sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział XXVI - Odpowiedzialność



Opierałam nogi na desce rozdzielczej, co było okropnie brzydkim zwyczajem, krzywdzącym moje auto. Kochałam swojego Mercedesa, a ten raczej gest nie wyrażał pieszczotliwości., ale teraz jakoś się tym nie przejmowałam. Tak więc Siedziałam sama z opartymi nogami na desce rozdzielczej, słuchając starych przebojów po francusku i gryząc lizaka o smaku coli, wydobytego z tajemnego schowka na "czarne dni", który założył Daniel. Sharmilia skomentowała to tak, że czarne dni nastaną dla naszego przyjaciela, gdy próchnica wyżre wszystkie jego białe perełki.
Potrzebowałam ciszy i kogoś, by się wygadać. Mogła to być Juliet — z całą pewnością by mnie wysłuchała, ale co do trzeźwego oceny sytuacji i bez krytycznego podejścia do sprawy miałam wątpliwości. A chodziło o Leona, więc byłam prawie pewna, jaki werdykt by wydała. Nie miałam pojęcia, czemu go tak nie lubiła, ale oziębiona relacja tych dwoje nie była żadną tajemnicą dla nikogo.
Cały Obóz Herosów z napięciem obserwował rozwój trójkąciku Lisette — Leo — Mackenzie. Tylko starsi obozowicze zdawali sobie sprawę, kim jestem i co mnie w przyszłości łączyło z chłopakiem. Nikt jednak nie garnął się opowiadać starych bajek z czasów, gdy byliśmy głupi i młodzi oraz jak dzięki nam zginęło tyle ludzi. Ten rozdział był chyba najczarniejszym w całej historii. Herosi walczyli z Gają, Kronosem i tak, ludzie ginęli. Ale po raz pierwszy nie ratowali oni świata. To była wojna bezsensowna, zupełnie niepotrzebna i obwiniałam się o nią każdego ranka, gdy otwierałam oczy. Analizowałam każde słowo, co by było gdybym przyjęła propozycję Demoforta i jednak odeszła. Jakiś rok temu mi się to znudziło i budziłam się tylko z okropną pustką, w której miało być serce.
Widziałam, że Lisette mnie nie lubi. W mojej obecności stawała się cicha, moje pytania zbywała krótkimi odpowiedziami i choć starałam się jak mogłam, nie potrafiłam jej polubić. Osłuchałam się tyle od Emmy, Franka czy Leona o tym, jaka ona jest wspaniała i cudowna i oh ah, a ja dostrzegłam zamkniętą w sobie dziewczynę, stwarzającą pozory radosnej. Może taka była tylko w stosunku do mnie i ta wymuszona uprzejmość zarezerwowana była tylko dla mojej osoby. A możne to była cholerna zazdrość, a ja nie potrafię się połapać w emocjach. Nigdy nie byłam z tego dobra.
Obracałam w palcach w zamyśleniu mój telefon, a gdy tylko skończyłam lizaka, włączyłam go. Z drżącym sercem wyczułam, że zaczął wibrować, gdy się włączył. Komórka była czymś, czego nigdy nie zostawiałam na blacie w kuchni, gadżetem niezbędnym i niezastąpionym. Odcięta nagle od moich rannych sesji z Instagramem i Twitterem, czułam się bardzo... dziwnie. Tak jak to było cztery lata temu, tak i teraz.
Odblokowałam telefon i uśmiechnęłam się do tapety, którą było zdjęcie zrobione w Halloween. Sharmilia nienawidziła tego zdjęcia, ja go wprost uwielbiałam. Z bijącym sercem wystukałam numer, który zdałam na pamieć i przytknęłam słuchawkę do ucha. Rozległ się pierwszy sygnał, a ja pomodliłam się w duchu, aby naciśnięto zieloną słuchawkę. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak nie było. Przecież teraz pracował, ale gorąco wierzyłam, że mnie nie zignoruje.
— Tato, mam dziewczyński problem — powiedziałam do słuchawki głosem drżącym z emocji. Nie wiem czemu nie zaczęłam rozmowy od zwykłego "halo", ale wydało mi się, że jak wyrzucę to z siebie od razu, to nie będę musiała się wycofać. Mój rodziciel westchnął, jakby nosił na ramionach cały świat, ale ja i tak wyczułam w tym geście cień uśmiechu.
— Jak zwykle. A ja miałem nadzieje, że dzwonisz, by powiedzieć, że mnie kochasz.
— Kocham cię — zapewniłam żarliwie, nie mogąc pohamować uśmiechu. — Ale chodzi o to... że nie wiem, jak mam się zachowywać. Sprawa stała się drażliwa, ja nie mogę znieść napięcia i ta dziewczyna po prostu działa mi na nerwy samym tym, że oddycha, a ja się boję, że jestem zazdrosna, choć wcale nie...
— Hej — przerwał potok słów, który wypluwałam z siebie, nie biorąc oddechu. — Powoli. Ta dziewczyna, której miałaś pomóc, cię tak denerwuje?
— Tak — odpowiedziałam. — Ma na imię Lisette. I ona... Sama nie wiem, jak mam ci to wszystko wytłumaczyć. To wszystko jest takie mylące. Sama się w tym plątam. Daj mi zebrać myśli — odpowiedziałam. Wcześniejszy monolog, który układałam i zamierzałam wygłosić, wyleciał mi z głowy. — Okej. To blondynka o kręconych włosach i najbardziej dziwnych oczach, jakie widziałam: nie są niebieskie, nie są zielone. I jest obrzydliwie piękna, ale tak naturalnie piękna, bez żadnego makijażu. Prostolinijna i taka czysta, jeśli wiesz co mam na myśli. Wszyscy ją kochają, jest w centrum uwagi, choć tego nie pragnie. I nigdzie się nie rusza bez Leona, który pełni rolę jej ochroniarza i niani. Ogólnie jest taka radosna, ale kiedy ja zjawiam się w pobliżu, to nieco przygasa i jest w stosunku mnie oziębła. Zwraca się do mnie z rezerwą, a ja jej odpowiadam tym samym, bo inaczej nie potrafię, znasz mnie. Oddaję komuś to, co sam mi serwuję. Starałam się być miła, naprawdę. Ale nie potrafię przezwyciężyć tej niechęci. A ona... Ona mnie nienawidzi.
Zakończyłam tymi trzema słowami, co były niczym kotwica, ściągającą mnie na dno morza. Zacisnęłam powieki i czekałam na odpowiedź taty, która nie nadchodziła. Cisza w słuchawce była ogłuszająca, aż zaczęłam się niepokoić, że coś się stało. W końcu usłyszałam westchnienie.
— Powiedziałaś o tym Leonowi?
Zamrugałam, całkowicie zdezorientowana.
— Nie. Jeszcze nie upadłam na głowę dosyć mocno, choć ostatnio oberwało mi się kilkoma mieczami. Co ja mu niby powiem? Hej, słuchaj, zdaje mi się, że ona mnie nie lubi, zrób coś z tym. On taki nie jest, broni ją jakby... jakby...
— Była tobą — stwierdził mój rodziciel. Nie odpowiedziałam. — To cię boli, córuś? Że znalazł sobie inną najlepszą przyjaciółkę, taką, którą ty byłaś trzy lata temu?
— Może. Ale to by mi nie przeszkadzało, gdybym była ślepa. Może by nawet podziałało jak kubeł zimnej wody i przestałabym marzyć, że kiedyś... — zachłysnęłam się powietrzem. Uspokoiłam się i kontynuowałam. — Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie był taki... Gdyby nie był sobą. Nasłał na mnie swojego młodszego brata, żeby mnie pilnował oraz sprawdzał z kim rozmawiam i co robię. — Mój rozmówca zachichotał w słuchawkę, co mnie tylko zirytowało. — Tato, nie nie jest zabawne! Czuję na sobie jego wzrok, gdy trenuję. Widzę to coś w jego spojrzeniu i nagle wszystko wypada mi z rąk. A jak słucham swojego rodzeństwa, które zastanawia się nad datą ślubu dla Leona i Lisette, to czuję taką pustkę. Przychodzi od niej i potrafi jednym dotknięciem sprawić, że miękną mi kolana, choć wiem, że to głupie i się do tego nie przyznaje. Potrafił mnie na oczach całego Obozu Herosów pocałować w rękę i wyprowadzić na środek, by wszyscy się gapili, jak tańczymy. A samo to — westchnęłam, drżąc na wspomnienie tamtego wieczora— było cudowne.
Cisza. Znów ogłuszająca cisza.
— I co? Nie zmasakrowałaś mu stóp?
— Tato! — upomniałam go groźnie, choć wiedziałam, że żartuje. Byłam jednak zagubiona i zdesperowana, a powiedzenie wszystkiego na głos wcale nie przedstawiało niczego w jasnym świetle. — Ja mam dość. Mam dość jego i Lisette. Obydwoje działają mi na nerwy i powodują bałagan w głowie. Jesteś facetem, więc pomyśl i mi to wytłumacz, bo ja nie potrafię.
— Czy ty aby przypadkiem nie masz już dwadzieścia jeden lat? — spytał tata, a ja jęknęłam do słuchawki. Powoływanie się na argument jesteś dużą dziewczynką dawno przestał działać, ale on co chwilę do niego powracał. — Skoro jest ci tam tak źle, to wróć do domu.
— Nie mogę — jęknęłam, słysząc jednocześnie ciche pikniecie. Ktoś próbował się do mnie dodzwonić. — Mamy z Leonem wspólny problem.
Cisza w słuchawce, którą mój rodziciel ostatnio ubóstwiał, znów zagrała główne skrzypce. Czekałam w napięciu, gotując się na skłamanie, jaki to problem. Nienawidziłam go okłamywać, ale obiecałam Leonowi, że nie puszczę pary z ust. On mnie jednak zaskoczył:
— Chyba nie jesteś w ciąży?
— Tato! — Znów podniosłam głos, ale koniec końców się roześmiałam. Po chwili spoważniałam, zagryzając dolną wargę i gotując się na powiedzenie tego, co mnie od kilku dni niepokoiło. — Tato... On mnie nie nazywał ani razu "mała" odkąd wróciłam.
— Przecież nienawidziłaś tego przezwiska.
— Nie w jego ustach. To było takie nasze małe zaklęcie, tajemnica nas dwojga. A teraz...
Znów cisza. Ta rozmowa zaczynała mnie męczyć, ale czułam, że zbliża się ku końcowi. Tata właśnie przygotowywał werdykt i brakowało tylko podtrzymujących napięcie werbli w tle.
— Ja cię nie rozumiem, Kenz — zaczął ojciec. Miałam mu powiedzieć, że w sumie to ja też, ale przemilczałam to. — Oczekujesz kwiatów i czekoladek za to, ze wróciłaś? Oczekujesz, że nie będzie się na ciebie patrzył i nie przypominał sobie waszych wszystkich momentów, gdy byliście razem, beztroscy i szczęśliwi? Oczekujesz, że nie będzie cię postrzegał jako kobiety, dla której ryzykował życie, którą całował i pragnął? Wróciłaś po trzech latach po tym, jak mu w żywe oczy powiedziałaś, że po horrorze, który przeżył, nic z tego i nie będziecie razem. A teraz, gdy cię posłuchał i zaczął się przyjaźnić z kimś innym, może nawet coś więcej, jesteś na niego wściekła? To ty go zostawiłaś, Kenz. To ty mu złamałaś serce.
— Nie. To nie tak. Ja tylko chce... — urwałam, nie widząc, co powiedzieć. Zszokowała mnie prawdziwość i szczerość jego słów, bo nigdy nie stawiał sprawy w taki sposób. Wiedziałam, że uważał, że to była zła decyzja, ale nigdy tego głośno nie powiedział.
— Ty go wciąż kochasz — podsumował tata.
— Cholera. Cholera, cholera, cholera, cholera!
Uderzyłam dłonią w kierownicę, znów wyżywając się na aucie. Nie, ta rozmowa nie miała tak wyglądać. Wszystko poszło źle, zaskakująco źle, bo każde słowo mojego ojca było prawdziwe. Chciałam, żeby kłamał.
— To co ja mam zrobić? — spytałam płaczliwie. — Ja nie nienawidzę Lisette ze względu na to, że jest blisko Leona. Nienawidzę siebie, że na to pozwoliłam, no ale się stało i nie ma co płakać nad tą rozlaną kawą. Ale co ja mam teraz do cholery zrobić, tato? Bo jeśli on lubi ją w taki sam sposób, jaki lubił mnie, a jego spojrzenie to tylko echo dawnych dni, to co ja mam zrobić?
— Obiecałaś pomóc. Więc musisz zostać. Bądź dla niego oparciem, którego nie miał, gdy cały obóz nienawidził go za śmierć tysiąca, a ty siedziałaś zamknięta na cały świat w swoim pokoju. — Kiwnęłam głową, choć on tego nie widział. — Musze wracać do pracy, Kenz. I... przepraszam. Wiem, że nie tego oczekiwałaś, ale musiałem ci to uświadomić. Dawno należało to zrobić.
—Ja o tym od dawna wiedziałam, tato — odezwałam się cicho.
— Kocham cię, wiesz o tym?
— Tak, ja ciebie też. Pozdrów Grace.
Rozłączył się, ale ja nie miałam czasu na zebranie myśli. Mój telefon się rozśpiewał, a ja spojrzałam na ekran. Dzwoniła Sharmila. Chciałam wyłączyć telefon i zjeść kolejnego lizaka, płacząc nad sobą i walczyć nieudolnie z powracającą apatią, ale poczułam, że to nie było by fair w stosunku do niej. Wytłumaczyłam jej pobieżnie, że jadę na jakiś obóz, pomagać i robić nie wiadomo co. Zasługiwała, by z nią porozmawiać. Kliknęłam zielona słuchawkę.
— Halo? — spytałam z rezerwą.
— Mac! — wrzasnęła do słuchawki Sharmilia. Skrzywiłam się, tak jak zawsze. Nigdy nie potrafiła być cicho i była rozentuzjazmowana jak wiewiórka z "Prawdziwej Historii Czerwonego Kapturka". — W San Luis napadli na bank. Tylko mi nie mów, że to ty razem z NIM.
— Mila?— spytałam, mocno zaniepokojona. — Czy znów wymieszałaś szkocką z sokiem porzeczkowym?
— Ty mnie tu nie czaruj troskliwością! — wrzasnęła. — Bo jeśli to byłaś ty i nie podzieliłaś się ze mną kilkoma patykami, będziesz martwa.
Przymknęłam oczy i pohamowałam uśmiech, cisnący się na moje wargi. Ta dziewczyna była jak zastrzyk adrenaliny. Wyciągała mnie z największego bagna życiowego, które na własne życzenie się wpakowywałam.
— Mila, nie napadłam na bank. Ani sama, ani z Leonem.
— Szkoda — westchnęła .— Fajnie by było być przyjaciółką kryminalistyki. No a teraz... Mów o co chodzi z tą cholerną, seksistowską świnią, którą ty nazywasz Leonem.
Odetchnęłam spazmatycznie. Wszechświat wracał do normy.



Po dwóch dniach tłumaczenia Valdezowi, że byłam tylko porozmawiać z tatą i przyjaciółką, wiec dlatego nie było mnie kilka godzin, bo chciałam odjechać od obozu, by go nie narażać, w końcu dał się przekonać. Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, słyszałam w głowie dwójkę ludzi. Pierwszym był tata, który pytał prostolinijnie: "Czemu po prostu mu nie powiesz?", a drugim Sharmila: "Myślisz, że za zabójstwo dwóch osób wsadzą cię do więzienia, mimo niezłego tyłka i ładnej buzi?".
Stałam oparta o blat kuchenny i wpatrywałam się w okno. Słońce już dawno wisiało na nieboskłonie, a ja zrezygnowałam dzisiaj z treningu. Miałam ochotę na film z Audrey Hepburn, gdzie w międzyczasie przegryzałabym lody orzechowe i wcinała ciasteczka zbożowe. To był nasz sposób, mój, Dana i Sharmili na przetrwanie jesiennej depresji związanej z powrotem na uczelnie. Mimo tych pragnień byłam świadoma tego, że głównie dzień spędzę za biurkiem, przeglądając stare wydania gazet sprzed kilkunastu lat i picia jak największej ilości kawy z cynamonem.
Myślałam też o wczorajszej rozmowie z przyjaciółką, druga z serii "Mila radzi Show".
Nie potrzebowała dużo szczegółów, by zebrać moja żałosną historię do kupy. Wiedziała, że zostawiłam chłopaka, choć oboje byliśmy w sobie zakochani i odeszłam. A teraz on do mnie napisał i prosił o wsparcie, a ja się zgodziłam. Prosił o pomoc z inną dziewczyną, ale chodziło o to, co przeszła. Ładnie ubrałam wszystko w słowa, by wyglądało to na iście nudną historyjkę o Sieroce Mackenzie.
— Jesteś pewna, że nie chcesz, bym przyjechała? — pytała raz za razem. —Dorwę go, jak okaże się śliczny, to nie będę biła w twarz i po kłopocie. A co do tej Lisy, to znasz ten trik z proszkiem do pieczenia?
Wiedziałam, że żartuje i rozładowuje tym samym mój stres. Ale gdzieś pomiędzy wierszami zawarła mnóstwo wskazówek, cennych niczym diamenty.
Do kuchni wpadł Leo, uśmiechając się na mój widok. Była dziewiąta, słońce grzało przyjemnie, a ja piłam wrzącą kawę. Odwzajemniłam uśmiech, ciągle mając w głowie kłótnie pomiędzy radami taty a mojej hinduskiej przewodniczki duchowej.
— Dzień dobry — przywitał się chłopaki.
— Dzień dobry — odpowiedziałam. Leo zaczął się krzątać, przygotowując sobie kawę. —Piper prosiła, byś oddal jej książki, które pożyczyłeś.
— Książki? —powtórzył, ściągając brwi. —A, książki. Dobra. Dzięki.
Kiwnęłam głową. Leo sięgnął nad moim ramieniem i wyciągnął czerwony kubek, prawdopodobnie nieświadomie kładąc jedną rękę na moim biodrze dla zachowania równowagi. Dla niego był to naturalny gest, a ja całą się spięłam. Mógł nadzwyczajnej w świecie poprosić, bym się przesunęła. On dopiero, gdy się odsuną, to zauważył.
— Coś nie tak? —spytał lekko zaniepokojony. Pokręciłam głową, a on westchnął, jak by znudzony tłumaczeniem czegoś przedszkolakowi po raz dziesiąty. —A co z "bądźmy dla siebie szczerzy"? Łamiesz reguły gry, Kenz. Przecież widzę, że jesteś od jakiego czasu jakaś dziwna.
Podeszłam od blatu i podeszłam do oka. Wychodziło ono na ogród i starą, drewnianą altanę. Czułam na plecach wzrok Leona, próbującego prześwietlić moje myśli. Nie udało mu się, więc usiadł przy stoliku i zaczął pić przygotowany przez siebie napar. Moje myśli były jednym wielkim tornadem, żywiołem do niezatrzymania. Ile czasu zajmie mi wyznanie prawdy? Tego dnia, gdy po raz pierwszy byłam w gabinecie, wahał się tylko chwilę. Ja to robiłam od kilku dni i nadal nie potrafiłam wypowiedzieć kilku słów. Moja przyjaciółka często wtedy mawiała: " Cóż z tego, że słoń silny, jeśli sam przynosi łańcuch, którym go wiążą." Czasami nienawidziłam w niej tej nutki filozofii, a innym razem za nią dziękowałam.
— Ona mnie nienawidzi — powiedziałam o chwili cicho, obejmując mocniej dłońmi gorący kubek z parującą kawą. — Akceptuje tylko ciebie.
Już, powiedziałam to. Nawet na niego nie spojrzałam, ale czułam, jak jego czujne oczy studiują moją twarz, a raczej profil. Przytknęłam krawędź kubka do brody i tak wdychałam aromatyczną woń mojego ulubionego napoju, który koił moje nerwy. Minęło tak dużo czasu od wypowiedzenia moich myśli na głos, że zaczęłam sądzić, że chłopak nawet ich nie usłyszał.
— Nie przesadzasz, Kenz? Wy się nawet prawie nie widujecie — mruknął Leo, bagatelizując mój problem. Westchnęłam w duchu.
— Czytałeś Małego Księcia? — spytałam, dzielnie odwracając się do okna. Chłopak uniósł wzrok, który spotkał się z moim i uśmiechnął się szeroko. — No tak, kogo ja pytam. Był tam Lis i chłopiec musiał go oswoić.
— Oswoić? — powtórzył głupio Leo, zapewne zdezorientowany pozorną zmianą tematu.
— Czyli stworzyć więzły — wyjaśniłam cierpliwie — które ja nadwyrężyłam. Książę oswoił Lisa i w ten sposób sprawili, że potrzebowali siebie nawzajem. Wszystko, co jest związane z tobą, przypomina jej to. Gdy widzi ogień, nie boi się, tylko kojarzy go z tobą. — Umilkłam, zauważając, że własne słowa po części odnoszą się do mnie. Po chwili wahania kontynuowałam. — Każdego dnia przybliżacie się do siebie bardziej. Na początku tylko siedziałeś i obserwowałeś ją. Jak to ujął Antoine de Saint-Exupery: "Mowa jest źródłem nieporozumień". I z każdym dniem robiłeś kolejny krok, by jej nie wystraszyć. Na początku byłeś dla niej zwykłym chłopakiem, irytującym i denerwującym... — Tutaj Leo chrząknął, ale ja mówiłam dalej — ... podobnym do wszystkich innych. A teraz dla niej jesteś kimś ważnym. I ona dla ciebie też. Gdy inny widzieli w niej psychopatkę, ty potrafiłeś spostrzec coś więcej. Bo "dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Ja nie wpasowuję się w ten schemat. Nie potrafię jej polubić, choćbym się bardzo starała, a uwierz mi, próbowałam.
— Chcesz odejść? — spytał poważnie, a z jego twarzy zniknęła nuta wesołości. Pokręciłam głową, gestem odpowiadając na pytanie. Upiłam łyk kawy i kontynuowałam wypowiedź, a słowa same pojawiały się w moim umyśle.
— Źle się czułam, ukrywając to przed tobą. Ja po prostu zakłócam rzeczywistość Lisette, którą ty stworzyłeś... Nie ma tam miejsca dla mnie. To jest twoja działka. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę — zacytowałam, kończąc pouczenie. Podeszłam do zlewu i włożyłam do niego kubek, który po chwili lśnił czystością. Odwróciłam się, wpadając na Leona, który stał za mną. Przytrzymał mnie za nadgarstki, nie pozwalając na upadek.
— Jesteś w stu procentach pewna, że to ona jest moją oswojoną różą?
Nienawidzę go. Tak bardzo go w takich momentach nienawidzę. Kiwnęłam głową, odwracając wzrok. Miałam się w tego wyleczyć. Miałam przynajmniej spróbować opanować bicie serca, gdy był w pobliżu.
— Znasz na pamięć cytaty? — spytał z nutką rozbawienie. Spojrzałam na niego twardo.
— To jedna z moich ulubionych książek, choć ostatnio zaczęła mi się przejadać.
— Jeszcze mi powiedź, że ten Lis gadał — zadrwił. Nie odpowiedziałam, bo nie przychodziła mi na myśl cięta riposta. Leo uśmiechnął się zawadiacko i zaczął: — A jesteś w stu procentach pewna, że to, co dosypałaś do kawy, było cukrem?
— Ja nie słodzę — odpowiedziałam sucho. Jego bliskość była dla mnie zbyt uciążliwa.
— Nie możesz jeszcze raz spróbować, Kenzie? — spytał błagalnie, jak dziecko, które prosi mamę, by kupiła mu zabawkę. — Dla mnie?
Po chwili kiwnęłam głową, znów sobie wyrzucając, że dałam za wygraną. Wyswobodziłam rękę z spod dotyku i uciekłam szybko do gabinetu, zamykając cicho drzwi.


□ 


SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU


Rok temu z niecierpliwieniem czekałam, aż podzielić się z Wami drugą częścią Alfabetu... A teraz mija kolejny raz, a Wy wciąż tutaj jesteście, wciąż Leo i Mackenzie, a teraz jeszcze Lisette, żyją w Waszych sercach. I chce z całego sera podziękować Wam za to, że jesteście.

Jesteśmy już tak mniej więcej w połowie. Następny rozdział będzie epicki choć mam mieszane uczucia co do niego. Chciałam go nawet wyrzucić, ale ciągnie za sobą całą akcję, więc machnęłam ręką. I będzie perspektywa Liz, bo wiem, że niektórzy się za nią stęsknili.

Wszystkiego najlepszego w Nowy Roku! Ja tkwię w pracy i obsługuję Sylwestra i modlę się o tą 7 rano, gdzie walnę się do łóżka i prześpię pierwszy dzień Nowego Roku. Taki szalony Sylwester.

To, co osiągnęłam w tym roku, jest niesamowite. Napisałam sztukę z najlepszą przyjaciółką, którą wysłałam na konkurs, a samą nią wystawia szkolny teatr, gdzie my gramy główne role. Jestem w trakcie zbierania materiałów do książki, którą pokochacie, uwierzcie. Ja i Domka odwalimy kawał dobrej roboty. Moje ciało przeszło niesamowitą zmianę, tak samo jak moje myśli i styl pisania. Nie wyobrażam sobie, że miałabym przestać to robić. Dziękuję Wam i za Was, bo to Wy jesteście motywacją.

Spełnienia postanowień, dużo szczęścia i zdrowia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis