sobota, 10 grudnia 2016

Rozdział XXIII - Zostań


Zostawiłem ją dosłownie na moment samą, a ona już siadała na obcych facetów. I nie dbam o to, jak bardzo dwuznacznie to brzmi.
Kiedy odjechała, miałem wystarczająco dużo czasu, aby pomyśleć i ochłonąć z emocji. Była tutaj. Jeszcze kilka minut temu wpatrywałem się w jej niezwykłe oczy. I obiecała, że wróci.
Nie miałem dużo czasu, by nacieszyć się błogą beztroską, bo moje myśli natychmiast zajęła jasnowłosa Lisette. Mamrotała o potworach, a na pytania związane z rzeczoną nocą, nie reagowała. Niepokój i zmęczenie odbierały mi chęć na jakiekolwiek przemyślenia.
Ruszyłem się z miejsca dopiero, gdy stos pogrzebowy chłopca od Hermesa zaczął przygasać. Chowając ręce w kieszenie i chroniąc je od chłodu nocy, nie skierowałem się do własnego domku, jak co wieczór od paru lat. Obrałem kierunek Wielkiego Domu, w którym spała Lisette. Niepokój o nią przesłaniał wszystko inne i gdybym nawet teraz musiał przez następne miesiące spać na niewygodnej kanapie pod cienkim kocykiem, zrobiłbym to bez mrugnięcia oka, by tylko mieć pewność każdego ranka, że z moją Alicją wszystko jest w porządku. A na to się najwyraźniej zapowiadało.
Blondynka odmawiała przez następne dwa dni wyjścia z pokoju. Choć udało mi się ją wyciągnąć z łóżka pierwszego dnia po rzeczonym incydencie, teraz uparcie tkwiła w jednej pozycji. Podejrzewałem, że minął pierwszy szok i teraz powoli Lisette składała wszystkie wspomnienia w spójną całość. Nie czytała książek, na propozycje oglądnięcia jakiegoś filmu nie reagowała. Siedziałem i po prostu się na nią gapiłem, myśląc, jak ją podejść, by cokolwiek powiedziała. A było już tak dobrze.
Trzy dni, które Mackenzie wyznaczyła jako swój termin powrotu do obozu, minęły zbyt szybko, niż bym tego chciał. Nie miałem czasu na przygotowanie się na jej obecność każdego dnia i rozmawianie z nią. Nie miałem czasu, by przekonać mózg, że ona faktycznie tutaj spędzi wakacje i to tylko po to, by mi pomóc.
Lisette spała. Jej pierś powoli opadała i podnosiła się. Słonce padało na jej twarz, sprawiając, że cienie długich rzęs kładły się na jej bladych policzkach. Kurczowo trzymała w objęciach poduszkę, jakby bała się, że bez niej utonie w bezmiarze białego puchu. Włosy przed snem splotła w francuza, ale po niezbyt spokojnej nocy tylko kilka pasm było związane białą gumką. Przyciskała prawy policzek do szorstkiej poduszki, wreszcie smakując nieco spokoju po sennych koszmarach. Różowe usta rozchyliła i od czasu do czasu wymykało się z nich westchnienie.
Stałem,oparty o ścianę i przyglądałem się jej spokojnej twarzy, nieświadomie porównując ją z Mackenzie. Prócz urody, którą niewątpliwe posiadały, obie były jak ogień i woda. Uważnie studiowałem skórę Lisette, gładką i lśniącą, nieskażoną przez promiennie słoneczne. Na jej pliczkach nie malowały się piegi, dodające charakteru i jednocześnie uroku oraz jakieś niewinności. Westchnąłem w duchu i na paluszkach skierowałem się do wyjścia. Przekręciłem klucz w drzwiach i zbiegłem po schodach, kierując się w prawo, w głąb korytarza. Zapukałem dwa razy i wszedłem do pomieszczenia, nie czekając na pozwolenie.
— Jak ci idzie? — spytałem.
Mackenzie powoli podniosła głowę, odwracając się od biurka przy którym stała. W ręce trzymała plik papierów i aby gęste włosy nie zasłaniały jej widoku, z jednej strony założyła je za ucho. W mojej piersi mruknęło coś na kształt dezaprobaty, gdy zauważyłem, że ma je teraz o wiele krótsze. Dawniej sięgały one długością cal lub dwa za łokieć, teraz były do połowy łopatek. Mackenzie zmrużyła oczy i rozciągnęła usta w chłonnym i gorzkim uśmiechu, jakby wstydziła się tego, że coś ją rozprawiło.
— Zostawiłeś mnie samą na pięć minut — odpowiedziała, jakby to przesadzało sprawę. Zamknąłem drzwi za sobą i zacząłem powoli iść w jej stronę.
— Pomóc ci w czymś? — cicho zadałem pytanie.
— Nie trzeba — odmruknęła, ponownie wbijając wzrok w papier. Miała na sobie krótkie szorty w pionowe paski koloru brzoskwini, na górę założyła biały crop top z dłuższymi rękami, choć był upalny dzień. Spod jednego jednak coś wystawało i to na tym zatrzymał się mój wzrok. Podniosłem materiał i zauważyłem obandażowane szczelnie ramię. Zmarszczyłem brwi.
— Czemu nie zażyłaś ambrozji? — spytałem nieco zaniepokojony. Mackenzie znieruchomiała, czując mój dotyk na swojej skórze. Po chwili jednak otrząsnęła się i odsunęła ode mnie, pod pozorem wysunięcia jednej z szufat w biurku, po czym włożyła tam papiery.
— Kazałeś przyjść jak najszybciej. Uznałam, że ambrozja może poczekać.
Nie spojrzała mi w oczy, a raczej wodziła spojrzeniem po białych kartach, które segregowała we właściwy dla siebie sposób. Po chwili odsunąłem się, by jej nie przeszkadzać. Usiadłem na parapecie, który w tym pokoju by dość szeroki i wbiłem w nią spojrzenie. Nawet jej sposób poruszania hipnotyzował. Nie robiła tego jak Lisette, z delikatnością i nieśmiałością, ale jej ruchy i tak były pełne gracji.
Przed oczami stanął mi obraz sprzed niecałej godziny, gdy ubrana według własnego widzimisię w strój do ćwiczeń, jakby wycięta z jakiegoś magazynu o zdrowym stylu życia i wklejona w reale Obozu Herosów, stała z wysoko podniesioną głową, szykując się na pojedynek. Pomyślałem wtedy, że Juliet na pewno ją podtrzyma, ale ona zbyła swoją młodszą siostrę. Zacisnąłem wtedy zęby, niepewny, czy zobaczę ją żywą po dziesięciu sekundach od usłyszenia sygnału. A ona tylko się uśmiechnęła na dźwięk gongu. I zaskoczyła wszystkich, szokując najbardziej mnie i Juliet, którzy znali jej popisy, a raczej ich brak, z poprzednich lat. Nie walczyła tak jak inni. Tutaj mieliśmy tyko dwa style: grecki oraz rzymski, i ściśle się ich trzymaliśmy, mając na uwadze to, gdzie się kto urodził. Mackenzie łączyła je w spójną całość, dodając własne elementy, uskakując przed ostrzami niczym baletnica. Jej twarz jednak pozostała bez wyrazu, nawet wtedy, gdy jej Złoty Miecz zetknął się z bronią Matta. A potem poczułem palącą złość, najpierw na chłopaka, który zagrał nieczysto względem niej, a potem na nią, kiedy przytknęła mu miecz do gardła w dość nietypowy sposób. Na arenie zapadła taka cisza, że słyszałem śmiechy w pawilonie jadalnym, oddalonym o dość spory kawałek. Mackenzie oddychała ciężko i ani myślała zmienić pozycji. A gdy to już zrobiła, napotkała mój wzrok, a ja ujrzałem w je oczach coś na kształt paniki. Nie liczyło się to, że wygrała.
— Ćwiczyłaś — powiedziałem, co miał być pytaniem, ale zabrzmiało jak stwierdzenie. Mackenzie znów zamarła.
— Tak — odpowiedziała powoli i cicho. I na tym się skończyło. Stwierdziłem, że taka odpowiedź me nie zadowala.
— Dlaczego? Przecież nie chciałaś mnie nic wspólnego z naszym światem.
— Prawda — odpowiedziała lekko, jakby rozmawialiśmy przy kawie. — Ale mój tata i Demeter uważali inaczej. Stwierdzili, że dla silniejszych potworów lub... bogów, Mgła może nie być przeszkodą. Dlatego dostałam lekcje w prezencie i zobowiązałam się na nie chodzić. Dla własnego dobra.
W ostatnie zdanie niebyt wierzyła i wyczułem, że są to słowa jej rodziców, a sama dziewczyna nimi pogardza. Wypytałem ją jeszcze o parę szczegółów i dowiedziałem się, że uczyła ją mistrzyni szermierki ostatnich lat pochodząca z rzymskiego szczepu, co pozwoliło mi określić, jak stworzyła swój styl. Nauczycielka nauczyła ją sztuki rzymskiej, ale wcześniej był Percy, który zakorzenił jej głęboko to, jak walczą Grecy. Zapadła cisza, w czasie której spoglądałem w okno, obserwując dwójkę dzieciaków. Chłopiec zabrał dziewczynie hełm, a ta biegła za nim na krótkich nóżkach, usiłując odzyskać własność.
— Jak Lisette? — spytała tym razem brunetka, nadal nie przerywając swoich porządków.
— W porządku — odpowiedziałem wolno, po długiej chwili namysłu. Kenzie słysząc moją odpowiedź, prychnęła.
— Wow, Leo, nie musisz być taki wylewny.
Spojrzałem na nią bykiem, odrywając wzrok od scenki dziejącej się za oknem. Mackenzie odwróciła się i oparła o biurko, zakładając ręce na piersi. Miała w tej chwili coś z bogini Ateny: surowa, ale wciąż onieśmielająco piękna.
— Jeśli mamy współpracować, musimy być ze sobą szczerzy — odpowiedziała twardo. Potem jej ramiona opadły, jakby uświadomiła sobie, że zbyt bardzo nakrzyczała na małe dziecko. — Leo, nie jesteś z tym ciężarem sam. Już nie.
Coś w niej stopniało. Jej postawa z chłodną rezerwą w roi głównej ustępowała miejscu zaniepokojeniu, tak, jak zima ustępuje miejsca wiośnie. Patrzyłem w jej zniewalające oczy, które były prawdziwe, a nie wyśnione przez sny na jawie. Miałem dylemat, czy jej zaufać. Dawniej bym się nie wahał i powiedział wszytko, dodając zbędne załączniki. Ale po tak długim okresie czasu... Tęskniłem za nią. Tęskniłem za jej zapachem, skórą, tęczówkami, ale najbardziej za nią sama. Za jej obecnością, gdy wchodziłem, prowadząc swoich podopiecznych i widząc ją przy stole Demeter, słuchającej z uwagą tego, co ma jej do powiedzenia Juliet. Za tym, że po prostu słuchała. Ale teraz? Mogła mówić, a nie tylko pisać na karce, uprzednio wysłuchawszy całej mojej litanii zmartwień. Mogła się śmiać, a nie tylko promiennie uśmiechać. I teraz patrzyła na mnie oczekująco, a nadzieja topniała w je oczach niczym pierwszy śnieg pod wpływem promieni słonecznych. Powoli pojmowała, o czym myślałem. Byłem tego pewny. Znała się na mowie ciała bardziej, niż ktokolwiek inny.
Ale gdyby tylko chciała, mogłaby nie wrócić. A to zrobiła. Znów była przy mnie, pachniała nutką irysa, fiołka, róży i jaśminu oraz czekała, aż się przed nią otworzę. Wypuściłem ciężko i wolno powietrze z płuc.
— Boję się, Mackenzie. Boję się, że znów ją stracę. Otwierała się jak kwiat, powoli i niespieszczanie. I niedawno rozkwitła w całym swoim pięknie. Nie chcę, by tak szybko zwiędła. Teraz tylko mamrocze coś o potworach, a ja nie wiem, jak jej pomóc ani co mam zrobić. Ta bezsilność boli. Przedtem mówiła mi, co ją niepokoi, a ja usuwałem przeszkody. Albo dawała mi jakieś znaki. Robiła cokolwiek. A teraz zamknęła się w swojej skorupie i nie dopuszcza mnie do siebie. Wszystko było w porządku. Nie rozumiem... Ja...
Głos mi się załamał. Położyłem łokcie na kolanach i schowałem w dłoniach twarz, zaciskając mocno powieki. Wypowiedzenie tego na głos zdjęło ciężar z moich ramion, który tak długo dźwigałem. Nie słyszałem jej kroków, ale poczułem przez materiał spodni jej zimny dotyk. Zawsze miała zimne dłonie i na tą myśl prawie się uśmiechnąłem.
— Porozmawiaj z nią — zaczęła cicho. Prychnąłem, nadal z zamkniętymi oczyma.
— Myślisz, że nie próbuję?
— To przestań próbować i po prostu to zrób — powiedziała karcąco. Zerknąłem na nią spod rozchylonych palców. Spojrzała na mnie tak jak na dziecko, które dąsa się bez powodu. — Jeśli będziesz pozwalał jej na zamknięcie się we własnym świecie, w końcu się w niego zapadnie. Leo, nie mamy fachowej pomocy. Zazwyczaj w takich sytuacjach dostawała leki, a teraz jej umysł i organizm musi sam sobie z tym wszystkim poradzić. Więc... ty zostań jej tabletkami. Wylej na nią kubeł zimnej wody. Fakt, ja jej nie znam, ale... na mnie to zawsze działało.
Minęła długa chwila ciszy.
— Ty jesteś inna — powiedziałem cicho. Mackenzie uśmiechnęła się smutno.
— Tak, nie na co dzień spotyka się niemego herosa, zagubionego i nic nierozumiejącego oraz obrzuca się go jajkami i bekonem — zażartowała. Oboje wybuchnęliśmy krótkim śmiechem. A potem wpatrywaliśmy się w siebie i żadne z nas nie miało pojęcia, co zrobić. Widziałem, jak jej oczy zaczynają być coraz ciemniejsze i czułem, jak rośnie we mnie ochota, by ją pocałować.
— Na pewno ci w czymś nie pomóc? — spytałem cicho zachrypniętym głosem, hamując chęć, by wziąć jej twarz w swoje dłonie. Mackenzie przełknęła ślinę i wysłała w moją stronę wymuszony uśmiech.
— Możesz zaparzyć nam kawy, jeśli tak bardzo chcesz coś zrobić.



Lisette siedziała zakopana w pościel i patrzyłam się w ciemny kąt z rozchylonymi wargami. Zwróciła uwagę na mnie dopiero, gdy usiadłem obok niej na łóżku. Denerwowałem się tą rozmową i wolałbym ją odwlec, ale fakt, że Mackenzie czekała na mnie, siedząc na ostatnim stopniu schodów, popchnął mnie do działania. Sam nie wiedziałem, jak powinien zacząć. Ale Lisette po chwili spuściła wzrok na swoje dłonie, wbijając w nie paznokcie, gdzie po uważnej analizie można było dostrzec ślady zakrzepłej krwi.
— Straciłam kontrolę — zaczęła cicho. — Chcę wrócić do ośrodka.
Spojrzałem na nią kompletnie zbity z tropu. Nigdy nie sądziłem, że usłyszę takie słowa padające z jej ust.
— Liz, co ty za bzdury pleciesz? Przecież go nienawidziłaś!
Podniosła na mnie wzrok. Mieszanka zieleni i błękitu była zasnuta białą mgłą, więc kolory straciły soczystość. Tak, jak świat ciemnieje na pięć minut przed burzą. Po chwili się zaszkliły, ale nie wyglądał na to, że chciała się rozpłakać.
— Ty nic nie rozumiesz? Straciłam kontrolę. Starałam się jak mogłam, ale One mnie uśpiły, oszukały, by w końcu zaatakować. I co się stało? Zabiły chłopca! Boże, One zabiły moimi rękami niewinne dziecko!
— Lisette, uspokój się. — Starałem się przemówić jej do rozsądku, ale efekt był taki, jakbym chciał, zatrzymać wodospad. Tama pękła.
— Miało nie być żadnych więcej potworów! Kazałeś mi się bronić i obroniłam się przed tą bestią! A One znów to zrobiły, a ja nie pozwolę sobą pogrywać! Nie jestem słaba! Nie pozwolę im więcej nikogo skrzywdzić. Wpychają mi do ręki sztylet i kierują moją ręką, by wszyscy myśleli, że ja to zrobiłam, a nie One! Są podstępne, ale ja już je przejrzałam. A jak będą chciały skrzywdzić kolejną osobę? Co wtedy zrobisz? Zamki Ich nie potrzymają, jestem tego pewna. A potem, jeśli Im się uda...
— Evans! — wrzasnąłem, wcale nie wściekły, a lekko wstrząśnięty. — Nie skrzywdzą nikogo więcej, póki ja tutaj jestem. Wiedź, że ja cię nigdzie nie puszczę, więc możesz zapomnieć o tym głupim pomyśle.
— Ale... jeśli One zechcą skrzywdzić moimi rękami ciebie?
— Gdyby chciały to zrobić, już dawno by spróbowały — odpowiedziałem kojąco. — Lisette, chce być czuła się bezpieczna. Jeśli spałbym w pokoju obok, skąd zawsze możesz mnie zawołać, uspokoiło by cię to?
— Nie mogę cię o to prosić — zaczęła cicho. A potem powoli, z jej oka spłynęła łza. Nawet jej nie otarła. — Boję się, że to powtórzy się kolejny raz. Mam tego dość. Niech One mnie zostawią w spokoju. Czemu nie ma tutaj mojej mamy i taty? Oni zawsze mówili mi, co dla mnie najlepsze. Czemu to wszystko musi tak bardzo boleć?
Rozpłakała się na dobre. Przysunąłem się do niej powoli i otoczyłem ją ramionami. Jej gorące łzy moczyły moją koszulkę. Oparłem brodę na jej jasnej głowie, a ona mamrotała pod nosem pytania, na które nie znałem odpowiedzi. Kołysałem ją jak małe dziecko, które potrzebowało opieki dorosłej osoby.
— Nigdy nie będziesz musiała mnie prosić, bym został.


□ 


ALFABET MORSE'A OSIĄGNĄŁ 20K WYŚWITLEŃ. OH MY GOOOOOOOD! Tak, jak obiecałam, świętujemy to specjalnym albumem, który stworzyłam.


Link będzie w zakładce "SOUNDTRACK".

Brakuje mi kontaktu z Wami. Ale niestety nic nie poradzę, bo to wszystko mnie przytłacza. Zrezygnowałam z używania laptopa na tygodniu i jedyne co robię w weekend, to edytowanie rozdziału. Jestem już zmęczona odpowiedzialnością za wszystkich i wszystko. Mam dość nauki Mam dość tego, że gdy patrze na rozpiskę sprawdzianów i prac na przyszły tydzień, to jedyne o czym myślę, to płacz oraz kombinowanie, czy nie zjeść czegoś, od czego mogę się rozchorować. Ten stres mnie wykończa, a nie mogę go odreagować ćwiczeniami, bo nie mam czasu i po trochu chęci. Ogólnie, chce święta.

Oglądaliście "Śniadanie u Tiffaniego" na TVN7? Ja, gdy to piszę, właśnie trwa przyjęcie u Holy. Walić jakieś tam menu, kiedy boska Audrey w telewizji. Oglądałam ten film z jakieś 4 razy w całości i z każdym razem jest coraz lepszy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis