sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział XXIV - Poznaj moją eks



Bawiłem się bezmyślnie sprężynką, podczas gdy Lisette obmyślała swój ruch. Siedzieliśmy na werandzie Wielkiego Domu, pijąc herbatę i zajadając się mieszanką orzechów i nasion, którą blondynka uwielbiała. Mogła żyć tylko na naleśnikach, wodzie i właśnie tym przysmaku, gdybym nie kazał jej odżywiać się prawidłowo, jak na herosa przystało. Wpatrywałem się w szachownice i na swoje nieliczne czarne pionki. Lisette grała białymi i teraz w skupieniu przyglądała się planszy, jakby to była prawdziwa walka na śmierć i życie, a nie zwykła partia warcabów. Ona myślała o swoim ruchu, a ja o chłopcu od Hermesa. Od kilku dni szeptano o tym, co go zabiło. Kilkoro herosów wybrało się nawet na poszukiwania bestii. Jednak Tim przemilczał sprawę i nie ogłaszał swojego werdyktu głośno. Powiedział o swoim podejrzeniach tylko mi, jakoby, że byłem najbardziej doświadczonym z całego Obozu Herosów. Wyjawił, że wątpi, by zadane obrażenia były wynikiem działania jakiegoś potwora, bo były to rany kłute. Z godnym podziwem spokojem zapewniłem go, że będę uważał i w miarę możliwości znajdę naszą wielką niewiadomą.
Kłamstwa. Kolejne kłamstwa. Miałem wrażenie, że nigdy się nie wyrwę z ich kręgu, szczególnie po przyjeździe Mackenzie.
Lisette ruszyła swoim białym pionkiem, a ja, nieco roztargniony, nie przewidziałem jej podstępu. Dziewczyna w krótkich ruchach nadgarstkiem zbiła moje wszystkie pionki, a z jej gardła wydobył się perlisty śmiech.
— Wygrałam! — zaszczebiotała, klaszcząc w dłonie. Jęknąłem. — A to oznacza, że musisz to zrobić!
— Nie odpuścisz mi? — spytałem z miną pieska, który dostał lanie za zgryzienie pantofla właściciela. Liz pokręciła głową, wprawiając swój w warkocz ruch. Byłem pod wrażeniem, bo z dnia na dzień splatanie włosów szło jej coraz lepiej, ale gdzieś tam w głębi serca ukrywałem lekki zawód, bo nie potrzebowała więcej mojej pomocy. — Nie zmusisz mnie do tego, Lisette Marie Evans.
— Obiecałeś! — fuknęła obrażona. — I nie przewracaj mi oczami!
— Ale wszystko, tylko nie słonecznik...
— To mogłeś się postarać i wygrać! — odpowiedziała prosto dziewczyna, po czym upiła łyk swojej zimnej herbaty. Podsunęła miseczkę w moją stronę, a ja ciężko westchnąłem. Jednocześnie rozległ się w mojej głowie głos Mackenzie, powodujący łaskotanie w moim brzuchu. Złamanie obietnicy to plama, której nie można wymazać. Miała wtedy na myśli oczywiście "większe" sprawy, ale dla Lisette ta właśnie taka była.
Mackenzie nie było w jej gabinecie, jak zacząłem myśleć o małym pokoiku, gdzie przesiadywała ze starym gramofonem, puszczając piosenki z lat 50. i szukając czegokolwiek, co mogłoby nam pomóc. Znałem rozkład dnia Atkinson, ale nie dla tego, że kontrolowałem jej życie w Obozie i nie mogła nawet kichnąć, bym ja o tym nie wiedział. Oczywiście, to był taki mały bonus, ale moim głównym priorytetem było to, by drogi dwóch dziewczyn przypadkowo się nie skrzyżowały. Miałem zamiar je poznać na dzisiejszym ognisku, na które Lisette zgodziła się pójść, gdy poinformowałem ją zgodnie z prawdą, że dzieciaki za nią okropnie tęsknią. Gdy Mackenzie była na treningu lub zajęciach ze swoim domkiem, ja wychodziłem z Liz na świeże powietrze. A gdy ta druga uczyła się w swoim pokoju, oglądała jakiś film lub spała, co ostatnio coraz częściej jej się zdarzało, Kenzie przychodziła do Wielkiego Domu, by prowadzić swoje małe śledztwo.
Nie rozmawialiśmy wiele o ataku, którego Lisette dostała kilka dni temu. Ten temat został zamknięty samoistnie i żadne z nas nie chciało poruszać tego tematu.
Zanim się spostrzegłem, już nastał wieczór i godzina ogniska zbliżała się nieubłaganie. Brunetka dawno wyszła, a Lisette przygotowywała się na górze. Ja sam nie miałem co ze sobą zrobić, więc wydeptywałem ścieżkę z salonu do kuchni i z powrotem. Starałem opanować duszący niepokój i zdenerwowanie, którego pochodzenia nie mogłem zidentyfikować. Czym ja się przejmowałem? Czy się polubią? Czy szminka Makcenzie będzie pasować do jej stroju? Czy Lisette nie będzie zbyt głośno się śmiała? Miałem ochotę wyć z frustracji, jednocześnie śmiejąc się z własnej głupoty. Wyszedłem z kuchni, wzdychając ciężko i powlokłem się do salonu, mając nadzieje położyć się i zasnąć, a obudzić się następnego ranka. Ale zastałem tam coś, czego nie spodziewałem.
Na podłokietniku fotela siedziała jedna z piękniejszych kobiet, jakie widziałem w życiu. Ubrana w obozową koszulkę i obcisłe jeansy z wysokim stanem, oglądała swoje perfekcyjne paznokcie, szukając nieistniejącej skazy. Jej włosy kręciły się w łagodne fale, a ona sama z nudów kołysała nogą, na której połyskiwał wysoki obcas. Przełknąłem ślinę, gdy kobieta podniosła wzrok i uśmiechnęła się, olśniewając mnie swoim uśmiechem.
— Leo! Okropnie się za tobą stęskniłam... Te kilka miesięcy, przez które się nie widzieliśmy, ciągnęły mi się w nieskończoność. Ale obiecałam, że nie będę się ci narzucać przez jakiś czas. Naprawdę nie mam pojęcia, jak Demeter to wyniuchała.
Odgarnęła swoje ciemne, lśniące włosy na plecy, a ja poczułem, że powinienem się jakoś przywitać. Ale byłem tak bardzo zaskoczony jej widokiem, że stać mnie było tylko na nędzne:
— Cześć, pani Afrodyto.
— Czy ja już ci mówiłam, że z dnia na dzień coraz bardziej przystojniejesz? A ja zaczynam mieć problemy z trzymaniem rąk przy sobie.
Poraziła mnie jej bezpośredniość, prawie tak samo, jakby przyłożyła mi prawym sierpowym. Nadal więc stałem jak debil, próbując poskładać myśli i tym samym przejrzeć boginie. Po co ona przyszła?
— Tak się cieszę, że Mackenzie wróciła!— zaszczebiotała Afrodyta. — Robiłeś się odrobinkę zbyt grzeczny. Może moja Helcia cię rozrusza, jeśli wiesz, co mam na myśli — mruknęła, mrugając do mnie. Wtedy się otrząsnąłem.
— Tak w sumie to nie za bardzo...
— Nie? — zdziwiła się bogini, nie dając mi dokończyć zdania. Przestała kołysać nogą i nachyliła się w moją stronę, kładąc łokcie na kolanach i mrużąc oczy. — Ty wciąż ją lubisz, prawda? I to lubisz w ten sposób szczególny. Bo to twoje BING.
— Moje BING? — spytałem, całkowicie oszołomiony.
— Nie zaprzeczyłeś!— ryknęła kobieta, wybuchając salwą śmiechu, po czym spoważniała. — A do Lisette też coś czujesz?
— Że... co?
— Ale zabawa! — rozświergotała się Afrodyta. —Wiedziałam, że Helka i ty będziecie moją najlepszą parą stulecia, ale jeśli doprawimy to jeszcze złotowłosą Liz, to będzie jakiś kosmos! I idziesz w ten sposób na podwójną randkę. Cudownie. Złoto i diamenty, razem z perfumami od Chanel.
Teraz to ja poczułem, jakbym był w innej galaktyce. Afrodyta uśmiechnęła się zniewalająco, widząc moje zmieszanie i zaniepokojenie. Zagryzła wargę w ten sposób, w który wyjątkowo mi się nie podobał.
— Mogę iść z tobą? Będziesz miał aż trzy dziewczyny do towarzystwa!
W osłupieniu się na nią gapiłem, co właściwie nie było żadną niespodzianką, bo odkąd zobaczyłem ją w salonie, nie ruszyłem się nawet o centymetr. Teraz zebrałem się w sobie i odpowiedziałem gładko i stanowczo:
— Myślę, że to nie jest dobry pomysł, pani.
— Dobra — westchnęła Afrodyta, jak naburmuszona nastolatka, wyjątkowo łatwo odpuszczając, co wydało mi się dziwne. — Masz już dwie. I zamierzasz je sobie poznać. Ale będzie zabawa!
— Co? — inteligentnie znów spytałem.
Afrodyta z gracją wstała z fotela i zbliżyła się do mnie, kołysząc biodrami. Po chwili znalazła się wystarczająco blisko, bym wyczuł woń fiołków i róż, którą delikatnie pachniała również Mackenzie. Bogini poklepała mnie po policzku.
— Dajesz, Płomyczku! Liczę na pełen emocji odcinek mojego ulubionego serialu!
I zniknęła, nucąc pod nosem "Wake me up, before you go-go". Podniosłem dłoń i pogładziłem policzek w tym miejscu, gdzie dotknęła mnie Afrodyta, wywołując niemiłe mroczki. Jej zapach jeszcze długo utrzymywał się w powietrzu, a ja zastanawiałem się przez długi czas nad jej słowami. Nie była pierwszą, która pytała mnie o uczucia do Lisette. Ta dziewczyna była dla mnie ważna. Chciałem jej pomóc i moim głównym precedensem było jej dobro. A teraz, kiedy Mackenzie wróciła i trąciła jakąś strunę w moim sercu... Kiedy z nią byłem, obserwowałam jak pracuje, gdzieś tam w głębi wciąż myślałem o Liz. I odwrotnie: kiedy moja Alicja była w pobliżu, moje myśli uciekały do ciepłych plamek w brązowych oczach.
Ktoś zbiegł po schodach, radośnie podskakując. Ja wciąż w amoku gładziłem swój policzek, kiedy Lisette stanęła obok mnie w swojej białej sukience, do której założyła nieskazitelnie czyste trampki. Włosy splotła w francuza, ale kilka pasm uroczo opadało jej na twarz.
— Możemy iść — powiedziała, przeciągając samogłoski. Jej uśmiech nieco zbladł. — Leo, wszystko w porządku?
Dopiero teraz na nią spojrzałem. W jej oczach błyszczały ogniki radości, które zgasły po incydencie w lesie i wczoraj wieczorem na powrót się zapaliły. Poczułem się bardziej zmęczony niż w ostatnich dniach. Nie miałem pojęcia, czy to powód wielkiej odpowiedzialności, z której niedawno zdałem sobie sprawę, czy pojawienie się Mackenzie, czy tysiąc innych rzeczy...
— Jak nigdy, Liz. Po prostu nadal mi nie dobrze po dzisiejszym słoneczniku.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Ujęła moje ramie i razem ruszyliśmy na ognisko. Gdy tylko się pojawiliśmy, dzieciaki podbiegły do blondynki z piskiem podekscytowania na ustach. Jeśli przedtem moja podopieczna była radosna, to teraz tym promieniowała. Założyła na głowę kolorowy wianek wykonany przez małych herosów i została zalana propozycjami tańca. Spojrzała na mnie. W jej oczach malowała się doza chęci do szaleństwa, ale też nieco powściągliwości. Uśmiechnąłem się zachęcająco, ścisnąłem jej rękę w geście pokrzepienia i blondynka ruszyła w tan.
Wmieszałem się w tłum młodzieży, śpiewającą i poruszającą się w rytm muzyki, jednocześnie mając na oku Lisette, która w najlepsze bawiła się z dzieciakami i kilkorgiem dwunastolatków od Irys. Piper szybko odszukała mnie w tym całym chaosie i nawet prowadziliśmy w miarę rozgarniętą konwersację, pomijając to, że musieliśmy krzyczeć sobie nawzajem do uszu, by jedno z nas usłyszało drugiego. Co chwilę się rozglądałem, ale dyscyplinowany rozbawionym wzrokiem Piper, przestawałem na minutę czy dwie.
Ciągle jej nie było. Szukałem smukłej sylwetki pośród morza pomarańczowych koszulek, jej ruchów pełnych gracji wśród podrygujących sztywno nastolatków. I za każdym razem się rozczarowywałem. Już byłem podenerwowany, czy ona musiała dolewać oliwy do ognia? Czy choć raz mogła się nie spóźnić?
W końcu ją dostrzegłem. Stała na samym końcu, nieprzytomnie się rozglądając po sylwetkach innych i od czasu do czasu kiwając na uwagę swojej siostry, której nieuważnie słuchała. Obejmowała się ramionami i nawet w tej postawie wyglądała pewnie. Gdy wykonywała ten gest cztery lata temu, była taka zagubiona i bezradna. Pamiętałem strach w jej oczach, którego każdego dnia maskowała. Ubrana w najzwyklejszą czarną koszulkę i ciemnozieloną spódnicę, wyglądała zarówno elegancko, jak i prosto, i tylko ona potrafiła stworzyć taki efekt. Jej włosy były rozpuszczone i światło, które rzucały płomienie ognia, bawiło się refleksami jej loków.
— Żyjesz? — spytała Piper, a jej głos brzmiał tak, jakby wołała do mnie z drugiego końca tunelu. Dźgnęła mnie nawet palcem w ramię, jednak niezbyt się tym przejąłem. Westchnęła. — Chcesz z nią zatańczyć?
— Tak — odpowiedziałem prosto. Czułem, że muszę ją wziąć w ramiona, teraz, przy wszystkich, bo inaczej oszaleję z tęsknoty.
— No to ją do niego zaproś, do cholery! — warknęła moja poirytowana przyjaciółka, bo jakaś czternastolatka nadepnęła jej na stopę.
— Nie.
— Leo, dosłownie rozbierasz ją wzrokiem. Zrób coś z tym, albo zaraz zaczniesz płonąć jaśniej niż ognisko.
— Co? — spytałem, ściągając brwi i przenosząc moją uwagę na MacLean, na której ustach błądził gorzki uśmiech. Jakby była moją opiekunką i niechętnie przyznawała mi pozwolenie na coś, co jej się niezbyt podobało, ale mi za to bardzo. Dziewczyna westchnęła, zapewne nad głupotą całego rodzaju męskiego.
— Twoje ręce. Dymisz trochę.
Spojrzałem na swoje ręce i z których, zgodnie ze słowami Piper, unosiła się szarawa strużka dymu. Zacisnąłem pięści i opanowałem się, oddychając głęboko. Nie byłem na tyle głupi, żeby do niej podejść. Wzrokiem odszukałem Lisette, która nadal bawiła się z dzieciakami. One zabrały jej wianek, a ona udawała, że nie może ich złapać, by odebrać swój prezent. Po chwili zauważyłem również Matta, który stał w grupce swoich znajomych, popijając coś z czerwonych, papierowych kubków. Całe towarzystwo było nadzwyczaj radosne i roześmiane, a powodem zapewne było to, że w kubkach musiało być coś mocniejszego niż zwyczajny sok jabłkowy. Matt utkwił wzrok w Mackenzie, która nadal słuchała przynudzania Juliet i kołysała się na piętach. Po chwili Lynch zebrał kolekcję pokrzepiających i zagrzewających do walki klepań po plecach, upił jeszcze łyk i wciąż wbijając w Kenzie swój zdeterminowany wzrok, ruszył w jej stronę, przepychając się wśród tańczącego tłumu. Po moim gorącym trupie.
Zostawiłem Piper osłupiałą i sam ruszyłem w stronę dziewczyny, która zauważyła mnie dopiero, gdy stanąłem kilka metrów od niej. W jej wzroku coś błysło, ale zaraz się zmieszała, gdy złapałem za jej zimną rękę. Ucałowałem ją w nią i spytałem cichym i nieco podciągającym głosem, czego wcale nie planowałem.
—Zatańczysz?
Juliet prychnęła. Mackenzie natomiast była tak bardzo zmieszana, że wymruczała jedynie coś w stylu : "Boże, czemu... Leo... zwariowałeś...", ale na więcej nie miała czasu, bo pociągnąłem ją za rękę i wyprowadziłem na parkiet. Znad jej ramienia posłałem rozzłoszczonemu Matt'owi szyderczy buziak.
Już dawno nie tańczyłem, bo zwyczajnie w świecie nie miałem na to ochoty. Było to przyjemne tylko pod tym warunkiem, że musiałem chcieć z kimś tańczyć. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy w Szkole Dziczy próbowałem wyciągnąć na parkiet Piper, która stanowczo odmawiała i na końcu musiała mi przylec, bym się odczepił. Tak w zasadzie to nasza przyjaźń tak się właśnie zaczęła: córka Afrodyty dała mi po twarzy. Mackenzie się denerwowała i to było widać w jej spojrzeniu. Uśmiechnąłem się promiennie, chcąc dodać jej otuchy. No hej! Jestem Latynosem, my zabawę mamy we krwi.


— Gdzie jest Lisette? — spytała Mackenzie, podczas gdy dzieci Apollina zastanawiały się nad kolejnym numerem.
— Gdzieś się tu kręci — odpowiedziałem swobodnie. Brunetka zaczęła rozglądać się na prawo i lewo, a ja przewróciłem oczami. Złapałem ją za brodę i delikatnie odwróciłem w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały. Położyłem wolną dłoń na tali Mackenzie, przybliżając się do niej. Zniżyłem głos do szeptu, ale tak, by nadal mnie słyszała. — Hej, uspokój się, mi bailarina. Pozwól mi prowadzić i się rozluźnij. Que no pasará nada.
Mackenzie kiwnęła głową i przymknęła oczy. Niechętnie puściłem jej podbródek i pohamowałem chęć dotknięcia moimi ustami jej, bo była tak blisko i wyglądała tak wspaniale w świetle ogniska. Choć to wszystko trwało mniej niż dziesięć sekund, adrenalina buzowała w moich żyłach, a jej zawartość we krwi była wyższa niż przy walce na śmierć i życie.
Rozległy się pierwsze, czyste dźwięki gitary, do której za chwilę dołączyła się kolejna. Ktoś zaczął gwizdać, harmonijka wkomponowała się w melodię, a wszystko zlało się w jedną całość. Miałem w swoich ramionach Mackenzie, z której powoli uchodziło napięcie. Widziałem, jak mięśnie na jej twarzy się rozluźniają i gdy rozległ się pierwszy wers, jej oczy nagle się otworzyły, gdy przyciągnąłem ją do siebie, wyzerowując odległość jaka nas dzieliła. Dała się prowadzić zaskakująco prosto, co pozwoliło mi odgadnąć, że musiała brać jakieś lekcje tańca, bo to było niemożliwe, by tak poruszała się jako amatorka. Jej włosy układały się w miękkie fale, które nieraz i nie dwa łaskotały mnie po policzku, a nerwowy uśmiech na jej ustach zastąpił ten pełen szczerości i czystego szczęścia. Pamiętałem go... Miała cztery lata temu taki sam. W pewnym momencie nią zakręciłem, a ona obracała się i obracała, podnosząc ręce do góry. Patrzyłem zahipnotyzowany, nawet wtedy, gdy stanęła szybko oddychając i również wbiła we mnie spojrzenie. I wtedy wszystko zwolniło, dźwięki zostały przytłumione i byliśmy tylko i wyłącznie we dwoje.
Wszystko w niej było perfekcyjne. Zaróżowione od tańca policzki, włosy w nieładzie opadające na gładką twarz, która dzięki płomieniom ogniska nabrała złotawego, ciepłego odcienia. Jej błyszczące oczy, które były jak magnez i przyciągały swoją niesamowitością. Rozchylone usta, jakby zapraszające, bym je pocałował. Delikatna skóra na nagiej szyi, długie palce, które teraz nerwowo założyły pasmo kasztanowych włosów za ucho. Jej sylwetka, ruchy, tak subtelne i jednocześnie zdecydowane. To, w jaki sposób materiał spódnicy opinał się wokół jej bioder. Cała ona była jak narkotyk, niczym upragniona słodka woda dla człowieka błąkającego się od paru dni po pustyni. Wchłaniałem ją każdą częścią siebie, każdym porem swojej skóry. Jednocześnie byłem skupiony na jej oczach z takim samym zaangażowaniem z jakim ona wpatrywała się w moje.
Ktoś potrząsnął moim ramieniem, jednocześnie nieświadomie przerywając tą złotą nić, która połączyła mnie w jednej sekundzie z Mackenzie. Obróciłem głowę w lewą stronę i spotkałem się z oczami Lisette, które były w tym momencie bardziej zielone niż niebieskie. Miała już rozpuszczone włosy i swój wianek na głowie, a jej usta zdobił jeden z najpiękniejszych uśmiechów.
Widziałem kąta oka, jak Mackenzie do nas podchodzi z nerwowym wyrazem twarzy, ociekając wzrokiem od mojego. Przełknąłem ślinę i wydusiłem z siebie parę słów, na które przyszedłem na te całe ognisko.
— Liz, chce żebyś kogoś poznała — powiedziałem. Blondynka zauważyła nowo przybyłą i po prostu się na nią patrzyła, jakby widziała człowieka po raz pierwszy w życiu. Coś również zmieniło się w sylwetce Kenz. Uniosła nieco podbródek, a jej oczy nie były tak ciepłe, jak przed kilkoma sekundami. — Lisette, to Mackenzie Atkinson. Ona...
Zabrakło mi słów. Dziewczyna najwyraźniej to zauważyła, bo wyciągnęła w stronę blondynki prawie niezauważalnie drżącą dłoń.
— Miło mi — zaczęła dość cicho. Evans, wciąż uwieszona na moim ramieniu, wyciągnęła swoją i dziewczyny zamknęły ręce w uścisku.
— Mi też — powiedziała prosto Liz. Zmarszczyłem brwi, bo coś mi w zachowaniu ich dwóch nie pasowało.
Z groźby niezręcznej ciszy wybawiła nas Juliet, która chwyciła ramie Mackenzie i uśmiechnęła się nieco złośliwie.
— Cześć wam — wrzasnęła, chcąc przekrzyczeć instrumenty, jednocześnie maltretując swoją siostrę. — Odbijany.
I pociągnęła ją za sobą w stronę stolika z jedzeniem. Mackenzie rzuciła nam przepraszający uśmiech i zniknęła w tłumie ludzi. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wyczułem wymalowaną w jej oczach ulgę.


□ 


Czy wyczuwacie tą chemię, tę napięcie pomiędzy nimi, czy to tylko moja urojona wyobraźnia? To, jak ją trzyma za podbródek i ja patrzy jej się w oczy, nazywa baletnicą, a potem ta chwila, gdy obydwoje zamierają bez ruchu, świAT PRZESTAJE SIĘ KRĘCIĆ I O MÓJ BOŻE, PRAWIE CZUJĘ ICH EMOCJE, JAKIŚ ŚCISK W SERCU I... bum. Atmosfera padła. Ale serio, ja to napisałam? Czytałam ten fragment pawie 12 razy i nadal jestem nim oczarowana. Wyczuwam nieco ego vibes, but who cares?

Cześć, pani Afrodyto. Tęskniłam. Ta piękna pani pojawi się jeszcze dwa razy.

ALE CZY MOŻEMY WRÓCIĆ DO LENZIE MOMENTS? JAK JA ZA TYM TĘSKNIŁAM.

"To, w jaki sposób materiał spódnicy opinał się wokół jej bioder." Czujecie to? To będzie moje ulubione zdanie od teraz. 

Opuszczam Was, bo się jeszcze wygadam o następnym rozdziale, a będzie trochę hot...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis