sobota, 5 listopada 2016

Rozdział XVIII - Mackenzie


Liz była jakby pogrążona w głębokim śnie, odurzona narkotykami bądź lekami. Wpatrywała się nic nie rozumiejącym wzrokiem, wsłuchiwała się w rozmowy innych obozowiczów, ale nie reagowała jednak na ich pytania. Ze wstrząsem przyjęła wiadomość o śmierci dziesięcioletniego chłopca, którego coś napadło w lesie i wyniku odniesionych ran, choć walczył z całych sił, skonał w ramionach Tima, który starał się powstrzymać krwawienie.
To ona go zamordowała. Widziałem po jej twarzy, jak łączy wszystko w całość, po nitce do kłębka. Jej zakrwawione ręce. Wielką dziurę w pamięci. Ostrzeżenie, by nikomu nic nie mówiła albo będzie musiała wyjechać.
Stworzyłem jej alibi. Gdy zdobyliśmy sztandar, zauważyłem, że Liz z nami nie ma. Powiadomiłem więc moją siostrę i zastępce, że idę jej poszukać, a ona jest odpowiedzialna za całą grupę. Zagłębiłem się w las i nawołując przyjaciółkę, znalazłem chłopaka, którego coś mono poturbowało. Natychmiast wysłałem sygnał i starałem się powstrzymać krwawienie. Gdy tylko przybyła ekipa ratownicza, oddałem go w ich ręce, odprowadziłem wzrokiem i wybrałem się na dalsze poszukiwania blondynki. Znalazłem ją w pobliżu Bunkra 9, gdzie starała się nie panikować z faktu, że się zgubiła. Odprowadziłem ją do pustego Wielkiego Domu i położyłem spać, uspokajając i zapewniając, że jest bezpieczna. Gdy tylko zasnęła, obmyłem się z krwi i poszedłem sprawdzić co z chłopakiem.
Historia była idealna. Tłumaczyła otępienie jako szok spowodowanym zgubieniem się w lesie, a fakt, że znaleziono ją po drugiej jego części, nie rzucał na niej cień podejrzeń.
Nie pozwoliłem jej zbliżać się do broni, choć sama się do tego nie kwapiła. Jako jej trener mogłem zaplanować cały dzień mojej jasnowłosej przyjaciółki, ale uznałem, że dziś powinna odpocząć. Sam miałem wiele spraw do załatwienia, więc wziąłem ją do Bunkra, gdzie schowała się w najciemniejszym kącie pomieszczenia, podwinęła kolana pod brodę i oparła ją na nich. Zabrałem się do rozdzielania zadań pomiędzy moją ekipą, wciąż mając ją na oku i nie odchodząc na dużą odległość. Nie wyglądało na to, że chciała, by ktokolwiek ją zaczepiał. Jednak po jakiś dwóch godzinach westchnąłem i we własną stronę posłałem wiązankę hiszpańskich przekleństw, wziąłem krzesło i usiadłem na im okrakiem na przeciw niej.
— Jak się czujesz?
Jej zamglone, zielononiebieskie oczy nabrały nieco przytomniejszego wyglądu. Skupiła całą uwagę na mojej osobie, po czym pokręciła głową z zaciśniętymi ustami i spuściła wzrok, dając mi do zrozumienia, że nie ma chęci ze mną rozmawiać. Zacisnąłem zęby, ale nie dałem za wygraną.
— Wiesz, co się wczoraj stało? Jesteś tego świadoma?
Specjalnie ściszyłem głos do szeptu i włączyłem nieco ostrzejsze brzmienia niż The Beatles, co mogło budzić lekki niepokój w moim rodzeństwie. Ci jednak niczego nie zauważyli, gwizdali pod nosem i tłukli młotkami gdzie popadnie, więc miałem pewność, że nasza rozmowa nie zostanie podsłuchana.
Nachyliłem się w stronę Liz zostawiać bezpieczny dystans, by nie poczuła się osaczona. Jej policzki pobladły i zaczęła wykręcać sobie palce pod niemożliwymi kątami, budząc we mnie obawę, że zaraz usłyszę dźwięk łamanych kości.
— To nie ja. To nie byłam ja. To nie był on. Potwór. To nie moja wina — wymamrotała, tak cicho i niewyraźnie, że zdołałem wyodrębnić tylko te słowa. Jej delikatny głos tonął w hałasie panującym w pomieszczeniu. Przyglądałem się jej dokładnie. Była zdezorientowana i przerażona, a słowa, które wypowiedziała, były ospałe, jakby nie była ich całkowicie świadoma. Wczorajszego incydentu praktycznie nie pamiętała. Gdy zadawałem jej bardziej wymagające pytanie, mamrotała tylko słowo "potwór". W końcu uznałem, że spróbuję jeszcze raz nieco później, gdy nieco ochłonie.
Choćbym chciał, nie potrafiłem pomyśleć o niej jako morderczyni.
Ciągle spoglądałem na telefon i za każdym razem się rozczarowywałem. Mijały godziny, a odpowiedź nie nadchodziła. Sprawdzałem cztery razy, czy na pewno wysłałem wiadomość. Czułem, że nie powinienem mieć aparatu włączonego i trzymać go przy siebie, ze względu na potwory, ale nie potrafiłem. Spotykałem się ze zdziwionym wzrokiem rodzeństwa i za każdym razem, wściekły na samego siebie, wkładałem komórkę głęboko do pasa i obiecywałem sobie, że tym razem nie spojrzę. Po pół godzinie łamałem się jednak i dawałem za wygraną.
Koło osiemnastej wygoniłem wszystkich z Bunkra i skierowałem się w stronę Liz. Drgnęła, gdy pomachałem jej przed oczami, by powróciła do rzeczywistości.
— Chodźmy na kolację — powiedziałem, podając jej swoje ramię. Blondyna pokręciła głową i sama wstała. Westchnąłem oraz pełen wyrozumiałości i cierpliwości wyznałem.— Liz, nie musisz się niczego bać. Ufam ci i wiem, że mnie nie skrzywdzisz. Nikogo naumyślne nie skrzywdziłaś.
Dziewczyna kiwnęła głową, by najzwyczajniej w świecie mnie zmyć i bardziej z obowiązku, chwyciła moje ramię. Widziałem, że jest spięta i boi się na mnie spojrzeć. Uciekała wzrokiem w każdy zakamarek lasu, byleby na mnie nie patrzeć. Jakby miała poczucie winy i nie potrafiła się przyznać do błędu.
Bałem się o nią. Bałem, że może znów wymknąć się spod kontroli. Wolałbym, żeby została zamknięta w pokoju i nie wychodziła. Nie mogłem tego zrobić, bo to wzbudziłoby podejrzenia Iris, Chejrona, Juliet, Piper i całej reszty. W końcu tylko zgubiła się w lesie.
Po kolacji spędzonej w ponurej atmosferze związanej ze śmiercią chłopca od Hermesa, zaprowadziłem Liz do jej pokoju. Usiadła na łóżku i zignorowała moje pytanie, czy czegoś potrzebuje. Uklęknąłem przed nią i powiedziałem twardo i dobitnie:
— Musisz mi zaufać, tak jak ja ufam tobie. Pomogę ci, bo wiem, że mogę tego dokonać. Wiedź, że cię nie oceniam i nie zmieniłem swojego stosunku do twojej osoby. Pomogę ci.
Liz spojrzała na mnie i choć jej wzrok był zasnuty, wyczułem w nim troskę i wielki smutek, tłumiony przez lata przez leki oraz psychiatrów. Wstałem, powiedziałem dobranoc i zamknąłem cicho drzwi. Po chwili wahania wyciągnąłem z pasa klucz do jej sypialni i przekręciłem go w zamku. Ufałem jej, to prawda. Ufałem dziewczynie, ale nie temu, co siedzi w jej głowie.
Przygarbiony i zmęczony całodzienną pracą oraz zamartwianiem się o blondynkę, zbiegłem po schodach i wszedłem do jasnego salonu w Wielkim Domu. Miałem ochotę położyć się na jednej z kanap i zasnąć, rzucając przy tym stres i zapominając o wszystkich troskach. Wszystko był takie proste i wspaniałe, gdy Lisette współpracowała i nie sprawiała większych kłopotów. Ale teraz? Odpowiedzialność i poczucie winy boleśnie przygniatało mnie do podłogi, nie pozwalając na wzięcie ani jednego oddechu. Podniosłem wzrok i zauważyłem, że przy stole siedziały dwie dziewczyny, pijąc herbatę i obejmując w dłoniach kubki z parującymi napojami.
Jedną z nich była Piper. Druga sprawiła, że moje serce zamarło, a potem wywinęło fikołka i spadło do brzucha.
Afrodyta miała rację. Była jeszcze piękniejsza, niż pamiętałem. Jej włosy układały się w miękkie fale, które spływały na ramiona kurtyną. Miała na sobie nieco mocny makijaż, przypominający mi Audrey Hepburn, z którą filmy tak kochała oglądać. Była ubrana w butelkowozieloną sukienkę, zakrywającą ramiona do łokci, z małym dekoltem ukazującym jej nieco wystające obojczyki. W biodrach była nieco rozkloszowana i kończyła się kilka centymetrów nad kolanem, co idealnie podkreślało jej sylwetkę i szczupłe nogi, na które założyła nude baleriny na niewysokim obcasie. Gdy jej twarz skierowała się w moją stronę, mogłem podziwiać idealnie jak dla mnie wykrojone usta, nieco piegów na nosie oraz policzkach i jej piękne, duże brązowe oczy ze złotymi plamkami, które przez makijaż stały się jeszcze bardziej hipnotyzujące.
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, zerwała się z krzesła z wyrazem zakłopotania, które szybko zamaskowała. Piper mruknęła coś o chwili prywatności i zostawiła nas samych, wypadając z salonu jak spłoszony zwierzak.
Chwilę zamarliśmy w tych samych pozach, po czym zrobiłem dwa kroki i znalazłem się przy niej. Z wahaniem schowałem pasmo jej jedwabistych włosów za ucho, jakby nie była rzeczywista. Jakby była kolejnym snem, który mi się przyśnił i z którego obudzę się z pustką w miejscu, gdzie powinno być serce. Palcami pogładziłem jej delikatny i ciepły policzek, a ona patrzyła mi w oczy z nutą rozbawienia, bo czym zamknąłem ją w swoim uścisku. Przez jedną, straszną chwilę bałem się, że mnie odepchnie. Poczułem, jak kładzie policzek na moim ramieniu i obejmuje mnie za szyję, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Położyłem głowę na niej włosach, zanurzając nos we kasztanowych falach i wciągnąłem ich zapach, jakby to był narkotyk, od którego byłem uzależniony. Pachniała fiołkami i perfumami, nieco inaczej, jak to zapamiętałem. Nie była również tak chuda, jak wtedy, gdy ją żegnałem trzy lata temu. Mimo to ciągle wydawała się delikatna, ale nie tak jak porcelanowa lalka. Raczej na ten sposób, w jaki były delikatne kobiety — nieco pewne siebie, wiedzące, czego pragną, uwodzicielskie ale zarazem lękające się małego pająka, który chodził po ścianie. Moje serce biło jak oszalałe, a część, która została uśpiona wiele miesięcy temu, rozbudziła się jak kwiat podlany życiodajną wodą. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się naprawdę sobą.
Z mojego zaciśniętego gardła wydobyło się tylko jedno słowo, które wymamrotałem w jej pachnące włosy, które łaskotały mnie po policzku.
— Mackenzie.




□ 


TAAAK! NARESZCIE!


Dziki taniec, bo Kenzie wróciła. Jesteśmy uratowani. Eh. Znaczy się... Hahaha, pogadamy o tym pod koniec książki.

Rozdział jest stosunkowo słabo napisany, bo jest jednym z pierwszych, jakie napisałam do Opętanej. Zresztą ja to sama widzę, że opisy są mało barwne i trochę siedzę nad edycją.

Moja wszechogarniająca apatia mnie dopija, wiecie? Jestem 50% sangwinikiem, a drugie tyle to melancholik. Ta pierwsza część krzyczy na tą drugą, by się wzięła w garść ale pesymistycznej części mnie jest tak dobrze. Jak mam ze sobą żyć? Spać. Spanie jest najfajniejsze.

Niedługo zaczną się docinki Lenzie, wiszące w powietrzu napięcie i oh, nie mogę się doczekać, aż to przeczytacie ♥

ps Rozdział dedykuje mojej błękitnookiej Natalii, która podesłała mi piosenkę ♥ Tak bardzo Lenzie, right?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis