sobota, 24 grudnia 2016

Rozdział XXV - Słabości


— Wyciągniesz to z moich zimnych zwłoków!
— Poprawna forma to zwłok.
— Nie mów mi jak mam żyć!
Na górze trzasnęły drzwi, a wątpliwą ciszę rozdarł desperacki jęk Juliet, która tupiąc głośno zeszła po drewnianych schodach. Przymknęłam oczy, czując, jak powstrzymywana przez cały dzień migrena i zmęczenie zaczynają pulsować w moich skroniach. Emma bardzo często kłóciła się ze swoją grupową, a ta z kolei wkurzała się, nie mogąc zapanować nad podopieczną. Juliet, obrażona na cały świat, usiadła z głośnym pac na sofie.
— Powiedź mi — zaczęła, a ja otworzyłam oczy i zamknęłam książkę, którą aktualnie czytałam — czy okres buntu nie przypada czasem na wiek nastoletni, a nie na osiem lat?
Uśmiechnęłam się. Juliet rozpoczęła wojnę z małą Emmą. Dziewczynka, mimo młodego wieku, zaczęła zbyt szybko przybierać na wadze. Powodem był ukryty handel batonikami, prowadzony przez domek Hermesa, który już za moich czasów kwitł, a teraz urósł do wielkości czarnego rynku. Iris tępiła cukier prosty wszelakiej postaci, więc w Obozie Herosów słodkości nabierały wagi diamentów. Moja siostra potrzebowała teraz kogoś, kto by jej wysłuchał i utrzymywał w przekonaniu, że ma naprawdę ciężkie życie. Ale byłam pewna, że jeśli zaproponowałam bym, by zrezygnowała z urzędu Grupowej Domku 4, zapewne dostałabym doniczką po głowie.
Przymknęłam oczy, wsłuchując się w przyjemny głos Juliet. Moje mięśnie były napięte i za nic w świecie nie potrafiłam się odprężyć. Było to wynikiem długiego i stresującego tygodnia. Ślęczałam nad papierami dotyczącymi Lisette, trenowałam i dodatkowo musiałam poradzić sobie u uczuciem niechęci, które wolno kiełkowało w mojej duszy, a jej siewcą była urocza blondynka o kręconych włosach.
Wtedy, na ognisku, gdy nasze spojrzenia się spotkały, coś w sposobie bycia dziewczyny się zmieniło. Byłam na tyle biegła z czytania mowy ciała, że to zauważyłam. Czuła do mnie niechęć. A mój umysł zareagował natychmiast: Co dajesz, to otrzymujesz.
Leo też wcale nie pomagał. Czasami przychodził na moje treningi i przygadał się moim starciom z Matt'em, który był doskonałym partnerem, choć ciężko było z nim wytrzymać. Dwa dni temu, gdy czułam jego wzrok na sobie, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tutaj siedzi. A potem coś w moim umyśle zaskoczyło: bo nie trenuje z nim albo z Percy'm, jak o zawsze robiłam. Nie schowałam dostatecznie szybko ramienia i ostrze miecza Matt'a pozostawiło czerwoną pręgę na mojej ręce. Odskoczyłam, choć w pierwszym kontakcie adrenalina blokowała ból, teraz roznosił się po całym ciele. Zamknęłam oczy, próbując powstrzymać chęć krzyku. Teraz mogłam słyszeć tylko i wyłącznie głosy.
— Co ty zrobiłeś? — warknął wściekły Leo, który zmaterializował się obok mojego boku. Czułam, jak kładzie swoje ciepłe ręce na mojej talii, przytrzymując w razie chęci upadku.
— To nie moja wina, tylko jej — usprawiedliwiał się słusznie Matt. — Rozproszyła się. Mogła uważać.
— Zabije cię — wycedził Leo.
— Oboje jesteś idiotami — dołączył się kobiecy głos, po którym rozpoznałam Juliet. Przytknęła coś do mojej twarzy, co cudownie pachniało i dodawało sił. Otworzyłam oczy i ujrzałam batonik ambrozji. Moje gardło automatycznie się zablokowało. — Masz Kenz. Zjedź to.
Pokręciłam głową. Nie, nigdy więcej. Zacisnęłam usta w cienką linie i odwróciłam głowę, jak siedmioletnie dziecko, które nie chce zjeść obiadu.
— Kenz? — zaniepokojony głos Juliet zaszumiał w mojej głowie. — Nie chcesz? Przecież musisz! To ci pomoże i zagoi ranę.
Z głębokiego rozcięcia, biegnącego od mojego ramiona w dół, aż do łokcia, lała się krew tak jak z odkręconego kranu woda. Zaczynało mi się kręcić w głowie od utraty tylu cennego i potrzebnego do życia płynu. Jednak nadal stanowczo zaciskałam usta i nie pozwalała wepchnąć sobie do gardła ani ambrozji, ani nektaru. Leo, nieco zdenerwowany i zatroskany, był na skraju wytrzymałości. Byłam oparta o jego klatkę piersiową i czułam, jak coraz szybciej podnosi się i opada. Mruczał słowa zachęty, przeplatając to hiszpańskimi słowami, ale ja byłam nieugięta. Na domiar złego, zaczynało mnie mdlić od uczucia krwi biegnącej w dół mojej ręki i skapującej z palców na ziemię. Leo westchnął i pokierował mnie łagodnie w stron trybun, rozkazując innym się nie zbliżać. Ledwo trzymałam się na nogach. W końcu, niczym po kilkugodzinnym marszu, pociągnął mnie na dół, aż usiadłam na ławce. Przymknęłam oczy i próbowałam się opanować, a chłopak obiecał, że zaraz wróci i pobiegł gdzieś. Kilka chwil później był już z powrotem z miską wody, białym puchatym ręcznikiem oraz wielkim bandażem i zawiniątkiem, z nicami i igłami. Jęknęłam cicho na myśl o szwach, ale to była bardziej optymistyczna wersja niż zjedzenie ambrozji.
— Nie ruszaj się — mruknął, namaczając biały ręcznik w wodzie i wyciskając go — opatrzę cię, dulce patán.
Przycisnął mokry materiał do rany, a ja syknęłam cicho. W moich oczach pojawiły się łzy bólu, jednak nie pozwoliłam im popłynąć. Leo cierpliwe zmywał krew z mojego ramienia z półuśmiechem na twarzy i łagodnie do mnie przemawiał. Wkrótce ręcznik zabarwił się na różowo od mojej krwi, tak samo jak woda. Na ramieniu czułam lekkie szczypanie i pieczenie. Powstrzymując odruch wymiotny powoli obróciłam głowę w jego stronę i otworzyłam powieki. Zamarłam na widok mojego ramienia, które w powolnym tępię się zrastało, ścięgno za ścięgnem, niczym w przyśpieszonym filmie dokumentalnym o anatomii człowieka.
— Co ty zrobiłeś? — mruknęłam słabo, z nutą zaszokowania w głosie. Leo podniósł głowę i napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się ciepło i kojąco.
— Dodałem nieco nektaru do wody, a potem przemyłem twoja ranę.
Chciałam wstać z ławki, ale byłam na tyle słaba, że gdy tylko się podniosłam, Leo złapał mnie za rękę i pociągnął w dół, a ja z jękiem opadłam z powrotem na miejsce. Jego ciepłe palce nie puściły mojego ramienia, tyle, że uścisk zelżał. Chłopak znów zatracił się w czynności opatrywania, a ja obserwowałam każdy jego ruch. Ściągnięte brwi, gdy z uwagą przypatrywał się ranie. Zaciśnięte usta, świadczące o tym, że skupiał całą uwagę na mnie, jakbym była maszyną, którą ma za zadanie naprawić. Byłam zahipnotyzowana.
Gdy została tylko różowa blizna, Leo posmarował ją maścią z antybiotykiem i nektarem, po czym owinął moje ramię bandażem. Igły pozostały na swoim miejscu, a ja odczułam ulgę z powodu tego, że nie musiał ich użyć. Na rękach Leona był moja krew, ale on chyba się tym nie przejmował. Spojrzał na mnie poważnie i grożąc palcem powiedział:
— Nigdy więcej tego nie rób. Nie strasz mnie tak więcej. Zabraniam ci.
Posłałam w jego stronę krzywy uśmiech.
— Będę robić co będzie mi się podobało. Nie musisz być moim cieniem i ratować mnie z każdej opresji. Nie jestem mdlejącą księżniczką i potrafię o siebie zadbać.
— Właśnie widziałem — mruknął, a po czym westchnął. — Czy mówiłem ci już kiedyś, że jesteś niezwykle uparta, mi margarita?
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jak postawisz na swoim, nawet trzęsienie ziemi i powódź cię nie ruszy.
— Wiem, co to znaczy uparta. Chodziło mi o mi margarita.
— Ah — mruknął Leo i posłał w moją stronę jeden z uśmiechów, zarezerwowanych tylko dla mnie. — To znaczy moja stokrotko, moja perło.
Wziął miskę z wodą i ręcznik, po czym się oddalił. Patrzyłam, jak odchodzi, zadowolony z siebie. Była wdzięczna, że mnie nie widzi, bo nie sposób było ukryć rumieńca, który wpłynął na moje policzki.
Ktoś potrząsał moim ramieniem, a ja podniosłam powieki, ciężkie niczym kilkukilogramowe ciężarki do ćwiczeń. Rozejrzałam się nieprzytomnie po prawie pustym salonie i napotkałam zatroskany wzrok Juliet.
— Zasnęłaś — stwierdziła inteligentnie.
— Bo jestem śmiertelnie zmęczona — odpowiedziałam, przeciągając się.
— Leonem czy Lisette? — spytała z nutką kpiny w głosie. Zignorowałam ją.
— Obojgiem — odparłam wymijająco, choć zgodnie z prawdą. — Dobranoc.



Do mojego czoła przykleiły się mokre kosmyki włosów. Uwielbiam to w treningach. To uczucie, kiedy twoje ciało udowadnia ci, że możesz więcej, niż myślisz. Kiedy zdaje ci się, że upadasz i masz dość, ono robi ci niespodziankę i pokazuje, jak w wielkim byłaś błędzie. Gdy dławisz się własnym przyśpieszonym oddechem, gdy kontrole nad twoim umysłem przejmuje instynkt. Choć zmęczenie jest ogromne, a wyniki przychodzą tak wolno, że zdaje ci się, że nigdy nie nadejdą, potrafiłam znaleźć w tym przyjemność. Ćwiczenia i treningi pozwoliły mi zrzucać stres, uciążliwe myśli stawały się wyblakłe i mało znaczące. Liczyło się tylko galopujące serce i urywany oddech oraz słony pot, który nie raz zalewał mi oczy.
Matt był dobry. Niezwykle dobry. Choć uczęszczałam przez pewien czas na zajęcia ze sztuk walki i nie byłam w nich najgorsza, zrezygnowałam z powodu zbyt dużej liczby obowiązków. Teraz pomyślałam, obracając kij jō w swoich dłoniach, że przydałoby mi się kilka lekcji, które by mi przypomniały co nieco. Choć Matt znał się na tym i lubiłam z nim walczyć, jego zarozumiałość działała mi na nerwy. Dlatego taką satysfakcją było pokonanie go. Udawał wtedy, że dawał mi fory, ale blask zemsty w jego oczach nie gasł, bo pokonała go dziewczyna, która dodatkowo nie miała prawdziwej broni w dłoniach od wielu lat.
Starałam się być jak najszybsza i zwinna, choć również mi się obrywało. Szczególnie bolał lewy bok, na który opadł kij chłopaka, bo niedostatecznie szybko przewidziałam jego ruch. Nie skrzywiłam się a bardzo, ale miałam pewność, że jutro w tym miejscu będę miała wielki siniak o prawie czarnym odcieniu. Nie pozostawałam w tyle i Matt wiele razy musiał rozcierać nadgarstki w czasie przerw, ale zawsze robił to tak, bym tego nie zauważyła.
— Przerwa! — zawołał głos zza moich pleców. Zauważyłam na twarzy swojego partnera niezadowolenie, które dość często wykrzywiało jego rysy. Odwróciłam się do Leona, który stał niedaleko mnie z założonymi rękami, a teraz podchodził do mnie powoli. Otarłam pot z czoła.
— Nie muszę ci mówić, że nie podoba mi to, co robisz — zaczął, a ja westchnęłam i podeszłam do ławki, na której leżała moja butelka z wodą i ręcznik. Położyłam obok kij jō i wytarłam twarz materiałem, po czym zawiesiłam go sobie na szyi jak szal.
— Tylko wyłącznie dlatego, że go nie lubisz — zauważyłam kąśliwie i upiłam łyk wody, który był dla mnie bardziej drogocenny niż nektar.
— Masz rację, nie lubię go — odpowiedział wesoło. Zmarszczyłam brwi. — Znalazłaś coś?
— Nieszczególnie — odpowiedziałam, wdzięczna za zmianę tematu. — Wszystkie artykuły są oparte na wywiadach z jej byłą opiekunką, która mogła wszystko podkolorować. Dziewczyna miała parcie na szkło. Głównie chodzi o to samo: Lisette rozmawia z wymyślonym przyjacielem, Lisette izoluje się od wszystkich, Lisette potrafi nie reagować, gdy się o nią coś pyta. Większość z tych artykułów to brednie, a internauci mają wybujałą wyobraźnie. Nie potrzeba mi takich pseo dowodów. — Przerwałam na chwilę, by upić kolejny łyk wody i zakręciłam butelkę. — Potrzebuję dokumentacji z psychiatryka, gdzie ją trzymali. Papierowej dokumentacji.
Leo przyglądał mi się czujnie. Rozmasowywałam sobie nadgarstki, nie dlatego, że mnie bolały. Powodem było to, że musiałam się czymś zająć, by nie stać jak słup soli.
— Więc co proponujesz, genio?
— Wypad do zakładu w stylu Nicole i Simona, tyle że zamiast fałszywej Venus, zdobędziemy potrzebne informacje*.
Minęła długa cisza, zanim Leo skojarzył, o co mi chodzi.
—Jesteś szalona, Kenz. Nie jestem wybitym złodziejem, a nawet jeśli, to zbyt ryzykowne. Mogą nas złapać.
Choć treningi prócz wzmacniania mięśni oraz wytrzymałości pozwalają ci lepiej kontrolować emocje i pozbyć się tych negatywnych, nie sposób czasami się nie zdenerwować. Właśnie w tej chwili nadszedł ten czas, kiedy moja psychika okazała się zbyt słaba, by puścić mimo uszu taką uwagę. Poniosłam tą rękawicę.
— I mówi to Król Taktu, który potrafił rozwalić ścianę, by wydostać dziewczynę, która w mniemaniu wszystkich była umysłowo chora, znaleźć się na okładkach czasopism na całym świecie i być ściganym listem gończym? I ty próbujesz mi wmówić, że nie dałbyś radę ukraść parę kartek?
Leo uśmiechnął się, co niezbyt mi się podobało. Może nie sam uśmiech, bo ten był cudowny, ale sposób, w jaki to zrobił. Zacisnęłam zęby.
— To o czym mówisz, to nie kradzież, tylko uprowadzenie. A jakbyś nie zdążyła się przekonać, jestem mistrzem w porywaniu.
— Zamknij się — odpowiedziałam, rzucając ręcznik na niską ławkę. Choć przedtem rozmawialiśmy przyciszonymi głosami, by nikt nas nie podsłuchał w gwarze rozmów, teraz stopniowo natężenie mojego głosu rosło.
— Daj spokój, Mackenzie. Nie możesz się obrażać za każdym razem, gdy odrzucam twoją propozycję.
— Tu nie o to chodzi — odwarknęłam, mierząc w niego oskarżycielsko palcem. — Ty się po prostu najzwyczajniej w świecie boisz. Jeśli mamy opierać się tylko na domysłach, do niczego nie dojdziemy. Potrafię o siebie zadbać, Leo. Tak bardzo się o mnie troszczysz, bym nie złamała sobie paznokcia, że gdym rzuciła ci wyznanie, odrzuciłbyś go. Z taką postawą w życiu byś mnie nie pokonał. I założę się, że to prawda.
Byłam bardzo złą dziewczynką. Specjalnie próbowałam go zmanipulować, by dostać to, czego chciałam. No ale, hej, może nie miałam racji? Leo w każdym stopniu powinien dać mi działać, bo stoję w miejscu. I nawet jeśli prowokacja miała być sposobem na załatwienie tej karty. Stanęłam z założonymi rękoma, zmrużyłam oczy i wpatrzyłam się w jego twarz, wyzywająco podnosząc podbródek. Leo uniósł brwi i przechylił głowę na prawy bok.
— Więc nigdy bym cię nie pokonał?
— Nigdy.
Leniwe podszedł w moją stronę, przypatrując się mi uważnie, jakby oceniał, czy mam jakieś słabe punkty. Nasze nosy prawie się i starałam się ukryć to, jak bardzo mi się to podobało. Przybrałam wyraz twarzy groźnego policjanta.
— Jesteś pewna?
— Absolutnie.
Wiedziałam, że coś nie tak jest w tym jego uśmiechu, ale zrozumiałam to dopiero, gdy jego ręce powędrowały do mojej tali. Nie byłam na to przygotowana. Spodziewałam się wykręcania reki, podstawienia nogi, pstryczka w nos i — choć byłam na siebie wściekła z tego powodu — tego, że mnie pocałuje. Ale nie tego, że zacznie mnie łaskotać w każde miejsce, które było dla mnie wrażliwe na gilgotki. Z mojego gardła wydobył się głośny śmiech, zaczęłam go uderzać płaska dłonią gdzie trafiłam i wrzeszczeć ile sił w płucach, wyzywając go od najgorszych, skręcając się z tortury. Korzystając ze sposobności, Leo zrzucił mnie z nóg. Upadłam na plecy a on usiadł na mnie okrakiem, nadal kontynuując moja słodką udrękę.
— Złaz ze mnie, idioto! — wrzasnęłam w chwili desperacji, gdy mój brzuch zaczął trawić ogień.
— Wygrałem? — spytał, przerywając na chwile łaskotanie, ale dłoni z mojej tali nie zabrał. Wypuściłam powoli powietrze, próbując się opanować.
— Skąd taki wniosek?
— Powaliłem cie z nóg, felicidad. Gdybym nie robił tego za każdym razem, gdy mnie widzisz, poczułbym satysfakcje.
— O czym ty gadasz, Płomyczku?
— Znam twoje słabości lepiej, niż ty sama.
Przestałam się na chwilę wyrywać i mu się przyjrzałam. Coś było w sposobie, jakim mrużył oczy przed słońcem, a same jego promienie bawiły się miękkimi refleksami w jego włosach. Przełknęłam ślinę, uświadomiwszy sobie, że w ustach mam całkowicie sucho. Tam, gdzie przed chwilą trawił mnie ogień spowodowany nadmiernym śmiechem, pojawiło się łaskotanie i byłam świadoma, dlaczego. Mój mózg również zarejestrował to, że na arenie zrobiło się dużo ciszej i ktoś nerwowo chichotał. Chłodne opanowanie wróciło, a mi przeszła ochota na przekomarzanie się z chłopakiem. Poczułam wstyd, że dałam mu się znowu sprowokować, zachowując się jak naiwna nastolatka.
— Czy możesz ze mnie łaskawie zejść?— spytałam, zupełnie już poważna. — Ludzie się na nas gapią.
Choć byłam pewna, że Leonowi to nie przeszkadza, spełnił niechętnie moją prośbę. Zaoferował mi nawet pomocną dłoń, ale ją zignorowałam i sama wstałam. Bok, w który uderzył mnie kilkanaście minut temu Matt, pulsował nieprzyjemnym bólem.
— Przynajmniej się zastanów nad tym, dobra? — poprosiłam, wracając do tematu.
— Nie — odpowiedział bez wahania Leo. Miałam ochotę go trzepnąć, i to solidnie. Ale zauważyłam, jak nowa postać pojawiła się na arenie i przykuła moją całą uwagę. Leo jeszcze coś tam paplał mi nad uchem, ale ja go nie słuchałam. Po chwili na moje usta wpłynął szczery uśmiech i zanim się powstrzymałam, krzyknęłam:
— Percy!
Leo również spojrzał w jego stronę, ale mnie już przy nim nie było. W mgnieniu oka znalazłam się przy moim dawnym nauczycielu i wpadłam mu w ramiona. Jackson obrócił się ze mną parę razy wokół swojej osi, a ja przez ten czas nie czułam gruntu pod nogami. Z mojego gardła wydobył się śmiech. Percy postawił mnie na ziemi, położył dłonie na moich ramionach i zrobił mały krok w tył, po czym przesunął po mnie wzrokiem, cały rozpromieniony.
— Jak ty wyrosłaś, mała. Mogłabyś być aniołkiem Victoria's Secret.
Roześmiałam się.
— Ostatnim facetem, który mi to powiedział, był mój tata. I to trzy lata temu.
— No cóż, chętnie bym cię zobaczył w bieliźnie — zażartował chłopak, a ja w zamian uderzyłam go w ramię, nie tak łagodnie, jak oczekiwał.
— A ty nic się nie zmieniłeś.
— Nieprawda — odmruknął, nieco nadąsany, rozmasowując sobie ramię. — Wyprzystojniałem, jeśli jest to możliwe.
Leo pojawił się przy moim boku i przywitał się ze swoim przyjacielem. Odwróciłam się i pomachałam Matt'a, dając mu tym samym do zrozumienia, że skończyłam trening na dzisiaj. On teatralnie westchnął i narysował w powietrzu serduszko, a ja pokręciłam z uśmiechem głową, zdumiona, że potrafi być taki bezczelny. Odwróciłam się z powrotem do chłopców. Leo zaśmiał się głośno z jakiś uwagi Jackson'a, a mnie w tej samej sekundzie uderzyła bolesna prawda, przygaszając nieco mój uśmiech.
Mała.
Percy mnie tak nazwał. Od pewnego czasu coś mi nie pasowało w Valdezie i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, co.
Odkąd wróciłam do Obozu Herosów, Leo nie nazwał mnie ani razu "mała".

□ 

* Mackenzie przytoczyła tutaj film "Jak ukraść milion dolarów" w reżyserii William'a Wylera. W głównych rolach Audrey Hepburn (Nicole Bonnet) i Peter O'Toole (Simon Dermott).





WESOŁYCH ŚWIĄT


Z okazji Świąt chce życzyć najlepszym czytelnikom pod słońcem zdrowia, miłości, spełnienia najskrytszych marzeń, które chowają się w głębi serduszka, wspaniałych chwil i radosnego świętowania, byście się wreszcie wyspali i odpoczęli, oraz naładowali baterię pełną pozytywnych myśli i emocji.

Żałuję, że nie zdążyłam napisać świątecznego specjału. Natalia mnie zainspirowała do pierwszych świąt Lisette... Miała być bitwa na śnieżki, Mackenzie uciapana mąką, cynamonem i przyprawą do pierników i dająca łyżką po łapach Leonowi, który podkrada słodycze, ubieranie choinki, ciepłe kakałko i dużo miłości. Ale nie wyszło... Może kiedyś to napiszę, bo zaczęłam i mam napisane parę akapitów. Może w zamian pojawi się specjał walentynkowy. Poczekamy, zobaczymy. 

Ta konwersacja pomiędzy Emmą a Juliet to autentyk. Ja często przekręcam słowa i używam nieoprawnych form, a Dominika zawsze mnie poprawia. A wtedy ja jej odpowiadam: "Nie mów mi, jak mam żyć!".

Tłumaczycie sobie, jak Leo nazywa Kenzie po hiszpańsku? Czy ja mam dodawać mały słowniczek, byście się nie męczyli? Whatever, ja również mam łaskotki wszędzie i ostatnio Natalia zaczęła to wykorzystywać. Chociaż ona może...

Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis