sobota, 28 stycznia 2017

Rodział XXX - Kobieta więcej mówi gestem, niż słowem.



Zachowywała się dziwnie. Unikała mojego wzroku, a kontakt fizyczny ograniczyła do minimum. Gdy mieliśmy ćwiczyć w parach na arenie, podeszła i poprosiła Percy'ego, a nie mnie. Patrzyłem na jej plecy, gdy z gracją poruszała się i uskakiwała przed ciosami chłopaka. Po kilku zbyt długich sekundach obserwowania jej sylwetki, dostałem płaską częścią miecza w ramię od Piper, która mruknęła przez zaciśnięte zęby "Weź się w garść". Nie miałem innego wyboru, jak zająć się własnym treningiem.
Rozumiem, że może czuje się zbyt osaczona. Przybita. I zaniepokojona. Może chcieć odrobiny spokoju. Wczoraj, gdyby hałas mnie nie obudził, Liz naprawdę mogłaby coś zrobić Mackenzie. Zresztą, gdyby ściskała lekko za jej szyję, to dziewczyna nie miała by sińców i nie musiałaby ukrywać nieudanej próby morderstwa. Jeśli chciała sobie wziąć dzień wolny — czemu mi nie powiedziała? Czemu zachowywała się tak, jakby mnie unikała. Wróć, ona mnie unikała. Minęła niecała godzina treningu, a ja już byłem tego pewny.
Dostałem w twarz od Piper. Potarłem piekący policzek, dodatkowo dostając nagnę wzrokową : "Czy możesz się w końcu ogarnąć?". Westchnąłem, po raz kolejny postanawiając, że skupię się na treningu i nie dam następnej szansy na triumf mojej partnerki. Lecz nic nie mogłem poradzić na to, że moje myśli zaprzątała Lisette. Nie wiedziałem, jak jej pomóc. I od czasu do czasu w mojej głowie odzywał się cichy głos Mackenzie, brzmiącym tak, jakby przełykała łzy: "Ona mnie nienawidzi. Akceptuje tylko ciebie". Choć wmawiałem sobie, że to nie jest prawdą, w głębi duszy wiedziałem, że ma rację. Nie mogę opuścić Lisette ani na krok. Spojrzałem przez ramię na Mackenzie i Percy'ego. Chłopak w pewnym momencie zaszarżował, ale upuścił miecz. Zdezorientowana dziewczyna stanęła, nie wiedząc jak zareagować, gdy jej partner biegł pochylony prosto na nią. Złapał ją w pasie i przerzucił przez ramię. Miecz wypadł jej z ręki, a ona śmiała się i wyzywała go od najgorszych, tłukąc po plecach. Poczułem ciepły ogień, liżący mój żołądek. Jackson był moim przyjacielem, ale w tym momencie miałem ochotę go zabić.
Jakby usłyszawszy moje myśli, syn Posejdona zwrócił ku mnie swoją głowę. Widząc mój wzrok, przestał się szczerzyć jak wariat i postawił Mackenzie na ziemi. Kiwnąłem niezauważalnie w jego stronę i skupiłem całą uwagę na Piper, która dostawała jakiegoś ataku, bo nie poświęcałem jej należytej uwagi.
Wkrótce zabrzmiał gong i ćwiczenia się zakończyły. Percy bawił się swoim mieczem, trzymając pod pachą hełm i opowiadał coś Mackenzie. Szli w moją stronę, jednak udałem, że ich ignoruje. Piper posłała w moją stronę spojrzenie z kolekcji "Zrób coś ze sobą, baranie" i pokręciła zrezygnowana głową. Posłałem w jej stronę zawadiacki uśmiech, a ona prychnęła. W tym czasie Percy i Kenzie znaleźli się przy mnie. Dziewczyna posłała w stronę Jacksona ciepły uśmiech, od którego załaskotało mnie w brzuchu. A potem jej oczy zwróciły się na mnie. Jej uśmiech nieco przygasł i pojawił się w nim pewien nowy szczegół. Spojrzała potem na swojego partnera do ćwiczeń i znów na mnie. Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc o co jej właściwie chodzi. Mackenzie, widząc ten gest, westchnęła. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu dziewczyny sądzą, że faceci powinni czytać w ich myślach. Czy wyglądam na dziecko blondasa z lirą?
— Porozmawiaj z nim. Teraz — zwróciła się w moją stronę. To nie był rozkaz, tylko prośba. Kiwnąłem głową, a Mackenzie chwyciła pod ramię Piper i razem się oddaliły. Percy, nieco zdziwiony, nie tracił dobrego humoru.
— Jeśli zamierzasz mnie pobić, to uprzedzam cię, że nie jestem takim mięczakiem jak Matt.
Moje usta rozciągnęły się w nikłym uśmiechu.
— Nie o to chodzi — odpowiedziałem, obserwując, jak arena pustoszeje z obozowiczów. Wkrótce zostaliśmy sami, a ja rozpocząłem zasadniczą część gorzkim tonem. — Mackenzie twierdzi, że powinna wybrać się do zakładu po akty Liz. To, co znalazła w internecie, jest niewystarczające. Chce faktów.
— I chcesz, żebym pojechał z nią?
— Nie, nie chce, żeby pojechała z tobą. Jedź sam, ale jej w to nie mieszaj. Mimo tego, że stanowczo jej zabroniłem, ona się uparła i chce to zrobić.
Uśmiech Percy'ego nieco przygasł. Spojrzał na mnie uważnie, po czym zapytał zupełnie poważnie:
— Czemu nie chcesz, by ze mną pojechała? Tylko nie kręć, że to jest zbyt niebezpieczne. Interesuje mnie prawdziwy powód.
Zgrzytnąłem zębami. Widziałem, jak trybiki w mózgu Jacksona obracają się coraz szybciej i szybciej, i wkrótce wpadnie na to, o co mi chodziło. Uznałem więc, że nie należy się namyślać nad dobrym kłamstwem i powiedzieć prawdę.
— Kiedyś podobałeś się Mackenzie — palnąłem, zanim zdążyłem się rozmyślić. Widziałem jak szok wpływa na twarz Percy'ego. Zwilżył sobie usta językiem.
— Serio? — spytał, a potem westchnął i przeczesał palcami włosy. — Skąd to wiesz? Powiedziała ci?
— Nie. Ale była i jest jedną z najbliższych mi osób. Potrafiłem to wyczuć, bo zbyt dobrze ją znam.
Zrozumienie wpłynęło na twarz chłopaka. Jego miecz skurczył się do postaci długopisu, który on schował w kieszeni swoich spodni.
— Teraz wiem, o co ci chodzi. Posłuchaj Leo: nie czuję nic do Mackenzie. Jest dla mnie jak siostra.
— Właśnie widziałem — mruknąłem. Ja też na początku traktowałem ją jak siostrę. Jak swoją młodszą, rodzoną siostrzyczkę, którą należy chronić od niebezpieczeństw i pilnować, by nie stała jej się krzywda. Dodatkowo należało ją po bratersku wspierać na duchu, by nie poczuła zbytniego ciężaru, dowiadując się o swojej prawdziwe naturze. W tamtych czasach nie mogłem się w niej zakochać. Budziła litość i przywiązanie, jak słodki szczeniaczek, którego musisz zaadoptować, bo inaczej zwiędniesz z tęsknoty. Oczarowywała swoją niewiedzą. Percy zmarszczył brwi, słysząc mój kwaśny ton.
— To na treningu? Zachowywała się przecież tak jak zwykle. Zbyt bardzo się przejmujesz szczegółami. Widzisz flirt tam, gdzie go nie ma. Skoro Mackenzie chce ze mną jechać, pozwól jej bo i tak to zrobi. Znasz ją: jak czegoś chce nie przebiera w środkach, by to osiągnąć. Załatw nam tylko plan budynku, a my odwalimy czarną robotę. A teraz muszę lecieć.
Klepnął mnie pokrzepiająco w ramię. Patrzyłem jak odchodzi i zamiast do Wielkiego Domu czy Pawilonu Jadalnego, skierowałem się do Bunkra 9. Potrzebowałem rady i na myśl przyszła mi jedna osoba. Nawet spacer nie pozwolił mi na oczyszczenie z trapiących mnie myśli. Plątały się w mojej głowie, zawiązywały w słupy, których nie potrafiłem rozplątać. Zazwyczaj radziłem sobie sam. Ale tu chodziło o jej bezpieczeństwo.
Bunkier był pusty. Wszyscy byli na śniadaniu. Upewniwszy się, że na pewno nikogo nie ma, ryknąłem w puste pomieszczenie, a mój głos odbił się echem.
— AFRODYTO!
Pojawiła się po chwili w zwiewnej sukience poprawiając włosy. Gdy spojrzała na moją zachmurzoną minę, uśmiechnęła się serdecznie. Zdawała się nie zdziwiona tym, że po raz pierwszy i ostatni ja wezwałem.
— Płomyczku! Jak tam, skarbie?
Bogini miała w zwyczaju używać zbyt dużo czułych słówek w jednym. Czasami było to irytujące i od razu napełniało mnie niechęcią. Zaczynałem żałować, że w przypływie słabości ją wezwałem. Teraz nie mogłem ją spławić. Utopiłaby mnie w swoich ulubionych perfumach, gdybym tylko spróbował.
— Wiesz przecież. Jestem twoim ulubionym serialem.
— Fakt. Ostatnie odcinki były niezwykle emocjonujące. Szczególnie ten sprzed dwóch dni — zachichotała Afrodyta. — Jestem pewna, że gdyby nie Juliet , Mackenzie zdarłaby z ciebie ubrania.
Przez krótką chwile taki obraz nawiedził moje myśli. Zrobiło mi się gorąco w okolicy kołnierzyka i szybko przywołałem się do porządku. Afrodyta przyglądała się mi spod przymrożonych powiek, co było nieco niepokojące. Była rozbawiona, a mnie nawiedziła przerażająca myśl, że być może potrafi czytać w myślach.
— Więc czemu się tak zachowuje? Czemu udaje, że nic po między nami nie ma? Czemu się tak upiera, by pojechać do tego zakładu? Czemu jest taka zimna w stosunku do mnie? Jej słowa mówią co innego, a usta co innego. Czemu dziewczyny są tak skomplikowane?
Najstarsza z Olimpijek obserwowała mój wybuch z uśmiechem pełnym rozbawiania i zaciekawienia. Nie podobał mi się te wzrok. Ogólnie bogini wywoływała we mnie sprzeczne uczucia, gdy temat robił się zbyt poufały. Ale potrzebowałem rady. Zwróciłbym się do Piper, ale wiedziałem, ze jej stosunek do Mackenzie zmienił się całkowicie od zakończenia II Wojny Trojańskiej. Nie chciało mi się tłumaczyć jej wszystkiego od początku, a jej matka wiedziała wszystko. Bo byłem jej ulubionym serialem.
— Kobieta gestem mówi więcej niż słowem, kochany — mruknęła, odrzucając włosy z ramienia na plecy. — Jak już powiedziałam, sama bym cię wzięła, ale wasza relacja jest taka zabawna, że sobie odpuszczę. Lubię na was patrzeć. Więc dam ci radę. Postaw się w sytuacji siedemnastoletniej dziewczyny z bogatego domu, której ojciec jest szefem jednej z największych korporacji dostarczającym kwiaty do najbardziej luksusowych hoteli na świecie. Jesteś teraz Mackenzie. Jakbyś się czuł, gdyby wepchnięto cię do świata herosów, kazano walczyć, mówiono, że musi się postarać przełamać czar. I dodatkowo matka, której nigdy nie znała i sądziła, że nigdy nie ujrzy na oczy, okazała się być starożytną boginią roślin i owsianki. Odchodzi na rok szkolny i uświadamia sobie, że choć był strasznie i prawie zginęła, to miło było poznać roztrzepanego Latynosa, który się o nią troszczył, po czym boleśnie odczuwa jego brak. Niedługo później nawiedza ją matka i zmusza do jej ochrony przez zawarcie małżeństwa z bogiem, którego nie kocha, nawet nie zna! A ona sobie uświadamia, że czuje to coś do innego mężczyzny. I wini się, że ryzykuje dla niej życie. Że inni giną. To ją przerasta. Ale jednak wraca, by mu pomóc. Kapujesz teraz?
Przez cały wywód Afrodyta mówiła bardzo szybko, a ja z moim ADHD zupełnie na nią nie nadążałem i zgubiłem się przy "Sama bym cię wzięła.". Pokręciłem więc głową, a ona westchnęła i potarła sobie skronie. Co ja poradzę, że kobiety są tak skomplikowane? Tym bardziej, że pod słowem rada kryło się dla mnie zupełnie inne pojęcie. Chciałem dostać listę z punktami, co mam zrobić, w jakiej kolejności i odstępie czasowym.
— Leo? — odezwał się zdziwiony głos za moimi plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak Piper patrzy to na mnie, to na swoją matkę. W końcu warknęła w moją stronę. — Co ONA tutaj robi?
— Ciebie też było widzieć, córciu — nadąsała się Afrodyta. Piper poczerwieniała i zacisnęła pięści. Afrodyta wzruszyła ramionami i zeskoczyła ze stolika, na którym siedziała. Poprawiła którą sukienkę i zwróciła się do mnie. — Do następnego razu, Płomyczku.
I zniknęła. Piper popatrzyła na mnie zdezorientowana, po czym wypluła jedno słowo.
— Płomyczku?
Odwróciłem się i udałem, że porządkuje papiery w szufladzie. Ale jak zawsze był u taki syf, że i tak nic to nie dało. Czułem, jak szok opuszcza umysł mojej przyjaciółki i zastępuję ją złość. To było prawie namacalne. Mimo tego, że stała kilkadziesiąt metrów ode mnie.
— Czekałam na ciebie przy wejściu do areny — zaczęła cicho, ale z każdym jej kolejnym zdaniem głos stawał się silniejszy.— Ale wyszedł tylko Percy. I tak, wszystko słyszałam. Uznałam więc, że poszedłeś do Bunkra i poszłam za tobą, bo prawdopodobnie zrobisz rozgoryczony jakieś głupstwo. I co zastałam? Jak romansujesz sobie z moją matką! Nie masz dość kłopotów?
Nie odezwałem się. Piper powoli osiągała poziom nerwicy gody samej Juliet — zrobiła się czerwona na policzkach i czole, a jej twarz była sina.
— Czemu nie pozwolisz Mackenzie sobie pomóc? Stara się jak może, spiskując z tobą, a ja nawet nie chce wiedzieć o czym. Nie chce się w to mieszać. Ale może przestałbyś być takim cholernym zazdrośnikiem, co?
— Dasz mi spokój, Pipes? Jak powiedziałaś, tak zrób. Nie mieszaj się w to. I nie jestem zazdrosny, tylko próbuję ją chronić.
— Jasne — warknęła. — A ona próbuje chronić ciebie i wylądowaliście tam, gdzie jesteście. Powiedzieć ci coś? Jesteś zazdrosny, ale nie o innych mężczyzn. Jesteś zazdrosny, bo Mackenzie ruszyła do przodu, a ty nadal tkwisz w tym bagnie. I tak jest odkąd Kalipso cię zostawiła.
Odwróciłem się gwałtownie. Moja przyjaciółka nie była tak wściekła od czasu... Nie pamiętam ostatniego razu. A ja za to wściekłem się na nią, że ona się wścieka. Nie lubiłem, jak ludzie odzywali się na temat, o którym mieli tylko pobieżne pojęcie. Gdy Juliet wypowiadała się na temat Lisette lub Matt o charakterze mojej znajomości z Mackenzie. Nie podejrzewałem jednak, że moja najlepsza przyjaciółka również okaże się ignorantką.
— Kalipso to przeszłość. Ty nadal tkwisz w tym bagnie, zwanym Jasonem.
— Przeszłość? — prychnęła, jakby nie zauważyła mojej uwagi na temat jej byłego chłopaka. — Tak, stała się nią. Ale to nie dlatego, że byłeś tak silny i przetrwałeś to porzucenie. Byłeś zrozpaczony. Sam nie dałbyś sobie rady. Ale wiesz, kto ci pomógł? Mackenzie. I fakt, złamała ci potem serce, ale nie dostrzegasz tego, jak na ciebie wpłynęła. I nie dostrzegasz tego, że gdyby nie ona, nadal snułbyś się jak duch i wzdychał do Kalipso. A potem do kolejnej dziewczyny. I kolejnej. Byłeś kochliwy, Leo. Pamiętasz Choine? Wtedy dopiero wpadłeś. Zakochałeś się w Mackenzie i odtąd nie spojrzałeś na inną dziewczynę. Ale jeśli Kenz wysyła ci komunikat, że to koniec, pogódź się z tym.
Zacisnąłem zęby i znów odwróciłem się do niej plecami. Chwila napięcia wciąż trwała i cisza się przedłużała. Oczami wyobraźni widziałem, jak zrozumienie wpływa na twarz Piper.
— Mój Boże — wyszeptała słabo. — Chyba, że nie powiedziałeś mi wszystkiego... Całowaliście się?
Nie odpowiedziałem, czując, jak gorycz zalewa moje serce. Nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego głosu. Ręka mojej przyjaciółki znalazła się na moim ramieniu i dziewczyna odwróciła mnie do siebie. Spojrzała na mnie twardo tymi tęczówkami w różnych kolorach tęczy.
— W takim razie o nią walcz, a nie zachowuj się jak ostatni palant, bo ją stracisz. Czy chcesz czy nie, musisz w końcu ruszyć z miejsca. Weź z niej przykład. I pozwól jej jechać. To jej dobrze zrobi.
— Jak mam o nią walczyć, gdy zachowuje się tak, jakby nie mogłaby na mnie patrzeć? — spytałem cicho, sam będąc pod wrażeniem, ze potrafię wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
— A jak całowała? — spytała poważnie Piper.
— Ona... to było coś.
— Więc gdzie widzisz problem? Kobieta więcej mówi gestem, niż słowem, Romeo. Walcz o swoją Julkę. Ale na razie pozwól jej pojechać i złamać parę artykułów prawnych, za które mogą z Jacksonem zostać wpakowani do więzienia na dziesięć lat.


□ 

Panie i panowie, jej wysokość, Afrodyta! Uwielbiam ją. Pojawi się niestety jeszcze tylko raz.

Ferie się skończyły. Z dumą oznajmiam, że nie robiłam kompletnie nic. Nic a nic. No dobra, przeczytałam cztery książki, oglądnęłam jakieś 20 odcinków różnych seriali, z których każdy trwa jakąś godzinę. Jestem specjalistką, jeśli chodzi o życie na dworze renesansowych królów, a szczególnie królowych. The White Queen, Victoria, The Tudors... I z utęsknieniem czekam na moje najukochańsze Reign.



Ach, i jeszcze coś. MALEC TO ZŁOTO. Dobra, już, Oglądnęłam pierwszy sezon Shadowhunters tylko ze względu na nich, bo gdy czytałam książki jakieś 3 lata temu, miałam do nich ogromny sentyment.

RYCZAŁAM JAK GŁUPIA W ŚRODĘ. BO, NO NA WSZYSTKIE CUDY ŚWIATA, LYDIA KOCHA STILESA OD CZASU POCAŁUNKÓW. GDY TYLKO TO ZOBACZYŁAM, TO JA DOSTAŁAM ATAKU PANIKI. I BARDZO CHCIAŁAM, ŻE TO STILES POMÓGŁ MI WSTRZYMAĆ ODDECH.

Poza tym, nasz Mieczysław Stilinski z kijem bejsbolowym przyprawił mnie o palpitację serca. A Sneak Peek z 6x10 wywołam we mnie takie emocje, ze trzęsły mi się ręce.


Po zakończeniu tego serialu będę potrzebowała stałej opieki psychologa... Wszyscy skończymy jak Lisette.


sobota, 21 stycznia 2017

Rozdział XXIX - Niefortunne niedotlenienie



Było już po kolacji. Wielki Dom zdawał się być uśpiony i opuszczony, choć przebywało w nim kilka osób. Słonce już zaszło i zaczęło robić się nieco chłodniej, więc zaszyłam się z Leonem w salonie, gdzie próbowaliśmy rozmawiać o Lisette. Rozprawiać o tym jak jej pomóc, ale temat jakoś ciężko nam szedł. Moje myśli wciąż krążyły wokół wczorajszego pocałunku. Całowaliśmy się potem jeszcze długą chwilę, zanim Juliet zaczęła szukać mnie po Wielkim Domu, zaniepokojona moim nagłym zniknięciem z areny. Odepchnęłam wtedy od siebie Leona i próbowałam zeskoczyć ze stolika, ale nogi się pode mną ugięły. Szczęście, że chłopak był blisko i w ostatniej chwili uchronił mnie od upadku. Potem zaczął się śmiać, nie zważając na moje mordercze i poirytowane spojrzenie. Po namyśle stwierdziłam, że to nie jest dobry pomysł pokazywać się ludziom w tym stanie — ze splątanymi włosami, rumieńcem na policzkach, iskrą w oczach i napuchniętymi od pocałunku ustami.
Leo pstryknął palcami przed moją twarzą.
— Ty mnie w ogóle słuchasz?
Zamrugałam zawstydzona. Siedziałam na ciemnej kanapie, a chłopak położył głowę na moich kolanach i tak odpoczywał po całym dniu zajęć z Lisette, nadzorowaniem rodzeństwa i znoszeniem wrednych uwag Juliet. Co prawda, w końcu wybuchłam i kazałam mojej siostrze się przymknąć, co jak na razie zamknęło usta grupowej Domku 4.
— Przepraszam — odmruknęłam szczerze, bawiąc się bezmyślnie jego włosami. Chłopak uśmiechnął się czarująco. — Nadal uważam, że powinniśmy się wybrać do zakładu Lisette i znaleźć dokumenty na jej temat. Sam mówiłeś, że to dobry pomysł.
— Owszem, jest niezły, ale w moim planie "my" nie dotyczy ciebie. Zrobię to sam, ewentualnie z Nathalią lub Percy'm.
Wydałam z siebie dźwięk protestu. To nie było sprawiedliwe. Mój pomysł, moje wykonanie! Nie pozwolę, by gloria sukcesu została mi odebrana! Ktoś musiał również uzmysłowić pewną rzecz Leonowi i tym ktosiem byłam ja. Czy tego chciałam, czy nie. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam rozsądnym tonem:
— Leo, myślę, że Iris nigdzie cię nie puści. Opiekujesz się Lisette, jesteś za nią i jej czyny odpowiedzialny. Wiem, że chciałbyś zrobić sobie wolne łamiąc jakieś prawo i znów znaleźć się na okładce wszystkich dzienników. Mogłabym przez dzień lub dwa się nią zająć z Piper, ale obawiam się, że wpadnie w szał, gdy cię nie będzie. Jesteś jej gwarancją, że nic się dziś nie stanie. Uspokajasz to, co siedzi w jej głowie i ją kontroluje. A ja nie jestem pewna, czy bym sobie z tym poradziła, nawet z czyjąś pomocą.
Chłopak zmrużył oczy i wpatrywał się we mnie intensywnie Moje palce nadal się bawiły jego lokami, jakby miały osobne życie.
— Usiłujesz mnie przekonać, żebym puścił cię z Jacksonem, byście się włamali do zamkniętego oddziału dla obłąkanych, ukradli tajne akta stałej pacjentki pod osłoną nocy i wrócili wczesnym świtem? — zapytał poważnie. Kiwnęłam głową. — Zapewne zdziwi cię moja odpowiedź, ale brzmi ona nie.
Kłóciliśmy się przez następną godzinę, aż Leonowi zabrakło argumentów do sensownej obrony i z uśmiechem triumfu wytargowałam, że pogada z Percy'm o ewentualnej i awaryjnej wyprawie. Potem Leo zaczął zachowywać się tak jak cztery lata temu. Dokładniej: wypytywać mnie o wszystkie szczegóły. Przeszedł od smaku ulubionych lodów po facetów, z którymi miałam do czynienia. Czułam się lekko zażenowana.
— Ile razy po naszym rozstaniu byłaś na randkach? Ile miałaś facetów? Ile razy się całowałaś?
Przewróciłam oczami i westchnęłam ciężko. Wiem, że miał mnie w garści i będę musiała odpowiedzieć na te pytania wcześniej czy później. Było już zupełnie ciemno, nawet Iris się położyła, gdy jeszcze rozmawialiśmy o Lisette. W rogu świeciła się jedna, mała lampka.
— Co do randek się tyczy, byłam ze znajomymi na imprezach, kręglach, chodziłam do kina i festyny, ale by być z chłopakiem sam na sam... może ze trzy razy? Nie byłam w żadnym związku, bo wolałam skupić się na nauce i było jeszcze zbyt wcześnie, by ruszyć do przodu. Co do całowania — tu się lekko zarumieniłam, bo czułam się, jakbym opowiadała mu o swoich osiągnięciach na tle erotycznym, a żadnych przecież nie miałam — to robiłam to dwa razy. Jednak do żadnego z nich nie czułam czegoś głębszego.
Spojrzał na mnie jak na bardzo interesujący wynik projektu naukowego, który zaskoczył wszystkich prócz niego.
— To po co to robiłaś?
Minęła dość długa chwila, zanim z mojego gardła wypłynęła odpowiedź i choć była wypowiedziana cicho, rozbrzmiała głośno w salonie.
— Dla porównania.
Leo spojrzał na mnie zbity z tropu, a potem uśmiechnął się szeroko, pełen zadowolenia z siebie.
— I co? — spytał rozbawiony.
— Nie ma porównania — mruknęłam coraz bardziej zażenowana jego krępującymi pytaniami oraz spojrzeniem, którym mnie obdarzał. Jeśli tak dalej pójdzie, to do świtu wyciągnie ze mnie wielkość miseczki stanika i numer mojego fryzjera. Rozmawialiśmy jeszcze długo. On zadawał mi pytania, ja odpowiadam, gładząc jego włosy w melancholii. Wkrótce były one wypowiadanie coraz rzadziej, aż w końcu zupełnie ucichły. Oddech Leona się wyrównał, oczy zamknęły... Patrzyłam na jego spokojną twarz pogrążoną w śnie z jakimś smutkiem i melancholią. Mi również zaczęły się zamykać oczy.


Jakiś hałas, dochodzący z piętra, całkowicie mnie rozbudził. Zaczęłam się uważnie przysłuchiwać, a mój mózg powoli się rozbudzał, gdy czekałam z bijącym sercem. Gdy rozległ się ponownie, ciekawość wzięła górę. Delikatnie podniosłam głowę Leona i ułożyłam ją na poduszce. Byłam tak cicho, że sama byłam pod wrażeniem swoich umiejętności ninja. Lampka dawała tylko nikłe światło, ale wystarczyło, bym nie zabiła się o fotele w salonie i bezpiecznie dotarła do schodów.
Weszłam powoli na pierwszy próg, potem następny i następny, zaciskając zęby, gdy tylko jakiś stopień zatrzeszczał pod moim ciężarem. Korytarz był spowity w mroku, ale po mimo upływu czasu, mogłam wskazać z zamkniętymi oczami pokazać, gdzie znajdują się poszczególne pomieszczenia. Mój stary pokój...
Wyszłam na korytarz i powoli ruszyłam wzdłuż niego. Moje zmysły zarejestrowały ruch za moimi plecami. Błyskawicznie się odwróciłam, ale niczego nie zauważyłam.
Długie palce wplątały się w moje rozpuszczone włosy, zacisnęły się na nich i pociągnęły mnie na dół. Byłam zbyt zdezorientowana, by zareagować. Moja głowa z impetem uderzyła o posadzkę, a ja ujrzałam gwiazdy przed oczami. Jęknęłam z bólu. Jakaś sił znów pociągnęła mnie na do góry i na dół, a ból rozsadzał moją czaszkę jak gdyby już rozpadła się na dwie części. Gdy trzeci raz ręka uniosła mnie do góry, wykrzesałam z siebie na tyle siły, by podnieś swoją własną i uderzyć nią z całej siły, tak, jak uczułam się na zajęciach karate i boksu. Ucisk zelżał i w końcu oswobodziłam się. Zaczęłam się czołgać w stronę schodów, całkowicie sparaliżowana przez strach i zdezorientowana. Zapomniałam, jak używać mowy. Jak krzyczeć. Nie byłam w stanie wezwać pomocy. Czułam lepką i ciepłą ciecz z tylu mojej głowy...
Brutalnie chwycono mnie za ramię i odwrócono na plecy. Poczułam ciężar na własnym ciele. Ktoś na mnie usiadł. Choć byłam zamroczona, a oczy miałam pełne łez, rozpoznałam napastnika. Tych kręconych, bujnych blond włosów, nie sposób było pomylić z kimkolwiek innym.
Lisette zacisnęła swoje długie, piękne palce na mojej szyi, koncertując się na pętli. Mój oddech przyśpieszył się, gdy mózg zarejestrował brak jakiejkolwiek możności dostarczenia tlenu do organizmu. Zaczęłam się szarpać, próbując ją z siebie zrzucić i jednocześnie uwolnić się spod zabójczego ucisku, szarpiąc jej dłonie. Ale była zbyt silna. Zbyt zdeterminowana.
Po ostatniej, rozpaczliwej próbie, spojrzałam na jej twarz. Na jej ustach malował się szeroki uśmiech, w oczach błyskały niezdrowe światełka jak podczas gorączki, a na policzki wpłyną rumieniec.
Przestałam walczyć. Po prostu...
Światło wypełniło całe pomieszczenie. Uścisk na szyi zniknął, tak jak ciężar ciała dziewczyny na moim. Wzięłam głęboki wdech, krztusząc się i usiłując podnieść się z podłogi i uciec jak najszybciej mogłam. Ale zdołałam tylko oprzeć się o najbliższą ścianę, całkowicie wyzuta z energii.
Leo trzymał w pewnym uścisku Lisette, która nawet się nie szarpała, choć była przygwożdżona do ściany. Chłopak mówił do niej twardo, ale bez złości, a ona podciągała nosem z nieco winnym wyrazem twarzy.
— Lisette, co ty wyprawiasz?
Wdech, wydech. Boże, jak cudownie jest oddychać! Teraz skoncentrowałam się na dostarczeniu organizmowi potrzebnego tlenu, ignorując wszystko inne. Przeżyję. Oddycham. Boże...
— Wszystko w porządku? — zwrócił się w moją stronę Leo. Nie będąc w stanie powiedzieć słowa, kiwnęłam tylko głową, czego pożałowałam, bo mnie zemdliło. Chłopak złapał blondynę za nadgarstek i pociągnął za sobą, prawdopodobnie do jej pokoju. Zostałam sama, wsłuchując się w ich kroki.
Po moich policzkach potoczyły się łzy.
To znów się stało. Znów byłam ofiarą i miałam czekać na rozwój wypadków, korzystnych dla mnie czy nie. Mimo całego treningu, wszystkich ćwiczeń, kursów, dałam się pokonać słabej osiemnastolatce. Napad paniki, płaczu i niedoszłe uduszenie nie były dobrym połączeniem. Czułam, że choć na szyi nie zaciskają się palce Lisette, to coś nie pozwalało mi swobodnie oddychać.
Leo wrócił. Ukucnął przy mnie i chwycił mnie za ramiona, próbując sprawić, by na niego spojrzałam. Drżałam, jakbym w mroźny dzień wyszła na dwór w samym kostiumie kąpielowym i wybrała się na spacer.
— Mackenzie, uspokój się — powtarzał cicho i uporczywie, a ja tylko kiwałam głową, bo przecież było wszystko w porządku. Żyłam. Leo mnie uratował. Po raz kolejny.
Jego ramiona mnie otoczył, a ja oparłam wyczerpana głowę na jego ramieniu. Słyszałam jego cichy głos, działający na mnie jak kołysanka. Mruczał słowa po swoim ojczystym języku, gładząc mnie po rozczochranych włosach i ocierając łzy z policzków. Powoli atak paniki mijał, a mój oddech się uspokajał.
— Cicho, moja mała. Ideal de belleza. Ya pasó todo. Jesteś bezpieczna. Todo lo que tengo. Te quiero. Zawsze będę przy tobie.




Owinięta w ręcznik obserwowałam z obojętną miną sińce na moim gardle. Ciemne, wyróżniały się na mojej opalonej skórze. Dotknęłam je opuszkami palców. Nawet tak delikatny dotyk sprawiał mi ból.
Drzwi odtworzyły się i stanął w nich Leo. Starałam się nie sprawiać wrażenia zaskoczonej. Co on robił w moim domku? Juliet wybrała się na śniadanie ze swoimi podopiecznymi. Ja nie wstałam, wykręcając się bólem głowy i zaciągając pierzynę pod samą brodę. Chłopak w ogóle nie przejął się tym, że jestem owinięta tylko w ręcznik. W przeciwieństwie do mnie.
— Mógłbyś przynajmniej zapukać — mruknęłam z wyrzutem. Chłopak wzruszył ramionami i oparł się o framugę drzwi, przyglądając się mi i moim ruchom. Rozpuściłam włosy i rozczesałam je grzebieniem. Umyłam zęby i wyciągnęłam kosmetyczkę, wydobywając z niej korektor i podkład, którego rzadko używałam. Położyłam to wszystko na umywalce, a sama, podtrzymując ręcznik lewą dłonią, spróbowałam wyminąć Leona, który blokował mi wyjście. Jednak on złapał mnie za ramiona i przytrzymał. Lewa ręką uniósł mój podbródek i dokładnie przypatrzył się mojej szyi. Wyczułam w jego spojrzeniu troskę i bezradność.
— Czemu nie zjesz ambrozji? — spytał cicho, puszczając mój podbródek. Zacisnęłam mocniej dłoń na szorstkim ręczniku.
— Nie działa — mruknęłam cicho, patrząc się w punkt za jego ramieniem.
— Przepraszam. Ona tak naprawdę nie chciała cię skrzywdzić.
— Wiem — odpowiedziałam przez zaciśnięte gardło, choć szczerze w to wątpiłam. On nie widział jej wzroku. Wyminęłam go szybko.
Tak, zażyłam ambrozję, bo uznałam, że wolę uniknąć pytań obciążających Lisette niż się wykrwawić na śmierć. Szczera prawda. Podtrzymując ręcznik jedną dłonią, drugą wzięłam przygotowane sportowe ubranie na dzisiejszy trening. Musiała nieźle się nakopać w walizce, by znaleźć jedyną koszulkę zakrywającą szyję. Uwielbiałam w niej ćwiczyć w zimie, ale na lato była nieco nieodpowiednia. Musiałam jednak jakoś to przetrwać. Moje ciało uodporniło się na ambrozję i jej małe porcję po prostu nie działały. Innym przy takiej ilości goiły się urazy i złamania, ale mnie nie. Byłam jak gąbka pochłaniające boski pokarm. Nektar też nie działał. W końcu zrezygnowałam i musiałam pogodzić się z tym, że sińce muszą naturalnie zniknąć.
Bez słowa wyminęłam Leona i wypchnęłam go bezceremonialnie z łazienki. Chciałam go dziś cały dzień unikać, ale oczywiście musiał wszystko spartaczyć. Potrzebowałam czasu. To wszystko działo się zbyt szybko. Historia się powtarza. Gdy po raz pierwszy mnie pocałował — dwadzieścia cztery godziny później rozpętała się wojna. Pocałował mnie po raz drugi i poszedł zabijać. Pocałował mnie dwa dni temu i wczoraj prawie nie zginęłam, uduszona przez dziewczynę, którą starliśmy się uratować. Po takiej analizie mapy przebiegu naszego związku, byłam przerażona. Mieliśmy mnóstwo szczęśliwych wspomnień, szczególnie z pierwszego lata. Jednak one tonęły w morzu nieszczęśliwych zdarzeń. Wojna. Moja zdrada. I dotarło do mnie, że to ja jestem powodem tych wszystkich nieszczęść. To przeze mnie się tak poświęcał. To przeze mnie nie był szczęśliwy. To wszystko moja pieprzona wina.
Miłość do Leona przynosiła ból.
Spojrzałam na moje odbicie w lustrze. Czemu wszystko muszę spieprzyć? Czemu, gdy tylko jesteśmy jedna sekundę szczęśliwi, muszę wywinąć coś, co nas tego szczęścia pozbawia? Jeden wniosek: trzymać się od Leona z daleka. Bez względu na to, jak bardzo mam ochotę być blisko niego każdego dnia. Brak interakcji oznacza brak bólu. Proste? Nie za bardzo. Chce go chronić. Bardzo. Tylko za każdym razem się mi nie udawało.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że Leo czeka na mnie z uśmiechem, siedząc na moim łóżku.
— Gotowa? — spytał, zrzucając szybkie spojrzenie na moją szyję.
— Tak — odpowiedziałam.
Nie była gotowa. Nie chciałam wychodzić z tego Domku. Nie chciałam go odpychać. Ani ranić.
Jak zawsze, nie miałam wyboru. Ruszyłam do przodu, ignorując ramię Leona i jego zdziwione spojrzenie, gdy go nie ujęłam.

□ 

Wyjątkowo wcześnie, bo idę na 18astkę do przyjaciółki na 18nastą. I rozdział też dedykuje Monisi. STO LAT.

Więc... mówiliście, że tęsknicie za Lisette. I chcieliście, by nic strasznego się nie stało. Proszę Was, naprawdę tak słabo mnie znacie?

I Mackenzie mnie wkurza. Tak po prostu. 

Rozebrałam pokój ze świecidełek. Smutam trochę, bo tak pusto bez tej ogromnej choinki.

No, kocham Was, choć może teraz w to wątpicie. Do następnej soboty xx

sobota, 14 stycznia 2017

Rozdział XXVIII - Miło znów cię widzieć, mała



Bohaterki filmów, gdy były dostatecznie wściekłe, potrafiły rzucać talerzami. Co dziwne, ja nie czułam się wściekła, choć powinnam. Wypełniała mnie jakaś zimna pustka, obojętność i spokój. Czułam jak chłonne krople denerwująco bębnią w moje plecy. W końcu nie wytrzymałam i wyszłam spod natrysku, otulając się ręcznikiem. Spojrzałam w lustro, w celu dokonania analizy mojej rozciętej wargi. Piekła nieprzyjemnie, ale byłam pewna, że jutro nie będzie po niej nawet śladu. Delikatnie rozczesałam wilgotne włosy i postanowiłam, życia muszę zająć się jakąś pracą. Żałowałam, że nie miałam żadnych papierów tutaj, w moim domku. Musiałam więc wybrać się do Wielkiego Domu i tam zaszyć się w drewnianej, misternie wykonanej altanie, bo zawaruję, jeśli spędzę dziś choćby pięć minut w ciasnym pokoju. Szybko wyszłam z domku, do którego weszłam niecałe dziesięć minut temu. Ruszyłam, wspinając się na zielone wzniesienie, na którym wzniesiony został Wielki Dom. Moje myśli były dziwnie puste, jakby mój mozg się wyłączył. Powinnam słyszeć, jak oni na siebie wrzeszczą, jak sobie dogryzają, powinnam wiedzieć oczami wyobraźni niemalże kpiące spojrzenie Lisette. A zamiast tego oddychałam spokojnie i naszła mnie ochota na wodę z cytryną.
Pchnęłam drewniane drzwi i poczułam, jak zanurzam się w chłodzie budynku. Ruszyłam do kuchni, by spełnić swoją zachciankę. Nalałam kryształowej wody w wysoką szklankę i wycisnęłam odrobinę soku z kwaśnej cytryny, odrzucając jeszcze kilka kostek lodu. Następnie, stąpając cicho, ruszyłam do swojego gabinetu. Przechodząc obok otwartych drzwi gabinetu Iris, pomachałam pracującej bogini, a ta odwzajemniła gest uśmiechem. Ze swojego biurka zabrałam teczkę, w której złożyłam dokumenty. Zostało ich naprawdę mało i nie wiedziałam, co zrobię, gdy mi ich w końcu zabraknie. Mam czytać pomiędzy wierszami głupkowate artykuły śmiertelników, którzy nie mają pojęcia o mitologicznych potworach? Wzięłam więc grubą, białą teczkę i ruszyłam do altanki. Wyszłam wyjściem od tyłu i od razu poraził mnie blask słońca oraz odurzył mdły zapach kwiatów. Rozsiadłam się na wygodnej, sosnowej ławce z oparciem i spokojnie rozłożyłam w małe stosy kartki. Miałam pewien system, który pozwalał mi dokładnie sprawdzić każdy tekst, by nie rozbolała mnie za bardzo głowa. Kwiaty, które kwitły, wydzielały słodką i orzeźwiającą woń, od której kręciło mnie w nosie. Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się jedyną chwilą spokoju w tym szalonym dniu i zaczęłam przeglądać wiadomości o Lisette. Tam, gdzie skończyłam poprzedniego wieczoru. Coraz bardziej tkwiłam w przeświadczeniu, że powinniśmy wybrać się ośrodka, w którym blondynka była zamknięta, zwinąć to i owo i zniknąć. Bo informacje z sieci czy lokalnych gazet, były niejasne i często podkolorowanie, jak to dla dodania sprawie pikanterii bywa.
Zjawił się po jakieś pół godzinie, gdy popijałam wodę z cytryną i usiłowałam się skupić. Starałam się zmusić litery, by nie skakały mi przed oczami. Oparł się o jeden z podtrzymujących dach bali i przyglądał się mi, a ja go uparcie ignorowałam. Tak samo jak iskierkę gniewu, która zaczęła się tlić w moim sercu.
— Poszłaś sobie — zauważył inteligentnie, a ja wzruszyłam ramionami, nie odrywając wzroku od papierów.
— Nie widziałam sensu, by tam dłużej stać i przyglądać się tej żenadzie — odmruknęłam chłodno, czytając naprawdę złośliwy komentarz z forum, gdzie dyskutowano o Lisette. Dziewczyna, która go napisała, nazwała ją Małym Hitlerem. Gdy upewniłam się, że to tylko stek bzdur, podarłam gwałtownie kartkę i rzuciłam obok. Leo przyglądał się moim ruchom.
— Jesteś wściekła — stwierdził, a ja w końcu podniosłam wzrok i napotkałam jego spojrzenie. Uśmiechnęłam się złośliwie i wycedziłam ze sarkazmem:
— Naprawdę? Dziękuję, że to zauważyłeś. To naprawdę pomocne, że mam takiego spostrzegawczego znajomego. Masz coś jeszcze do powiedzenia czy mogę skupić się na pracy?
— Mackenzie...
Wstałam gwałtownie i zamierzam go wyminąć i opuścić altankę, ale złapał mnie za ramię i spojrzał zdeterminowany. Zmierzyłam go chłodnym, pełnym pogardy spojrzeniem.
— Mogłabyś przestać? — spytał, zaciskając uścisk. Czułam, jak jego palce wżynają mi się w skórę.
— Ja mogłabym przestać? — warknęłam zdziwiona jego bezczelnością i wyszperałam ramię z jego uścisku. — Ja? A kto przed chwilą pobił Matta, bo ten odważył się mi okazać trochę życzliwości?
— Pomiędzy "okazywaniem życzliwości" a przystawianiem się do ciebie jest spora różnica, guapo. Byłabyś ślepa, gdybyś tego nie zauważyła.
— Byłam już niemową, teraz mogę być ślepa, czemu nie! — wykrzyknęłam w jego stronę, a potem dźgnęłam go boleśnie w ramię. — Co to miało być? Jakaś chora scena zazdrości? Co tym chciałeś udowodnić? Zrobiliście z siebie pajaców i wcale nie urosłeś w moich oczach. Masz z tym skończyć, jasne?
— Mackenzie, posłuchaj...
— Nie, to ty posłuchaj — odparłam, przerywając mu i gadając jak nakręcona. — Co ty sobie do jasnej cholery myślisz? Że pstrykniesz palcami i wszystko będzie dobrze? Powiem ci coś: nie jestem nagrodą w waszym chorym konflikcie! Nie stanę po niczyjej stronie, bo zarówno on jak i ty, jesteście skończonymi debilami. Tylko, że on nie uznał, że ma mój akt własności. Nie mówi mi co mam robić. Nie śledzi i nie pilnuje mnie. Z ostatniej chwili Leo: nie jestem twoją własnością.
Chłopak splótł ręce na piersi u posłał w moją stronę krzywy uśmiech. Serce zaczęło mi bić szybciej i wmówiłam sobie, że to dlatego, że byłam wściekła. Bo byłam. Naprawdę. A on najwyraźniej wcale się tym nie przejął i nie śpieszył się z odpowiedzią. Moja frustracja rosła.
—Jesteś moją własnością. Od początku tak było i tak zostanie. I nikt nie ma prawa tego podważać. Kropka.
— Nieprawda — wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
W jednej chwili jego ręce nie były już zaplecione na klatce piersiowej, tylko zaciśnięte na moich ramionach. Jego usta znalazły się na moich wargach, boleśnie na nie napierając. Czułam, jak krew uderza mi do głowy. Zamknęłam oczy i rozchyliłam wargi. Połączyliśmy się w pełnym ognia pocałunku. Nie było tutaj niepewności jak za pierwszym razem, delikatności jak za drugim. Moje ręce powędrowały na jego kark, a ja przylgnęłam do niego całym ciałem. Obią mnie w pasie jedną ręką, boleśnie do siebie przyciągając, a drugą trzymał na moim karku.
Naoglądam się całkiem sporo pocałunków w filmach. Było ich kilka rodzai. Delikatne muśnięcia ustami na do widzenia. Pełne smutku i łez pocałunki pary, która rozstaje się, być może na zawsze. Pełne namiętności pocałunki przy hotelowych drzwiach. Ale Leo całował inaczej.
Całował mnie tak, jakby świat się skończył i jedynym sposobem, by nie umrzeć, były moje usta. Całował z taką pasją, takim żarem i namiętnością, że czułam wibrowanie tych uczuć nawet we włosach, w które wplótł swoją rękę, by odchylić moją głowę i pogłębić pocałunek. Czułam, jak jego mięśnie się napinają, a ja sama wiotczeje w jego ramionach. Ugryzłam go delikatne w dolną wargę. Powoli zaczynałam tracić kontrolę, zatracać się w nim do tego stopnia, że nie byłam świadoma tego, jak znaleźliśmy się na środku altany. Jęknęłam w usta chłopaka, gdy krawędź stołu wbiła się w moje uda. Chłopak delikatnie podniósł mnie i nie przerywając pocałunku, posadził mnie na drewnianej ławie. Oplotłam nogami jego biodra i przycisnęłam się do niego jeszcze bliżej. Jego usta błądziły po moich policzkach, po szyi, ale zawsze powracały do ust i kładły na nich żarliwy pocałunek.
— Leo...— wyjąkałam zachrypniętym głosem, ale chłopak zaraz zamknął mi usta pocałunkiem. Po chwili znów podjęłam próbę. — My... ktoś nas zobaczy.
— Nie dbam o to — mruknął w moją szyję, którą obsypywał pocałunkami. Przymknęłam oczy z rokoszy, czując jego usta na mojej delikatnej skórze. Po chwili westchnęłam ciężko.
— My nie możemy — wychrypiałam. Leo oderwał usta od mojej szyi i spojrzał na mnie spod przymrożonych powiek, w których tańczyły rozpalone ogniki.
— Nie możemy? — spytał nieco rozbawiony. Kiwnęłam głową, zauważając, że jego usta są niebezpiecznie blisko moich. Leo uśmiechnął się zawadiacko. — W takim razie mnie puść.
Oplatałam go nogami w pasie, jedną rękę miałam położoną na jego karku, a drugą wbijałam mu paznokcie w plecy. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, w jakiej pozycji zastygłam. Leo puścił mnie i położył ręce na stole, przyglądając mi się rozbawiony. Po chwili nachylił mi się nad uchem, który musnął swoim nosem. Jego głos był zachrypnięty i pełen napięcia, gdy wyszeptał w moje ucho:
— No dalej, Kenz. Puść mnie.
Przymknęłam oczy. Chciałam go puścić. Naprawdę chciałam. No dobra, nie chciałam. Pragnęłam go bardziej niż ryba wody, bardziej niż czegokolwiek innego na świcie. Leo ugryzł płatek mojego ucha, a ja westchnęłam z rozkoszy. Nawet pod powiekami czułam, że na jego twarzy wykwit uśmiech satysfakcji. Zaczął powoli całować skórę od mojego ucha, przez policzek, kierując się do ust. Zatrzymał się na nich i wymamrotał, przyciskając swoje wargi do moich.
— Tęskniłem za tobą, mała.
Dźwięk mojego przezwiska w jego ustach, który nadał mi kilka lat temu, przyprawił mnie o dreszcz na całym ciele. Wypowiedział je inaczej. Nie żartobliwie czy prowokująco, tak to robił poprzednio. Tym razem w tym małym słowie było zawarte pełno obietnic, namiętności, czułości i pożądania... Dziękowałam Bogu za to, że siedziałam, bo chyba upadłabym z wrażenia. Pocałował mnie pełny tęsknoty, jakby witał się ze skarbem, który dawno utracił. A ja odwzajemniłam się tym samym. Po chwili znów wyszeptał w moje usta, boleśnie zaciskając dłonie na mojej tali.
— Teraz jesteś moja. Już na zawsze. 



Starałam się czytać. Jednak greckie litery zlewały się w jedno, powodując, że do moich oczów napływały łzy. Siedziałam sama w swoim pokoju i studiowałam greckie oraz rzymskie potwory, choć opornie mi to szło. Gdy Leo był przy mnie i tłumaczył to w klarowny sposób, wiedza szybciej wchodziła mi do głowy, a przede wszystkim: zostawała tam na dłużej. A dzisiaj wszystko, co przeczytałam, wylatywało mi prawym uchem. Nie mogłam się skupić. Po prostu nie mogłam.
Gdy zamykałam oczy, wciąż widziałam pod powiekami, jak Leo walczył. To było tak niezwykłe, że odtwarzałam sobie kolejne jego ruchy i chciałam spróbować, czy też tak potrafię. Wiedziałam jednak, że umiem za mało i wiem za mało. Leo miał za sobą lata spędzone w Obozie Herosów, ukończone misję i tysiące godzin spędzonych na arenie, gdzie trenował.
Nic mi się nie chciało. Miałam ochotę włączyć sobie film, zakopać się w tonie pierzyny razem z orzechami oraz kakaem i tak spędzić najbliższe cztery godziny. Musiałam jednak się zmusić do pracy. Sam trening ciała nie wystarczał, by przeżyć. I byłam świadoma tego, że nawet najlepsi ginęli walce z potworami, bez względu na to, jak wiele wiedzieli.
Lampka nocna, przy której siedziałam, kładła jasny krąg ciepłego światła na stare książki, ale pozostała część pokoju skąpana była w mroku. I gdy usłyszałam szelest, nie mogłam dociec jego źródła. Czy to tylko zasłony? A może poduszka zsunęła się z łóżka, którego ostatnio nie chciało mi się ścielić?
Wszystkie moje dociekania ucichły, gdy z ciemności wyłonił się kształt. Zgarbiona istota, zakrywała się swoimi skórzanym skrzydłami. Jej czarne białka błysnęły w świetle lampki nocnej, tak samo jak ostre, mlecznobiałe zęby. Przez moment moje serce zaczęło być szybciej. Ale gdy rozpoznałam swoją przyjaciółkę, odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się ciepło.
— Jejku, Mel. Ale mnie wystraszyłaś! Dawno cię nie widziałam...
Kobieta przechyliła głowę na bok i nieco zmrużyła swoje oczy. Na jej powiekach nie było rzęs.
— Ja za to widziałam cię przez cały czas — odparła. Przyzwyczaiłam się do jej zagadkowych odpowiedzi. Podczas moich pierwszych dni w Obozie, spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu. Mel usiadła na miękkim łóżku i zaczęła się we mnie wpatrywać. Uznałam, że to niegrzeczne czytać w jej towarzystwie, więc zamknęłam książkę. Ucieszyłam się z tej wizyty. Przynajmniej nie musiałam się uczyć.
— Jak ci się tutaj żyje? — spytała Mel, a ja wzruszyłam ramionami. — Czy życie herosa jest takie straszne, jak sądziłaś?
Uśmiechnęłam się promienie.
— Właśnie, że nie! Wszyscy straszą mnie potworami i okropnym życiem, ale mnie się tutaj nawet podoba. Treningi są trochę ciężkie, ale tylko czasami.
— A ludzie? — wtrąciła moja przyjaciółka. Te słowo brzmiało w jej ustach odpychająco. Jakby wspomniała o karaluchach .
— Jest dobrze... W zasadzie to ja przede wszystkim czas spędzam z Leonem, czasem pomagam Piper w przedszkolu... Maluchy są naprawdę urocze. Plotą dla mnie wianki ze stokrotek, uczą się robić warkocze na moich włosach, choć mówią, że trudno się je robi. Bo mam je kręcone.
— Ale nie lubisz Mackenzie — stwierdziła Mel. Zgarbiłam się trochę, a mój uśmiech zbladł.
— Nie lubię — potwierdziłam. — Skąd wiesz, jak się nazywa?
— A czy to ważne? — spytała. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że właściwie, to nie. — I co zamierzasz z tym zrobić?
— Nic — odparłam prostolinijnie. — Będę jej unikać, jak tylko się da. Z nią nie da się nic zrobić. Jest jak bumerang. Po jakimś czasie wróci i będzie mnie denerwować jeszcze bardziej.
— A próbowałaś jakoś temu zaradzić?— drążyła temat Mel. Pokręciłam głową. — No to skąd w takim razie wiesz, że nic się nie da zrobić?
Spojrzałam na nią. Jej bystre oczy lśniły bardziej niż księżyc w bezchmurną noc, mimo tego, że były całkiem czarne. W mojej głowie zaczęły kiełkować się pytania: czy gdybym porozmawiała z Leonem, coś by to dało? Może by mnie wysłuchał i zrozumiał. Wiem, że tak by było. On mnie nie odepchnie, nie zignoruje. Ale natychmiast w mojej głowie pojawił się obraz. Mackenzie pomagała coś uzupełniać Juliet w raporcie. Wychodziliśmy wtedy na spacer, gdy brunetka pochylała się nad papierami i pisała w skupieniu to, co dyktowała jej jej siostra. Leo wtedy rzucił dziewczynie pełnie melancholii, smutne spojrzenie, które łapało za serce. A natomiast do mojego skapnęła wtedy kolejna kropla goryczy do Mackenzie. Przez tej jej dumę, raniła Leona bardziej, niż najostrzejsze miecze. Nie byłam w stanie nawet na nich razem patrzeć. To nie była zazdrość. Tego byłam pewna.
Głos w mojej głowie zachichotał. Inne podążyły za nim. Podniosłam głowę w stronę łóżka, ale Mel już nie było. Zniknęła.


Ja, gdy poprawiałam ten rozdział i starałam się być poważna:


Mam nadzieję, że nie wyszło mi za bardzo... poronograficznie. Nie wiem w sumie, czy istnieje takie słowo, but whatever. Idealnie oddaje to, co chce powiedzieć...

ZACZĘŁY SIĘ FERIE. Co oznacza, że czytam książki, piszę, jem, ćwiczę i repeat. Tylko muszę zmusić się, by przeczytać "Przedwiośnie" (wszystko, tylko nie Żeromski) i mogę sobie pogłębiać wadę wzroku. Książki, które leżą i nie mogę ich przeczytać, bo szkoła chwytają za serce tak samo jak zdjęcia szczeniaczków.

sobota, 7 stycznia 2017

Rozdział XXVII - Zabawki


Siedziałam z kubkiem herbaty pod kocem, mimo że pogoda dopisywała i niekiedy zawiała ciepła bryza.
Już druga noc z rzędu nie mogłam zmrużyć oka, choć moje zmęczenie psychiczne i fizyczne osiągało stan krytyczny. Im bardziej się męczyłam, tym trudniejsze było zapadnięcie w sen. Podejrzewałam, że to po części wina księżyca. Od czasu, gdy byłam nastolatką, nie mogłam spać w pełnie. Wpatrywałam się więc w bladą tarczę, która była dowodem na to, że byłam już w Obozie cały miesiąc. Wciąż nie ruszyliśmy z miejsca w sprawie Lisette, a ta robiła się coraz bardziej oziębła, jeśli chodzi o mnie. Ja odwzajemniłam jej tym sam, dając sobie spokój z próbowaniem byciem miłą. Czasami tak jest: przychodzisz w pierwszy dzień do nowej szkoły i zapoznajesz się z klasą, z którą spędzisz kolejne lata. I choć nie znasz tej blondynki z drugiej ławki, już wiesz, że raczej przyjaciółkami nie zostaniecie. Coś cię w tej osobie odpycha.
Upiłam łyk wrzącego napoju i zamyśliłam się. Jeszcze nigdy w Obozie nie czułam się tak bardzo nie na miejscu. Byłam dorosła, ale poczucie nieuzasadnionej krzywdy dręczyło moje serce.
Spostrzegam ruch po drugiej stronie placu i wytężyłam wzrok. Noc była jasna, wiec bez problemu odgadłam, kim jest ta osoba. Postać stanęła, jakby poczuła, że jest obserwowana. Po chwili mnie spostrzegła i pomachała w moją stronę. Również uniosłam rękę i odwzajemniłam gest, a po chwili przybysz znalazł się przy mnie, siadając na schodach mojego domku.
— Nie boisz się harpii? — spytałam.
— Proszę cię, Kenz — odpowiedział Leo. — Jestem tu tak długo, że to one boją się mnie.
Pokręciłam głową z uśmiechem i wyciągnęłam w jego stronę kubek i gestem zachęciłam go, by go wziął. Gdy jego ciepłe palce musnęły moje, poczułam dreszcze biegnące przez całą długość mojej ręki. Leo upił łyk i oddał mi naczynie z herbatą. Przez chwile siedzieliśmy w kompletnej ciszy. W końcu Leo tracił mnie ramieniem, a ja uśmiechnęła się pod nosem po raz kolejny.
— Móżdżku, co będziemy robić dziś w nocy? — spytał poważnie.
— Dokładnie to samo co robimy każdej Pinky— odpowiedziałam cicho, robiąc dramatyczną pauzę — opanowywać świat.
— Czemu nie jesteś w łóżku? — spytał, wbijając wzrok w ciemność. Upiłam łyk herbaty.
— Nie mogę spać. — Skinęłam głową w stronę srebrnej tarczy, wiszącej na niebie. — Ten tutaj jest za to w dużej mierze odpowiedzialny.
Cisza zawisła pomiędzy nami. Słyszałam, jak Leo spokojnie oddycha, po czym cicho westchnął.
— Ale to dziwne — zaczął cicho. Spojrzałam na niego zdziwiona. — Tak po prostu z tobą rozmawiać. Bez żadnego notatnika ani gestów.
— Mam przestać? — spytałam, całkowicie zmieszana. Leo cicho się roześmiał.
— Nie, w życiu. Uwielbiam brzmienie twojego głosu. Po prostu cię taką nie znam. — Zamilkł na chwilę. — Trudno ci było? Zacząć mówić?
Objęłam jeszcze szczelniej kubek z do połowy wypitą herbatą.
— Tak. To był koszmar. Za dużo działo się w moim życiu i gdyby nie tata, wcale bym nie mówiła. Chciałam zostać niemowa z wyboru.
— Dlaczego? — spytał. — Nie mów mi, że nigdy nie marzyłaś, by mówić.
— To nie było takie piękne, jak ci się wydaje — wyszeptałam. — Nie mówienie było prostsze. Gdy błogosławieństwa straciły swoją moc, moje struny głosowe były jak z ognia. Bolało mnie nawet oddychanie. Dalej pisałam w notesie, ale tylko gdy to było konieczne. Tak właściwie to z nikim nie kontaktowałam się przez długi okres czasu.
— A znajomi ze szkoły? — spytał Leo, po czym zaczął ku mojemu zdziwieniu wymieniać ich imiona. — Annie, Candice, Jim lub Patricia? Co z nimi?
Zamknęłam oczy, bo poczułam, że zaczynają mnie piec.
— Nic. Zerwałam z nimi kontakt i wypisałam ze szkoły.
— Bez żadnego wyjaśnienia?
— Co mieliśmy zrobić?— odmruknęłam, nieco zirytowana.— Niemowa od urodzenia odzyskała głos. Leo, nie rozumiesz, że to zmieniło wszystko? Musiałam wyprowadzić się z domu, rzucić szkołę i przestawić się na nauczanie indywidualne, międzyczasie uczyć się jak mówić, co było piekłem, bo moje struny głosowe były do tego nie przyzwyczajone.
— Przepraszam — szepnął po krótkiej chwili Leo. — Nie chciałem, by to tak zabrzmiało.
Po prostu pokręciłam głową, na znak, że nie chce o tym mówić. Ostatnie lata broczyły ciemną krwią, a rana w moim sercu nie chciała zakrzepnąć. Niegdyś królowie nie brali udziału w bitwach, tylko obserwowali spustoszenie, jakie siały ich niezwyciężone wojska z dogodnych punktów obserwacyjnych. Czy i oni czasami, gdy zamknęli oczy, widzieli śmierć ludzi, słyszeli krzyki umierających w agonii...
— Śpisz? — spytał Leo, zbliżając głos do szeptu. Uniosłam powoli powieki.
— W twoim towarzystwie? — odpowiedziałam pytaniem. — Nie odważyłabym się.
— Kiedyś ci to nie przeszkadzało — zauważył lekko. Po moich rękach przebieg dreszcz i podstępny głosik w mojej głowie szepnął: woda z Lette. Nie mógł się dowiedzieć w żaden sposób. Byłam pewna, że nadal jest nieświadomy mojego oszustwa.
— Mogę się ciebie coś zapytać? — zapytał, nieświadomy moich myśli i byłam z tego powodu bardzo zadowolona.
— I tak to zrobisz, bez względu na to, jaka będzie odpowiedź — mruknęła, upijając łyk coraz chłodniejsze herbaty.
— Tęskniłaś? — spytał zupełnie poważnie. Oderwałam wzrok od zarysów fontanny, stojącej na środku placu i przeniosłam go na niego. Leo zaskakiwał mnie praktycznie w każdym calu i na każdy sposób. Ja tego nie potrafiłam. Teraz siedziałam, wpatrując się w niego i czując się znów jak niemowa: brakowało mi słów. Przypomniały mi się słowa taty, którymi upomniał mnie zawsze, gdy coś przeskrobałam, a on kazał mi się usprawiedliwić: " Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, wyznaj prawdę".
— Tak — usłyszałam swój cichy głos, niesamowicie spokojny, który był zupełnym przeciwieństwem moich myśli. Chciałam, żeby mnie pocałował. By rozwiał tą niepewność, która ciemnym cieniem kładła się na moim sercu. Dałby mi znak, czy faktycznie coś nadal do mnie czuje czy to tylko ślady dawnej sympatii. Wtedy jedynym, co nas połączyło, była przepowiednia, która musiała się spełnić. Chciałam, by to zakończył jednym gestem bądź słowem. Nadal kręciłam się w jednym miejscu, bez możliwości ucieczki. I tak od kilku lat. Nie potrafiłam jednak zdobyć się na szczerość i nie powinnam na nikim jej wymuszać, a szczególnie na nim. Zostawiłam go. A teraz on po prostu siedział i nie robił nic. W końcu po długiej chwili, gdy odwróciłam wzrok, usłyszałam jego cichy głos.
— Dobranoc, Kenzie. Spróbuj pospać przynajmniej kilka godzin.
— Postaram się — odpowiedziałam tym samym, spokojnym i bezbarwnym głosem. — Dobranoc.
Powoli wstał i udał się w stronę Wielkiego Domu, a nie Dziewiątki, jak to robił cztery lata temu. Odprowadziłam go wzrokiem i gdy już dawno odszedł, dokończyłam herbatę.
Nie tęskniłam za Obozem Herosów, miejscem, które kojarzyło mi się że śmiercią. Dowiedzenie się, że jesteś półbogiem, było jednoznaczne z wyrokiem śmierci w młodym wieku. Ilu moich znajomych zamordowały mitologiczne potwory, które nie miały prawa istnieć? Pamiętałam Henryka: niskiego, chudego dwunastka, który nawet z zamkniętymi oczami potrafił mi wytrącić miecz z ręki. Irytował mnie okropnie. Gdy ostatnio Juliet poinformowała mnie, że dwa lata temu zabiły go harpie, mała rysa pojawiła się na moim strzaskanym sercu. Nie, to nie Obóz był mi bliski.
Tęskniłam za Leonem.



Głosy zawsze nieprzyjemnie mruczały, niczym rozjuszone koty, gdy widziały jej sylwetkę. Najpierw starałam się je tłumić, później jednak przestałam. Niechęci, która się we mnie tliła, nie potrafiłam ugasić. To stało się samoistnie i bez mojego udziału. Sama nie wiedziałam, jak to wszystko tłumaczyć, więc starałam się unikać Mackenzie jak mogłam. Nie wiem, czy Leo to widział, czy nie, ale było mi wszystko jedno. Nie mogłam znieść widoku jej uśmiechu, który dla innych zdawał się szczery a dla mnie pełen jakieś fałszywości.
Wiedziałam, kim ona jest. Nie trzeba było być geniuszem z ukończonym studiami, by połączyć wszystkie detale w spójną całość. Córka Demeter. Uwielbiała filmy z lat 50. To były te mniej istotne sprawy, bo prawdziwy dowód był ukryty w zachowaniu tych dwojga, które było przynajmniej dziwne i niezręczne. Tak naprawdę wszystko mówił wzrok Leona, gdy patrzył na Mackenzie, ona była zajęta czymś innym. Ta natomiast traktowała go z chłodem i spokojem. To dodatkowo mnie od niej odpychało.
Wróciłam do regularnych treningów. Leo stwierdził, że dość tego użalania się nad sobą i pora zapomnieć o rozlanym mleku, a ja go posłuchałam, bo zazwyczaj miał rację. Wspomnienia blakły i mieszały się ze sobą, a z Pamiętnej Nocy, jak ją w myślach nazywałam, postały tylko strzępy srebrzystoniebieskiej mgły, która niekiedy lśniła jak benzyna kolorami tęczy. Chodziliśmy więc zwyczajowo na salę do treningów, nigdy nie pozostając na arenie, gdzie trenowałowiększość herosów. Gdy przez nią przechodziliśmy, Leo witał się z Percy'm, machał do Mackenzie, a ta odwzajemniała mu się słabym uśmiechem, po czym znów zaczynała dyskusję z Jacksonem oraz Mattem, który od pewnego czasu kręcił się przy jej boku. Mój nauczyciel, gdy widział ich dwójkę, zgrzytał zębami, ale nie mówił nic. Nie wiem, czy Atkinson robiła to specjalnie czy też nie, ale byłam bardziej skłonna, by uwierzyć w tą pierwszą wersję.
Jak w każdy słoneczny dzień w Obozie Herosów, szliśmy po drugim śniadaniu na trening, nieco spóźnieni, bo nie mogłam znaleźć swojego buta. Nie lubiłam się spóźniać.
Rozglądałam się zafascynowana dookoła. Mnóstwo nastolatków i dzieci ćwiczyło, nie tylko z bronią. Kilka osób trenowało również zapasy albo karate, ale większość była skupiona w jednym punkcie, razem z Wielką Trójką, która praktycznie na treningach się nie rozstawała. Mackenzie i Matt stali naprzeciwko siebie, a niedaleko od dziewczyny stał Percy, który dawał jej wskazówki. Dziewczyna miała dłonie zaciśnięte w pięści, tak jak jej przeciwnik. Kilka razy widziałam, jak przed rozpoczęciem sezonu Matt trenował boks, ale tylko z workiem do ćwiczeń. Dwójka herosów niemalże tańczyła, wymieniając ciosy i uskakując przed tymi, które zadał przeciwnik. Zwolniłam nieco, by dłużej się przyglądać pojedynkowi, co Leo zauważył i sam skierował wzrok w tamtą stronę. Nie potrafił ukryć, jak bardzo nie podoba mu się to, że dziewczyna trenuje z Mattem.
W pewnym momencie pięść syna Marsa wystrzeliła i trafiła Mackenzie w szczękę. Dziewczyna zachwiała się i upadła na Percy'ego, który ją przytrzymał i nie pozwolił upaść. Rozległ się zbiorowy jęk. Nie zdążyłam nawet mruknąć, a Leona już przy mnie nie było. Chłopak zmierzał w stronę grupki zdecydowanym krokiem. Chcąc nie chcąc, podążyłam za nim jak cień.
— Nic ci nie jest? — spytał brunetki, a ta nie zdążyła nawet odpowiedzieć, bo Leo zwrócił się w stronę Matthew'a. — Jesteś skończonym idiotą! Mogłeś zrobić jej krzywdę.
— Leo, daj spokój — zaczął Percy, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. — Takie rzeczy się zdarzają na treningach.
— Jemu zdarza się to za często — odpowiedział wściekły, strzepując rękę Jackson'a.
— Nic mi nie jest — wtrąciła się Mackenzie, coraz bardziej zdenerwowana. Wszyscy, prócz Percy'ego, ją zignorowali.
— Dzięki, Jackson, sam potrafię sobie poradzić — odparł Matt, rozciągając wargi w złośliwym uśmiechu. — Dla twojej informacji Leo, ona nie należy do ciebie, jak to sobie w twojej ciasnej głowie ubzdurałeś. Masz nową zabawkę.
Nie pokazał mnie palcem, ale ja właśnie tak się czułam. Kilkanaścioro osób na mnie spojrzało, reszta miała utkwiony wzrok w środek zmieszania.
— Odszczekaj to — warknął Leo, robiąc krok w stronę chłopaka.
— Niby czemu? Tak bardzo boli cię prawda, Valdez? Jakbyś nie zauważył, możesz mieć tylko jedną zabawkę w piaskownicy. Posiadanie dwóch jest przynajmniej nieetyczne.
Zerknęłam na Mackenzie. Jej oczy robiły się coraz większe, na policzki wpływał róż, a usta zacisnęła w wąską linię, jakby zastanawiała się, komu przyłożyć najpierw. Nic nie robiła sobie ze stróżki krwi, która płynęła z jej rozciętej wargi.
— Twoja ignorancja zaczyna mnie irytować, Lynch — odezwał się gniewnym szeptem Leo. Ten na jego słowa wybuchnął śmiechem.
— Ignorancja? Nie, to nie ignorancja. To szczerość.
— Jeśli chcesz szczerości, to ci powiem, że mam ochotę pomóc połknąć ci zęby.
Matthew spoważniał, a w jego oczach zapalił się błysk wyzwania.
— Bardzo chciałbym to zobaczyć.
Leo odwrócił się do mnie i powiedział szeptem:
— Trzymaj się Percy'ego i nigdzie nie odchodź. Zrozumiałaś?
Kiwnęłam głową i natychmiast wykonałam jego polecenie. Jackson oglądał rozciętą wargę Mackenzie, a jej siostra marudziła przy boku dziewczyny. Po chwili Atkinson wytarła usta wierzchem dłoni.
— Nic ci nie będzie. Przeżyjesz — zawyrokował Percy, a ona westchnęła spazmatycznie, jakby powstrzymywała się od wybuchu.
— Ja to wiem, ty to wiesz. Ale wytłumacz to tej dwójce głąbów. Zrób coś, zanim się pozabijają — poprosiła błagalnie. Percy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— O nie. Może jak sobie nawzajem dokopią, to dojdą do jakiś głębokich wniosków. Nie zamierzam im tego odebrać. Tym bardziej, że nagroda jest warta paru siniaków.
Percy żartował i ja to wyczułam, ale i tak się spięłam. Natomiast Mackenzie obdarzyła syna Posejdona spojrzeniem, od którego przeszły mnie ciarki. Była w nim zawarta świadoma groźba morderstwa. To było przerażające widzieć coś takiego w jej oczach, z pozoru ciepło wyglądających przez złote plamki. Percy chyba wyczuł, że powiedział za dużo, bo umilkł i jednocześnie spoważniał. Za to Juliet postanowiła, że przypomni wszystkim o swoim istnieniu.
— Oby Matt za bardzo nie oberwał, bo nie chce mi się wysyłać kwiatów w imieniu Amelii do szpitala.
— Próbujesz mi wmówić, że wolisz Matta od Leona? — odmruknęła jej siostra, zakładając ręce na piersi.
— Nie. Te głąby są zupełnie innymi rodzajami ludzi — odpowiedziała lekko Juliet, robiąc dramatyczną pauzę i jakby zastanawiając się, jak rozwinąć dalej swoja głęboką myśl. — Obu nie lubię.
Większość herosów porzuciła wykonywane czynności i zebrała się w półkolu, by popatrzeć na pojedynek. Wszyscy byli podekscytowani, nawet ja, bo po raz pierwszy będę światkiem tego, jak Leo walczy. Mówił, że nie jest zbyt dobry w fechtunku, bo ma ogień, który w każdym momencie może przywołać. Ciekawa byłam, czy kłamał lub nie umniejszał swoim umiejętności. Mackenzie natomiast coraz bardziej zapadała się w sobie.
Chłopcy stanęli naprzeciw siebie. Matt był pewny siebie, bawił się mieczem i uśmiechał się złośliwie, ale twarz jego przeciwnika była bez emocji. Sam mnie uczył tego samego: bądź skupiona na walce, by nic cię nie rozpraszało. Skupienie jest kluczem.
Matt zaatakował pierwszy. Leo zręcznie go zablokował cios i sam zaszarżował, ale nie zaskoczył przeciwnika. Wymienili parę szybkich pchnięć i znów zaczęli krążyć wokół siebie.
— Nie można mieć wszystkiego, Leo — powiedział pogodnie Matt. — Trzeba się dzielić z innymi.
Chłopak chciał ugodzić mojego trenera poniżej pasa, co był wyjątkowo nieczystym zagraniem. Pisnęłam, jako jedna z licznych osób z grupy, dając upust swoi emocjom. Percy rzucił mi roześmiane spojrzenie, ale ja byłam tak pochłonięta walką, że nawet tego nie zauważyłam.
— Nie chce mieć wszystkiego — odpowiedział spokojnie Leo. — Chce tylko, żebyś trzymał ręce przy sobie i nie ważył mi się tknąć Mackenzie, bo cię zabiję.
Matt zaatakował wyjątkowo agresywnie, ale Leo zbył jego starania tak naturalnie, jakby odpędzał się od natarczywej muchy. Usta Atkinson się rozchyliły, a Juliet prychnęła znudzona. Ja nie potrafiłam oderwać oczu od Leona. Zdawało się, że miecz faktycznie jest przedłużeniem jego ręki, tak jak mnie uczył, tyle że mi nigdy nie udało się osiągnąć tego efektu. Byłam światkiem, jak styl grecki i rzymski ze sobą rywalizują. To było niezwykłe. Wciąż zaciskałam palce przy bardziej gwałtownym ruchu Valdeza, jakbym walczyła razem z nim.
— A czy nie możesz skupić swoich rąk na osobie Lisette, jak to robisz zazwyczaj? Jakoś zbytnio Mackenzie się nie przejmujesz. Co się stało? Znudziła ci się? — odparł Matt, dysząc ciężko.
— Pozwól, że sam zadecyduję, kiedy będę miał jej dość. A na to się nie zanosi.
Teraz całkowicie straciłam rozeznanie, kogo jest czyj miecz. Chłopcy poruszali się z zawrotną szybkością, a ja ledwo mogłam nadążyć za ich rucham. Leo zdawał się przewidywać każdy ruch przeciwnika i blokować go, jednocześnie co chwilę atakując. Ich miecze były tylko srebrnymi smugami.
— Przynajmniej to nie ja pozwoliłem jej odejść — warknął Matt.
W tym momencie Mackenzie nie wytrzymała. Odwróciła się od walczących i zaczęła przepychać się wśród dzieciaków, chcąc jak najszybciej opuścić miejsce swojego upokorzenia. Ja pozostałam, obserwując ich walczące sylwetki, które zapierały mi dech w piersiach. Walka robiła się coraz bardziej brutalna. Coraz więcej było ciosów poniżej pasa, wymierzanych po obu stronach. Koszulka Matta była rozdarta, a jego prawe ramie zadrapane. Z tego rozcięcia sączyła się wolno krew. Chłopak wymierzył mojemu mentorowi silny cios z prawej strony twarz, rozcinając mu wargę. Leo, wściekły, odepchnął go silnym kopnięciem, wymierzonych w pierś przeciwnika, któremu na chwilę zabrakło tchu. Ludzie krzyczeli, zagrzewając chłopców do walki, która zamieniła się w bitwę o przetrwanie. Nie chodziło o to, kto będzie lepszy. Obaj sprawiali wrażenie, jakby chcieli zabić przeciwnika. To było okropne i fascynujące zarazem, więc patrzyłam jak zahipnotyzowana. Leo był jak waleczny anioł i choć jego ruchy niekiedy zdradzały złość, jego twarz była zadziwiająco spokojna.
— To co? — zaczął Percy, zwracając się do Juliet. — Rozdzielamy ich?
— Poczekaj chwilę — mruknęła brunetka, nie odrywając wzroku od walczących. — Chcę zobaczyć, jak mu wybije zęby.
Przez długą chwilę chłopcy jeszcze wymienili parę pchnięć, aż Leo wymierzył mocny cios w szczękę Matta.
— Dobra, już. Jestem spełniona — odpowiedziała Juliet radośnie i z takim samym pogodnym nastawieniem ruszyła w tornado, a Percy wzdychając, powlókł się za nią.





Naoglądałam się za dużo treningów Adriany Limy, gdzie boksuje. Wybaczcie.

Miałam ochotę wypieprzyć tą scenę w cholerę, bo po prostu nie pasowała mi. Ale następne rozdziały wiążą się z tą bitką, więc stwierdziłam: "Dobra, a co mi tam". 

Następny rozdział będzie niezwykły i jego to MUSICIE przeczytać. I nic nie powiem więcej, bo się wygadam. Także shh...


BRAKUJE NAM JAKIŚ 200 GŁOSÓW, BY SIĘ WBIĆ DO TEJ PRZEKLĘTEJ TOP 5O. PROSZĘ... NIE, BŁAGAM, POMÓŻCIE. BO PISZĘ DO KOGO MOGĘ, A LICZBA NADAL NIE IDZIE W GÓRĘ.

Jesteście moją jedyną szansą...
.
.
.
.
.
.
template by oreuis