sobota, 26 listopada 2016

Rozdział XXI - Lampa


Podobno dzieci Demeter nie są zbyt potężne. Nie odznaczamy się szczególnymi cechami. Nie jesteśmy ani nader uzdolnieni w fechtunku, a taktyka bojowa to dla nas czarna magia. Odbiera nas się jako roześmiane od ucha do ucha istoty, myślące o owsiance i roślinach. W dużej mierze jest to prawdą, ale niech mi ktoś choć jeszcze raz powie, że nie jesteśmy silni w mięśniach, odeślę ich do mojej siostry, Juliet, i każę ich wyściskać z miłością. Ja po otrzymaniu swojej dawki czułości, kumulowanej przez kilka lat, musiałam sprawdzić, czy chrupnięcie, które słyszałam, nie było aby na pewno odgłosem łamania się moich dwóch żeber. A potem na jej twarz wpłyną wyraz głębokiego szoku, gdy usłyszała mój głos. Przez długi czas nie odzywała się ani jednym słowem, tylko wpatrywała się we mnie dużymi oczyma z lekko rozchylonymi ustami. Przysięgam, była bardziej zdezorientowana niż wtedy, gdy dowiedziała się, że jestem niemową.
Strzeliłam parę razy z palców. Nie cierpiałam, gdy Dan tak robi, gdy rozgrzewał mięśnie przed pisaniem na klawiaturze. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że bawienie się nimi to mój trik nerwowy. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi Wielkiego Domu. Odkąd przyjechałam, minęło cztery godziny i miałam dość wszystkich nowości. Tylko Wielki Dom, jak stary przyjaciel, był taki sam jak wtedy, gdy tu przybyłam po raz pierwszy. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że muszę stawić czoło Leonowi, nie zważając na to, jak bardzo byłam zaniepokojona tym spotkaniem. Nie mogłam tego odwlekać w nieskończoność.
Drzwi Wielkiego Domu za czasów Dionizosa nigdy nie były zamknięte. Może to za sprawą nowych rządów Iris, która uwielbiała porządek i organizację, a może za sprawą obecności Lisette zostały zamknięte na cztery spusty. Usłyszałam kroki po drugiej stronie, jednocześnie głuchnąc od szumu krwi w uszach.
Otworzył mi. Nie wyglądał na zaskoczonego, ale uśmiechnął się w ten sposób, w jaki uśmiechają się małe dzieci, widząc prezenty pod choinką w bożonarodzeniowy poranek. Miał na sobie koszulę w kratkę, w której wyglądał całkiem inaczej. Znałam Leona chodzącego w poplamionych koszulkach od smaru, bo to była nierozłączna część jego wizerunku. A potem przypomniałam sobie wszystkie kwieciste spódniczki, sukienki i bluzeczki, które oddałam i zastąpiłam je jednokolorowymi strojami w stonowanych odcieniach. To było na kilka tygodni przed tym, jak poszłam na studia. Leo oparł się niedbale o futrynę drzwi, a kilka pasm jego włosów opadło mu na czoło. Chłopak zmrużył oczy i wbił we mnie spojrzenie koloru płynnej czekolady. Miałam wrażenie, że zaraz zemdleję, co na pewno by go ucieszyło i dało mu satysfakcję.
— Hej Mackenzie — powiedział. Poczułam, jak wielka gruszka, stara przyjaciółka, pojawiła się na swoim miejscu, czyli w moim gardle. Z trudem przełknęłam ślinę.
— Cześć — odpowiedziałam. Dzięki Bogu, że głos mi nie drżał. Zapadła chwila ciszy, niezręczna dla mnie, a dla Leona nieszczególnie. Odważyłam się na nieludzki wysiłek i spytałam: — Mogę wejść?
— Zależy — stwierdził po chwili przyglądania się mojej twarzy. — Lisette śpi na górze. Jeśli nie będziesz hałasować i obiecasz zachowywać się jak grzeczna dziewczynka, mogę cię wpuścić.
Spojrzałam na niego zdziwiona, gdy odsunął się i zaprosił mnie tym gestem do środka. Chciałam mu odpowiedzieć, że nie potrzebuję takiej łaski, ale na szczęście ugryzłam się w język. Tyko przestępując próg, mruknęłam cicho "Boże, dzięki" nieco bardziej ozięble, niż planowałam. Zerknęłam równocześnie w lustro, które wisiało z prawej strony. Moja twarz była bez wyrazu, ani zbyt blada, ani zbyt czerwona. Opanowana. Prawie westchnęłam z ulgi i rozpłakałam się ze szczęścia, gdy to zobaczyłam.
— Masz ochotę na kawę? — spytał Leo, wyrywając mnie z zamyślenia.
— Tak, poproszę — odpowiedziałam cicho. Chłopak poszedł do kuchni, a ja do salonu. Pudełko, które zostawiłam rano, nadal stało niezauważone przez nikogo. Schyliłam się po nie i wyciągnęłam. Położyłam karton na kanapie, przy okazji męcząc się niesamowicie i sprawdziłam, czy na pewno wszystko jest. Na myśl, że muszę to wszystko przeglądnąć i to dokładnie, już czułam ból głowy. Choć kochałam czytać, musiałam robić częste przerwy powodu migreny. Przedtem, Mgła Demeter nieco to tłumiła, ale teraz musiałam z tym żyć. Plusy były jednak warte zachodu.
— Ile chcesz cukru? — spytał Leo, jakby wyrastając spod ziemi. Przestraszył mnie, a w tym był wyjątkowo dobry. Podskoczyłam i wpadłam na mały stolik, na którym stała lampa. W oka mgnieniu, zanim zdążyłam ją złapać, spadła z wielkim łoskotem na ziemię. Po dwóch sekundach ciszy Leo zwrócił się do mnie gniewnym szeptem.
— Co ty wyprawiasz? Mówiłem, byś była cicho!
— To nie moja wina! — odsapnęłam prawie bezgłośnie i wymierzyłam w niego oskarżycielsko palcem. — Tylko twoja! Wystraszyłeś mnie!
Leo przewrócił oczami.
— I to jest powód, by tłuc lampy?
— Nie zrobiłam przecież tego specjalnie! — oburzyłam się. Leo uniósł brwi, a za ugryzłam się w język, by pohamować chęć kontynuowania sprzeczki. — Nie słodzę. Dodaje tylko łyżkę śmietanki.
Chłopak odwrócił się i szykował się do wyjścia, ale jednak zmienił zdanie i zwrócił się do mnie szeptem:
— Wiesz co? Idź na taras, bo jeśli zostaniesz tu na więcej niż pięć minut, nic w tym pokoju nie zostanie.
Moje ramiona opadły. Uświadomiłam sobie, że Leo się ze mną droczył i specjalnie rzucił tą głupią uwagę. Splotłam ramiona na piersi i ruszyłam wolnym krokiem tam, gdzie mi kazał. Podłoga swojsko skrzypiała pod moimi nogami, gdy podchodziłam do małego stoliczka. Pamiętałam go z czasów, gdy Chejron i Pan D. urządzali tutaj swoje partie pokera. Usiadłam, czując się niezręcznie do granic możliwości. Lekka bryza odgarniała mi pasma włosów z policzków, które przy tym mnie niemile łaskotały. Wkrótce zjawił się Leo i usiadł na przeciwko mnie. Podwinęłam nogi pod siebie i usiadłam tym samym po turecku na twardym krzesełku oraz wzięłam gorący kubek w dłonie.
— Wymyśliłeś jakiś plan, geniuszu? — spytałam, bez jakiejkolwiek kpiny. Leo odchylił się na bujanym krześle i zamyślił się.
— Właściwie, to nie. Po tym, co się stało, mam taki bałagan w głowie, że nie potrafię sobie z nim sam poradzić. Dlatego tutaj jesteś.
— Czyli to ja mam być Sherlockiem, a ty Watsonem? —spytałam.
— Nie będziesz Sherlokiem! To ja chce nosić tą fajną czapkę.
Spojrzałam na niego znad parującego kubka. Był śmiertelnie poważny, ale fakt, że kołysał się w bujanym fotelu, psuł nieco efekt. Przez chwilę trwała cisza, a potem zachichotałam. Leo spojrzał na mnie z mieszaniną zdziwienia wypisaną na twarzy, jakbym był niespełna rozumu.
— W każdym razie — zaczęłam, gdy nieco się opanowałam. — Mam mnóstwo papierów do przeglądnięcia i tym się zajmę. Ty będziesz starał dotrzeć do Lisette i spróbować wydobyć z niej wspomnienia. Razem jakoś to poskładamy i znajdziemy jej rodzica. Czy taki układ ci pasuje?
Leo badał mnie długą chwilę, jakby tylko czekał, kiedy odwrócę wzrok. Nie zrobiłam tego.
— Dobra. Gdzie zamierzasz siedzieć nad tymi papierami?
— O tym jeszcze nie myślałam — odpowiedziałam i łyknęłam kawy. Choć piłam wiele rodzai tego napoju, łącznie ze skosztowaniem tej najdroższej, gdzie zapłaciłam prawie 100 dolarów za filiżankę, to jednak ta, przyrządzona w Obozie Herosów, smakowała mi najbardziej.
— I to dlatego ja jestem Sherlokiem, a nie ty — stwierdził chłopak. — Pogadam z Iris i załatwię ci biuro.
— Zgodzi się? — spytałam, nieco zdziwiona. Leo wzruszył niedbale ramionami.
— Oczywiście. Ona mnie uwielbia.
Po chwili dopiero zdałam sobie z sprawę, że wpatruję się w niego z otwartymi ustami. Szybko przytknęłam kubek do ust, by ukryć szok, jaki mną zapanował. Sama nie widziałam, czemu czułam się taka... nawet nie umiałam tego określić. Chłopak wpatrywał się w nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt na horyzoncie, więc widziałam jego profil. Miękki zarys ust, prosty nos i lekki róż, który przykrywał jego policzki. Ciemne włosy, niemal czarne, skręcające się w sprężynki i opadające delikatnie na jego czoło. Przymrożone oczy, jakby stał w pełni w słońca, a nie siedział tutaj, w cieniu. Badałam każdy szczegół jego twarzy, która się zmieniła. A jednak był nadal, tam gdzieś głęboko, moim Leonem. Z jego twarzy zniknęła nuta szaleństwa i dziecinnej zabawy, zastąpiła je powaga dorosłego mężczyzny, który poznał smak gorzkiego życia. Przypominałam sobie miękkość jego skóry pod opuszkami swoich palców, gdy po niej bezwstydnie wodziłam. Jedwabistość jego włosów, gdy wplatałam w nie dłonie. I żar jego ust na swoich wargach, gdy... Zacisnęłam mocniej palce na kubku, który zaczął mnie parzyć, a ból pozwolił mi się opanować. Upijając jeszcze jeden łyk, prawie ugryzłam brzeg naczynia.
— Kiedy ją poznam? — spytałam, pragnąc odwieść swoje myśli od kierunku, w którym uparcie podążały. Niegrzeczna Mackenzie. Leo wybudził się z transu i po moim ciele przebiegły dreszcze, gdy spojrzał na mnie oczami koloru płynnej, gorzkiej czekolady.
— Sam nie wiem — odpowiedział dopiero po chwili. — Lisette jest skompilowaną dziewczyną. Na razie nie chce się z nikim spotykać, nawet wychodzić z pokoju. Pragnie tylko czytać i oglądać filmy. Boi się, bo nie wie, co się z nią dzieje. Postaram się przyprowadzić ją na ognisko w tym tygodniu. Może gdy pobawi się z dzieciakami, które ją uwielbiają, nieco się otworzy.
Kiwnęłam głową. W moim umyśle walczyły ze sobą dwa pragnienia. Pierwsza wersja mnie chciała tutaj zostać, na tym twardym miejscu i łaknąć jego widok, delektować się nim, nie mając nigdy dość. Druga pragnęła uciec jak najdalej, schować się w ciemnej dziurze i wyć aż do zdarcia gardła, błagając, by ten ogień w środku w końcu zgasł. Dokończyłam letnią kawę, poinformowałam Leona, że zostawiłam dokumenty na kanapie w salonie i siląc się na spokój, powoli odeszłam. Czułam na swoich plecach dreszcze, bo dobrze wiedziałam, że obserwuje mnie, gdy odchodzę. Dopiero gdy znalazłam schronienie pomiędzy domkami, odetchnęłam. Serce waliło mi w piersi, jakbym przebiegła milę sprintem, a nie spacerem pokonałam mały dystans. Oparłam się plecami o domek Hery, zjeżdżając po nim wolno i siadając na zimnej ziemi.
Nie miałam pojęcia, czemu czułam się tak, jakbym ukończyła wyczerpujący trening. Nie, to nie było dobre porównanie. Jakbym ciężko pracowała na swoją sylwetkę od roku, ale wciąż nie widziała efektów pracy, mimo wysiłku mięśni i zdrowego odżywiania. Zmęczona zarówno psychicznie, jak i fizyczne. Wyczerpana, upadła na duchu oraz pragnąca po prostu usiąść i rozpłakać się. Przymknęłam oczy i oparłam głowę o zimny marmur, kojący nadciągający ból głowy.
Nie miałam pojęcia, czemu jego widok mnie tak załamał. Nie mam pojęcia, czy widział po moich oczach, co się dzieje w mojej głowie. Kiedyś to potrafił. Jeden raz na mnie spojrzał i już wiedział, czego się obawiałam. Znał moje myśli i pragnienia lepiej, niż ja, i to mnie przerażało.
Nie miałam pojęcia, czy wiedział, co dostrzegłam. A dostrzegłam chłopca, wiele razy skrzywdzonego przez los. Dostrzegłam chłopca wychowującego się po stracie ukochanej matki i pragnącego odrobinę ciepła, którą mu odebrano. Dostrzegłam chłopca nie radzącego sobie z nową, otaczającą go rzeczywistością. Dostrzegłam chłopca z roztrzaskanym przez kobiety sercem. Dostrzegłam chłopca, który kiepskimi żartami starał się ukryć swój ból, który wylewał się przez czekoladowe oczy. Dostrzegłam mężczyznę, który potrafił dla mnie kiedyś poświęcić wszystko, a teraz zrobiłby to dla każdej osoby. Dostrzegłam mężczyznę, którego bezlitosne płomienie życia wyhartowały na osobę, dla której nadzieja zawsze jest zgubna.
Dostrzegłam wiele rzeczy, a one wszystkie spadły na mnie jednym uderzeniem i niczym lodowata fala zalały moje ciało, nie pozwalając oddychać. Jedna, pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, naznaczonym piegami.
Przypomniałam sobie Jego zmęczony uśmiech, gdy miał zasnąć i nie narazić życia. Przypomniałam sobie szkliste oczy dziewczynki o pięknym imieniu, w których odbijały się kłębiące się na niebie chmury, których ona nigdy więcej nie miała ujrzeć. Przypomniały mi się zmęczone twarze mnóstwa nastolatków, którzy powinni teraz cieszyć się z życia, a nie dzierżyć miecz. Przypomniałam sobie godzinny, gdzie bezradność i poczucie winy, że nie robię nic, gdy inni poświęcali wszystko. Przytłaczało mnie to, a ja nabierałam ochoty na płacz, ale brakowało mi łez. Przypomniał mi się Jego miękki głos, gdy pouczał mnie, bym zaczęła jeść i nie kara siebie w taki sposób. Jego zapach, gdy tulił mnie do piersi i pocieszał po śmierci mojej młodszej siostry.
Jakim cudem miałam mu pomóc poukładać bałagan w głowie, skoro sama w swojej miałam zamieć śnieżną?
Ucisk w mojej piersi nie zelżał. Bo znów to wszystko powróciło, powróciły myśli, które blokowałam przez dwa lata studiów. To ja byłam tą, która roztrzaskała temu chłopcu serce. To ja byłam bezlitosnym płomieniem, który trawił powoli mężczyznę i wypalił w nim całą nadzieje.
Otarłam mokre policzki, uważając, by nie zmyć makijażu. Wstałam i objęłam się ramionami, jakby było mi chłodno. Wzięłam kilka uspakajających oddechów, wyzbywając się całego napięcia i budując swój mur na nowo. Szybko, cegiełka po cegiełce. Jeden krok i rozciągnięte usta w uśmiechu. Kolejny i uścisk w piersi zelżał. Wyszłam z cienia, mrużąc oczy w letnim słońcu.
Wszystko było znów w porządku. Światła, kamera, akcja.


□ 


UWIELBIAM TEN ROZDZIAŁ OD MOMENTU, GDY KENZ PRZYPATRUJE SIĘ LEONOWI, GDY PIJĄ KAWĘ. NO TO JEST PO PROSTU GOLD.

Oglądam Teen Wolfa. I wiem, że szlaban na oglądanie fav serialu jest niczym wyrok śmierci. Gdyby Kenz miała telewizor w celi, zapewne by tam została. Ale dość o Lenzie. Na razie.

Ok. Ok. Teraz fanfary.


Dodano nas do konkursu! Możecie głosować na https://ridero.eu/pl/books/cien_wspomnien/

PS. Dajcie znać, co myślicie o rozdziale i przemyśleniach Mac. Papatki xox

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis