sobota, 12 listopada 2016

Rozdział XIX- Współudział


Mackenzie potrafiła słuchać.
Gdy opowiadałem historię, cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy i ani razu go nie zrywała, w przeciwieństwie do mnie. Widok tych brązowych oczu ze złotymi plamkami napawał mnie dziwną bojaźnią. Odnosiłem wrażenie, jakby była z innego świata. Jakby była boginią, a mnie, nędznemu śmiertelnikowi nie przypadał zaszczyt oglądać jej oblicza. Onieśmielała mnie. To było głupie i miałem tego świadomość. Widziałem jej łzy, ból, rozpacz... Dzieliłem z nią szczęście i sekrety. Nie powinienem czuć się gorszy. Bo tak się czułem. Jakbym był gorszy.
To nie była ta sama Mackenzie. Zmieniła się, owszem, wyglądem. Nie sprawiała wrażenia kruchej i zagubionej osoby. Z jej oczu płynął dziwny komunikat: jestem tu po to, by coś załatwić i wracam do domu. Jakby dostała zlecenie z pracy i niezbyt chętnie je wykonywała. I jakby mnie nienawidziła.
Załamałbym się. Widok jej twarzy, jej ust, bogowie, to sprawiało, że trzęsły mi się ręce. I gdy uświadomiłem sobie, jak bardzo przez te wszystkie lata tęskniłem za tą chwilą, gdy ona wróci, byłem na siebie zły. Mackenzie wyglądała, jakby lepiej żyło jej się bez wiedzy o mitologicznym świecie. Beze mnie. Załamałbym się, gdyby nie jej pierwsza reakcja. Zerwała się z krzesła, jakby na czymś przyłapana, chciała uciec, schować się i wrócić za dwa dni. I choć to trwało ułamek sekundy, zanim się opanowała, chciała rzucić się w moją stronę prawie tak bardzo, jak ja chciałem porwać ją w ramiona. Gdzieś tam, pod tą maską, wciąż była moją "małą".
Wziąłem głęboki oddech i rozpocząłem najtrudniejszą część. Jak namówiłem ją na bitwę o sztandar; gdy zwyciężyliśmy a ja zauważyłem, że jej nie ma; gdy znalazłem ją w szale, kazałem ukryć a sam zająłem się ratowaniem chłopaka. Jak wysłałem sygnał, tamowałem krew a potem odprowadzałem niewinną ofiarę wzrokiem. Jak wróciłem i znalazłem ją, nic nie rozumiejącą, pozbyłem się dowodów, obmyłem ją z krwi a potem położyłem spać. Jak wymyśliłem historię i tym samym jej alibi.
Mackenzie słuchała. Jej twarz nawet nie drgnęła, gdy opowiadałem z drastycznymi szczegółami, prawie brutalnie. Nie byłem delikatny. Musiała wiedzieć, w co się pakuje, tym bardziej, że zaczynałem czuć wyrzuty sumienia, że w chwili słabości do niej napisałem.
Gdy skończyłem, zapadła cisza. Kenzie po praz pierwszy spuściła wzrok na kubek z herbatą i zamyśliła się. Siedzieliśmy w altanie, gdzie nikt nie zaglądał i miałem pewność, że nikt nas nie podsłucha . Ale i tak przez całą opowieść szeptałem, bo sekrety nie powinny wyjść na jaw. Choć jak to powiedział Benjamin Franklin — "Trzy osoby mogą dochować tajemnicy, jeśli dwie z nich nie żyją".
— Co myślisz dalej robić? — spytała cicho, nie podnosząc wzroku, a brzmienie jej głosy zadziałało na mnie jak magnez na opiłki metalu.
— Pomóc jej — odpowiedziałem również szeptem.
— Tak po prostu?
— Tak po prostu.
Nasze spojrzenia się spotkały. Jej oczy nie wyrażały nic. Mackenzie była genialną oszustką, jeśli chodzi o mowę ciała. Gdy była niema, musiała tylko tym operować. Ciałem i kartką papieru. To było dziwne rozmawiać z nią tak po prostu. Słyszeć jej głos. Nie zastanawiać się, co mi odpisze w swoim notatniku, który miała zawsze przy sobie. Potrafiła kłamać wzrokiem.
— Więc będziemy musieli coś wymyślić — odezwała się w końcu. Zamrugałem, jakby coś wpadło mi do oka.
— Czyli zostajesz? — spytałem, ukrywając radość i nienawidząc się za tą reakcję. Kiwnęła głową. — Nie chcesz uciec z krzykiem i zawiadomić policji o miejscu pobytu niebezpiecznej pacjentki?
— Masz mnie za kogoś takiego? — odpowiedziała pytaniem, skrywając swój szelmowski uśmiech. — Nieważne. Obiecałam, że pomogę. A złamanie obietnicy to plama, której nie można wymazać.
Umilkła, prawdopodobnie uświadomiwszy sobie, że zbyt dużo powiedziała. Poczułem się niezręcznie, jakby dodała : " Coś o tym wiem. Sama to zrobiłam. Pamiętasz?".
Tak. Pamiętałem. Aż za dobrze.
Mackenzie opanowała się i spytała jak gdyby nigdy nic:
— Skąd wiedziałeś, że jest herosem?
Była zbyt inteligentna. Nie chciałem mówić, że Afrodyta podsunęła mi potrzebne papiery i zasugerowała pewne sprawy. Nie ma żadnej potrzeby, by ktokolwiek o tym wiedział.
— Mam swoje źródła —mruknąłem wymijająco, a Kenzie podniosła brwi. — A ciebie nie zastanowiłoby to, że nagle zdrowa dziewczynka morduje własnych rodziców, a potem płacze, że to nie ona? Co byś pomyślała?
— Że mówi prawdę. Wrabiają ją.
— Zbadali sprawę. To była ona. Na nożu były tylko jej odciski, pamiętała każdy szczegół. Ale twierdziła, że to nie ona. Co dalej?
Mackenzie zagryzła wargę i zmarszczyła czoło, jakby szukała w mojej wypowiedzi jakiegoś haka. Wyglądała naprawdę pięknie i poczułem się zazdrosny o tych wszystkich ludzi, którzy widywali ja na co dzień, a nawet o tych, którzy minęli ją na ulicy raz w życiu. Uszczypnąłem się niezauważalnie w nadgarstek, by przywołać się do porządku i skupić na sprawie. Byłem poważny i prostolinijny. Oczekiwałem tylko, że nie zaliczy się do większości, bo będę musiał ją odprawić z kwitkiem.
— Że jest chora psychicznie.
— Wszyscy tak stwierdzili. To było wygodne i tłumaczyło wszystko. Ale ja tak nie twierdzę. Myślę, że ktoś siedzi jej głowie i mówi, co ma robić. Sama to potwierdziła. Że słyszy Głosy. Przez duże G.
Mackenzie spytała tak cicho, że ledwie ją usłyszałem wśród szelestu liści.
—Sugerujesz, że ona jest...?
—... opętana.
Zapadła między nami cisza, niemal jak wtedy, gdy cztery lata temu zbiliśmy we dwoje ukochany kubek Chejrona i mieliśmy nadzieje, że tego nie usłyszał. Mierzyliśmy się wzrokiem, chcąc odgadnąć zamiary, jakie kierowały drugą osobą. Próbowała przewiercić mnie tymi oczami, spalić na popiół, choć na ogień byłem odporny. Byłem pewny, że gdyby mnie poprosiła, bym wszedł do płonącego budynku i nie starał się powstrzymać płomieni, zrobiłbym to. Ja natomiast zastanawiałem się, kiedy wstanie, weźmie swoją torebkę i oświadczy, że nie będzie się w to pakować. I że jestem szalony. Oraz przystojny.
Na to ostatnie liczyłem najbardziej, choć nie potrzebowałem potwierdzenia, że tak myśli.
— Przez kogo? — spytała, upewniwszy się, że nie żartuję. Uśmiechnąłem się, podnosząc jeden kącik ust do góry i irytując ją tym jeszcze bardziej.
— To będzie naszym zadaniem, guapo. Dowiedzieć się przez kogo.
— Czyli to jest nasz plan?
— W dużej mierze własnie na tym się będzie opierał.
Dziewczyna jęknęła. Moja zdolność planowania najwyżej zwalała ją z nóg, choć zachowała się i patrzyła na mnie tak, jakby chciała powiedzieć: "Serio? Jak ci się udało przeżyć tyle lat i nie zostać pożartym przez wielką krewetkę?". Prawda jest taka, że gdyby nie było ze mną Percy'ego, zakończyłoby się to nieciekawie. Dla krewetki, oczywiście. Skoro już o tym mowa, to śmierć przez połkniecie krewetki nie byłaby taka zła. Miałbym co opowiadać w Podziemiu, gdyby toczyła się dyskusja na temat: "Jak zginąłeś?". Utopiłeś się? Phi, mnie pożarła zmutowana krewetka. Autografy na prawo.
— Masz jeszcze tą gazetę? — spytała, przerywając moje rozmyślenia o wielkich owocach morza. Kiwnąłem głową i wyciągnąłem z pasa na narzędzie pomięty wycinek. Mackenzie ujęła go w swoje palce i zaczęła czytać. Wyraz je twarzy się nie zmienił, jakby takie sprawy zdarzały się na co dzień. Schowała pasmo włosów za ucho i spytała. — W której to było bibliotece?
— New York Historical Society — przypomniałem sobie po długiej chwili. Dziewczyna zacisnęła wargi, po czym oznajmiła powoli:
— Zrobimy tak: pojadę do tej biblioteki, przeglądnę wszystkie gazety jakie prenumerują, znajdę w internecie co się tylko da o Lisette i wrócę tutaj za jakieś trzy dni. Postaram znaleźć wszystko, co się tylko da i może się przydać. Ty w tym czasie postrasz się do niej dotrzeć i delikatnie wyciągnąć każde liczące się zdanie.
Nie spodobał mi się ten pomysł. Nie dlatego, że był genialny i należało tak zrobić z samego początku. Ale dlatego, ze musiałaby mnie znów opuścić. Trzy dni to dużo po tych kilku latach rozłąki. A ja chciałem tylko na nią patrzeć, chłonąć jej widok i zapach jak tlen potrzebny do życia.
— Przecież dopiero co przyjechałaś! — zaprotestowałem. Mackenzie oderwała wzrok od gazety.
— Leo, wybiegłam w trakcie rozmowy, gdy tylko dostałam SMS'a. Gdyby nie nadgorliwa przyjaciółka i rozważny ojciec, byłabym tutaj przed dziesiątą. Nie mam ze sobą żadnych ubrań, kompletnie nic. Musze skoczyć do domu po walizkę, wcisnąć Grace jakąś historyjkę dlaczego nie będzie mnie w domu przez całe wakacje i odwołać wszelakie spotkania i wydarzenia, które miałam zaplanowane na lato. To nie takie proste.
Gapiłem się na nią przez dobrą minute, zanim do mnie dotarło to, co powiedziała. Zwilżyłem usta językiem, nie przejmując się jej nieco karcącym tonem.
— Gdzie studiujesz?
— University of Pennsylvania — odpowiedziała, obracając w palcach wycinek i podając go mi.
Korciło mnie, by zapytać, kto to do jasnej cholery jest Grace, ale nie miałem okazji. Mackenzie wstała, schowała pasmo włosów za ucho i uśmiechnęła się kojąco, chcąc rekompensować swoje uniesienie sprzed kilku sekund. Dobrze, że nadal siedziałem, bo nogi chyba by mi odmówiły posłuszeństwa. Po chwili, gdy zebrałem w sobie resztki godności, również wstałem.
Gwiazdy świeciły na niebie. Czułem chłód nocy i ciepło Mackenzie przy moim boku. Chciałem, żeby tak zostało. Chciałem, by mnie znów nie opuszczała. Ukradkiem spoglądałem na jej zamyślony profil, odprowadzając ją na Wzgórze Herosów, tam, gdzie czekało jej auto. Chciałem chwycić ją a zimną dłoń. Zawsze miała zimne dłonie. Ale choć ta znajdowała się tylko kilka centymetrów od mojej, dla mnie to były całe mile. Stchórzyłem.
Mackenzie na szczycie odwróciła się i wpatrzyła się na krajobraz, w który był wkomponowany uśpiony obóz. Lekka bryza plątała jej włosy, nadając mistyczny wygląd bogini, która musiała pożegnać się z Olimpem i na zawsze zamieszkać wśród śmiertelników. Zdusiłem w sobie chęć, by przytulić ją do swojej piersi. Poczuć bicie jej serca przy swoim, jej ciepły oddech owiewający moją szyję. Ale nie mogłem. Była teraz niedostępna. Założyła ręce na piersi, z której wyrwało się ciche westchnienie.
— Nie mogę uwierzyć, że wróciłam.
Stanąłem obok niej, tak blisko, że czułem jej ciepło, ale nie dotykałem jej. Wbiła smutne spojrzenie w jasny punkt, który zapalił się w dolinie. Po moich plecach przybiegły dreszcze.
— Trochę się tutaj pozmieniało od ostatniego razu — powiedziałem, chcąc, by jeszcze się odezwała.
— Tak — odpowiedziała szeptem, po czym wyprostowała się a we mnie umarła nadzieja na dłuższą konwersację. — Do zobaczenia.
Śledziłem ją wzrokiem, aż weszła do swojego Mercedesa. Drzwi trzasnęły, a ona usadowiła się na miejscu kierowcy. Włączyła silnik, uprzednio zapinając pasy. Gdy podniosła głowę i napotkała mój wzrok. Pomachała mi, a ja jej odpowiedziałem na gest, unosząc rękę, która chyba ważyła tysiąc funtów. Dopiero gdy ryk silnika na dobre umilkł, odwróciłem się do doliny, wbijając wzrok w płonący punkt, tak, jak to przedtem robiła brunetka.
Patrząc na stos pogrzebowy dziecka, którego zabiła Lisette, pomyślałem, w co ja nas do cholery wpakowałem.



□ 


Okay, okay. Oddychaj. Za tydzień perspektywa Mackenzie. Czekałam na to pół roku ok.

Rozsmakowuje się w Elvisie Presley'u i Edith Piaf. Serio, uwielbiam muzykę lat 50. i 60. Świetnie się do nich pisze.

Co do pisania. Biorę z przyjaciółkami udział w konkursie na zbiór opowiadań i będę miała do Was ogromną prośbę. Gdy ukaże się link do głosowania, prosiłabym o głos, jeśli oczywiście Wam się spodoba. A myślę, że tak i to bardzo. Linki będą tutaj, pod rozdziałami, ale i w osobnym rozdzialiku, facebooku, twitterze, instagramie, Barack Obama też pewnie będzie go miał. I prosiłabym o udostępnianie mamie, cioci, bratu, kotowi i żeby kot też udostępnił go znajomym. Tak Was na razie przygotowuję.

Anyway, pamiętajcie jedno: bez Was nie zaszłabym nigdzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis