sobota, 19 listopada 2016

Rozdział XX - Król Szermierki


Ubrana w moją ukochaną, butelkowozieloną sukienkę, z uśmiechem na ustach stałam obok Sharmili, która pachniała nutką karmelu i Dan'a, który z przejęciem dyskutował z jednym z wykładowców na temat targów, w których nasza grupa miała być zaangażowana. Moja przyjaciółka wystukiwała o posadzkę rytm czerwonym obcasem, co było jej sygnałem, że chce już iść, więc niech Daniel przestanie paplać. Mi to nie przeszkadzało, bo myślami byłam już w domu ciotki, gdzie czekały spakowane walizki. Tata przyjechał z długiej firmowej delegacji w Europie i czekała nas podróż do domu znajdującego się Nowym Jorku, a potem kolacja z Grace. Na myśl o dzisiejszym wieczorze czułam lekkie sensacje żołądkowe. Sharmila posłała w moją stronę wyćwiczone spojrzenie, w którym sprowadziła mego ducha na ziemie. W tej samej chwili profesor roześmiał się na uwagę Daniela.
— Pracuj Dan, bylebyś się zmieścił w budżecie, bo znów będziemy mieć na głowie dyrekcje.
— Jeśli Mac nie będzie piekła swoich super zdrowych i super drogich ciasteczek, powinno się udać.
Prychnęłam na jego słowa, zupełnie nie traktując go poważnie. Moja torba zawibrowała, oznajmniając, że dostałam nową wiadomość. Zaczęłam ją przetrząsać w poszukiwaniu telefonu, a Sharmila stanęła w mojej obronie niczym wierny pies, przypominając naszemu przyjacielowi, że to on zjadł połowę ciastek. Profesor wtrącił uwagę, że przez żołądek do serca. Dan pobladł na twarzy i kategorycznie zabronił podsuwać głupich pomysłów dziewczynie, bo jeszcze —broń nas Boże — zacznie gotować. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo uwielbiałam, gdy ta dwójka się przekomarzała i z ulgą wyciągnęłam znaleziony telefon, będąc pewną, że to tata chce się ze mną skontaktować. Przesunęłam zbyt długim jak na mój gust paznokciem po ekranie dotykowym, zanotowując w pamięci, by następnym razem poprosić kosmetyczkę o bardziej uniwersalny lakier. Otworzyłam wiadomość.
Przez chwilę mój mózg przetwarzał informacje. Gapiłam się na słowa, wiedziałam, co tam piszę, ale ich sens kompletnie do mnie nie dociera. Moje usta delikatnie się otworzyły. Czułam, jak pochylam głowę nad telefonem, a moje włosy opadają mi na twarz. Nadawca był nieznany, a ja czułam, że to nie pomyłka. Nagle ciemny i zimny wir wciągnął mnie w swoją otchłań. Zrobiłam krok do tylu, trzymając mocno telefon, aż jego brzegi zaczęły mi się wbijać w dłoń. Drugi krok. Odwróciłam się i bez słowa wyjaśnienia czy pożegnania, odeszłam. Słyszałam, jak przyjaciele mnie nawołują. Jak Dan mówi Sharmili, żeby za mną poszła, a ona się oburza, że jest wykorzystywana. Na argument, że to przecież ona jest dziewczyną, warczy na cały świat: "Co za seksizm!". Słyszałam to, ale nie rozumiałam ich słów, jakby mówili po innym języku. Przyśpieszyłam kroku. Gdy wypadłam z kampusu, praktycznie biegłam w stronę czerwonego Mercedesa.
— Mac! — wrzasnęła przyjaciółka, śpiesząc za mną na swoich wysokich butach. — Mackenzie Lucy Atkinson, zatrzymaj się!
Nie posłuchałam jej, nawet nie obchodziło mnie to, że nazwała mnie "Lucy", a przecież ja nie mam drugiego imienia. Zawsze go wymyśla, by dodać powagi i nieco dramaturgi swoim słowom. Stanęłam przy samochodzie i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy, wyzywając się w myślach za niedbalstwo. Znalazłam je, wsunęłam do zamka i otworzyłam Mercedesa. Zanim zdołałam się wślizgnąć do środka, wypielęgnowana dłoń przyjaciółki zamknęła drzwi z trzaskiem.
— Możesz mi wytłumaczyć, co się właściwie z tobą dzieje, hm?
Sharmila była piękną hinduską o ciemnych, prostych włosach i karnacji Deepiki Padukone. Jej niezwykle jasne, błękitne oczy nie pasowały do niej kompletnie. Dodawały jej jednak nieco tajemniczości i charakteru, a ona niewątpliwie ten miała specyficzny. Nigdy nie wychodziła z mieszkania, jeśli nie upewniła się, że makijaż, który wykonała, jest perfekcyjny i podkreślający kolor tęczówek. Teraz mrużyła oczy z wytuszowanymi rzęsami, patrząc na mnie jak na główną podejrzaną o kradzież. Mimo wysokich butów nadal była niska jak na swój wiek. Mogłaby być modelką, gdyby nie brakowało jej paru centymetrów.
— Mila, proszę — usłyszałam swój drżący głos. — Muszę jechać do Nowego Jorku.
— Oh, ja wiem, że ty musisz jechać. Ale przed tym odpowiesz na moje pytanie, czemu masz ten swój wyraz oczu.
Była nieliczną z osób, które nigdy nie pytały. Nigdy nie pytała o to, czemu płakałam przy Iliadzie. Skąd te nietypowe plamki w oczach. Czemu noszę tylko dwa pierścionki i żadnej innej biżuterii Jakim sposobem nie potrafię wypowiedzieć nieznanych mi słów. Raz, gdy nie mogłam skleić zdania i napisałam je na kartce, jej błękitne oczy zrobiły się wielkie jak księżyce. I były jeszcze większe, niczym dwa blade księżyce, gdy uderzyłam napastliwego Erica, o rok starszego, gdy nękał mnie o spotkanie i by popisać się przy znajomych, nazwał mnie "małą".
— Mila, nie mam na to czasu. Muszę jechać.
— Ty mi tutaj nie miluj — odwarknęła. Słowotwórstwo było jej ulubionym zajęciem. — Pokaż tego sms'a!
Chciała wyszarpnąć mi telefon z ręki, ale przytuliłam go o piersi niczym nowo narodzone dziecko. Moja przyjaciółka splotła ręce na piersi.
— To od niego, prawda?
Znów otworzyłam drzwi samochodu, a ona znów je zatrzasnęła. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała wymieniać szyby.
— Już nie udawaj, dobra!? — wrzasnęła coraz bardziej zdenerwowana. Sharmila nie umiała się opanowywać. Robiła wszystko z rozgłosem i krzykiem na ustach. — Masz ten twój wzrok. Jakbyś nosiła całe niebo na barkach. Oczy się ci szklą, a ja zawsze mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczesz. A potem one ściemnieją, a te plamki będą jeszcze bardziej wyraźne, aż będę miała wrażenie, że masz całkiem złote tęczówki. Jeśli nie tkwisz w tym stanie przez jaką cholerną, seksistowską świnie, to ja jestem głupią blondynką!
Cholerne, seksistowskie świnie to były według Mili wszyscy faceci, którzy nie urwali się z książek i zachowują się jak palanci. Dwa razy dotarliśmy do tego tematu i dwa razy udawało mi się to jakoś załagodzić. Ale nie miałam czasu. Jeśli napisał, musiał wpakować się w naprawę niezłe bagno. Kiwnęłam więc głową, by dała sobie spokój.
— Wiedziałam! — wydarła się. Grupka studentów, stojąca nieopodal, spojrzała na nas zdziwiona, po czym odeszła, oglądając się ze strachem w oczach. — Wiedziałam! Cholerne, seksistowskie świnie! Dawaj mi jego adres, to ja się z nim rozmówię.
— Mila... Przymknij się trochę... — zaczęłam ją uciszać, choć wiedziałam, że to będzie bezowocne.
— I to przez te cholerne kilka semestrów do niego tak odpływałaś? Cholera, dziewczyno, w coś ty się wpakowała? Co on ci zrobił? Pobił pasa? Wyjadł wszystkie cholerne banany? Zdradził z jakąś cholerną barmanką o sztucznych piersiach? Zaadoptował dzieciaka bez twojej zgody? Przeglądał instagrama bez twojej wiedzy? Tylko mi nie mów, że byłaś w ciąży, a on ci kazał usunąć dzidziusia!
Sharmila nadużywała słowa "cholera". Potrafiła stworzyć z niego przymiotnik, czasownik, rzeczownik, wszystko, na co miała ochotę. Kochałam tą dziewczynę, ale teraz nie miałam czasu i jej nieustanny potok słów, na którego wysłuchanie traciłam cenne sekundy, zirytował mnie.
— Zajmij się swoim życiem, dobra?— warknęłam, przerywając jej bezsensowną paplaninę. — A kiedy ty powiesz Dan'owi, że pożerasz go wzrokiem, zawsze, jak go widzisz? — Na moje słowa pobladła, uśmiech nieco przygasł, a jej ręka sunęła się z drzwi mojego samochodu. — Boli cię to, że to do mnie się wdzięczy, ale sama nie potrafisz mu pokazać, że ci na nim zależy. Dorośnij w końcu. Daj mi załatwiać moje, cholerne sprawy, a ty zajmij się swoimi. I nie dzwoń. Sama się skontaktuję. Tam, dokąd jadę, nie będzie zasięgu. Przepraszam, ale muszę. Naprawdę muszę.
Ostatnie słowa wypowiedziałam niemal płaczliwie. Mila odsunęła się od samochodu, wciąż z wyrazem ciężkiego szoku na twarzy. Nigdy się tak do niej nie odzywałam. Zerknęłam w stronę jej czarnego auta, które stało dwa miejsca parkingowe od mojego.
— I nie próbuj mnie śledzić— pouczyłam ją. — Bo cię znajdę i przebije ci opony.
Uśmiechnęła się nieco, słysząc żart i wiedziałam, czytając z jej oczu, że się nie gniewa. Wypadłam z parkingu, piszcząc oponami. Kierowałam się do domu cioci. Mieszkałam u niej, gdy studiowałam w New Jersey. Tutejszy ruch drogowy doprowadzał mnie do szału, a w korkach denerwowałam się jak nigdy wcześniej. Gdy stanęłam przed domkiem z ogródkiem, byłam wściekła na cały świat. Wpadłam do budynku i od razu pobiegłam do pokoju po schodach, ignorując, gdy mnie zawołano. Walizki stały przy łóżku. Chwyciłam je w dwie dłonie i ruszyłam do wyjścia. W drzwiach stanął mój ojciec, za nim wpadła ciotka z troską wymalowaną na twarzy. W przeciwieństwie do swojego brata, nie była ubrana elegancko. Zwykłe jeansy i koszulka polo, a na to zarzucony fartuszek, w którym uwielbiała gotować.
— Skarbie? — spytał tata, patrząc się na mnie zdziwiony. Nie widziałam go tyle czasu. Ale jedyne, co zdołam wykrztusić przez zaciśnięte gardło, to...
— Muszę jechać do obozu...
Ciocia się roześmiała. Wiedziała wszystko, bo tak było najprościej. Inaczej nie można było wytłumaczyć niektórych zdarzeń, jak tego, że budziłam się z krzykiem, jak w letargu powtarzając jedno, krótkie imię. Wyminęłam tą dwójkę i ruszyłam do auta. Włożyłam walizki, moje i taty, na tyle siedzenie i odwróciłam się do cioci. Przytuliłam ją mocno, wyczuwając zapach mąki, którym pachniał jej fartuch. Wymamrotała parę słów na pożegnanie, a ja usiadłam za kierownicą.
To była najgorsza podróż mojego życia. Jeśli miało się szczęście, można było dojechać z New Jersy do Nowego Jorku w ciągu niecałych dwóch godzin. Ale oczywiście, ja go nie miałam i staliśmy w korkach spowodowanych remontami dróg. Tata przez całą drogę nie odezwał się do mnie ani słowem, tylko zerkał z niepokojem na moje palce trzymające kurczowo kierownicę do tego stopnia, ze moje knykcie były białe. Byliśmy domu na krótko przed trzynastą, choć nie byłam pewna, czy mogę tak nazwać ten dom. Musieliśmy zmienić adres zamieszkania, by utrzymać wszystko w sekrecie. Lepiej, żeby ludzie gadali, że się wyprowadziliśmy, bo taki był kaprys bogatego biznesmena, niż by wybuch skandal, że niema od urodzenia dziewczyna odzyskała głos.
Wpadłam do domu bez żadnego przywitania, ignorując Audrey, która upraszała się o uwagę swojej pani. Truchtała wiernie u mojego boku, aż nie osiągnęłam swojego celu i zajęła miejsce na swoim ulubionym fotelu, przyglądając się mi czarnymi oczyma. Tak jak zostawiłam swój pokój trzy tygodnie temu, takim go zastałam, choć na meblach zaległa mała warstewka kurzu. Otworzyłam szafę i zaczęłam wyciągać wszystkie ubrania, które mogą mi być potrzebne. Wtedy tata stanął w drzwiach, przyglądając się moim wysiłkom.
— Kotku — zaczął, powoli dobierając słowa. — Nie możesz tak po prostu wyjechać i zniknąć na dwa miesiące. Sharmila spuści bombę na nasz dom, jeśli nie dostanie dokładnych współrzędnych twojego pobytu. — Chciał zażartować i może by mu się o udało, gdybym nie była zajęta, a w głowie nie miałabym takiego huku. — Mackenzie! Uspokój się i posłuchaj mnie przez chwilę!
Wtedy zamarłam, z kolorowymi leginsami do ćwiczeń w jednej ręce, a w drugiej ściskając sportowy stanik.
— Nie możesz wyjechać, bo taki masz kaprys. Jesteś zaangażowana w masę projektów wakacyjnych ze studiów, zapisałaś się na wolontariat i wycieczkę do San Franciso. Twoi przyjaciele będą się ciebie martwić, a Mila na pewno uszkodziła Dan'a w niektórych miejscach, wyżywając się na nim z niepokoju. I jak ja wytłumaczę Grace, gdzie podziała się moja córka, która obiecała pomóc jej w przygotowaniach do ślubu i zorganizowała kolację, na której miała jej coś ważnego wyznać? Mackeznie, to był twój pomysł, że to ty powiesz jej wszystko, a więc nie zostawisz mnie teraz na lodzie, żebym sam jej wytłumaczył, że twoja matka jest starożytną boginią.
Usiadłam po turecku na środku pokoju pośród porozrzucanych ubrań, nagle wyzuta z energii. Chciało mi się wyć z frustracji i gniewu na swojego ojca, który jak zawsze miał rację. On sam usiadł naprzeciw mnie i położył swoje ciepłe dłonie na moich kolanach. Spojrzałam na niego bez zbytniego entuzjazmu. Audrey również zeskoczyła ze swojego miejsca i położyła się, opierając o moje udo.
— Powiem ci, co ja bym zrobił w twojej sytuacji — powiedział powoli, a ja już wiedziałam, że zrobię tak, jak powie. Jego decyzje były złotem, a moje w porównaniu z nim, prezentowały się równie majestatycznie jak zardzewiała śrubka. — Poczekałbym na Grace i taktownie przełożył kolacje, ponieważ wypadłoby mi coś pilnego. Potem wsiadłbym w samochód i pojechał do obozu, rozeznać się w sytuacji. Starałem się wychować cię tak, byś dotrzymywała obietnic, a ty obiecałaś wrócić, jeśli dostaniesz jakiś znak. Dowiedziałbym się, co w trawie piszczy i dopiero za dzień lub dwa wrócił do obozu ze spakowaną walizką.
— A jeśli złamię prawo i wpakuję się do więzienia, zapłacisz kaucje? — spytałam poważnie. Tata stanowił się przez chwilę, po czym stwierdził:
— Tak. Ale będziesz miała szlaban do trzydziestki i zakaz na oglądania Teen Wolfa. Rób co chcesz, prócz przekraczania dozwolonej prędkości.
Czując rosnąca gruszkę w gardle, wykonałam dwa gesty. Pierwszym była podniesiona otwarta ręka, częścią wewnętrzną do mojego rodziciela, ze zgiętym serdecznym i środkowym palcem. Potem, ze złączonymi dwoma palcami, środkowym i wskazującym, jakbym zgłaszała się do odpowiedzi, puknęłam równolegle najpierw w czoło, następnie w brodę*. Tata odpowiedział również w języku migowym, a ja do niego mocno się przytuliłam.
Mimo, że od tego dnia minęły cztery doby intensywnej pracy i przekonywania Mili, że nie należę do żadnej organizacji przestępczej, wspomnienia były żywe. Nawet schodząc stromym zboczem Wzgórza Herosów, porośniętym miękką, zieloną trawą, czułam perfumy swojego taty. Trzymałam w dłoniach ciężki karton dokumentów oraz wszystkiego, co znalazłam w internecie i mogło nam się przydać. Źdźbła trawy łaskotały mnie w stopy, na które założyłam sandałki, a ja równocześnie czułam sensację żołądkowe, a zęby mi szczękały. Moje dłonie się pociły, raz po raz zalewała mnie fala gorąca i zimna, niczym przed sesją egzaminacyjną. Tylko było gorzej.
Bałam się. Cholernie się bałam.
Zapukałam do drzwi Wielkiego Domu. Otworzyła mi Piper, czym byłam nieco zaskoczona, ale uśmiechnęłam się, co pewnie wyglądało nieco tak, jakby rozbolał mnie brzuch, a to było bliskie prawdy. Brunetka zaprosiła mnie do środka i delikatnie zamknęła za mną drzwi. Postawiałam pudło w salonie, za sofą, a z tego miejsca, gdzie stałam, nie było go wiać. Dopiero wtedy odwróciłam się do Piper.
Dziewczyna prawie nic się nie zmieniła, prócz tego, że jej rysy nieco się wyostrzyły, a włosy były dłuższe i nie przyozdobione piórami, koralikami i ból wie czym jeszcze, lecz ze subtelnymi, małymi warkoczykami. Nadal się nie malowała i wciąż wyglądała naturalnie pięknie. Podejrzewam, że główne skrzypce grały tutaj geny bogini piękności i jednego z najbardziej prestiżowych aktorów Ameryki. Piper nie potrzebowała ulepszeń, w przeciwieństwie do mnie, której makijaż dodawał pewności siebie. I choć z jej twarzy biło ciepłe i przyjazne usposobienie, w sposobie, jakim założyła ręce na piersi i zmrużyła oczy, biła rezerwa.
— Leo jest na górze z Lisette — oświadczyła bez wstępu. — Pewnie ją uczy. A ich lekcje zazwyczaj trochę trwają. Jeśli chcesz, możemy się przejść po obozie.
Miła propozycja zawarła w sobie ukryty nakaz, jakby Piper spodziewała się, że wpadnę do pokoju Lisette i przerwę jej sesję naukową. Wydukałam coś w stylu, że byłby wspaniale z jej strony. W sercu skrywałam ulgę. Czekanie na Leona byłby katorgą, a jednocześnie czułam okropny zawód, że muszę zwlekać, aby znów go zobaczyć. I z tego powodu byłam na siebie okropnie zła.
MacLean nie odzywał się często. Nadal szła z założonymi rękoma, posyłając mi od czasu do czasu spojrzenia spod przymrożonych powiek, które mogłoby zabić dorosłego mężczyznę. Starałam się tego nie zauważać, co nie było trudne, bo byłam zajęta podziwianiem miejsca, które widziałam w najgorszych koszmarnych sennych. Było inne niż je zapamiętałam. Zniknęły zabudowania, które zdawały się mieć kilkaset lat i od tego czasu nie zostały zmienione. Nie poznawałam domków, a jedynie liczby na budynkach pomogły mi się domyślić, jakiego bóstwa dzieci w nim mieszały. Nie znałam również żadnej z twarzy. Trudno się temu dziwić. Ostatni raz byłam tutaj trzy lata temu, jedynie zamknięta w Wielkim Domu, bez kontaktu z obozowiczami. Wielu znajomych wyjechało na studiach, urosło lub... zginęło. Moja ramiona nieco opadły, gdy to sobie uświadomiłam. Mimo tylu lat, tylu zabiegów, to wciąż bolało.
Razem z Piper doszłyśmy do areny. Chłonęłam widok uczących się walki herosów, przypominając sobie moje niezbyt udane początki. Dziewczyna wyjaśniła mi, że teraz mamy kilku mentorów szermierki, a uczniowie są podzieleni grupy wiekowe, a nie na domki, jak to było wcześniej. Pokazywała mi każdego z instruktorów i mówiła jego imię oraz którego boga jest dzieckiem. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest tutaj mnóstwo Rzymian. Piper skończyła swoją prezentację i zaproponowała, byśmy coś przekąsiły, gdy zza naszych pleców dobiegł wesoły głos. Dziewczyna zamknęła oczy, jakby starała się opanować i cichutko westchnęła. Po sekundzie jej twarz się zmieniła i na jej ustach pojawił się niezbyt szczery uśmiech.
— Cześć, Piper.
Odwróciłam się razem z nią. Przed nami stał chłopak ubrany w zbroję, z hełmem pod pachą i mieczem w pochwie. Jego twarz rozjaśniał uśmiech człowieka, który jest pewny siebie i zdeterminowany, by wziąć, to czego chce. Nie sposób było nie zauważyć, że jest przystojny. On sam był tego najwyraźniej świadomy i wykorzystywał to w swoich celach. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja znów uśmiechnęłam się tak, jakby rozbolał mnie brzuch.
— Może przedstawisz mnie swojej przyjaciółce? — spytał, ale wciąż gapił się na mnie. Poczułam niemiłe łaskotanie w brzuchu, jakbym chciała uciec z tego miejsca, a tego byłam blisko.
— Mackenzie — zaczęła dziewczyna, a ja w jej tonie wyczułam subtelną nutę niechęci. — Poznaj Matthew'a Lynch'a, jednego z naszych nauczycieli szermierki.
— Dodajmy, że najlepszego nauczycieli szermierki — zaśmiał się, a ja wyczułam, że on nie żartuję, tylko naprawdę tak myśli. — Muszę panie przeprosić, ale śpieszę się na lekcję. Mam nadzieje, Mackenzie, że trafisz do mojej klasy.
Gapiłam się otępiała na jego plecy, zanim dotarło do mnie, że trzeba też oddychać. Piper prychnęła, a ja wydukałam pod nosem, kierując na nią wzrok.
— Najlepszy nauczyciel szermierki? — powtórzyłam. Piper wzniosła oczy ku niebu. — Trochę z niego megaloman, prawda?
— Żeby tylko — odmruknęła i zaczęłyśmy odchodzić w stronę pawilonu jadalnego. — Gdyby nie to, że został uznany synem Marsa, mogłabym przypuszczać, że jego ojcem jest Narcyz.
— Piper? — spytałam po chwili milczenia. — Gdzie jest Percy?
— Na siedmiu wzgórzach — westchnęła, po czym widząc moją minę, wyjaśniła. — Nadal w Nowym Rzymie. I miejmy nadzieję, że wróci prędko. Mam szczerze dość fałszywych Królów Szermierki.



□ 


* Gest oznacza Kocham cię, tato. Serio, nie potrafię tego opisywać, ew.

□ 


Nie było Leośka, ale przeżyjemy, prawda? A rozmiar rozdziału monstrualny, więc stosownie przywitaliśmy Mackenzie wśród żywych. 

Książka już wysłana, ale nie ukazaliśmy się jeszcze na liście głosowań. Siedziałyśmy nad tym 5 godzin lekcyjnych. Poważnie. Trzy godziny edytowania tekstu, godzinę na poprawki kosmetyczne i godzinę na ogarniecie całego systemu.

ALFABET MA JUŻ 19K WYŚWIETLEŃ. Gdybym pomyślała rok temu, że Lenzie Army się tak powiększy, podpadło by to pod kategorię egoizmu. Whatever.

Sama nie wiem, co pisać. Moje życie to tylko szkoła dom i tak non stop. Zmęczona tym już jestem. 

ALE VICTORIA'S SECRET FASHON SHOW NIEDŁUGO, A POTEM ŚWIĘTA, WIĘC JEST DOBRZE. I mama kupiła kabanosy.....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis