tak dalej pójdzie, to do świtu wyciągnie ze mnie wielkość miseczki stanika i numer mojego fryzjera. Rozmawialiśmy jeszcze długo. On zadawał mi pytania, ja odpowiadam, gładząc jego włosy w melancholii. Wkrótce były one wypowiadanie coraz rzadziej, aż w końcu zupełnie ucichły. Oddech Leona się wyrównał, oczy zamknęły... Patrzyłam na jego spokojną twarz pogrążoną w śnie z jakimś smutkiem i melancholią. Mi również zaczęły się zamykać oczy.


Jakiś hałas, dochodzący z piętra, całkowicie mnie rozbudził. Zaczęłam się uważnie przysłuchiwać, a mój mózg powoli się rozbudzał, gdy czekałam z bijącym sercem. Gdy rozległ się ponownie, ciekawość wzięła górę. Delikatnie podniosłam głowę Leona i ułożyłam ją na poduszce. Byłam tak cicho, że sama byłam pod wrażeniem swoich umiejętności ninja. Lampka dawała tylko nikłe światło, ale wystarczyło, bym nie zabiła się o fotele w salonie i bezpiecznie dotarła do schodów.
Weszłam powoli na pierwszy próg, potem następny i następny, zaciskając zęby, gdy tylko jakiś stopień zatrzeszczał pod moim ciężarem. Korytarz był spowity w mroku, ale po mimo upływu czasu, mogłam wskazać z zamkniętymi oczami pokazać, gdzie znajdują się poszczególne pomieszczenia. Mój stary pokój...
Wyszłam na korytarz i powoli ruszyłam wzdłuż niego. Moje zmysły zarejestrowały ruch za moimi plecami. Błyskawicznie się odwróciłam, ale niczego nie zauważyłam.
Długie palce wplątały się w moje rozpuszczone włosy, zacisnęły się na nich i pociągnęły mnie na dół. Byłam zbyt zdezorientowana, by zareagować. Moja głowa z impetem uderzyła o posadzkę, a ja ujrzałam gwiazdy przed oczami. Jęknęłam z bólu. Jakaś sił znów pociągnęła mnie na do góry i na dół, a ból rozsadzał moją czaszkę jak gdyby już rozpadła się na dwie części. Gdy trzeci raz ręka uniosła mnie do góry, wykrzesałam z siebie na tyle siły, by podnieś swoją własną i uderzyć nią z całej siły, tak, jak uczułam się na zajęciach karate i boksu. Ucisk zelżał i w końcu oswobodziłam się. Zaczęłam się czołgać w stronę schodów, całkowicie sparaliżowana przez strach i zdezorientowana. Zapomniałam, jak używać mowy. Jak krzyczeć. Nie byłam w stanie wezwać pomocy. Czułam lepką i ciepłą ciecz z tylu mojej głowy...
Brutalnie chwycono mnie za ramię i odwrócono na plecy. Poczułam ciężar na własnym ciele. Ktoś na mnie usiadł. Choć byłam zamroczona, a oczy miałam pełne łez, rozpoznałam napastnika. Tych kręconych, bujnych blond włosów, nie sposób było pomylić z kimkolwiek innym.
Lisette zacisnęła swoje długie, piękne palce na mojej szyi, koncertując się na pętli. Mój oddech przyśpieszył się, gdy mózg zarejestrował brak jakiejkolwiek możności dostarczenia tlenu do organizmu. Zaczęłam się szarpać, próbując ją z siebie zrzucić i jednocześnie uwolnić się spod zabójczego ucisku, szarpiąc jej dłonie. Ale była zbyt silna. Zbyt zdeterminowana.
Po ostatniej, rozpaczliwej próbie, spojrzałam na jej twarz. Na jej ustach malował się szeroki uśmiech, w oczach błyskały niezdrowe światełka jak podczas gorączki, a na policzki wpłyną rumieniec.
Przestałam walczyć. Po prostu...
Światło wypełniło całe pomieszczenie. Uścisk na szyi zniknął, tak jak ciężar ciała dziewczyny na moim. Wzięłam głęboki wdech, krztusząc się i usiłując podnieść się z podłogi i uciec jak najszybciej mogłam. Ale zdołałam tylko oprzeć się o najbliższą ścianę, całkowicie wyzuta z energii.
Leo trzymał w pewnym uścisku Lisette, która nawet się nie szarpała, choć była przygwożdżona do ściany. Chłopak mówił do niej twardo, ale bez złości, a ona podciągała nosem z nieco winnym wyrazem twarzy.
— Lisette, co ty wyprawiasz?
Wdech, wydech. Boże, jak cudownie jest oddychać! Teraz skoncentrowałam się na dostarczeniu organizmowi potrzebnego tlenu, ignorując wszystko inne. Przeżyję. Oddycham. Boże...
— Wszystko w porządku? — zwrócił się w moją stronę Leo. Nie będąc w stanie powiedzieć słowa, kiwnęłam tylko głową, czego pożałowałam, bo mnie zemdliło. Chłopak złapał blondynę za nadgarstek i pociągnął za sobą, prawdopodobnie do jej pokoju. Zostałam sama, wsłuchując się w ich kroki.
Po moich policzkach potoczyły się łzy.
To znów się stało. Znów byłam ofiarą i miałam czekać na rozwój wypadków, korzystnych dla mnie czy nie. Mimo całego treningu, wszystkich ćwiczeń, kursów, dałam się pokonać słabej osiemnastolatce. Napad paniki, płaczu i niedoszłe uduszenie nie były dobrym połączeniem. Czułam, że choć na szyi nie zaciskają się palce Lisette, to coś nie pozwalało mi swobodnie oddychać.
Leo wrócił. Ukucnął przy mnie i chwycił mnie za ramiona, próbując sprawić, by na niego spojrzałam. Drżałam, jakbym w mroźny dzień wyszła na dwór w samym kostiumie kąpielowym i wybrała się na spacer.
— Mackenzie, uspokój się — powtarzał cicho i uporczywie, a ja tylko kiwałam głową, bo przecież było wszystko w porządku. Żyłam. Leo mnie uratował. Po raz kolejny.
Jego ramiona mnie otoczył, a ja oparłam wyczerpana głowę na jego ramieniu. Słyszałam jego cichy głos, działający na mnie jak kołysanka. Mruczał słowa po swoim ojczystym języku, gładząc mnie po rozczochranych włosach i ocierając łzy z policzków. Powoli atak paniki mijał, a mój oddech się uspokajał.
— Cicho, moja mała. Ideal de belleza. Ya pasó todo. Jesteś bezpieczna. Todo lo que tengo. Te quiero. Zawsze będę przy tobie.




Owinięta w ręcznik obserwowałam z obojętną miną sińce na moim gardle. Ciemne, wyróżniały się na mojej opalonej skórze. Dotknęłam je opuszkami palców. Nawet tak delikatny dotyk sprawiał mi ból.
Drzwi odtworzyły się i stanął w nich Leo. Starałam się nie sprawiać wrażenia zaskoczonej. Co on robił w moim domku? Juliet wybrała się na śniadanie ze swoimi podopiecznymi. Ja nie wstałam, wykręcając się bólem głowy i zaciągając pierzynę pod samą brodę. Chłopak w ogóle nie przejął się tym, że jestem owinięta tylko w ręcznik. W przeciwieństwie do mnie.
— Mógłbyś przynajmniej zapukać — mruknęłam z wyrzutem. Chłopak wzruszył ramionami i oparł się o framugę drzwi, przyglądając się mi i moim ruchom. Rozpuściłam włosy i rozczesałam je grzebieniem. Umyłam zęby i wyciągnęłam kosmetyczkę, wydobywając z niej korektor i podkład, którego rzadko używałam. Położyłam to wszystko na umywalce, a sama, podtrzymując ręcznik lewą dłonią, spróbowałam wyminąć Leona, który blokował mi wyjście. Jednak on złapał mnie za ramiona i przytrzymał. Lewa ręką uniósł mój podbródek i dokładnie przypatrzył się mojej szyi. Wyczułam w jego spojrzeniu troskę i bezradność.
— Czemu nie zjesz ambrozji? — spytał cicho, puszczając mój podbródek. Zacisnęłam mocniej dłoń na szorstkim ręczniku.
— Nie działa — mruknęłam cicho, patrząc się w punkt za jego ramieniem.
— Przepraszam. Ona tak naprawdę nie chciała cię skrzywdzić.
— Wiem — odpowiedziałam przez zaciśnięte gardło, choć szczerze w to wątpiłam. On nie widział jej wzroku. Wyminęłam go szybko.
Tak, zażyłam ambrozję, bo uznałam, że wolę uniknąć pytań obciążających Lisette niż się wykrwawić na śmierć. Szczera prawda. Podtrzymując ręcznik jedną dłonią, drugą wzięłam przygotowane sportowe ubranie na dzisiejszy trening. Musiała nieźle się nakopać w walizce, by znaleźć jedyną koszulkę zakrywającą szyję. Uwielbiałam w niej ćwiczyć w zimie, ale na lato była nieco nieodpowiednia. Musiałam jednak jakoś to przetrwać. Moje ciało uodporniło się na ambrozję i jej małe porcję po prostu nie działały. Innym przy takiej ilości goiły się urazy i złamania, ale mnie nie. Byłam jak gąbka pochłaniające boski pokarm. Nektar też nie działał. W końcu zrezygnowałam i musiałam pogodzić się z tym, że sińce muszą naturalnie zniknąć.
Bez słowa wyminęłam Leona i wypchnęłam go bezceremonialnie z łazienki. Chciałam go dziś cały dzień unikać, ale oczywiście musiał wszystko spartaczyć. Potrzebowałam czasu. To wszystko działo się zbyt szybko. Historia się powtarza. Gdy po raz pierwszy mnie pocałował — dwadzieścia cztery godziny później rozpętała się wojna. Pocałował mnie po raz drugi i poszedł zabijać. Pocałował mnie dwa dni temu i wczoraj prawie nie zginęłam, uduszona przez dziewczynę, którą starliśmy się uratować. Po takiej analizie mapy przebiegu naszego związku, byłam przerażona. Mieliśmy mnóstwo szczęśliwych wspomnień, szczególnie z pierwszego lata. Jednak one tonęły w morzu nieszczęśliwych zdarzeń. Wojna. Moja zdrada. I dotarło do mnie, że to ja jestem powodem tych wszystkich nieszczęść. To przeze mnie się tak poświęcał. To przeze mnie nie był szczęśliwy. To wszystko moja pieprzona wina.
Miłość do Leona przynosiła ból.
Spojrzałam na moje odbicie w lustrze. Czemu wszystko muszę spieprzyć? Czemu, gdy tylko jesteśmy jedna sekundę szczęśliwi, muszę wywinąć coś, co nas tego szczęścia pozbawia? Jeden wniosek: trzymać się od Leona z daleka. Bez względu na to, jak bardzo mam ochotę być blisko niego każdego dnia. Brak interakcji oznacza brak bólu. Proste? Nie za bardzo. Chce go chronić. Bardzo. Tylko za każdym razem się mi nie udawało.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że Leo czeka na mnie z uśmiechem, siedząc na moim łóżku.
— Gotowa? — spytał, zrzucając szybkie spojrzenie na moją szyję.
— Tak — odpowiedziałam.
Nie była gotowa. Nie chciałam wychodzić z tego Domku. Nie chciałam go odpychać. Ani ranić.
Jak zawsze, nie miałam wyboru. Ruszyłam do przodu, ignorując ramię Leona i jego zdziwione spojrzenie, gdy go nie ujęłam.

□ 

Wyjątkowo wcześnie, bo idę na 18astkę do przyjaciółki na 18nastą. I rozdział też dedykuje Monisi. STO LAT.

Więc... mówiliście, że tęsknicie za Lisette. I chcieliście, by nic strasznego się nie stało. Proszę Was, naprawdę tak słabo mnie znacie?

I Mackenzie mnie wkurza. Tak po prostu. 

Rozebrałam pokój ze świecidełek. Smutam trochę, bo tak pusto bez tej ogromnej choinki.

No, kocham Was, choć może teraz w to wątpicie. Do następnej soboty xx

1 komentarz:

  1. Wiedziałam, że Liz ma w głowie nie tak. Ale szczerze to uważam, że tym razem zrobiła to świadomie. Specjalnie rzuciła się na Kanzie, bo myśli, że w ten sposób będzie w jakiś sposób broniła Leona.
    I ja tam i tak twierdzę, że Kenzie i Leon będą na końcu razem ;)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis