sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział XXVI - Odpowiedzialność



Opierałam nogi na desce rozdzielczej, co było okropnie brzydkim zwyczajem, krzywdzącym moje auto. Kochałam swojego Mercedesa, a ten raczej gest nie wyrażał pieszczotliwości., ale teraz jakoś się tym nie przejmowałam. Tak więc Siedziałam sama z opartymi nogami na desce rozdzielczej, słuchając starych przebojów po francusku i gryząc lizaka o smaku coli, wydobytego z tajemnego schowka na "czarne dni", który założył Daniel. Sharmilia skomentowała to tak, że czarne dni nastaną dla naszego przyjaciela, gdy próchnica wyżre wszystkie jego białe perełki.
Potrzebowałam ciszy i kogoś, by się wygadać. Mogła to być Juliet — z całą pewnością by mnie wysłuchała, ale co do trzeźwego oceny sytuacji i bez krytycznego podejścia do sprawy miałam wątpliwości. A chodziło o Leona, więc byłam prawie pewna, jaki werdykt by wydała. Nie miałam pojęcia, czemu go tak nie lubiła, ale oziębiona relacja tych dwoje nie była żadną tajemnicą dla nikogo.
Cały Obóz Herosów z napięciem obserwował rozwój trójkąciku Lisette — Leo — Mackenzie. Tylko starsi obozowicze zdawali sobie sprawę, kim jestem i co mnie w przyszłości łączyło z chłopakiem. Nikt jednak nie garnął się opowiadać starych bajek z czasów, gdy byliśmy głupi i młodzi oraz jak dzięki nam zginęło tyle ludzi. Ten rozdział był chyba najczarniejszym w całej historii. Herosi walczyli z Gają, Kronosem i tak, ludzie ginęli. Ale po raz pierwszy nie ratowali oni świata. To była wojna bezsensowna, zupełnie niepotrzebna i obwiniałam się o nią każdego ranka, gdy otwierałam oczy. Analizowałam każde słowo, co by było gdybym przyjęła propozycję Demoforta i jednak odeszła. Jakiś rok temu mi się to znudziło i budziłam się tylko z okropną pustką, w której miało być serce.
Widziałam, że Lisette mnie nie lubi. W mojej obecności stawała się cicha, moje pytania zbywała krótkimi odpowiedziami i choć starałam się jak mogłam, nie potrafiłam jej polubić. Osłuchałam się tyle od Emmy, Franka czy Leona o tym, jaka ona jest wspaniała i cudowna i oh ah, a ja dostrzegłam zamkniętą w sobie dziewczynę, stwarzającą pozory radosnej. Może taka była tylko w stosunku do mnie i ta wymuszona uprzejmość zarezerwowana była tylko dla mojej osoby. A możne to była cholerna zazdrość, a ja nie potrafię się połapać w emocjach. Nigdy nie byłam z tego dobra.
Obracałam w palcach w zamyśleniu mój telefon, a gdy tylko skończyłam lizaka, włączyłam go. Z drżącym sercem wyczułam, że zaczął wibrować, gdy się włączył. Komórka była czymś, czego nigdy nie zostawiałam na blacie w kuchni, gadżetem niezbędnym i niezastąpionym. Odcięta nagle od moich rannych sesji z Instagramem i Twitterem, czułam się bardzo... dziwnie. Tak jak to było cztery lata temu, tak i teraz.
Odblokowałam telefon i uśmiechnęłam się do tapety, którą było zdjęcie zrobione w Halloween. Sharmilia nienawidziła tego zdjęcia, ja go wprost uwielbiałam. Z bijącym sercem wystukałam numer, który zdałam na pamieć i przytknęłam słuchawkę do ucha. Rozległ się pierwszy sygnał, a ja pomodliłam się w duchu, aby naciśnięto zieloną słuchawkę. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak nie było. Przecież teraz pracował, ale gorąco wierzyłam, że mnie nie zignoruje.
— Tato, mam dziewczyński problem — powiedziałam do słuchawki głosem drżącym z emocji. Nie wiem czemu nie zaczęłam rozmowy od zwykłego "halo", ale wydało mi się, że jak wyrzucę to z siebie od razu, to nie będę musiała się wycofać. Mój rodziciel westchnął, jakby nosił na ramionach cały świat, ale ja i tak wyczułam w tym geście cień uśmiechu.
— Jak zwykle. A ja miałem nadzieje, że dzwonisz, by powiedzieć, że mnie kochasz.
— Kocham cię — zapewniłam żarliwie, nie mogąc pohamować uśmiechu. — Ale chodzi o to... że nie wiem, jak mam się zachowywać. Sprawa stała się drażliwa, ja nie mogę znieść napięcia i ta dziewczyna po prostu działa mi na nerwy samym tym, że oddycha, a ja się boję, że jestem zazdrosna, choć wcale nie...
— Hej — przerwał potok słów, który wypluwałam z siebie, nie biorąc oddechu. — Powoli. Ta dziewczyna, której miałaś pomóc, cię tak denerwuje?
— Tak — odpowiedziałam. — Ma na imię Lisette. I ona... Sama nie wiem, jak mam ci to wszystko wytłumaczyć. To wszystko jest takie mylące. Sama się w tym plątam. Daj mi zebrać myśli — odpowiedziałam. Wcześniejszy monolog, który układałam i zamierzałam wygłosić, wyleciał mi z głowy. — Okej. To blondynka o kręconych włosach i najbardziej dziwnych oczach, jakie widziałam: nie są niebieskie, nie są zielone. I jest obrzydliwie piękna, ale tak naturalnie piękna, bez żadnego makijażu. Prostolinijna i taka czysta, jeśli wiesz co mam na myśli. Wszyscy ją kochają, jest w centrum uwagi, choć tego nie pragnie. I nigdzie się nie rusza bez Leona, który pełni rolę jej ochroniarza i niani. Ogólnie jest taka radosna, ale kiedy ja zjawiam się w pobliżu, to nieco przygasa i jest w stosunku mnie oziębła. Zwraca się do mnie z rezerwą, a ja jej odpowiadam tym samym, bo inaczej nie potrafię, znasz mnie. Oddaję komuś to, co sam mi serwuję. Starałam się być miła, naprawdę. Ale nie potrafię przezwyciężyć tej niechęci. A ona... Ona mnie nienawidzi.
Zakończyłam tymi trzema słowami, co były niczym kotwica, ściągającą mnie na dno morza. Zacisnęłam powieki i czekałam na odpowiedź taty, która nie nadchodziła. Cisza w słuchawce była ogłuszająca, aż zaczęłam się niepokoić, że coś się stało. W końcu usłyszałam westchnienie.
— Powiedziałaś o tym Leonowi?
Zamrugałam, całkowicie zdezorientowana.
— Nie. Jeszcze nie upadłam na głowę dosyć mocno, choć ostatnio oberwało mi się kilkoma mieczami. Co ja mu niby powiem? Hej, słuchaj, zdaje mi się, że ona mnie nie lubi, zrób coś z tym. On taki nie jest, broni ją jakby... jakby...
— Była tobą — stwierdził mój rodziciel. Nie odpowiedziałam. — To cię boli, córuś? Że znalazł sobie inną najlepszą przyjaciółkę, taką, którą ty byłaś trzy lata temu?
— Może. Ale to by mi nie przeszkadzało, gdybym była ślepa. Może by nawet podziałało jak kubeł zimnej wody i przestałabym marzyć, że kiedyś... — zachłysnęłam się powietrzem. Uspokoiłam się i kontynuowałam. — Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie był taki... Gdyby nie był sobą. Nasłał na mnie swojego młodszego brata, żeby mnie pilnował oraz sprawdzał z kim rozmawiam i co robię. — Mój rozmówca zachichotał w słuchawkę, co mnie tylko zirytowało. — Tato, nie nie jest zabawne! Czuję na sobie jego wzrok, gdy trenuję. Widzę to coś w jego spojrzeniu i nagle wszystko wypada mi z rąk. A jak słucham swojego rodzeństwa, które zastanawia się nad datą ślubu dla Leona i Lisette, to czuję taką pustkę. Przychodzi od niej i potrafi jednym dotknięciem sprawić, że miękną mi kolana, choć wiem, że to głupie i się do tego nie przyznaje. Potrafił mnie na oczach całego Obozu Herosów pocałować w rękę i wyprowadzić na środek, by wszyscy się gapili, jak tańczymy. A samo to — westchnęłam, drżąc na wspomnienie tamtego wieczora— było cudowne.
Cisza. Znów ogłuszająca cisza.
— I co? Nie zmasakrowałaś mu stóp?
— Tato! — upomniałam go groźnie, choć wiedziałam, że żartuje. Byłam jednak zagubiona i zdesperowana, a powiedzenie wszystkiego na głos wcale nie przedstawiało niczego w jasnym świetle. — Ja mam dość. Mam dość jego i Lisette. Obydwoje działają mi na nerwy i powodują bałagan w głowie. Jesteś facetem, więc pomyśl i mi to wytłumacz, bo ja nie potrafię.
— Czy ty aby przypadkiem nie masz już dwadzieścia jeden lat? — spytał tata, a ja jęknęłam do słuchawki. Powoływanie się na argument jesteś dużą dziewczynką dawno przestał działać, ale on co chwilę do niego powracał. — Skoro jest ci tam tak źle, to wróć do domu.
— Nie mogę — jęknęłam, słysząc jednocześnie ciche pikniecie. Ktoś próbował się do mnie dodzwonić. — Mamy z Leonem wspólny problem.
Cisza w słuchawce, którą mój rodziciel ostatnio ubóstwiał, znów zagrała główne skrzypce. Czekałam w napięciu, gotując się na skłamanie, jaki to problem. Nienawidziłam go okłamywać, ale obiecałam Leonowi, że nie puszczę pary z ust. On mnie jednak zaskoczył:
— Chyba nie jesteś w ciąży?
— Tato! — Znów podniosłam głos, ale koniec końców się roześmiałam. Po chwili spoważniałam, zagryzając dolną wargę i gotując się na powiedzenie tego, co mnie od kilku dni niepokoiło. — Tato... On mnie nie nazywał ani razu "mała" odkąd wróciłam.
— Przecież nienawidziłaś tego przezwiska.
— Nie w jego ustach. To było takie nasze małe zaklęcie, tajemnica nas dwojga. A teraz...
Znów cisza. Ta rozmowa zaczynała mnie męczyć, ale czułam, że zbliża się ku końcowi. Tata właśnie przygotowywał werdykt i brakowało tylko podtrzymujących napięcie werbli w tle.
— Ja cię nie rozumiem, Kenz — zaczął ojciec. Miałam mu powiedzieć, że w sumie to ja też, ale przemilczałam to. — Oczekujesz kwiatów i czekoladek za to, ze wróciłaś? Oczekujesz, że nie będzie się na ciebie patrzył i nie przypominał sobie waszych wszystkich momentów, gdy byliście razem, beztroscy i szczęśliwi? Oczekujesz, że nie będzie cię postrzegał jako kobiety, dla której ryzykował życie, którą całował i pragnął? Wróciłaś po trzech latach po tym, jak mu w żywe oczy powiedziałaś, że po horrorze, który przeżył, nic z tego i nie będziecie razem. A teraz, gdy cię posłuchał i zaczął się przyjaźnić z kimś innym, może nawet coś więcej, jesteś na niego wściekła? To ty go zostawiłaś, Kenz. To ty mu złamałaś serce.
— Nie. To nie tak. Ja tylko chce... — urwałam, nie widząc, co powiedzieć. Zszokowała mnie prawdziwość i szczerość jego słów, bo nigdy nie stawiał sprawy w taki sposób. Wiedziałam, że uważał, że to była zła decyzja, ale nigdy tego głośno nie powiedział.
— Ty go wciąż kochasz — podsumował tata.
— Cholera. Cholera, cholera, cholera, cholera!
Uderzyłam dłonią w kierownicę, znów wyżywając się na aucie. Nie, ta rozmowa nie miała tak wyglądać. Wszystko poszło źle, zaskakująco źle, bo każde słowo mojego ojca było prawdziwe. Chciałam, żeby kłamał.
— To co ja mam zrobić? — spytałam płaczliwie. — Ja nie nienawidzę Lisette ze względu na to, że jest blisko Leona. Nienawidzę siebie, że na to pozwoliłam, no ale się stało i nie ma co płakać nad tą rozlaną kawą. Ale co ja mam teraz do cholery zrobić, tato? Bo jeśli on lubi ją w taki sam sposób, jaki lubił mnie, a jego spojrzenie to tylko echo dawnych dni, to co ja mam zrobić?
— Obiecałaś pomóc. Więc musisz zostać. Bądź dla niego oparciem, którego nie miał, gdy cały obóz nienawidził go za śmierć tysiąca, a ty siedziałaś zamknięta na cały świat w swoim pokoju. — Kiwnęłam głową, choć on tego nie widział. — Musze wracać do pracy, Kenz. I... przepraszam. Wiem, że nie tego oczekiwałaś, ale musiałem ci to uświadomić. Dawno należało to zrobić.
—Ja o tym od dawna wiedziałam, tato — odezwałam się cicho.
— Kocham cię, wiesz o tym?
— Tak, ja ciebie też. Pozdrów Grace.
Rozłączył się, ale ja nie miałam czasu na zebranie myśli. Mój telefon się rozśpiewał, a ja spojrzałam na ekran. Dzwoniła Sharmila. Chciałam wyłączyć telefon i zjeść kolejnego lizaka, płacząc nad sobą i walczyć nieudolnie z powracającą apatią, ale poczułam, że to nie było by fair w stosunku do niej. Wytłumaczyłam jej pobieżnie, że jadę na jakiś obóz, pomagać i robić nie wiadomo co. Zasługiwała, by z nią porozmawiać. Kliknęłam zielona słuchawkę.
— Halo? — spytałam z rezerwą.
— Mac! — wrzasnęła do słuchawki Sharmilia. Skrzywiłam się, tak jak zawsze. Nigdy nie potrafiła być cicho i była rozentuzjazmowana jak wiewiórka z "Prawdziwej Historii Czerwonego Kapturka". — W San Luis napadli na bank. Tylko mi nie mów, że to ty razem z NIM.
— Mila?— spytałam, mocno zaniepokojona. — Czy znów wymieszałaś szkocką z sokiem porzeczkowym?
— Ty mnie tu nie czaruj troskliwością! — wrzasnęła. — Bo jeśli to byłaś ty i nie podzieliłaś się ze mną kilkoma patykami, będziesz martwa.
Przymknęłam oczy i pohamowałam uśmiech, cisnący się na moje wargi. Ta dziewczyna była jak zastrzyk adrenaliny. Wyciągała mnie z największego bagna życiowego, które na własne życzenie się wpakowywałam.
— Mila, nie napadłam na bank. Ani sama, ani z Leonem.
— Szkoda — westchnęła .— Fajnie by było być przyjaciółką kryminalistyki. No a teraz... Mów o co chodzi z tą cholerną, seksistowską świnią, którą ty nazywasz Leonem.
Odetchnęłam spazmatycznie. Wszechświat wracał do normy.



Po dwóch dniach tłumaczenia Valdezowi, że byłam tylko porozmawiać z tatą i przyjaciółką, wiec dlatego nie było mnie kilka godzin, bo chciałam odjechać od obozu, by go nie narażać, w końcu dał się przekonać. Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, słyszałam w głowie dwójkę ludzi. Pierwszym był tata, który pytał prostolinijnie: "Czemu po prostu mu nie powiesz?", a drugim Sharmila: "Myślisz, że za zabójstwo dwóch osób wsadzą cię do więzienia, mimo niezłego tyłka i ładnej buzi?".
Stałam oparta o blat kuchenny i wpatrywałam się w okno. Słońce już dawno wisiało na nieboskłonie, a ja zrezygnowałam dzisiaj z treningu. Miałam ochotę na film z Audrey Hepburn, gdzie w międzyczasie przegryzałabym lody orzechowe i wcinała ciasteczka zbożowe. To był nasz sposób, mój, Dana i Sharmili na przetrwanie jesiennej depresji związanej z powrotem na uczelnie. Mimo tych pragnień byłam świadoma tego, że głównie dzień spędzę za biurkiem, przeglądając stare wydania gazet sprzed kilkunastu lat i picia jak największej ilości kawy z cynamonem.
Myślałam też o wczorajszej rozmowie z przyjaciółką, druga z serii "Mila radzi Show".
Nie potrzebowała dużo szczegółów, by zebrać moja żałosną historię do kupy. Wiedziała, że zostawiłam chłopaka, choć oboje byliśmy w sobie zakochani i odeszłam. A teraz on do mnie napisał i prosił o wsparcie, a ja się zgodziłam. Prosił o pomoc z inną dziewczyną, ale chodziło o to, co przeszła. Ładnie ubrałam wszystko w słowa, by wyglądało to na iście nudną historyjkę o Sieroce Mackenzie.
— Jesteś pewna, że nie chcesz, bym przyjechała? — pytała raz za razem. —Dorwę go, jak okaże się śliczny, to nie będę biła w twarz i po kłopocie. A co do tej Lisy, to znasz ten trik z proszkiem do pieczenia?
Wiedziałam, że żartuje i rozładowuje tym samym mój stres. Ale gdzieś pomiędzy wierszami zawarła mnóstwo wskazówek, cennych niczym diamenty.
Do kuchni wpadł Leo, uśmiechając się na mój widok. Była dziewiąta, słońce grzało przyjemnie, a ja piłam wrzącą kawę. Odwzajemniłam uśmiech, ciągle mając w głowie kłótnie pomiędzy radami taty a mojej hinduskiej przewodniczki duchowej.
— Dzień dobry — przywitał się chłopaki.
— Dzień dobry — odpowiedziałam. Leo zaczął się krzątać, przygotowując sobie kawę. —Piper prosiła, byś oddal jej książki, które pożyczyłeś.
— Książki? —powtórzył, ściągając brwi. —A, książki. Dobra. Dzięki.
Kiwnęłam głową. Leo sięgnął nad moim ramieniem i wyciągnął czerwony kubek, prawdopodobnie nieświadomie kładąc jedną rękę na moim biodrze dla zachowania równowagi. Dla niego był to naturalny gest, a ja całą się spięłam. Mógł nadzwyczajnej w świecie poprosić, bym się przesunęła. On dopiero, gdy się odsuną, to zauważył.
— Coś nie tak? —spytał lekko zaniepokojony. Pokręciłam głową, a on westchnął, jak by znudzony tłumaczeniem czegoś przedszkolakowi po raz dziesiąty. —A co z "bądźmy dla siebie szczerzy"? Łamiesz reguły gry, Kenz. Przecież widzę, że jesteś od jakiego czasu jakaś dziwna.
Podeszłam od blatu i podeszłam do oka. Wychodziło ono na ogród i starą, drewnianą altanę. Czułam na plecach wzrok Leona, próbującego prześwietlić moje myśli. Nie udało mu się, więc usiadł przy stoliku i zaczął pić przygotowany przez siebie napar. Moje myśli były jednym wielkim tornadem, żywiołem do niezatrzymania. Ile czasu zajmie mi wyznanie prawdy? Tego dnia, gdy po raz pierwszy byłam w gabinecie, wahał się tylko chwilę. Ja to robiłam od kilku dni i nadal nie potrafiłam wypowiedzieć kilku słów. Moja przyjaciółka często wtedy mawiała: " Cóż z tego, że słoń silny, jeśli sam przynosi łańcuch, którym go wiążą." Czasami nienawidziłam w niej tej nutki filozofii, a innym razem za nią dziękowałam.
— Ona mnie nienawidzi — powiedziałam o chwili cicho, obejmując mocniej dłońmi gorący kubek z parującą kawą. — Akceptuje tylko ciebie.
Już, powiedziałam to. Nawet na niego nie spojrzałam, ale czułam, jak jego czujne oczy studiują moją twarz, a raczej profil. Przytknęłam krawędź kubka do brody i tak wdychałam aromatyczną woń mojego ulubionego napoju, który koił moje nerwy. Minęło tak dużo czasu od wypowiedzenia moich myśli na głos, że zaczęłam sądzić, że chłopak nawet ich nie usłyszał.
— Nie przesadzasz, Kenz? Wy się nawet prawie nie widujecie — mruknął Leo, bagatelizując mój problem. Westchnęłam w duchu.
— Czytałeś Małego Księcia? — spytałam, dzielnie odwracając się do okna. Chłopak uniósł wzrok, który spotkał się z moim i uśmiechnął się szeroko. — No tak, kogo ja pytam. Był tam Lis i chłopiec musiał go oswoić.
— Oswoić? — powtórzył głupio Leo, zapewne zdezorientowany pozorną zmianą tematu.
— Czyli stworzyć więzły — wyjaśniłam cierpliwie — które ja nadwyrężyłam. Książę oswoił Lisa i w ten sposób sprawili, że potrzebowali siebie nawzajem. Wszystko, co jest związane z tobą, przypomina jej to. Gdy widzi ogień, nie boi się, tylko kojarzy go z tobą. — Umilkłam, zauważając, że własne słowa po części odnoszą się do mnie. Po chwili wahania kontynuowałam. — Każdego dnia przybliżacie się do siebie bardziej. Na początku tylko siedziałeś i obserwowałeś ją. Jak to ujął Antoine de Saint-Exupery: "Mowa jest źródłem nieporozumień". I z każdym dniem robiłeś kolejny krok, by jej nie wystraszyć. Na początku byłeś dla niej zwykłym chłopakiem, irytującym i denerwującym... — Tutaj Leo chrząknął, ale ja mówiłam dalej — ... podobnym do wszystkich innych. A teraz dla niej jesteś kimś ważnym. I ona dla ciebie też. Gdy inny widzieli w niej psychopatkę, ty potrafiłeś spostrzec coś więcej. Bo "dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Ja nie wpasowuję się w ten schemat. Nie potrafię jej polubić, choćbym się bardzo starała, a uwierz mi, próbowałam.
— Chcesz odejść? — spytał poważnie, a z jego twarzy zniknęła nuta wesołości. Pokręciłam głową, gestem odpowiadając na pytanie. Upiłam łyk kawy i kontynuowałam wypowiedź, a słowa same pojawiały się w moim umyśle.
— Źle się czułam, ukrywając to przed tobą. Ja po prostu zakłócam rzeczywistość Lisette, którą ty stworzyłeś... Nie ma tam miejsca dla mnie. To jest twoja działka. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę — zacytowałam, kończąc pouczenie. Podeszłam do zlewu i włożyłam do niego kubek, który po chwili lśnił czystością. Odwróciłam się, wpadając na Leona, który stał za mną. Przytrzymał mnie za nadgarstki, nie pozwalając na upadek.
— Jesteś w stu procentach pewna, że to ona jest moją oswojoną różą?
Nienawidzę go. Tak bardzo go w takich momentach nienawidzę. Kiwnęłam głową, odwracając wzrok. Miałam się w tego wyleczyć. Miałam przynajmniej spróbować opanować bicie serca, gdy był w pobliżu.
— Znasz na pamięć cytaty? — spytał z nutką rozbawienie. Spojrzałam na niego twardo.
— To jedna z moich ulubionych książek, choć ostatnio zaczęła mi się przejadać.
— Jeszcze mi powiedź, że ten Lis gadał — zadrwił. Nie odpowiedziałam, bo nie przychodziła mi na myśl cięta riposta. Leo uśmiechnął się zawadiacko i zaczął: — A jesteś w stu procentach pewna, że to, co dosypałaś do kawy, było cukrem?
— Ja nie słodzę — odpowiedziałam sucho. Jego bliskość była dla mnie zbyt uciążliwa.
— Nie możesz jeszcze raz spróbować, Kenzie? — spytał błagalnie, jak dziecko, które prosi mamę, by kupiła mu zabawkę. — Dla mnie?
Po chwili kiwnęłam głową, znów sobie wyrzucając, że dałam za wygraną. Wyswobodziłam rękę z spod dotyku i uciekłam szybko do gabinetu, zamykając cicho drzwi.


□ 


SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU


Rok temu z niecierpliwieniem czekałam, aż podzielić się z Wami drugą częścią Alfabetu... A teraz mija kolejny raz, a Wy wciąż tutaj jesteście, wciąż Leo i Mackenzie, a teraz jeszcze Lisette, żyją w Waszych sercach. I chce z całego sera podziękować Wam za to, że jesteście.

Jesteśmy już tak mniej więcej w połowie. Następny rozdział będzie epicki choć mam mieszane uczucia co do niego. Chciałam go nawet wyrzucić, ale ciągnie za sobą całą akcję, więc machnęłam ręką. I będzie perspektywa Liz, bo wiem, że niektórzy się za nią stęsknili.

Wszystkiego najlepszego w Nowy Roku! Ja tkwię w pracy i obsługuję Sylwestra i modlę się o tą 7 rano, gdzie walnę się do łóżka i prześpię pierwszy dzień Nowego Roku. Taki szalony Sylwester.

To, co osiągnęłam w tym roku, jest niesamowite. Napisałam sztukę z najlepszą przyjaciółką, którą wysłałam na konkurs, a samą nią wystawia szkolny teatr, gdzie my gramy główne role. Jestem w trakcie zbierania materiałów do książki, którą pokochacie, uwierzcie. Ja i Domka odwalimy kawał dobrej roboty. Moje ciało przeszło niesamowitą zmianę, tak samo jak moje myśli i styl pisania. Nie wyobrażam sobie, że miałabym przestać to robić. Dziękuję Wam i za Was, bo to Wy jesteście motywacją.

Spełnienia postanowień, dużo szczęścia i zdrowia.

sobota, 24 grudnia 2016

Rozdział XXV - Słabości


— Wyciągniesz to z moich zimnych zwłoków!
— Poprawna forma to zwłok.
— Nie mów mi jak mam żyć!
Na górze trzasnęły drzwi, a wątpliwą ciszę rozdarł desperacki jęk Juliet, która tupiąc głośno zeszła po drewnianych schodach. Przymknęłam oczy, czując, jak powstrzymywana przez cały dzień migrena i zmęczenie zaczynają pulsować w moich skroniach. Emma bardzo często kłóciła się ze swoją grupową, a ta z kolei wkurzała się, nie mogąc zapanować nad podopieczną. Juliet, obrażona na cały świat, usiadła z głośnym pac na sofie.
— Powiedź mi — zaczęła, a ja otworzyłam oczy i zamknęłam książkę, którą aktualnie czytałam — czy okres buntu nie przypada czasem na wiek nastoletni, a nie na osiem lat?
Uśmiechnęłam się. Juliet rozpoczęła wojnę z małą Emmą. Dziewczynka, mimo młodego wieku, zaczęła zbyt szybko przybierać na wadze. Powodem był ukryty handel batonikami, prowadzony przez domek Hermesa, który już za moich czasów kwitł, a teraz urósł do wielkości czarnego rynku. Iris tępiła cukier prosty wszelakiej postaci, więc w Obozie Herosów słodkości nabierały wagi diamentów. Moja siostra potrzebowała teraz kogoś, kto by jej wysłuchał i utrzymywał w przekonaniu, że ma naprawdę ciężkie życie. Ale byłam pewna, że jeśli zaproponowałam bym, by zrezygnowała z urzędu Grupowej Domku 4, zapewne dostałabym doniczką po głowie.
Przymknęłam oczy, wsłuchując się w przyjemny głos Juliet. Moje mięśnie były napięte i za nic w świecie nie potrafiłam się odprężyć. Było to wynikiem długiego i stresującego tygodnia. Ślęczałam nad papierami dotyczącymi Lisette, trenowałam i dodatkowo musiałam poradzić sobie u uczuciem niechęci, które wolno kiełkowało w mojej duszy, a jej siewcą była urocza blondynka o kręconych włosach.
Wtedy, na ognisku, gdy nasze spojrzenia się spotkały, coś w sposobie bycia dziewczyny się zmieniło. Byłam na tyle biegła z czytania mowy ciała, że to zauważyłam. Czuła do mnie niechęć. A mój umysł zareagował natychmiast: Co dajesz, to otrzymujesz.
Leo też wcale nie pomagał. Czasami przychodził na moje treningi i przygadał się moim starciom z Matt'em, który był doskonałym partnerem, choć ciężko było z nim wytrzymać. Dwa dni temu, gdy czułam jego wzrok na sobie, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tutaj siedzi. A potem coś w moim umyśle zaskoczyło: bo nie trenuje z nim albo z Percy'm, jak o zawsze robiłam. Nie schowałam dostatecznie szybko ramienia i ostrze miecza Matt'a pozostawiło czerwoną pręgę na mojej ręce. Odskoczyłam, choć w pierwszym kontakcie adrenalina blokowała ból, teraz roznosił się po całym ciele. Zamknęłam oczy, próbując powstrzymać chęć krzyku. Teraz mogłam słyszeć tylko i wyłącznie głosy.
— Co ty zrobiłeś? — warknął wściekły Leo, który zmaterializował się obok mojego boku. Czułam, jak kładzie swoje ciepłe ręce na mojej talii, przytrzymując w razie chęci upadku.
— To nie moja wina, tylko jej — usprawiedliwiał się słusznie Matt. — Rozproszyła się. Mogła uważać.
— Zabije cię — wycedził Leo.
— Oboje jesteś idiotami — dołączył się kobiecy głos, po którym rozpoznałam Juliet. Przytknęła coś do mojej twarzy, co cudownie pachniało i dodawało sił. Otworzyłam oczy i ujrzałam batonik ambrozji. Moje gardło automatycznie się zablokowało. — Masz Kenz. Zjedź to.
Pokręciłam głową. Nie, nigdy więcej. Zacisnęłam usta w cienką linie i odwróciłam głowę, jak siedmioletnie dziecko, które nie chce zjeść obiadu.
— Kenz? — zaniepokojony głos Juliet zaszumiał w mojej głowie. — Nie chcesz? Przecież musisz! To ci pomoże i zagoi ranę.
Z głębokiego rozcięcia, biegnącego od mojego ramiona w dół, aż do łokcia, lała się krew tak jak z odkręconego kranu woda. Zaczynało mi się kręcić w głowie od utraty tylu cennego i potrzebnego do życia płynu. Jednak nadal stanowczo zaciskałam usta i nie pozwalała wepchnąć sobie do gardła ani ambrozji, ani nektaru. Leo, nieco zdenerwowany i zatroskany, był na skraju wytrzymałości. Byłam oparta o jego klatkę piersiową i czułam, jak coraz szybciej podnosi się i opada. Mruczał słowa zachęty, przeplatając to hiszpańskimi słowami, ale ja byłam nieugięta. Na domiar złego, zaczynało mnie mdlić od uczucia krwi biegnącej w dół mojej ręki i skapującej z palców na ziemię. Leo westchnął i pokierował mnie łagodnie w stron trybun, rozkazując innym się nie zbliżać. Ledwo trzymałam się na nogach. W końcu, niczym po kilkugodzinnym marszu, pociągnął mnie na dół, aż usiadłam na ławce. Przymknęłam oczy i próbowałam się opanować, a chłopak obiecał, że zaraz wróci i pobiegł gdzieś. Kilka chwil później był już z powrotem z miską wody, białym puchatym ręcznikiem oraz wielkim bandażem i zawiniątkiem, z nicami i igłami. Jęknęłam cicho na myśl o szwach, ale to była bardziej optymistyczna wersja niż zjedzenie ambrozji.
— Nie ruszaj się — mruknął, namaczając biały ręcznik w wodzie i wyciskając go — opatrzę cię, dulce patán.
Przycisnął mokry materiał do rany, a ja syknęłam cicho. W moich oczach pojawiły się łzy bólu, jednak nie pozwoliłam im popłynąć. Leo cierpliwe zmywał krew z mojego ramienia z półuśmiechem na twarzy i łagodnie do mnie przemawiał. Wkrótce ręcznik zabarwił się na różowo od mojej krwi, tak samo jak woda. Na ramieniu czułam lekkie szczypanie i pieczenie. Powstrzymując odruch wymiotny powoli obróciłam głowę w jego stronę i otworzyłam powieki. Zamarłam na widok mojego ramienia, które w powolnym tępię się zrastało, ścięgno za ścięgnem, niczym w przyśpieszonym filmie dokumentalnym o anatomii człowieka.
— Co ty zrobiłeś? — mruknęłam słabo, z nutą zaszokowania w głosie. Leo podniósł głowę i napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się ciepło i kojąco.
— Dodałem nieco nektaru do wody, a potem przemyłem twoja ranę.
Chciałam wstać z ławki, ale byłam na tyle słaba, że gdy tylko się podniosłam, Leo złapał mnie za rękę i pociągnął w dół, a ja z jękiem opadłam z powrotem na miejsce. Jego ciepłe palce nie puściły mojego ramienia, tyle, że uścisk zelżał. Chłopak znów zatracił się w czynności opatrywania, a ja obserwowałam każdy jego ruch. Ściągnięte brwi, gdy z uwagą przypatrywał się ranie. Zaciśnięte usta, świadczące o tym, że skupiał całą uwagę na mnie, jakbym była maszyną, którą ma za zadanie naprawić. Byłam zahipnotyzowana.
Gdy została tylko różowa blizna, Leo posmarował ją maścią z antybiotykiem i nektarem, po czym owinął moje ramię bandażem. Igły pozostały na swoim miejscu, a ja odczułam ulgę z powodu tego, że nie musiał ich użyć. Na rękach Leona był moja krew, ale on chyba się tym nie przejmował. Spojrzał na mnie poważnie i grożąc palcem powiedział:
— Nigdy więcej tego nie rób. Nie strasz mnie tak więcej. Zabraniam ci.
Posłałam w jego stronę krzywy uśmiech.
— Będę robić co będzie mi się podobało. Nie musisz być moim cieniem i ratować mnie z każdej opresji. Nie jestem mdlejącą księżniczką i potrafię o siebie zadbać.
— Właśnie widziałem — mruknął, a po czym westchnął. — Czy mówiłem ci już kiedyś, że jesteś niezwykle uparta, mi margarita?
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jak postawisz na swoim, nawet trzęsienie ziemi i powódź cię nie ruszy.
— Wiem, co to znaczy uparta. Chodziło mi o mi margarita.
— Ah — mruknął Leo i posłał w moją stronę jeden z uśmiechów, zarezerwowanych tylko dla mnie. — To znaczy moja stokrotko, moja perło.
Wziął miskę z wodą i ręcznik, po czym się oddalił. Patrzyłam, jak odchodzi, zadowolony z siebie. Była wdzięczna, że mnie nie widzi, bo nie sposób było ukryć rumieńca, który wpłynął na moje policzki.
Ktoś potrząsał moim ramieniem, a ja podniosłam powieki, ciężkie niczym kilkukilogramowe ciężarki do ćwiczeń. Rozejrzałam się nieprzytomnie po prawie pustym salonie i napotkałam zatroskany wzrok Juliet.
— Zasnęłaś — stwierdziła inteligentnie.
— Bo jestem śmiertelnie zmęczona — odpowiedziałam, przeciągając się.
— Leonem czy Lisette? — spytała z nutką kpiny w głosie. Zignorowałam ją.
— Obojgiem — odparłam wymijająco, choć zgodnie z prawdą. — Dobranoc.



Do mojego czoła przykleiły się mokre kosmyki włosów. Uwielbiam to w treningach. To uczucie, kiedy twoje ciało udowadnia ci, że możesz więcej, niż myślisz. Kiedy zdaje ci się, że upadasz i masz dość, ono robi ci niespodziankę i pokazuje, jak w wielkim byłaś błędzie. Gdy dławisz się własnym przyśpieszonym oddechem, gdy kontrole nad twoim umysłem przejmuje instynkt. Choć zmęczenie jest ogromne, a wyniki przychodzą tak wolno, że zdaje ci się, że nigdy nie nadejdą, potrafiłam znaleźć w tym przyjemność. Ćwiczenia i treningi pozwoliły mi zrzucać stres, uciążliwe myśli stawały się wyblakłe i mało znaczące. Liczyło się tylko galopujące serce i urywany oddech oraz słony pot, który nie raz zalewał mi oczy.
Matt był dobry. Niezwykle dobry. Choć uczęszczałam przez pewien czas na zajęcia ze sztuk walki i nie byłam w nich najgorsza, zrezygnowałam z powodu zbyt dużej liczby obowiązków. Teraz pomyślałam, obracając kij jō w swoich dłoniach, że przydałoby mi się kilka lekcji, które by mi przypomniały co nieco. Choć Matt znał się na tym i lubiłam z nim walczyć, jego zarozumiałość działała mi na nerwy. Dlatego taką satysfakcją było pokonanie go. Udawał wtedy, że dawał mi fory, ale blask zemsty w jego oczach nie gasł, bo pokonała go dziewczyna, która dodatkowo nie miała prawdziwej broni w dłoniach od wielu lat.
Starałam się być jak najszybsza i zwinna, choć również mi się obrywało. Szczególnie bolał lewy bok, na który opadł kij chłopaka, bo niedostatecznie szybko przewidziałam jego ruch. Nie skrzywiłam się a bardzo, ale miałam pewność, że jutro w tym miejscu będę miała wielki siniak o prawie czarnym odcieniu. Nie pozostawałam w tyle i Matt wiele razy musiał rozcierać nadgarstki w czasie przerw, ale zawsze robił to tak, bym tego nie zauważyła.
— Przerwa! — zawołał głos zza moich pleców. Zauważyłam na twarzy swojego partnera niezadowolenie, które dość często wykrzywiało jego rysy. Odwróciłam się do Leona, który stał niedaleko mnie z założonymi rękami, a teraz podchodził do mnie powoli. Otarłam pot z czoła.
— Nie muszę ci mówić, że nie podoba mi to, co robisz — zaczął, a ja westchnęłam i podeszłam do ławki, na której leżała moja butelka z wodą i ręcznik. Położyłam obok kij jō i wytarłam twarz materiałem, po czym zawiesiłam go sobie na szyi jak szal.
— Tylko wyłącznie dlatego, że go nie lubisz — zauważyłam kąśliwie i upiłam łyk wody, który był dla mnie bardziej drogocenny niż nektar.
— Masz rację, nie lubię go — odpowiedział wesoło. Zmarszczyłam brwi. — Znalazłaś coś?
— Nieszczególnie — odpowiedziałam, wdzięczna za zmianę tematu. — Wszystkie artykuły są oparte na wywiadach z jej byłą opiekunką, która mogła wszystko podkolorować. Dziewczyna miała parcie na szkło. Głównie chodzi o to samo: Lisette rozmawia z wymyślonym przyjacielem, Lisette izoluje się od wszystkich, Lisette potrafi nie reagować, gdy się o nią coś pyta. Większość z tych artykułów to brednie, a internauci mają wybujałą wyobraźnie. Nie potrzeba mi takich pseo dowodów. — Przerwałam na chwilę, by upić kolejny łyk wody i zakręciłam butelkę. — Potrzebuję dokumentacji z psychiatryka, gdzie ją trzymali. Papierowej dokumentacji.
Leo przyglądał mi się czujnie. Rozmasowywałam sobie nadgarstki, nie dlatego, że mnie bolały. Powodem było to, że musiałam się czymś zająć, by nie stać jak słup soli.
— Więc co proponujesz, genio?
— Wypad do zakładu w stylu Nicole i Simona, tyle że zamiast fałszywej Venus, zdobędziemy potrzebne informacje*.
Minęła długa cisza, zanim Leo skojarzył, o co mi chodzi.
—Jesteś szalona, Kenz. Nie jestem wybitym złodziejem, a nawet jeśli, to zbyt ryzykowne. Mogą nas złapać.
Choć treningi prócz wzmacniania mięśni oraz wytrzymałości pozwalają ci lepiej kontrolować emocje i pozbyć się tych negatywnych, nie sposób czasami się nie zdenerwować. Właśnie w tej chwili nadszedł ten czas, kiedy moja psychika okazała się zbyt słaba, by puścić mimo uszu taką uwagę. Poniosłam tą rękawicę.
— I mówi to Król Taktu, który potrafił rozwalić ścianę, by wydostać dziewczynę, która w mniemaniu wszystkich była umysłowo chora, znaleźć się na okładkach czasopism na całym świecie i być ściganym listem gończym? I ty próbujesz mi wmówić, że nie dałbyś radę ukraść parę kartek?
Leo uśmiechnął się, co niezbyt mi się podobało. Może nie sam uśmiech, bo ten był cudowny, ale sposób, w jaki to zrobił. Zacisnęłam zęby.
— To o czym mówisz, to nie kradzież, tylko uprowadzenie. A jakbyś nie zdążyła się przekonać, jestem mistrzem w porywaniu.
— Zamknij się — odpowiedziałam, rzucając ręcznik na niską ławkę. Choć przedtem rozmawialiśmy przyciszonymi głosami, by nikt nas nie podsłuchał w gwarze rozmów, teraz stopniowo natężenie mojego głosu rosło.
— Daj spokój, Mackenzie. Nie możesz się obrażać za każdym razem, gdy odrzucam twoją propozycję.
— Tu nie o to chodzi — odwarknęłam, mierząc w niego oskarżycielsko palcem. — Ty się po prostu najzwyczajniej w świecie boisz. Jeśli mamy opierać się tylko na domysłach, do niczego nie dojdziemy. Potrafię o siebie zadbać, Leo. Tak bardzo się o mnie troszczysz, bym nie złamała sobie paznokcia, że gdym rzuciła ci wyznanie, odrzuciłbyś go. Z taką postawą w życiu byś mnie nie pokonał. I założę się, że to prawda.
Byłam bardzo złą dziewczynką. Specjalnie próbowałam go zmanipulować, by dostać to, czego chciałam. No ale, hej, może nie miałam racji? Leo w każdym stopniu powinien dać mi działać, bo stoję w miejscu. I nawet jeśli prowokacja miała być sposobem na załatwienie tej karty. Stanęłam z założonymi rękoma, zmrużyłam oczy i wpatrzyłam się w jego twarz, wyzywająco podnosząc podbródek. Leo uniósł brwi i przechylił głowę na prawy bok.
— Więc nigdy bym cię nie pokonał?
— Nigdy.
Leniwe podszedł w moją stronę, przypatrując się mi uważnie, jakby oceniał, czy mam jakieś słabe punkty. Nasze nosy prawie się i starałam się ukryć to, jak bardzo mi się to podobało. Przybrałam wyraz twarzy groźnego policjanta.
— Jesteś pewna?
— Absolutnie.
Wiedziałam, że coś nie tak jest w tym jego uśmiechu, ale zrozumiałam to dopiero, gdy jego ręce powędrowały do mojej tali. Nie byłam na to przygotowana. Spodziewałam się wykręcania reki, podstawienia nogi, pstryczka w nos i — choć byłam na siebie wściekła z tego powodu — tego, że mnie pocałuje. Ale nie tego, że zacznie mnie łaskotać w każde miejsce, które było dla mnie wrażliwe na gilgotki. Z mojego gardła wydobył się głośny śmiech, zaczęłam go uderzać płaska dłonią gdzie trafiłam i wrzeszczeć ile sił w płucach, wyzywając go od najgorszych, skręcając się z tortury. Korzystając ze sposobności, Leo zrzucił mnie z nóg. Upadłam na plecy a on usiadł na mnie okrakiem, nadal kontynuując moja słodką udrękę.
— Złaz ze mnie, idioto! — wrzasnęłam w chwili desperacji, gdy mój brzuch zaczął trawić ogień.
— Wygrałem? — spytał, przerywając na chwile łaskotanie, ale dłoni z mojej tali nie zabrał. Wypuściłam powoli powietrze, próbując się opanować.
— Skąd taki wniosek?
— Powaliłem cie z nóg, felicidad. Gdybym nie robił tego za każdym razem, gdy mnie widzisz, poczułbym satysfakcje.
— O czym ty gadasz, Płomyczku?
— Znam twoje słabości lepiej, niż ty sama.
Przestałam się na chwilę wyrywać i mu się przyjrzałam. Coś było w sposobie, jakim mrużył oczy przed słońcem, a same jego promienie bawiły się miękkimi refleksami w jego włosach. Przełknęłam ślinę, uświadomiwszy sobie, że w ustach mam całkowicie sucho. Tam, gdzie przed chwilą trawił mnie ogień spowodowany nadmiernym śmiechem, pojawiło się łaskotanie i byłam świadoma, dlaczego. Mój mózg również zarejestrował to, że na arenie zrobiło się dużo ciszej i ktoś nerwowo chichotał. Chłodne opanowanie wróciło, a mi przeszła ochota na przekomarzanie się z chłopakiem. Poczułam wstyd, że dałam mu się znowu sprowokować, zachowując się jak naiwna nastolatka.
— Czy możesz ze mnie łaskawie zejść?— spytałam, zupełnie już poważna. — Ludzie się na nas gapią.
Choć byłam pewna, że Leonowi to nie przeszkadza, spełnił niechętnie moją prośbę. Zaoferował mi nawet pomocną dłoń, ale ją zignorowałam i sama wstałam. Bok, w który uderzył mnie kilkanaście minut temu Matt, pulsował nieprzyjemnym bólem.
— Przynajmniej się zastanów nad tym, dobra? — poprosiłam, wracając do tematu.
— Nie — odpowiedział bez wahania Leo. Miałam ochotę go trzepnąć, i to solidnie. Ale zauważyłam, jak nowa postać pojawiła się na arenie i przykuła moją całą uwagę. Leo jeszcze coś tam paplał mi nad uchem, ale ja go nie słuchałam. Po chwili na moje usta wpłynął szczery uśmiech i zanim się powstrzymałam, krzyknęłam:
— Percy!
Leo również spojrzał w jego stronę, ale mnie już przy nim nie było. W mgnieniu oka znalazłam się przy moim dawnym nauczycielu i wpadłam mu w ramiona. Jackson obrócił się ze mną parę razy wokół swojej osi, a ja przez ten czas nie czułam gruntu pod nogami. Z mojego gardła wydobył się śmiech. Percy postawił mnie na ziemi, położył dłonie na moich ramionach i zrobił mały krok w tył, po czym przesunął po mnie wzrokiem, cały rozpromieniony.
— Jak ty wyrosłaś, mała. Mogłabyś być aniołkiem Victoria's Secret.
Roześmiałam się.
— Ostatnim facetem, który mi to powiedział, był mój tata. I to trzy lata temu.
— No cóż, chętnie bym cię zobaczył w bieliźnie — zażartował chłopak, a ja w zamian uderzyłam go w ramię, nie tak łagodnie, jak oczekiwał.
— A ty nic się nie zmieniłeś.
— Nieprawda — odmruknął, nieco nadąsany, rozmasowując sobie ramię. — Wyprzystojniałem, jeśli jest to możliwe.
Leo pojawił się przy moim boku i przywitał się ze swoim przyjacielem. Odwróciłam się i pomachałam Matt'a, dając mu tym samym do zrozumienia, że skończyłam trening na dzisiaj. On teatralnie westchnął i narysował w powietrzu serduszko, a ja pokręciłam z uśmiechem głową, zdumiona, że potrafi być taki bezczelny. Odwróciłam się z powrotem do chłopców. Leo zaśmiał się głośno z jakiś uwagi Jackson'a, a mnie w tej samej sekundzie uderzyła bolesna prawda, przygaszając nieco mój uśmiech.
Mała.
Percy mnie tak nazwał. Od pewnego czasu coś mi nie pasowało w Valdezie i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, co.
Odkąd wróciłam do Obozu Herosów, Leo nie nazwał mnie ani razu "mała".

□ 

* Mackenzie przytoczyła tutaj film "Jak ukraść milion dolarów" w reżyserii William'a Wylera. W głównych rolach Audrey Hepburn (Nicole Bonnet) i Peter O'Toole (Simon Dermott).





WESOŁYCH ŚWIĄT


Z okazji Świąt chce życzyć najlepszym czytelnikom pod słońcem zdrowia, miłości, spełnienia najskrytszych marzeń, które chowają się w głębi serduszka, wspaniałych chwil i radosnego świętowania, byście się wreszcie wyspali i odpoczęli, oraz naładowali baterię pełną pozytywnych myśli i emocji.

Żałuję, że nie zdążyłam napisać świątecznego specjału. Natalia mnie zainspirowała do pierwszych świąt Lisette... Miała być bitwa na śnieżki, Mackenzie uciapana mąką, cynamonem i przyprawą do pierników i dająca łyżką po łapach Leonowi, który podkrada słodycze, ubieranie choinki, ciepłe kakałko i dużo miłości. Ale nie wyszło... Może kiedyś to napiszę, bo zaczęłam i mam napisane parę akapitów. Może w zamian pojawi się specjał walentynkowy. Poczekamy, zobaczymy. 

Ta konwersacja pomiędzy Emmą a Juliet to autentyk. Ja często przekręcam słowa i używam nieoprawnych form, a Dominika zawsze mnie poprawia. A wtedy ja jej odpowiadam: "Nie mów mi, jak mam żyć!".

Tłumaczycie sobie, jak Leo nazywa Kenzie po hiszpańsku? Czy ja mam dodawać mały słowniczek, byście się nie męczyli? Whatever, ja również mam łaskotki wszędzie i ostatnio Natalia zaczęła to wykorzystywać. Chociaż ona może...

Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział XXIV - Poznaj moją eks



Bawiłem się bezmyślnie sprężynką, podczas gdy Lisette obmyślała swój ruch. Siedzieliśmy na werandzie Wielkiego Domu, pijąc herbatę i zajadając się mieszanką orzechów i nasion, którą blondynka uwielbiała. Mogła żyć tylko na naleśnikach, wodzie i właśnie tym przysmaku, gdybym nie kazał jej odżywiać się prawidłowo, jak na herosa przystało. Wpatrywałem się w szachownice i na swoje nieliczne czarne pionki. Lisette grała białymi i teraz w skupieniu przyglądała się planszy, jakby to była prawdziwa walka na śmierć i życie, a nie zwykła partia warcabów. Ona myślała o swoim ruchu, a ja o chłopcu od Hermesa. Od kilku dni szeptano o tym, co go zabiło. Kilkoro herosów wybrało się nawet na poszukiwania bestii. Jednak Tim przemilczał sprawę i nie ogłaszał swojego werdyktu głośno. Powiedział o swoim podejrzeniach tylko mi, jakoby, że byłem najbardziej doświadczonym z całego Obozu Herosów. Wyjawił, że wątpi, by zadane obrażenia były wynikiem działania jakiegoś potwora, bo były to rany kłute. Z godnym podziwem spokojem zapewniłem go, że będę uważał i w miarę możliwości znajdę naszą wielką niewiadomą.
Kłamstwa. Kolejne kłamstwa. Miałem wrażenie, że nigdy się nie wyrwę z ich kręgu, szczególnie po przyjeździe Mackenzie.
Lisette ruszyła swoim białym pionkiem, a ja, nieco roztargniony, nie przewidziałem jej podstępu. Dziewczyna w krótkich ruchach nadgarstkiem zbiła moje wszystkie pionki, a z jej gardła wydobył się perlisty śmiech.
— Wygrałam! — zaszczebiotała, klaszcząc w dłonie. Jęknąłem. — A to oznacza, że musisz to zrobić!
— Nie odpuścisz mi? — spytałem z miną pieska, który dostał lanie za zgryzienie pantofla właściciela. Liz pokręciła głową, wprawiając swój w warkocz ruch. Byłem pod wrażeniem, bo z dnia na dzień splatanie włosów szło jej coraz lepiej, ale gdzieś tam w głębi serca ukrywałem lekki zawód, bo nie potrzebowała więcej mojej pomocy. — Nie zmusisz mnie do tego, Lisette Marie Evans.
— Obiecałeś! — fuknęła obrażona. — I nie przewracaj mi oczami!
— Ale wszystko, tylko nie słonecznik...
— To mogłeś się postarać i wygrać! — odpowiedziała prosto dziewczyna, po czym upiła łyk swojej zimnej herbaty. Podsunęła miseczkę w moją stronę, a ja ciężko westchnąłem. Jednocześnie rozległ się w mojej głowie głos Mackenzie, powodujący łaskotanie w moim brzuchu. Złamanie obietnicy to plama, której nie można wymazać. Miała wtedy na myśli oczywiście "większe" sprawy, ale dla Lisette ta właśnie taka była.
Mackenzie nie było w jej gabinecie, jak zacząłem myśleć o małym pokoiku, gdzie przesiadywała ze starym gramofonem, puszczając piosenki z lat 50. i szukając czegokolwiek, co mogłoby nam pomóc. Znałem rozkład dnia Atkinson, ale nie dla tego, że kontrolowałem jej życie w Obozie i nie mogła nawet kichnąć, bym ja o tym nie wiedział. Oczywiście, to był taki mały bonus, ale moim głównym priorytetem było to, by drogi dwóch dziewczyn przypadkowo się nie skrzyżowały. Miałem zamiar je poznać na dzisiejszym ognisku, na które Lisette zgodziła się pójść, gdy poinformowałem ją zgodnie z prawdą, że dzieciaki za nią okropnie tęsknią. Gdy Mackenzie była na treningu lub zajęciach ze swoim domkiem, ja wychodziłem z Liz na świeże powietrze. A gdy ta druga uczyła się w swoim pokoju, oglądała jakiś film lub spała, co ostatnio coraz częściej jej się zdarzało, Kenzie przychodziła do Wielkiego Domu, by prowadzić swoje małe śledztwo.
Nie rozmawialiśmy wiele o ataku, którego Lisette dostała kilka dni temu. Ten temat został zamknięty samoistnie i żadne z nas nie chciało poruszać tego tematu.
Zanim się spostrzegłem, już nastał wieczór i godzina ogniska zbliżała się nieubłaganie. Brunetka dawno wyszła, a Lisette przygotowywała się na górze. Ja sam nie miałem co ze sobą zrobić, więc wydeptywałem ścieżkę z salonu do kuchni i z powrotem. Starałem opanować duszący niepokój i zdenerwowanie, którego pochodzenia nie mogłem zidentyfikować. Czym ja się przejmowałem? Czy się polubią? Czy szminka Makcenzie będzie pasować do jej stroju? Czy Lisette nie będzie zbyt głośno się śmiała? Miałem ochotę wyć z frustracji, jednocześnie śmiejąc się z własnej głupoty. Wyszedłem z kuchni, wzdychając ciężko i powlokłem się do salonu, mając nadzieje położyć się i zasnąć, a obudzić się następnego ranka. Ale zastałem tam coś, czego nie spodziewałem.
Na podłokietniku fotela siedziała jedna z piękniejszych kobiet, jakie widziałem w życiu. Ubrana w obozową koszulkę i obcisłe jeansy z wysokim stanem, oglądała swoje perfekcyjne paznokcie, szukając nieistniejącej skazy. Jej włosy kręciły się w łagodne fale, a ona sama z nudów kołysała nogą, na której połyskiwał wysoki obcas. Przełknąłem ślinę, gdy kobieta podniosła wzrok i uśmiechnęła się, olśniewając mnie swoim uśmiechem.
— Leo! Okropnie się za tobą stęskniłam... Te kilka miesięcy, przez które się nie widzieliśmy, ciągnęły mi się w nieskończoność. Ale obiecałam, że nie będę się ci narzucać przez jakiś czas. Naprawdę nie mam pojęcia, jak Demeter to wyniuchała.
Odgarnęła swoje ciemne, lśniące włosy na plecy, a ja poczułem, że powinienem się jakoś przywitać. Ale byłem tak bardzo zaskoczony jej widokiem, że stać mnie było tylko na nędzne:
— Cześć, pani Afrodyto.
— Czy ja już ci mówiłam, że z dnia na dzień coraz bardziej przystojniejesz? A ja zaczynam mieć problemy z trzymaniem rąk przy sobie.
Poraziła mnie jej bezpośredniość, prawie tak samo, jakby przyłożyła mi prawym sierpowym. Nadal więc stałem jak debil, próbując poskładać myśli i tym samym przejrzeć boginie. Po co ona przyszła?
— Tak się cieszę, że Mackenzie wróciła!— zaszczebiotała Afrodyta. — Robiłeś się odrobinkę zbyt grzeczny. Może moja Helcia cię rozrusza, jeśli wiesz, co mam na myśli — mruknęła, mrugając do mnie. Wtedy się otrząsnąłem.
— Tak w sumie to nie za bardzo...
— Nie? — zdziwiła się bogini, nie dając mi dokończyć zdania. Przestała kołysać nogą i nachyliła się w moją stronę, kładąc łokcie na kolanach i mrużąc oczy. — Ty wciąż ją lubisz, prawda? I to lubisz w ten sposób szczególny. Bo to twoje BING.
— Moje BING? — spytałem, całkowicie oszołomiony.
— Nie zaprzeczyłeś!— ryknęła kobieta, wybuchając salwą śmiechu, po czym spoważniała. — A do Lisette też coś czujesz?
— Że... co?
— Ale zabawa! — rozświergotała się Afrodyta. —Wiedziałam, że Helka i ty będziecie moją najlepszą parą stulecia, ale jeśli doprawimy to jeszcze złotowłosą Liz, to będzie jakiś kosmos! I idziesz w ten sposób na podwójną randkę. Cudownie. Złoto i diamenty, razem z perfumami od Chanel.
Teraz to ja poczułem, jakbym był w innej galaktyce. Afrodyta uśmiechnęła się zniewalająco, widząc moje zmieszanie i zaniepokojenie. Zagryzła wargę w ten sposób, w który wyjątkowo mi się nie podobał.
— Mogę iść z tobą? Będziesz miał aż trzy dziewczyny do towarzystwa!
W osłupieniu się na nią gapiłem, co właściwie nie było żadną niespodzianką, bo odkąd zobaczyłem ją w salonie, nie ruszyłem się nawet o centymetr. Teraz zebrałem się w sobie i odpowiedziałem gładko i stanowczo:
— Myślę, że to nie jest dobry pomysł, pani.
— Dobra — westchnęła Afrodyta, jak naburmuszona nastolatka, wyjątkowo łatwo odpuszczając, co wydało mi się dziwne. — Masz już dwie. I zamierzasz je sobie poznać. Ale będzie zabawa!
— Co? — inteligentnie znów spytałem.
Afrodyta z gracją wstała z fotela i zbliżyła się do mnie, kołysząc biodrami. Po chwili znalazła się wystarczająco blisko, bym wyczuł woń fiołków i róż, którą delikatnie pachniała również Mackenzie. Bogini poklepała mnie po policzku.
— Dajesz, Płomyczku! Liczę na pełen emocji odcinek mojego ulubionego serialu!
I zniknęła, nucąc pod nosem "Wake me up, before you go-go". Podniosłem dłoń i pogładziłem policzek w tym miejscu, gdzie dotknęła mnie Afrodyta, wywołując niemiłe mroczki. Jej zapach jeszcze długo utrzymywał się w powietrzu, a ja zastanawiałem się przez długi czas nad jej słowami. Nie była pierwszą, która pytała mnie o uczucia do Lisette. Ta dziewczyna była dla mnie ważna. Chciałem jej pomóc i moim głównym precedensem było jej dobro. A teraz, kiedy Mackenzie wróciła i trąciła jakąś strunę w moim sercu... Kiedy z nią byłem, obserwowałam jak pracuje, gdzieś tam w głębi wciąż myślałem o Liz. I odwrotnie: kiedy moja Alicja była w pobliżu, moje myśli uciekały do ciepłych plamek w brązowych oczach.
Ktoś zbiegł po schodach, radośnie podskakując. Ja wciąż w amoku gładziłem swój policzek, kiedy Lisette stanęła obok mnie w swojej białej sukience, do której założyła nieskazitelnie czyste trampki. Włosy splotła w francuza, ale kilka pasm uroczo opadało jej na twarz.
— Możemy iść — powiedziała, przeciągając samogłoski. Jej uśmiech nieco zbladł. — Leo, wszystko w porządku?
Dopiero teraz na nią spojrzałem. W jej oczach błyszczały ogniki radości, które zgasły po incydencie w lesie i wczoraj wieczorem na powrót się zapaliły. Poczułem się bardziej zmęczony niż w ostatnich dniach. Nie miałem pojęcia, czy to powód wielkiej odpowiedzialności, z której niedawno zdałem sobie sprawę, czy pojawienie się Mackenzie, czy tysiąc innych rzeczy...
— Jak nigdy, Liz. Po prostu nadal mi nie dobrze po dzisiejszym słoneczniku.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Ujęła moje ramie i razem ruszyliśmy na ognisko. Gdy tylko się pojawiliśmy, dzieciaki podbiegły do blondynki z piskiem podekscytowania na ustach. Jeśli przedtem moja podopieczna była radosna, to teraz tym promieniowała. Założyła na głowę kolorowy wianek wykonany przez małych herosów i została zalana propozycjami tańca. Spojrzała na mnie. W jej oczach malowała się doza chęci do szaleństwa, ale też nieco powściągliwości. Uśmiechnąłem się zachęcająco, ścisnąłem jej rękę w geście pokrzepienia i blondynka ruszyła w tan.
Wmieszałem się w tłum młodzieży, śpiewającą i poruszającą się w rytm muzyki, jednocześnie mając na oku Lisette, która w najlepsze bawiła się z dzieciakami i kilkorgiem dwunastolatków od Irys. Piper szybko odszukała mnie w tym całym chaosie i nawet prowadziliśmy w miarę rozgarniętą konwersację, pomijając to, że musieliśmy krzyczeć sobie nawzajem do uszu, by jedno z nas usłyszało drugiego. Co chwilę się rozglądałem, ale dyscyplinowany rozbawionym wzrokiem Piper, przestawałem na minutę czy dwie.
Ciągle jej nie było. Szukałem smukłej sylwetki pośród morza pomarańczowych koszulek, jej ruchów pełnych gracji wśród podrygujących sztywno nastolatków. I za każdym razem się rozczarowywałem. Już byłem podenerwowany, czy ona musiała dolewać oliwy do ognia? Czy choć raz mogła się nie spóźnić?
W końcu ją dostrzegłem. Stała na samym końcu, nieprzytomnie się rozglądając po sylwetkach innych i od czasu do czasu kiwając na uwagę swojej siostry, której nieuważnie słuchała. Obejmowała się ramionami i nawet w tej postawie wyglądała pewnie. Gdy wykonywała ten gest cztery lata temu, była taka zagubiona i bezradna. Pamiętałem strach w jej oczach, którego każdego dnia maskowała. Ubrana w najzwyklejszą czarną koszulkę i ciemnozieloną spódnicę, wyglądała zarówno elegancko, jak i prosto, i tylko ona potrafiła stworzyć taki efekt. Jej włosy były rozpuszczone i światło, które rzucały płomienie ognia, bawiło się refleksami jej loków.
— Żyjesz? — spytała Piper, a jej głos brzmiał tak, jakby wołała do mnie z drugiego końca tunelu. Dźgnęła mnie nawet palcem w ramię, jednak niezbyt się tym przejąłem. Westchnęła. — Chcesz z nią zatańczyć?
— Tak — odpowiedziałem prosto. Czułem, że muszę ją wziąć w ramiona, teraz, przy wszystkich, bo inaczej oszaleję z tęsknoty.
— No to ją do niego zaproś, do cholery! — warknęła moja poirytowana przyjaciółka, bo jakaś czternastolatka nadepnęła jej na stopę.
— Nie.
— Leo, dosłownie rozbierasz ją wzrokiem. Zrób coś z tym, albo zaraz zaczniesz płonąć jaśniej niż ognisko.
— Co? — spytałem, ściągając brwi i przenosząc moją uwagę na MacLean, na której ustach błądził gorzki uśmiech. Jakby była moją opiekunką i niechętnie przyznawała mi pozwolenie na coś, co jej się niezbyt podobało, ale mi za to bardzo. Dziewczyna westchnęła, zapewne nad głupotą całego rodzaju męskiego.
— Twoje ręce. Dymisz trochę.
Spojrzałem na swoje ręce i z których, zgodnie ze słowami Piper, unosiła się szarawa strużka dymu. Zacisnąłem pięści i opanowałem się, oddychając głęboko. Nie byłem na tyle głupi, żeby do niej podejść. Wzrokiem odszukałem Lisette, która nadal bawiła się z dzieciakami. One zabrały jej wianek, a ona udawała, że nie może ich złapać, by odebrać swój prezent. Po chwili zauważyłem również Matta, który stał w grupce swoich znajomych, popijając coś z czerwonych, papierowych kubków. Całe towarzystwo było nadzwyczaj radosne i roześmiane, a powodem zapewne było to, że w kubkach musiało być coś mocniejszego niż zwyczajny sok jabłkowy. Matt utkwił wzrok w Mackenzie, która nadal słuchała przynudzania Juliet i kołysała się na piętach. Po chwili Lynch zebrał kolekcję pokrzepiających i zagrzewających do walki klepań po plecach, upił jeszcze łyk i wciąż wbijając w Kenzie swój zdeterminowany wzrok, ruszył w jej stronę, przepychając się wśród tańczącego tłumu. Po moim gorącym trupie.
Zostawiłem Piper osłupiałą i sam ruszyłem w stronę dziewczyny, która zauważyła mnie dopiero, gdy stanąłem kilka metrów od niej. W jej wzroku coś błysło, ale zaraz się zmieszała, gdy złapałem za jej zimną rękę. Ucałowałem ją w nią i spytałem cichym i nieco podciągającym głosem, czego wcale nie planowałem.
—Zatańczysz?
Juliet prychnęła. Mackenzie natomiast była tak bardzo zmieszana, że wymruczała jedynie coś w stylu : "Boże, czemu... Leo... zwariowałeś...", ale na więcej nie miała czasu, bo pociągnąłem ją za rękę i wyprowadziłem na parkiet. Znad jej ramienia posłałem rozzłoszczonemu Matt'owi szyderczy buziak.
Już dawno nie tańczyłem, bo zwyczajnie w świecie nie miałem na to ochoty. Było to przyjemne tylko pod tym warunkiem, że musiałem chcieć z kimś tańczyć. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy w Szkole Dziczy próbowałem wyciągnąć na parkiet Piper, która stanowczo odmawiała i na końcu musiała mi przylec, bym się odczepił. Tak w zasadzie to nasza przyjaźń tak się właśnie zaczęła: córka Afrodyty dała mi po twarzy. Mackenzie się denerwowała i to było widać w jej spojrzeniu. Uśmiechnąłem się promiennie, chcąc dodać jej otuchy. No hej! Jestem Latynosem, my zabawę mamy we krwi.


— Gdzie jest Lisette? — spytała Mackenzie, podczas gdy dzieci Apollina zastanawiały się nad kolejnym numerem.
— Gdzieś się tu kręci — odpowiedziałem swobodnie. Brunetka zaczęła rozglądać się na prawo i lewo, a ja przewróciłem oczami. Złapałem ją za brodę i delikatnie odwróciłem w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały. Położyłem wolną dłoń na tali Mackenzie, przybliżając się do niej. Zniżyłem głos do szeptu, ale tak, by nadal mnie słyszała. — Hej, uspokój się, mi bailarina. Pozwól mi prowadzić i się rozluźnij. Que no pasará nada.
Mackenzie kiwnęła głową i przymknęła oczy. Niechętnie puściłem jej podbródek i pohamowałem chęć dotknięcia moimi ustami jej, bo była tak blisko i wyglądała tak wspaniale w świetle ogniska. Choć to wszystko trwało mniej niż dziesięć sekund, adrenalina buzowała w moich żyłach, a jej zawartość we krwi była wyższa niż przy walce na śmierć i życie.
Rozległy się pierwsze, czyste dźwięki gitary, do której za chwilę dołączyła się kolejna. Ktoś zaczął gwizdać, harmonijka wkomponowała się w melodię, a wszystko zlało się w jedną całość. Miałem w swoich ramionach Mackenzie, z której powoli uchodziło napięcie. Widziałem, jak mięśnie na jej twarzy się rozluźniają i gdy rozległ się pierwszy wers, jej oczy nagle się otworzyły, gdy przyciągnąłem ją do siebie, wyzerowując odległość jaka nas dzieliła. Dała się prowadzić zaskakująco prosto, co pozwoliło mi odgadnąć, że musiała brać jakieś lekcje tańca, bo to było niemożliwe, by tak poruszała się jako amatorka. Jej włosy układały się w miękkie fale, które nieraz i nie dwa łaskotały mnie po policzku, a nerwowy uśmiech na jej ustach zastąpił ten pełen szczerości i czystego szczęścia. Pamiętałem go... Miała cztery lata temu taki sam. W pewnym momencie nią zakręciłem, a ona obracała się i obracała, podnosząc ręce do góry. Patrzyłem zahipnotyzowany, nawet wtedy, gdy stanęła szybko oddychając i również wbiła we mnie spojrzenie. I wtedy wszystko zwolniło, dźwięki zostały przytłumione i byliśmy tylko i wyłącznie we dwoje.
Wszystko w niej było perfekcyjne. Zaróżowione od tańca policzki, włosy w nieładzie opadające na gładką twarz, która dzięki płomieniom ogniska nabrała złotawego, ciepłego odcienia. Jej błyszczące oczy, które były jak magnez i przyciągały swoją niesamowitością. Rozchylone usta, jakby zapraszające, bym je pocałował. Delikatna skóra na nagiej szyi, długie palce, które teraz nerwowo założyły pasmo kasztanowych włosów za ucho. Jej sylwetka, ruchy, tak subtelne i jednocześnie zdecydowane. To, w jaki sposób materiał spódnicy opinał się wokół jej bioder. Cała ona była jak narkotyk, niczym upragniona słodka woda dla człowieka błąkającego się od paru dni po pustyni. Wchłaniałem ją każdą częścią siebie, każdym porem swojej skóry. Jednocześnie byłem skupiony na jej oczach z takim samym zaangażowaniem z jakim ona wpatrywała się w moje.
Ktoś potrząsnął moim ramieniem, jednocześnie nieświadomie przerywając tą złotą nić, która połączyła mnie w jednej sekundzie z Mackenzie. Obróciłem głowę w lewą stronę i spotkałem się z oczami Lisette, które były w tym momencie bardziej zielone niż niebieskie. Miała już rozpuszczone włosy i swój wianek na głowie, a jej usta zdobił jeden z najpiękniejszych uśmiechów.
Widziałem kąta oka, jak Mackenzie do nas podchodzi z nerwowym wyrazem twarzy, ociekając wzrokiem od mojego. Przełknąłem ślinę i wydusiłem z siebie parę słów, na które przyszedłem na te całe ognisko.
— Liz, chce żebyś kogoś poznała — powiedziałem. Blondynka zauważyła nowo przybyłą i po prostu się na nią patrzyła, jakby widziała człowieka po raz pierwszy w życiu. Coś również zmieniło się w sylwetce Kenz. Uniosła nieco podbródek, a jej oczy nie były tak ciepłe, jak przed kilkoma sekundami. — Lisette, to Mackenzie Atkinson. Ona...
Zabrakło mi słów. Dziewczyna najwyraźniej to zauważyła, bo wyciągnęła w stronę blondynki prawie niezauważalnie drżącą dłoń.
— Miło mi — zaczęła dość cicho. Evans, wciąż uwieszona na moim ramieniu, wyciągnęła swoją i dziewczyny zamknęły ręce w uścisku.
— Mi też — powiedziała prosto Liz. Zmarszczyłem brwi, bo coś mi w zachowaniu ich dwóch nie pasowało.
Z groźby niezręcznej ciszy wybawiła nas Juliet, która chwyciła ramie Mackenzie i uśmiechnęła się nieco złośliwie.
— Cześć wam — wrzasnęła, chcąc przekrzyczeć instrumenty, jednocześnie maltretując swoją siostrę. — Odbijany.
I pociągnęła ją za sobą w stronę stolika z jedzeniem. Mackenzie rzuciła nam przepraszający uśmiech i zniknęła w tłumie ludzi. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wyczułem wymalowaną w jej oczach ulgę.


□ 


Czy wyczuwacie tą chemię, tę napięcie pomiędzy nimi, czy to tylko moja urojona wyobraźnia? To, jak ją trzyma za podbródek i ja patrzy jej się w oczy, nazywa baletnicą, a potem ta chwila, gdy obydwoje zamierają bez ruchu, świAT PRZESTAJE SIĘ KRĘCIĆ I O MÓJ BOŻE, PRAWIE CZUJĘ ICH EMOCJE, JAKIŚ ŚCISK W SERCU I... bum. Atmosfera padła. Ale serio, ja to napisałam? Czytałam ten fragment pawie 12 razy i nadal jestem nim oczarowana. Wyczuwam nieco ego vibes, but who cares?

Cześć, pani Afrodyto. Tęskniłam. Ta piękna pani pojawi się jeszcze dwa razy.

ALE CZY MOŻEMY WRÓCIĆ DO LENZIE MOMENTS? JAK JA ZA TYM TĘSKNIŁAM.

"To, w jaki sposób materiał spódnicy opinał się wokół jej bioder." Czujecie to? To będzie moje ulubione zdanie od teraz. 

Opuszczam Was, bo się jeszcze wygadam o następnym rozdziale, a będzie trochę hot...

sobota, 10 grudnia 2016

Rozdział XXIII - Zostań


Zostawiłem ją dosłownie na moment samą, a ona już siadała na obcych facetów. I nie dbam o to, jak bardzo dwuznacznie to brzmi.
Kiedy odjechała, miałem wystarczająco dużo czasu, aby pomyśleć i ochłonąć z emocji. Była tutaj. Jeszcze kilka minut temu wpatrywałem się w jej niezwykłe oczy. I obiecała, że wróci.
Nie miałem dużo czasu, by nacieszyć się błogą beztroską, bo moje myśli natychmiast zajęła jasnowłosa Lisette. Mamrotała o potworach, a na pytania związane z rzeczoną nocą, nie reagowała. Niepokój i zmęczenie odbierały mi chęć na jakiekolwiek przemyślenia.
Ruszyłem się z miejsca dopiero, gdy stos pogrzebowy chłopca od Hermesa zaczął przygasać. Chowając ręce w kieszenie i chroniąc je od chłodu nocy, nie skierowałem się do własnego domku, jak co wieczór od paru lat. Obrałem kierunek Wielkiego Domu, w którym spała Lisette. Niepokój o nią przesłaniał wszystko inne i gdybym nawet teraz musiał przez następne miesiące spać na niewygodnej kanapie pod cienkim kocykiem, zrobiłbym to bez mrugnięcia oka, by tylko mieć pewność każdego ranka, że z moją Alicją wszystko jest w porządku. A na to się najwyraźniej zapowiadało.
Blondynka odmawiała przez następne dwa dni wyjścia z pokoju. Choć udało mi się ją wyciągnąć z łóżka pierwszego dnia po rzeczonym incydencie, teraz uparcie tkwiła w jednej pozycji. Podejrzewałem, że minął pierwszy szok i teraz powoli Lisette składała wszystkie wspomnienia w spójną całość. Nie czytała książek, na propozycje oglądnięcia jakiegoś filmu nie reagowała. Siedziałem i po prostu się na nią gapiłem, myśląc, jak ją podejść, by cokolwiek powiedziała. A było już tak dobrze.
Trzy dni, które Mackenzie wyznaczyła jako swój termin powrotu do obozu, minęły zbyt szybko, niż bym tego chciał. Nie miałem czasu na przygotowanie się na jej obecność każdego dnia i rozmawianie z nią. Nie miałem czasu, by przekonać mózg, że ona faktycznie tutaj spędzi wakacje i to tylko po to, by mi pomóc.
Lisette spała. Jej pierś powoli opadała i podnosiła się. Słonce padało na jej twarz, sprawiając, że cienie długich rzęs kładły się na jej bladych policzkach. Kurczowo trzymała w objęciach poduszkę, jakby bała się, że bez niej utonie w bezmiarze białego puchu. Włosy przed snem splotła w francuza, ale po niezbyt spokojnej nocy tylko kilka pasm było związane białą gumką. Przyciskała prawy policzek do szorstkiej poduszki, wreszcie smakując nieco spokoju po sennych koszmarach. Różowe usta rozchyliła i od czasu do czasu wymykało się z nich westchnienie.
Stałem,oparty o ścianę i przyglądałem się jej spokojnej twarzy, nieświadomie porównując ją z Mackenzie. Prócz urody, którą niewątpliwe posiadały, obie były jak ogień i woda. Uważnie studiowałem skórę Lisette, gładką i lśniącą, nieskażoną przez promiennie słoneczne. Na jej pliczkach nie malowały się piegi, dodające charakteru i jednocześnie uroku oraz jakieś niewinności. Westchnąłem w duchu i na paluszkach skierowałem się do wyjścia. Przekręciłem klucz w drzwiach i zbiegłem po schodach, kierując się w prawo, w głąb korytarza. Zapukałem dwa razy i wszedłem do pomieszczenia, nie czekając na pozwolenie.
— Jak ci idzie? — spytałem.
Mackenzie powoli podniosła głowę, odwracając się od biurka przy którym stała. W ręce trzymała plik papierów i aby gęste włosy nie zasłaniały jej widoku, z jednej strony założyła je za ucho. W mojej piersi mruknęło coś na kształt dezaprobaty, gdy zauważyłem, że ma je teraz o wiele krótsze. Dawniej sięgały one długością cal lub dwa za łokieć, teraz były do połowy łopatek. Mackenzie zmrużyła oczy i rozciągnęła usta w chłonnym i gorzkim uśmiechu, jakby wstydziła się tego, że coś ją rozprawiło.
— Zostawiłeś mnie samą na pięć minut — odpowiedziała, jakby to przesadzało sprawę. Zamknąłem drzwi za sobą i zacząłem powoli iść w jej stronę.
— Pomóc ci w czymś? — cicho zadałem pytanie.
— Nie trzeba — odmruknęła, ponownie wbijając wzrok w papier. Miała na sobie krótkie szorty w pionowe paski koloru brzoskwini, na górę założyła biały crop top z dłuższymi rękami, choć był upalny dzień. Spod jednego jednak coś wystawało i to na tym zatrzymał się mój wzrok. Podniosłem materiał i zauważyłem obandażowane szczelnie ramię. Zmarszczyłem brwi.
— Czemu nie zażyłaś ambrozji? — spytałem nieco zaniepokojony. Mackenzie znieruchomiała, czując mój dotyk na swojej skórze. Po chwili jednak otrząsnęła się i odsunęła ode mnie, pod pozorem wysunięcia jednej z szufat w biurku, po czym włożyła tam papiery.
— Kazałeś przyjść jak najszybciej. Uznałam, że ambrozja może poczekać.
Nie spojrzała mi w oczy, a raczej wodziła spojrzeniem po białych kartach, które segregowała we właściwy dla siebie sposób. Po chwili odsunąłem się, by jej nie przeszkadzać. Usiadłem na parapecie, który w tym pokoju by dość szeroki i wbiłem w nią spojrzenie. Nawet jej sposób poruszania hipnotyzował. Nie robiła tego jak Lisette, z delikatnością i nieśmiałością, ale jej ruchy i tak były pełne gracji.
Przed oczami stanął mi obraz sprzed niecałej godziny, gdy ubrana według własnego widzimisię w strój do ćwiczeń, jakby wycięta z jakiegoś magazynu o zdrowym stylu życia i wklejona w reale Obozu Herosów, stała z wysoko podniesioną głową, szykując się na pojedynek. Pomyślałem wtedy, że Juliet na pewno ją podtrzyma, ale ona zbyła swoją młodszą siostrę. Zacisnąłem wtedy zęby, niepewny, czy zobaczę ją żywą po dziesięciu sekundach od usłyszenia sygnału. A ona tylko się uśmiechnęła na dźwięk gongu. I zaskoczyła wszystkich, szokując najbardziej mnie i Juliet, którzy znali jej popisy, a raczej ich brak, z poprzednich lat. Nie walczyła tak jak inni. Tutaj mieliśmy tyko dwa style: grecki oraz rzymski, i ściśle się ich trzymaliśmy, mając na uwadze to, gdzie się kto urodził. Mackenzie łączyła je w spójną całość, dodając własne elementy, uskakując przed ostrzami niczym baletnica. Jej twarz jednak pozostała bez wyrazu, nawet wtedy, gdy jej Złoty Miecz zetknął się z bronią Matta. A potem poczułem palącą złość, najpierw na chłopaka, który zagrał nieczysto względem niej, a potem na nią, kiedy przytknęła mu miecz do gardła w dość nietypowy sposób. Na arenie zapadła taka cisza, że słyszałem śmiechy w pawilonie jadalnym, oddalonym o dość spory kawałek. Mackenzie oddychała ciężko i ani myślała zmienić pozycji. A gdy to już zrobiła, napotkała mój wzrok, a ja ujrzałem w je oczach coś na kształt paniki. Nie liczyło się to, że wygrała.
— Ćwiczyłaś — powiedziałem, co miał być pytaniem, ale zabrzmiało jak stwierdzenie. Mackenzie znów zamarła.
— Tak — odpowiedziała powoli i cicho. I na tym się skończyło. Stwierdziłem, że taka odpowiedź me nie zadowala.
— Dlaczego? Przecież nie chciałaś mnie nic wspólnego z naszym światem.
— Prawda — odpowiedziała lekko, jakby rozmawialiśmy przy kawie. — Ale mój tata i Demeter uważali inaczej. Stwierdzili, że dla silniejszych potworów lub... bogów, Mgła może nie być przeszkodą. Dlatego dostałam lekcje w prezencie i zobowiązałam się na nie chodzić. Dla własnego dobra.
W ostatnie zdanie niebyt wierzyła i wyczułem, że są to słowa jej rodziców, a sama dziewczyna nimi pogardza. Wypytałem ją jeszcze o parę szczegółów i dowiedziałem się, że uczyła ją mistrzyni szermierki ostatnich lat pochodząca z rzymskiego szczepu, co pozwoliło mi określić, jak stworzyła swój styl. Nauczycielka nauczyła ją sztuki rzymskiej, ale wcześniej był Percy, który zakorzenił jej głęboko to, jak walczą Grecy. Zapadła cisza, w czasie której spoglądałem w okno, obserwując dwójkę dzieciaków. Chłopiec zabrał dziewczynie hełm, a ta biegła za nim na krótkich nóżkach, usiłując odzyskać własność.
— Jak Lisette? — spytała tym razem brunetka, nadal nie przerywając swoich porządków.
— W porządku — odpowiedziałem wolno, po długiej chwili namysłu. Kenzie słysząc moją odpowiedź, prychnęła.
— Wow, Leo, nie musisz być taki wylewny.
Spojrzałem na nią bykiem, odrywając wzrok od scenki dziejącej się za oknem. Mackenzie odwróciła się i oparła o biurko, zakładając ręce na piersi. Miała w tej chwili coś z bogini Ateny: surowa, ale wciąż onieśmielająco piękna.
— Jeśli mamy współpracować, musimy być ze sobą szczerzy — odpowiedziała twardo. Potem jej ramiona opadły, jakby uświadomiła sobie, że zbyt bardzo nakrzyczała na małe dziecko. — Leo, nie jesteś z tym ciężarem sam. Już nie.
Coś w niej stopniało. Jej postawa z chłodną rezerwą w roi głównej ustępowała miejscu zaniepokojeniu, tak, jak zima ustępuje miejsca wiośnie. Patrzyłem w jej zniewalające oczy, które były prawdziwe, a nie wyśnione przez sny na jawie. Miałem dylemat, czy jej zaufać. Dawniej bym się nie wahał i powiedział wszytko, dodając zbędne załączniki. Ale po tak długim okresie czasu... Tęskniłem za nią. Tęskniłem za jej zapachem, skórą, tęczówkami, ale najbardziej za nią sama. Za jej obecnością, gdy wchodziłem, prowadząc swoich podopiecznych i widząc ją przy stole Demeter, słuchającej z uwagą tego, co ma jej do powiedzenia Juliet. Za tym, że po prostu słuchała. Ale teraz? Mogła mówić, a nie tylko pisać na karce, uprzednio wysłuchawszy całej mojej litanii zmartwień. Mogła się śmiać, a nie tylko promiennie uśmiechać. I teraz patrzyła na mnie oczekująco, a nadzieja topniała w je oczach niczym pierwszy śnieg pod wpływem promieni słonecznych. Powoli pojmowała, o czym myślałem. Byłem tego pewny. Znała się na mowie ciała bardziej, niż ktokolwiek inny.
Ale gdyby tylko chciała, mogłaby nie wrócić. A to zrobiła. Znów była przy mnie, pachniała nutką irysa, fiołka, róży i jaśminu oraz czekała, aż się przed nią otworzę. Wypuściłem ciężko i wolno powietrze z płuc.
— Boję się, Mackenzie. Boję się, że znów ją stracę. Otwierała się jak kwiat, powoli i niespieszczanie. I niedawno rozkwitła w całym swoim pięknie. Nie chcę, by tak szybko zwiędła. Teraz tylko mamrocze coś o potworach, a ja nie wiem, jak jej pomóc ani co mam zrobić. Ta bezsilność boli. Przedtem mówiła mi, co ją niepokoi, a ja usuwałem przeszkody. Albo dawała mi jakieś znaki. Robiła cokolwiek. A teraz zamknęła się w swojej skorupie i nie dopuszcza mnie do siebie. Wszystko było w porządku. Nie rozumiem... Ja...
Głos mi się załamał. Położyłem łokcie na kolanach i schowałem w dłoniach twarz, zaciskając mocno powieki. Wypowiedzenie tego na głos zdjęło ciężar z moich ramion, który tak długo dźwigałem. Nie słyszałem jej kroków, ale poczułem przez materiał spodni jej zimny dotyk. Zawsze miała zimne dłonie i na tą myśl prawie się uśmiechnąłem.
— Porozmawiaj z nią — zaczęła cicho. Prychnąłem, nadal z zamkniętymi oczyma.
— Myślisz, że nie próbuję?
— To przestań próbować i po prostu to zrób — powiedziała karcąco. Zerknąłem na nią spod rozchylonych palców. Spojrzała na mnie tak jak na dziecko, które dąsa się bez powodu. — Jeśli będziesz pozwalał jej na zamknięcie się we własnym świecie, w końcu się w niego zapadnie. Leo, nie mamy fachowej pomocy. Zazwyczaj w takich sytuacjach dostawała leki, a teraz jej umysł i organizm musi sam sobie z tym wszystkim poradzić. Więc... ty zostań jej tabletkami. Wylej na nią kubeł zimnej wody. Fakt, ja jej nie znam, ale... na mnie to zawsze działało.
Minęła długa chwila ciszy.
— Ty jesteś inna — powiedziałem cicho. Mackenzie uśmiechnęła się smutno.
— Tak, nie na co dzień spotyka się niemego herosa, zagubionego i nic nierozumiejącego oraz obrzuca się go jajkami i bekonem — zażartowała. Oboje wybuchnęliśmy krótkim śmiechem. A potem wpatrywaliśmy się w siebie i żadne z nas nie miało pojęcia, co zrobić. Widziałem, jak jej oczy zaczynają być coraz ciemniejsze i czułem, jak rośnie we mnie ochota, by ją pocałować.
— Na pewno ci w czymś nie pomóc? — spytałem cicho zachrypniętym głosem, hamując chęć, by wziąć jej twarz w swoje dłonie. Mackenzie przełknęła ślinę i wysłała w moją stronę wymuszony uśmiech.
— Możesz zaparzyć nam kawy, jeśli tak bardzo chcesz coś zrobić.



Lisette siedziała zakopana w pościel i patrzyłam się w ciemny kąt z rozchylonymi wargami. Zwróciła uwagę na mnie dopiero, gdy usiadłem obok niej na łóżku. Denerwowałem się tą rozmową i wolałbym ją odwlec, ale fakt, że Mackenzie czekała na mnie, siedząc na ostatnim stopniu schodów, popchnął mnie do działania. Sam nie wiedziałem, jak powinien zacząć. Ale Lisette po chwili spuściła wzrok na swoje dłonie, wbijając w nie paznokcie, gdzie po uważnej analizie można było dostrzec ślady zakrzepłej krwi.
— Straciłam kontrolę — zaczęła cicho. — Chcę wrócić do ośrodka.
Spojrzałem na nią kompletnie zbity z tropu. Nigdy nie sądziłem, że usłyszę takie słowa padające z jej ust.
— Liz, co ty za bzdury pleciesz? Przecież go nienawidziłaś!
Podniosła na mnie wzrok. Mieszanka zieleni i błękitu była zasnuta białą mgłą, więc kolory straciły soczystość. Tak, jak świat ciemnieje na pięć minut przed burzą. Po chwili się zaszkliły, ale nie wyglądał na to, że chciała się rozpłakać.
— Ty nic nie rozumiesz? Straciłam kontrolę. Starałam się jak mogłam, ale One mnie uśpiły, oszukały, by w końcu zaatakować. I co się stało? Zabiły chłopca! Boże, One zabiły moimi rękami niewinne dziecko!
— Lisette, uspokój się. — Starałem się przemówić jej do rozsądku, ale efekt był taki, jakbym chciał, zatrzymać wodospad. Tama pękła.
— Miało nie być żadnych więcej potworów! Kazałeś mi się bronić i obroniłam się przed tą bestią! A One znów to zrobiły, a ja nie pozwolę sobą pogrywać! Nie jestem słaba! Nie pozwolę im więcej nikogo skrzywdzić. Wpychają mi do ręki sztylet i kierują moją ręką, by wszyscy myśleli, że ja to zrobiłam, a nie One! Są podstępne, ale ja już je przejrzałam. A jak będą chciały skrzywdzić kolejną osobę? Co wtedy zrobisz? Zamki Ich nie potrzymają, jestem tego pewna. A potem, jeśli Im się uda...
— Evans! — wrzasnąłem, wcale nie wściekły, a lekko wstrząśnięty. — Nie skrzywdzą nikogo więcej, póki ja tutaj jestem. Wiedź, że ja cię nigdzie nie puszczę, więc możesz zapomnieć o tym głupim pomyśle.
— Ale... jeśli One zechcą skrzywdzić moimi rękami ciebie?
— Gdyby chciały to zrobić, już dawno by spróbowały — odpowiedziałem kojąco. — Lisette, chce być czuła się bezpieczna. Jeśli spałbym w pokoju obok, skąd zawsze możesz mnie zawołać, uspokoiło by cię to?
— Nie mogę cię o to prosić — zaczęła cicho. A potem powoli, z jej oka spłynęła łza. Nawet jej nie otarła. — Boję się, że to powtórzy się kolejny raz. Mam tego dość. Niech One mnie zostawią w spokoju. Czemu nie ma tutaj mojej mamy i taty? Oni zawsze mówili mi, co dla mnie najlepsze. Czemu to wszystko musi tak bardzo boleć?
Rozpłakała się na dobre. Przysunąłem się do niej powoli i otoczyłem ją ramionami. Jej gorące łzy moczyły moją koszulkę. Oparłem brodę na jej jasnej głowie, a ona mamrotała pod nosem pytania, na które nie znałem odpowiedzi. Kołysałem ją jak małe dziecko, które potrzebowało opieki dorosłej osoby.
— Nigdy nie będziesz musiała mnie prosić, bym został.


□ 


ALFABET MORSE'A OSIĄGNĄŁ 20K WYŚWITLEŃ. OH MY GOOOOOOOD! Tak, jak obiecałam, świętujemy to specjalnym albumem, który stworzyłam.


Link będzie w zakładce "SOUNDTRACK".

Brakuje mi kontaktu z Wami. Ale niestety nic nie poradzę, bo to wszystko mnie przytłacza. Zrezygnowałam z używania laptopa na tygodniu i jedyne co robię w weekend, to edytowanie rozdziału. Jestem już zmęczona odpowiedzialnością za wszystkich i wszystko. Mam dość nauki Mam dość tego, że gdy patrze na rozpiskę sprawdzianów i prac na przyszły tydzień, to jedyne o czym myślę, to płacz oraz kombinowanie, czy nie zjeść czegoś, od czego mogę się rozchorować. Ten stres mnie wykończa, a nie mogę go odreagować ćwiczeniami, bo nie mam czasu i po trochu chęci. Ogólnie, chce święta.

Oglądaliście "Śniadanie u Tiffaniego" na TVN7? Ja, gdy to piszę, właśnie trwa przyjęcie u Holy. Walić jakieś tam menu, kiedy boska Audrey w telewizji. Oglądałam ten film z jakieś 4 razy w całości i z każdym razem jest coraz lepszy

Rozdział XXII - W porządku


Stąpałam cicho na paluszkach, zamykając za sobą drzwi do domku Demeter. Świat spowijała mleczna mgła, nadając temu miejscu jeszcze więcej magii, choć zupełnie tego nie potrzebowało. Szybko zbiegłam po schodkach i stanęłam na trawie zroszonej rosą. Wciągnęłam w płuca rześkie, zimne powietrze, całkowicie się rozbudzając. Ruszyłam powolnym krokiem, czując, jak gęsia skórka pokrywa moje nagie ramiona. Spacer był doskonałą rozgrzewką, a obrałam kierunek jeziora. Nad jego brzegiem szybko się rozciągnęłam i włożyłam do uszu słuchawki. Po chwili usłyszałam pierwsze nuty piosenki, która rozpoczynała moją playlistę do biegania. Truchtem ruszyłam brzegiem w dół rzeki, a w miejscu, gdzie wpadała ona do morza, skręciłam w lewo i biegłam piaszczystym brzegiem morza, wdychając słony zapach. You better run, run, run, nowhere to run, but to me, śpiewała wokalista. Było zimno, ale bieg mnie skutecznie rozgrzał. Taki trening o wiele bardziej mi odpowiadał, niżbym była zamknięta w czterech ścianach razem z bieżnią. Wkrótce dotarłam do granicy obozu, i znów skręciłam w lewo, nie wbiegając do lasu i kontynuowałam bieg jego granicą. Nie zauważyłam nawet, kiedy mgła opadła, a słońce zaczęło ogrzewać moje spocone od wysiłku ciało. Zdecydowanie zbyt szybko znalazłam się w okolicy domków. Nie słychać było jeszcze hałasu, więc domyśliłam się, że obozowicze dopiero co się wstawali. Zatrzymałam się, zanim wbiegłam na plac i rozciągnęłam się po biegu. Już wolnym krokiem wspięłam się po schodach domku Demeter i otworzyłam drzwi.
Ten zupełnie nie przypominał miejsca, z którego wymykałam się na taras, by patrzeć na gwiazdy cztery lata temu. Teraz był to dwupiętrowy budynek, wykonany z drewna. Na dole mieścił się salon, gdzie większość dzieciaków zostawiała swoje rzeczy. Z prawej strony znajdowało się duże biurko, przy którym moje rodzeństwo siedziało wieczorem przed zaśnięciem, robiąc własne zielniki. Na środku stały wygodne sofy i fotele, gdzie wieczorami kładły się młodsze dzieci, przykryte jednym wielkim, ciepłym kocem, a Juliet czytała im na głos bajki. To był nasz odpowiednik śmiertelniczych dobranocek. Teraz przez rozsunięte zasłony wpadało ciepłe, złote światło, a moje zaspane rodzeństwo przecierając oczy i ziewając, próbowało się rozbudzić. Zagapiłam się na nich, a w tym czasie Juliet znalazła się przy moim boku i zaczęła okładać mnie mokrym ręcznikiem.
— Gdzieś ty była? Ja wstaję, a ciebie nie ma w łóżku! Żadnej kartki. Żadnego wyjaśnienia. Nic! Masz pojęcie, jak ja się przestraszyłam?
Wymamrotałam przeprosiny, ale ona mnie nie słuchała. Z jej mokrych włosów skapywała woda, a ja sama szybko czmychnęłam pod prysznic, zanim zamieniłaby szorstki ręcznik na kij bejsbolowy.
Gdy tylko cały domek ustawił się w szeregu, Juliet jako grupowa sprawdziła obecność i przedstawiła plan treningu na dzisiejszy dzień. Potem, niczym małe wojsko, ruszyliśmy na śniadanie. Mój brzuch domagał się porządniej dawki jedzenia.
Pawilon był dużo większy niż pamiętam. Stało tu o wiele więcej stołów, a te, które należały do Dwunastki Olimpijczyków, były dłuższe. Usiadłam przy czwórce, jednocześnie łowiąc wzrokiem numer 9, należący do Hefajstosa. Jego dzieci już raczyły się śniadaniem, robiąc to wyjątkowo głośno. Niestety, nie znalazłam tego, którego szukałam.
— Gdzie Leo? — spytałam, odrywając wzrok od jego podopiecznych. Juliet, do której pytanie skierowałam, zaprzestała nalewania soku do wysokiej szklanki, należącej do Emmy. Spojrzała na stolik Hefajstosa, po czym na jej usta wpłynął ten rodzaj uśmiechu, gdy człowiek dowiaduje się, że zdjęto jego ulubiony serial. Był cierpki.
— Leo od dawna nie je posiłków razem ze wszystkimi — odpowiedziała, wzruszając ramionami. — Robi to w Wielkim Domu, razem z tą całą Lisette.
— Lubię Lisette — oderwała się Emma, moja młodsza siostra. Frank, który był jej bratem bliźniakiem, z entuzjazmem pokiwał głową, potwierdzając jej słowa. A dzieci zazwyczaj są podłechtane tym, że ktoś przyznał im racje, więc ta kontynuowała z jeszcze wielkim zapałem. — Jest zabawna, potrafi się bawić, głośno się śmieje, jej włosy pachnął bananami, ma śliczny uśmiech, a tak w ogóle to cała jest śliczna. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ona i Leo...
— Czy możesz się zająć swoją owsianką, a nie mówić podczas jedzenia, bo się udławisz? Poza tym to niekulturalne — przerwała jej Juliet, posyłając w moją stronę zaniepokojone spojrzenie. Mała Emma nie posłuchała jej polecenia, ale ja owszem. Pokroiłam owoce, wrzucając je do mojej miski z owsianką i dosypałam do niej mnóstwo rodzynek.
— Ale co w tym złego? — dopytywała się moja młodsza, przyrodnia siostra. — Jeśli chłopak lubi dziewczynę, a ona jego, to dlaczego nie może jej się oświadczyć i mieć z nią trojki dzieci?
Moja owsianka przestała być nagle taka pyszna, ale uparcie skupiłam się na niej i starałam się ignorować wszystko inne. Juliet, zamiast nie podnosić rękawicy, zrobiła to.
— To tak nie działa — odpowiedziała cierpko, smarując tosta masłem. — I jak chłopakowi podoba się dziewczyna, nie musi jej od razu się oświadczać. Jesteś za mała, żeby to zrozumieć. I kto ci, do cholery, takich głupstw nagadał?
— To nie są żadne głupstwa! — oburzyła się małolata, rzucając łyżkę do swojej miseczki w kwiatki. — Przecież on się dzięki niej uśmiecha! I robi jej naleśniki i oddaje te, które najładniej wyszyły! I słucha, jak czyta, a robi to okropnie, bo ich podsłuchiwałam, a on jej zawsze mówi, że mu się to podoba! I przytula ją, kiedy jej nie idzie na treningu! A ona nosi wianki na głowie, które on jej plecie! I jeszcze czesze jej włosy! I..i.. i jeśli to nie jest miłość, to...
— Emma! — fuknęła Juliet. Musiała zauważyć to, że moja łyżka od pewnego czasu nie wędrowała mechanicznie do mich ust, a martwy wzrok miałam utkwiony w tonących w mleku rodzynkach. Walczyłam ze słonymi łzami i gruszką, które utkwiły na dobre w moim gardle. — Byłaś kiedyś zakochana? Nie? No to widzisz. Nie powtarzaj sensacji i plotek, które nie są prawdą, bo możesz kogoś zranić. Usłyszałaś na treningu od Jim'a te banialuki? Wiedziałam. Przysięgam, dzieci od Hefajstosa są nieznośne. Jeszcze raz się dowiem, że plotkujecie — tak, ty też Frank — to macie szlaban na ciastka z masłem orzechowym. Dotarło?
Frank szybko przeprosił, choć w tej konwersacji tylko kiwał głową. Za to Emma sztyletowała wzrokiem swoją starszą siostrę, po czym po chwili powróciła do jedzenia. Juliet położyła na moim kolanie swoją ciepłą dłoń.
— Kenz? W porządku? — spytała cicho. Podniosłam wzrok i spojrzałam na swoją zatroskaną siostrę. Nie wiem, co odczytała z mojej twarzy, ale jej rysy złagodniały.
— To raczej relatywne pojęcie — usłyszałam swój pogodny głos, wywołując tym nieco zmieszania na twarzy brunetki. — Hej, nie umiera się od paru słów. Jak już, to od udławienia owsianką — dodałam, mrugając do małej Emmy. Dziewczynka uśmiechnęła się, natomiast Juliet wyglądała tak, jakby zdjęto jej stukilogramowy balast z ramion.
— W takim razie w porządku — podsumowała, zabierając się za swoje tosty i zbożową kawę.
— W porządku — skłamałam.



Wszyscy się na mnie gapili. I nie miałam na myśli tutaj ukradkowych spojrzeń, stawania na palcach, by lepiej widzieć i pokazywanie mnie sobie na wzajem, jakbym była jakiś okazem w zoo. Po prostu stali i bezczelnie się lampili, nie mając ani krzty ogłady i nie przestawali, gdy ich na tym przyłapałam. Minęło sporo czasu, cała rozgrzewka przed treningiem, gdy w końcu mój mózg wpadł na to, czemu to robili. Sama przesunęłam wzrokiem po moim ubiorze, tak, jak przedtem robili to inni. Strój do pilatesu, jeden z moich ulubionych, był świetnie dobrany na zajęcia lub siłownie, na którą uczęszczałam, ale nie na Obóz Herosów. Tu nastolatki nosiły krótkie jeansy i pomarańczowe koszulki, a od ich intensywnej barwy bolała mnie głowa. Niezbyt przepadałam za tym kolorem, a noszenie tych T-shirtów było dla mnie horrorem w poprzednich latach. Moje ukochane legginsy z motywem mieszanki pastelowych kolorów, niczym niebo w czasie zachodu słońca, nadawały mi status egzotycznego ptaka. Pierwszym moim odruchem, na jaki miałam ochotę wykonać, gdy pojawiły się te myśli, było objęcie się ramionami i ucieknięcie do domku. A potem zagryzłam zęby, podniosłam wyżej brodę i u boku Juliet, która rzucała mi od czasu śniadania troskliwe spojrzenia, ruszyłam w środek areny, gdzie wszyscy gromadzili się, by posłuchać tematu dzisiejszego treningu.
Matt wystąpił na środek i oznajmił silnym głosem:
— Dobra, ludzie! Dziś zrobimy coś innego, niż ćwiczenia w parach. A mianowicie: gladiatores!
Przez tłum przetoczyły się wiwaty, chłopcy zaczęli sobie przybijać piątki, a Juliet, która stała przy moim boku, jęknęła. Zmarszczyłam brwi, bo nie potrafiłam skojarzyć usłyszanej nazwy. Gdy Percy mnie trenował, nigdy mi o tym nie wspominał. A mówił mi naprawdę o wielu, wielu rzeczach.
— Co to takiego? — spytałam Juliet, która wyglądała wręcz komicznie, próbując się nie rozpłakać ze złości.
— Walki gladiatorów — przetłumaczyła. — Iris wprowadziła to na nowo, jednakże z małymi korektami. Stajemy w kole, jakbyśmy mieli tańczyć kaczuszki i na sygnał staramy się wytrącić z ręki przeciwnika miecz. Wygrywa ten, kto nie wypuści broni. Cholera, idzie tutaj — mruknęła znienacka dziewczyna, odwracając się bokiem. Kątem oka dostrzegłam, jak Matt, cały rozpromieniony, idzie w naszym kierunku. — Ignoruj go, to sobie pójdzie. To taka subtelna forma oznaczająca: wynocha.
Chłopak stanął przy mnie, obdarzając mnie uśmiechem, który pokazywał jego równe, białe zęby w całej okazałości.
— Juliet — przywitał się, ale ona go zignorowała, interesując się swoimi paznokciami. — Mackenzie. Miło cię znów zobaczyć. Bierzesz udział? — spytał szybo, a ja wzruszyłam ramionami, uśmiechając się niewinnie. — Słyszałem, że nie byłaś w tu od dłuższego czasu. Jeśli zagrasz, postaram się nie zrobić ci krzywdy i dać ci fory. Ale tylko dla ciebie.
— Z pewnością — mruknęłam przez zaciśnięte zęby.
— W taki razie przyniosę ci miecz.
— Nie trzeba. Mam swój.
Chłopak uniósł brew do góry, po czym rzucił szybkie spojrzenie na moja sylwetkę, szukając miecza. Nie znalazł go, więc uśmiechnął się z wyższością i oznajmił, że mam kilka minut na przygotowanie się i odszedł z głupim uśmieszkiem na twarzy. Zgrzytnęłam zębami, a w mojej piersi zapalił się niepokojący płomień, którego nie czułam od bardzo długiego czasu. Ostatnim razem pod jego wpływem złamałam nos pewnemu chłopkowi, który nazwał mnie małą. Miałam się za osobę opanowaną i pokojowo nastawioną, ale czasem niektórzy ludzie sprawiali, że dostawałam niestrawności. Zrobiłam krok do przodu, ale Juliet złapała mnie za przegub. Jej orzechowe oczy miały poważny wyraz, niemal jakby przystępowała do zdania prawa jazdy.
— Oszalałaś? Nie miałaś broni w ręku od kilku lat. A nie oszukujmy się: nigdy nie byłaś dobra w fechtunku. Odpadniesz po dziesięciu sekundach. A oni grają nieczysto, Kenz. Zmiażdżą cię. Matt zawsze wygrywa. Błagam, odpuść to sobie.
Delikatnie wyswobodziłam dłoń z jej uścisku i stanęłam jako dziesiąta w kręgu. Uśmiechnęłam się do Matta, który to odwzajemnił, pokazując na miecz w swojej dłoni. W umyśle zaskoczył mi trybik. Chwyciłam za diamentowy pierścień na serdecznym palcu. W mgnieniu oka zamienił się w złoty miecz, oślepiając wszystkich dookoła. Przyjemnie było czuć jego ciężar w dłoni, nawet jeśli była to broń mojej matki. Pnącze rośliny wiło się po rękojeści, w której lśnił szlachetny kamień, puszczając do mnie oko. Uśmiechnęłam się i podniosłam głowę. Dostrzegłam zmieniony wyraz twarzy Matta, ale szybko on znikł pod maską pewności siebie.
Rozległ się dźwięk gongu. Ogień w moim ciele eksplodował, tyle, że nie był on gorący. Zimno rozlało się od mojego serca aż po koniuszki palców u stóp. Oddech zwolnił, wszystko ucichło. Byłam tylko ja, mój miecz i instynkt, który przejął kontrolę. Gdy moja broń skrzyżowała się z mieczem rudowłosej dziewczyny o wydatnych kościach policzkowych, z twarzą bez emocji wytrąciłam jej miecz z ręki samym ruchem nadgarstka. W mojej głowie rozległ się pisk przerażonej Mili i wiwaty Dan'a. Nie byłam w Obozie Herosów, tu, na arenie. Znajdowałam się na mojej regularnej lekcji szermierki z Mariel Zagunis, którą mój tata zatrudnił, by mnie uczyła. Sama była w drugim pokoleniu heroską. Jej ojciec był synem Wiktorii, a matka śmiertelniczką, którą poznał na jednej z wypraw. Nie miałam ochoty angażować się w próby bycia półbogiem, ale tata najwyraźniej odbył pogawędkę z Demeter, która uznała, że dla pewnych potworów Mgła może nie być problemem.
Uskoczyłam przed jednym pchnięciem i jakimś cudem uniknęłam zaatakowania od tyłu. Strach, że przecież to nie są zwykłe ćwiczenia, zepchnęłam na sam kraniec świadomości. Liczyły się cenne sekundy, które mijały jakby zwolnione. Zaatakowałam chłopaka, który dopiero co wytracił swojemu przeciwnikowi broń z dłoni. Grałam czysto, jako jedna z nielicznych. Widziałam katem oka, jak Matt odpiera ataki dwójki herosów. Ta nieuwaga sporo mnie kosztowała, bo blondyn prawie wytrącił mi miecz z dłoni. Skończyło się tylko na płytkim zadraśnięciu wierzchu dłoni. Z nową werwą podjęłam zadanie, by się zemścić i chociaż trwało to dłużej niż przewidywałam, wygrałam. Obrociłam się i moje złote ostrze zetknęło się ze srebrem miecza mojego przeciwnika.
Ja i Matt byliśmy ostatnią parą. I nie było żadnej mowy o forach czy taryfach ulgowych.
Jego agresja mnie zaskoczyła. Odpierałam ataki i dzielnie się trzymałam. Teraz dopiero dotarło do mnie, że jego przechwałki o Królu Szermierki wcale nie są takie puste, jak mi się wydawało. Był cholernie dobry i byłam wdzięczna tacie, że zmusił mnie do tych cholernych lekcji. Tylko raz się rozproszyłam, gdy dostrzegłam w tłumie Juliet, gryzącą z przejęcia paznokcie. Ostrze Matta zostawił krwawą pręgę na moim ramieniu, ale nie czułam bólu. Wiedziałam, że on pojawi się po zakończonym pojedynku.
I wtedy Matt, korzystając z mojego rozproszenia, kopnął miecz, który leżał pozostawiony przez rudowłosą dziewczynę przy jego stopie w moją stronę. Zdążyłam uskoczyć przed pędzącym w moją stronę ostrzem, ślizgającym się po udeptanej ziemi, ale lądowanie nie miałam udane. Źle stanęłam i moja stopa wygięła się pod dziwnym kątem, a ja runęłam na plecy, zaraz obok nieszczęśliwego miecza. Swój nadal trzymałam w mokrej od potu dłoni. Matt stanął nade mną z wyrazem triumfu na twarzy.
Przez moją głowę potoczyła się seria przekleństw. Potem rozległ się w niej głos zniecierpliwionej Sharmili: "Do cholery z taką zabawą!".
Skorzystałam z tego, że Matt był tak blisko. Zahaczyłam swoja stopą o jego kostkę i podciągnęłam mocno kolano do siebie. Chłopak zachwiał się i runął jak długi, machając ramionami w rozpaczliwym akcie utrzymania równowagi i wypuścił miecz z dłoni. Ja natomiast szybko się podniosłam, trzymając mocno śliski od potu kliknę miecza. Usiadłam na przeciwniku, przykładając u miecz do gardła. Oboje oddychaliśmy ciężko, mnóstwo włosów wymknęło się z mojego francuza i przykleiło się do mokrej z wysiłku twarzy. Chłopak podniósł ręce do góry, jakbym go aresztowała. Mimo, że sekundę wcześniej herosi głośno wiwatowali, teraz zapadła cisza. Matt wyszeptał tak cicho, jak tylko umiał, kilka słów, które miały być przeznaczone tylko dla mnie, a ja go doskonale usłyszałam.
— Interesujące — mruknął. — Ciekawe, czy Valdez też tak się kiedyś czuł, jak ja teraz. Postawiłaś go w takiej niezręcznej sytuacji, Mackenzie? Nie mam tu na myśli wytrącenia mu broni z ręki.
Moja twarz była kamienna i pozbawiona jakichkolwiek emocji. Szybko wstałam, ale Matt nawet nie trudził się z podnoszeniem się. Oparł się tylko na swoich łokciach i przyglądał mi się spod przymrożonych powiek. Wszystkie pary oczów były zwrócone na nas. Podniosłam wzrok i zauważyłam przerażony wyraz twarzy Juliet, która poruszała ustami jak ryba wyjęta z wody. Jednak ona szybko spadła na drugi plan.
Leo stał nieopodal, opierając się o jedno z drzew i dokładnie mi się przyglądając. Przełknęłam ślinę, uświadamiając sobie, że widział wszystko od początku do końca. Nie mogłam udać, że go nie widziałam, bo stałam jak ta ostatnia idiotka z mieczem zwisającym u boku i gapiąca się na niego wielkimi, spanikowanymi oczyma. Więc uznałam, że już lepiej o niego podejść.
Adrenalina opadła. Czułam, jak przy każdym kroku moja kostka nieprzyjemnie promieniuje bólem, jak rozcięcie na ramieniu piecze, a krew miesza się z potem, co było obrzydliwe i bardzo nieprzyjemne. Przy okazji uświadamiałam sobie, że moje kostki u rąk są zdarte prawie do krwi. Miecz schował się pod postacią pierścionka, który zaczęłam obracać w koło na palcu.
— Masz chwilę? — spytał Leo, jakby w ogóle nie był niczym poruszony. Ta właśnie obojętność w jego głosie była pozderzana.
— Nawet dwie — opowiedziałam szybko.
— W takim razie przebierz się, zjedź trochę ambrozji i jak najszybciej przyjdź do Wielkiego Domu.
Sharmila, która najwyraźniej nie chciała wyjść dzisiejszego dnia z mojej głowy, pojawiła się w moim umyśle. Jej piękne, bladoniebieskie oczy spoglądały z pogardą na wielki ekran telewizora, na którym oglądaliśmy film: ja, ona i Dan. Dziewczyna wyjadała cały karmelowy popcorn i komentowała każde słowo wypowiedziane przez bohaterów. Teraz aktualnie prychnęła i rzuciła w przestrzeń: "Czy ktoś mi powie, co ona, do cholery, wyprawia? Biegnij za nim, ty skończona idiotko!".
Przewróciłam oczami, tak jak tamtego wieczora i mruknęłam pod nosem:
— Kostka mnie boli.


□ 


Drogie Leosiątka, poznajcie Mackenzie Atkonson, nową Marysie Sue!
Żartuję sobie, a przynajmniej mam nadzieję, że jej postaci nie spieprzę. I za tydzień rozdział z perspektywy Leosia. Będzie trochę płaczliwie.
Ten rozdział był tak trochę z dupy wzięty, ale siedział mi w głosie i stwierdziłam, że Kenz powinna pochwalić się swoim workout outfitem. 
Napisałam tak bardzo śmiechową scenę z Sharmilą i nie mam pojęcia, gdzie ja ją wepchnę, ale ona musi tam być. To będzie gold. 

GŁOSUJECIE NA TĄ KSIĄŻKĘ? HMM? JA SIĘ O WSZYSTKIM DOWIEM.

I specjał jest w fazie wstępnej. Na razie mam pomysł. Ale nic nie obiecuję, bo nawet pisać czasu nie mam, ćwiczyć też, a z czytaniem to jakaś masakra jest. Dopiero co się otrząsnęłam z "Ludzi bezdomnych", a kolejny koszmar nadchodzi. A mianowicie to "Chłopi".
I przepraszam za malutkie spóźnienie.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis