sobota, 10 grudnia 2016

Rozdział XXII - W porządku


Stąpałam cicho na paluszkach, zamykając za sobą drzwi do domku Demeter. Świat spowijała mleczna mgła, nadając temu miejscu jeszcze więcej magii, choć zupełnie tego nie potrzebowało. Szybko zbiegłam po schodkach i stanęłam na trawie zroszonej rosą. Wciągnęłam w płuca rześkie, zimne powietrze, całkowicie się rozbudzając. Ruszyłam powolnym krokiem, czując, jak gęsia skórka pokrywa moje nagie ramiona. Spacer był doskonałą rozgrzewką, a obrałam kierunek jeziora. Nad jego brzegiem szybko się rozciągnęłam i włożyłam do uszu słuchawki. Po chwili usłyszałam pierwsze nuty piosenki, która rozpoczynała moją playlistę do biegania. Truchtem ruszyłam brzegiem w dół rzeki, a w miejscu, gdzie wpadała ona do morza, skręciłam w lewo i biegłam piaszczystym brzegiem morza, wdychając słony zapach. You better run, run, run, nowhere to run, but to me, śpiewała wokalista. Było zimno, ale bieg mnie skutecznie rozgrzał. Taki trening o wiele bardziej mi odpowiadał, niżbym była zamknięta w czterech ścianach razem z bieżnią. Wkrótce dotarłam do granicy obozu, i znów skręciłam w lewo, nie wbiegając do lasu i kontynuowałam bieg jego granicą. Nie zauważyłam nawet, kiedy mgła opadła, a słońce zaczęło ogrzewać moje spocone od wysiłku ciało. Zdecydowanie zbyt szybko znalazłam się w okolicy domków. Nie słychać było jeszcze hałasu, więc domyśliłam się, że obozowicze dopiero co się wstawali. Zatrzymałam się, zanim wbiegłam na plac i rozciągnęłam się po biegu. Już wolnym krokiem wspięłam się po schodach domku Demeter i otworzyłam drzwi.
Ten zupełnie nie przypominał miejsca, z którego wymykałam się na taras, by patrzeć na gwiazdy cztery lata temu. Teraz był to dwupiętrowy budynek, wykonany z drewna. Na dole mieścił się salon, gdzie większość dzieciaków zostawiała swoje rzeczy. Z prawej strony znajdowało się duże biurko, przy którym moje rodzeństwo siedziało wieczorem przed zaśnięciem, robiąc własne zielniki. Na środku stały wygodne sofy i fotele, gdzie wieczorami kładły się młodsze dzieci, przykryte jednym wielkim, ciepłym kocem, a Juliet czytała im na głos bajki. To był nasz odpowiednik śmiertelniczych dobranocek. Teraz przez rozsunięte zasłony wpadało ciepłe, złote światło, a moje zaspane rodzeństwo przecierając oczy i ziewając, próbowało się rozbudzić. Zagapiłam się na nich, a w tym czasie Juliet znalazła się przy moim boku i zaczęła okładać mnie mokrym ręcznikiem.
— Gdzieś ty była? Ja wstaję, a ciebie nie ma w łóżku! Żadnej kartki. Żadnego wyjaśnienia. Nic! Masz pojęcie, jak ja się przestraszyłam?
Wymamrotałam przeprosiny, ale ona mnie nie słuchała. Z jej mokrych włosów skapywała woda, a ja sama szybko czmychnęłam pod prysznic, zanim zamieniłaby szorstki ręcznik na kij bejsbolowy.
Gdy tylko cały domek ustawił się w szeregu, Juliet jako grupowa sprawdziła obecność i przedstawiła plan treningu na dzisiejszy dzień. Potem, niczym małe wojsko, ruszyliśmy na śniadanie. Mój brzuch domagał się porządniej dawki jedzenia.
Pawilon był dużo większy niż pamiętam. Stało tu o wiele więcej stołów, a te, które należały do Dwunastki Olimpijczyków, były dłuższe. Usiadłam przy czwórce, jednocześnie łowiąc wzrokiem numer 9, należący do Hefajstosa. Jego dzieci już raczyły się śniadaniem, robiąc to wyjątkowo głośno. Niestety, nie znalazłam tego, którego szukałam.
— Gdzie Leo? — spytałam, odrywając wzrok od jego podopiecznych. Juliet, do której pytanie skierowałam, zaprzestała nalewania soku do wysokiej szklanki, należącej do Emmy. Spojrzała na stolik Hefajstosa, po czym na jej usta wpłynął ten rodzaj uśmiechu, gdy człowiek dowiaduje się, że zdjęto jego ulubiony serial. Był cierpki.
— Leo od dawna nie je posiłków razem ze wszystkimi — odpowiedziała, wzruszając ramionami. — Robi to w Wielkim Domu, razem z tą całą Lisette.
— Lubię Lisette — oderwała się Emma, moja młodsza siostra. Frank, który był jej bratem bliźniakiem, z entuzjazmem pokiwał głową, potwierdzając jej słowa. A dzieci zazwyczaj są podłechtane tym, że ktoś przyznał im racje, więc ta kontynuowała z jeszcze wielkim zapałem. — Jest zabawna, potrafi się bawić, głośno się śmieje, jej włosy pachnął bananami, ma śliczny uśmiech, a tak w ogóle to cała jest śliczna. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ona i Leo...
— Czy możesz się zająć swoją owsianką, a nie mówić podczas jedzenia, bo się udławisz? Poza tym to niekulturalne — przerwała jej Juliet, posyłając w moją stronę zaniepokojone spojrzenie. Mała Emma nie posłuchała jej polecenia, ale ja owszem. Pokroiłam owoce, wrzucając je do mojej miski z owsianką i dosypałam do niej mnóstwo rodzynek.
— Ale co w tym złego? — dopytywała się moja młodsza, przyrodnia siostra. — Jeśli chłopak lubi dziewczynę, a ona jego, to dlaczego nie może jej się oświadczyć i mieć z nią trojki dzieci?
Moja owsianka przestała być nagle taka pyszna, ale uparcie skupiłam się na niej i starałam się ignorować wszystko inne. Juliet, zamiast nie podnosić rękawicy, zrobiła to.
— To tak nie działa — odpowiedziała cierpko, smarując tosta masłem. — I jak chłopakowi podoba się dziewczyna, nie musi jej od razu się oświadczać. Jesteś za mała, żeby to zrozumieć. I kto ci, do cholery, takich głupstw nagadał?
— To nie są żadne głupstwa! — oburzyła się małolata, rzucając łyżkę do swojej miseczki w kwiatki. — Przecież on się dzięki niej uśmiecha! I robi jej naleśniki i oddaje te, które najładniej wyszyły! I słucha, jak czyta, a robi to okropnie, bo ich podsłuchiwałam, a on jej zawsze mówi, że mu się to podoba! I przytula ją, kiedy jej nie idzie na treningu! A ona nosi wianki na głowie, które on jej plecie! I jeszcze czesze jej włosy! I..i.. i jeśli to nie jest miłość, to...
— Emma! — fuknęła Juliet. Musiała zauważyć to, że moja łyżka od pewnego czasu nie wędrowała mechanicznie do mich ust, a martwy wzrok miałam utkwiony w tonących w mleku rodzynkach. Walczyłam ze słonymi łzami i gruszką, które utkwiły na dobre w moim gardle. — Byłaś kiedyś zakochana? Nie? No to widzisz. Nie powtarzaj sensacji i plotek, które nie są prawdą, bo możesz kogoś zranić. Usłyszałaś na treningu od Jim'a te banialuki? Wiedziałam. Przysięgam, dzieci od Hefajstosa są nieznośne. Jeszcze raz się dowiem, że plotkujecie — tak, ty też Frank — to macie szlaban na ciastka z masłem orzechowym. Dotarło?
Frank szybko przeprosił, choć w tej konwersacji tylko kiwał głową. Za to Emma sztyletowała wzrokiem swoją starszą siostrę, po czym po chwili powróciła do jedzenia. Juliet położyła na moim kolanie swoją ciepłą dłoń.
— Kenz? W porządku? — spytała cicho. Podniosłam wzrok i spojrzałam na swoją zatroskaną siostrę. Nie wiem, co odczytała z mojej twarzy, ale jej rysy złagodniały.
— To raczej relatywne pojęcie — usłyszałam swój pogodny głos, wywołując tym nieco zmieszania na twarzy brunetki. — Hej, nie umiera się od paru słów. Jak już, to od udławienia owsianką — dodałam, mrugając do małej Emmy. Dziewczynka uśmiechnęła się, natomiast Juliet wyglądała tak, jakby zdjęto jej stukilogramowy balast z ramion.
— W takim razie w porządku — podsumowała, zabierając się za swoje tosty i zbożową kawę.
— W porządku — skłamałam.



Wszyscy się na mnie gapili. I nie miałam na myśli tutaj ukradkowych spojrzeń, stawania na palcach, by lepiej widzieć i pokazywanie mnie sobie na wzajem, jakbym była jakiś okazem w zoo. Po prostu stali i bezczelnie się lampili, nie mając ani krzty ogłady i nie przestawali, gdy ich na tym przyłapałam. Minęło sporo czasu, cała rozgrzewka przed treningiem, gdy w końcu mój mózg wpadł na to, czemu to robili. Sama przesunęłam wzrokiem po moim ubiorze, tak, jak przedtem robili to inni. Strój do pilatesu, jeden z moich ulubionych, był świetnie dobrany na zajęcia lub siłownie, na którą uczęszczałam, ale nie na Obóz Herosów. Tu nastolatki nosiły krótkie jeansy i pomarańczowe koszulki, a od ich intensywnej barwy bolała mnie głowa. Niezbyt przepadałam za tym kolorem, a noszenie tych T-shirtów było dla mnie horrorem w poprzednich latach. Moje ukochane legginsy z motywem mieszanki pastelowych kolorów, niczym niebo w czasie zachodu słońca, nadawały mi status egzotycznego ptaka. Pierwszym moim odruchem, na jaki miałam ochotę wykonać, gdy pojawiły się te myśli, było objęcie się ramionami i ucieknięcie do domku. A potem zagryzłam zęby, podniosłam wyżej brodę i u boku Juliet, która rzucała mi od czasu śniadania troskliwe spojrzenia, ruszyłam w środek areny, gdzie wszyscy gromadzili się, by posłuchać tematu dzisiejszego treningu.
Matt wystąpił na środek i oznajmił silnym głosem:
— Dobra, ludzie! Dziś zrobimy coś innego, niż ćwiczenia w parach. A mianowicie: gladiatores!
Przez tłum przetoczyły się wiwaty, chłopcy zaczęli sobie przybijać piątki, a Juliet, która stała przy moim boku, jęknęła. Zmarszczyłam brwi, bo nie potrafiłam skojarzyć usłyszanej nazwy. Gdy Percy mnie trenował, nigdy mi o tym nie wspominał. A mówił mi naprawdę o wielu, wielu rzeczach.
— Co to takiego? — spytałam Juliet, która wyglądała wręcz komicznie, próbując się nie rozpłakać ze złości.
— Walki gladiatorów — przetłumaczyła. — Iris wprowadziła to na nowo, jednakże z małymi korektami. Stajemy w kole, jakbyśmy mieli tańczyć kaczuszki i na sygnał staramy się wytrącić z ręki przeciwnika miecz. Wygrywa ten, kto nie wypuści broni. Cholera, idzie tutaj — mruknęła znienacka dziewczyna, odwracając się bokiem. Kątem oka dostrzegłam, jak Matt, cały rozpromieniony, idzie w naszym kierunku. — Ignoruj go, to sobie pójdzie. To taka subtelna forma oznaczająca: wynocha.
Chłopak stanął przy mnie, obdarzając mnie uśmiechem, który pokazywał jego równe, białe zęby w całej okazałości.
— Juliet — przywitał się, ale ona go zignorowała, interesując się swoimi paznokciami. — Mackenzie. Miło cię znów zobaczyć. Bierzesz udział? — spytał szybo, a ja wzruszyłam ramionami, uśmiechając się niewinnie. — Słyszałem, że nie byłaś w tu od dłuższego czasu. Jeśli zagrasz, postaram się nie zrobić ci krzywdy i dać ci fory. Ale tylko dla ciebie.
— Z pewnością — mruknęłam przez zaciśnięte zęby.
— W taki razie przyniosę ci miecz.
— Nie trzeba. Mam swój.
Chłopak uniósł brew do góry, po czym rzucił szybkie spojrzenie na moja sylwetkę, szukając miecza. Nie znalazł go, więc uśmiechnął się z wyższością i oznajmił, że mam kilka minut na przygotowanie się i odszedł z głupim uśmieszkiem na twarzy. Zgrzytnęłam zębami, a w mojej piersi zapalił się niepokojący płomień, którego nie czułam od bardzo długiego czasu. Ostatnim razem pod jego wpływem złamałam nos pewnemu chłopkowi, który nazwał mnie małą. Miałam się za osobę opanowaną i pokojowo nastawioną, ale czasem niektórzy ludzie sprawiali, że dostawałam niestrawności. Zrobiłam krok do przodu, ale Juliet złapała mnie za przegub. Jej orzechowe oczy miały poważny wyraz, niemal jakby przystępowała do zdania prawa jazdy.
— Oszalałaś? Nie miałaś broni w ręku od kilku lat. A nie oszukujmy się: nigdy nie byłaś dobra w fechtunku. Odpadniesz po dziesięciu sekundach. A oni grają nieczysto, Kenz. Zmiażdżą cię. Matt zawsze wygrywa. Błagam, odpuść to sobie.
Delikatnie wyswobodziłam dłoń z jej uścisku i stanęłam jako dziesiąta w kręgu. Uśmiechnęłam się do Matta, który to odwzajemnił, pokazując na miecz w swojej dłoni. W umyśle zaskoczył mi trybik. Chwyciłam za diamentowy pierścień na serdecznym palcu. W mgnieniu oka zamienił się w złoty miecz, oślepiając wszystkich dookoła. Przyjemnie było czuć jego ciężar w dłoni, nawet jeśli była to broń mojej matki. Pnącze rośliny wiło się po rękojeści, w której lśnił szlachetny kamień, puszczając do mnie oko. Uśmiechnęłam się i podniosłam głowę. Dostrzegłam zmieniony wyraz twarzy Matta, ale szybko on znikł pod maską pewności siebie.
Rozległ się dźwięk gongu. Ogień w moim ciele eksplodował, tyle, że nie był on gorący. Zimno rozlało się od mojego serca aż po koniuszki palców u stóp. Oddech zwolnił, wszystko ucichło. Byłam tylko ja, mój miecz i instynkt, który przejął kontrolę. Gdy moja broń skrzyżowała się z mieczem rudowłosej dziewczyny o wydatnych kościach policzkowych, z twarzą bez emocji wytrąciłam jej miecz z ręki samym ruchem nadgarstka. W mojej głowie rozległ się pisk przerażonej Mili i wiwaty Dan'a. Nie byłam w Obozie Herosów, tu, na arenie. Znajdowałam się na mojej regularnej lekcji szermierki z Mariel Zagunis, którą mój tata zatrudnił, by mnie uczyła. Sama była w drugim pokoleniu heroską. Jej ojciec był synem Wiktorii, a matka śmiertelniczką, którą poznał na jednej z wypraw. Nie miałam ochoty angażować się w próby bycia półbogiem, ale tata najwyraźniej odbył pogawędkę z Demeter, która uznała, że dla pewnych potworów Mgła może nie być problemem.
Uskoczyłam przed jednym pchnięciem i jakimś cudem uniknęłam zaatakowania od tyłu. Strach, że przecież to nie są zwykłe ćwiczenia, zepchnęłam na sam kraniec świadomości. Liczyły się cenne sekundy, które mijały jakby zwolnione. Zaatakowałam chłopaka, który dopiero co wytracił swojemu przeciwnikowi broń z dłoni. Grałam czysto, jako jedna z nielicznych. Widziałam katem oka, jak Matt odpiera ataki dwójki herosów. Ta nieuwaga sporo mnie kosztowała, bo blondyn prawie wytrącił mi miecz z dłoni. Skończyło się tylko na płytkim zadraśnięciu wierzchu dłoni. Z nową werwą podjęłam zadanie, by się zemścić i chociaż trwało to dłużej niż przewidywałam, wygrałam. Obrociłam się i moje złote ostrze zetknęło się ze srebrem miecza mojego przeciwnika.
Ja i Matt byliśmy ostatnią parą. I nie było żadnej mowy o forach czy taryfach ulgowych.
Jego agresja mnie zaskoczyła. Odpierałam ataki i dzielnie się trzymałam. Teraz dopiero dotarło do mnie, że jego przechwałki o Królu Szermierki wcale nie są takie puste, jak mi się wydawało. Był cholernie dobry i byłam wdzięczna tacie, że zmusił mnie do tych cholernych lekcji. Tylko raz się rozproszyłam, gdy dostrzegłam w tłumie Juliet, gryzącą z przejęcia paznokcie. Ostrze Matta zostawił krwawą pręgę na moim ramieniu, ale nie czułam bólu. Wiedziałam, że on pojawi się po zakończonym pojedynku.
I wtedy Matt, korzystając z mojego rozproszenia, kopnął miecz, który leżał pozostawiony przez rudowłosą dziewczynę przy jego stopie w moją stronę. Zdążyłam uskoczyć przed pędzącym w moją stronę ostrzem, ślizgającym się po udeptanej ziemi, ale lądowanie nie miałam udane. Źle stanęłam i moja stopa wygięła się pod dziwnym kątem, a ja runęłam na plecy, zaraz obok nieszczęśliwego miecza. Swój nadal trzymałam w mokrej od potu dłoni. Matt stanął nade mną z wyrazem triumfu na twarzy.
Przez moją głowę potoczyła się seria przekleństw. Potem rozległ się w niej głos zniecierpliwionej Sharmili: "Do cholery z taką zabawą!".
Skorzystałam z tego, że Matt był tak blisko. Zahaczyłam swoja stopą o jego kostkę i podciągnęłam mocno kolano do siebie. Chłopak zachwiał się i runął jak długi, machając ramionami w rozpaczliwym akcie utrzymania równowagi i wypuścił miecz z dłoni. Ja natomiast szybko się podniosłam, trzymając mocno śliski od potu kliknę miecza. Usiadłam na przeciwniku, przykładając u miecz do gardła. Oboje oddychaliśmy ciężko, mnóstwo włosów wymknęło się z mojego francuza i przykleiło się do mokrej z wysiłku twarzy. Chłopak podniósł ręce do góry, jakbym go aresztowała. Mimo, że sekundę wcześniej herosi głośno wiwatowali, teraz zapadła cisza. Matt wyszeptał tak cicho, jak tylko umiał, kilka słów, które miały być przeznaczone tylko dla mnie, a ja go doskonale usłyszałam.
— Interesujące — mruknął. — Ciekawe, czy Valdez też tak się kiedyś czuł, jak ja teraz. Postawiłaś go w takiej niezręcznej sytuacji, Mackenzie? Nie mam tu na myśli wytrącenia mu broni z ręki.
Moja twarz była kamienna i pozbawiona jakichkolwiek emocji. Szybko wstałam, ale Matt nawet nie trudził się z podnoszeniem się. Oparł się tylko na swoich łokciach i przyglądał mi się spod przymrożonych powiek. Wszystkie pary oczów były zwrócone na nas. Podniosłam wzrok i zauważyłam przerażony wyraz twarzy Juliet, która poruszała ustami jak ryba wyjęta z wody. Jednak ona szybko spadła na drugi plan.
Leo stał nieopodal, opierając się o jedno z drzew i dokładnie mi się przyglądając. Przełknęłam ślinę, uświadamiając sobie, że widział wszystko od początku do końca. Nie mogłam udać, że go nie widziałam, bo stałam jak ta ostatnia idiotka z mieczem zwisającym u boku i gapiąca się na niego wielkimi, spanikowanymi oczyma. Więc uznałam, że już lepiej o niego podejść.
Adrenalina opadła. Czułam, jak przy każdym kroku moja kostka nieprzyjemnie promieniuje bólem, jak rozcięcie na ramieniu piecze, a krew miesza się z potem, co było obrzydliwe i bardzo nieprzyjemne. Przy okazji uświadamiałam sobie, że moje kostki u rąk są zdarte prawie do krwi. Miecz schował się pod postacią pierścionka, który zaczęłam obracać w koło na palcu.
— Masz chwilę? — spytał Leo, jakby w ogóle nie był niczym poruszony. Ta właśnie obojętność w jego głosie była pozderzana.
— Nawet dwie — opowiedziałam szybko.
— W takim razie przebierz się, zjedź trochę ambrozji i jak najszybciej przyjdź do Wielkiego Domu.
Sharmila, która najwyraźniej nie chciała wyjść dzisiejszego dnia z mojej głowy, pojawiła się w moim umyśle. Jej piękne, bladoniebieskie oczy spoglądały z pogardą na wielki ekran telewizora, na którym oglądaliśmy film: ja, ona i Dan. Dziewczyna wyjadała cały karmelowy popcorn i komentowała każde słowo wypowiedziane przez bohaterów. Teraz aktualnie prychnęła i rzuciła w przestrzeń: "Czy ktoś mi powie, co ona, do cholery, wyprawia? Biegnij za nim, ty skończona idiotko!".
Przewróciłam oczami, tak jak tamtego wieczora i mruknęłam pod nosem:
— Kostka mnie boli.


□ 


Drogie Leosiątka, poznajcie Mackenzie Atkonson, nową Marysie Sue!
Żartuję sobie, a przynajmniej mam nadzieję, że jej postaci nie spieprzę. I za tydzień rozdział z perspektywy Leosia. Będzie trochę płaczliwie.
Ten rozdział był tak trochę z dupy wzięty, ale siedział mi w głosie i stwierdziłam, że Kenz powinna pochwalić się swoim workout outfitem. 
Napisałam tak bardzo śmiechową scenę z Sharmilą i nie mam pojęcia, gdzie ja ją wepchnę, ale ona musi tam być. To będzie gold. 

GŁOSUJECIE NA TĄ KSIĄŻKĘ? HMM? JA SIĘ O WSZYSTKIM DOWIEM.

I specjał jest w fazie wstępnej. Na razie mam pomysł. Ale nic nie obiecuję, bo nawet pisać czasu nie mam, ćwiczyć też, a z czytaniem to jakaś masakra jest. Dopiero co się otrząsnęłam z "Ludzi bezdomnych", a kolejny koszmar nadchodzi. A mianowicie to "Chłopi".
I przepraszam za malutkie spóźnienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis