sobota, 26 listopada 2016

Rozdział XXI - Lampa


Podobno dzieci Demeter nie są zbyt potężne. Nie odznaczamy się szczególnymi cechami. Nie jesteśmy ani nader uzdolnieni w fechtunku, a taktyka bojowa to dla nas czarna magia. Odbiera nas się jako roześmiane od ucha do ucha istoty, myślące o owsiance i roślinach. W dużej mierze jest to prawdą, ale niech mi ktoś choć jeszcze raz powie, że nie jesteśmy silni w mięśniach, odeślę ich do mojej siostry, Juliet, i każę ich wyściskać z miłością. Ja po otrzymaniu swojej dawki czułości, kumulowanej przez kilka lat, musiałam sprawdzić, czy chrupnięcie, które słyszałam, nie było aby na pewno odgłosem łamania się moich dwóch żeber. A potem na jej twarz wpłyną wyraz głębokiego szoku, gdy usłyszała mój głos. Przez długi czas nie odzywała się ani jednym słowem, tylko wpatrywała się we mnie dużymi oczyma z lekko rozchylonymi ustami. Przysięgam, była bardziej zdezorientowana niż wtedy, gdy dowiedziała się, że jestem niemową.
Strzeliłam parę razy z palców. Nie cierpiałam, gdy Dan tak robi, gdy rozgrzewał mięśnie przed pisaniem na klawiaturze. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że bawienie się nimi to mój trik nerwowy. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi Wielkiego Domu. Odkąd przyjechałam, minęło cztery godziny i miałam dość wszystkich nowości. Tylko Wielki Dom, jak stary przyjaciel, był taki sam jak wtedy, gdy tu przybyłam po raz pierwszy. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że muszę stawić czoło Leonowi, nie zważając na to, jak bardzo byłam zaniepokojona tym spotkaniem. Nie mogłam tego odwlekać w nieskończoność.
Drzwi Wielkiego Domu za czasów Dionizosa nigdy nie były zamknięte. Może to za sprawą nowych rządów Iris, która uwielbiała porządek i organizację, a może za sprawą obecności Lisette zostały zamknięte na cztery spusty. Usłyszałam kroki po drugiej stronie, jednocześnie głuchnąc od szumu krwi w uszach.
Otworzył mi. Nie wyglądał na zaskoczonego, ale uśmiechnął się w ten sposób, w jaki uśmiechają się małe dzieci, widząc prezenty pod choinką w bożonarodzeniowy poranek. Miał na sobie koszulę w kratkę, w której wyglądał całkiem inaczej. Znałam Leona chodzącego w poplamionych koszulkach od smaru, bo to była nierozłączna część jego wizerunku. A potem przypomniałam sobie wszystkie kwieciste spódniczki, sukienki i bluzeczki, które oddałam i zastąpiłam je jednokolorowymi strojami w stonowanych odcieniach. To było na kilka tygodni przed tym, jak poszłam na studia. Leo oparł się niedbale o futrynę drzwi, a kilka pasm jego włosów opadło mu na czoło. Chłopak zmrużył oczy i wbił we mnie spojrzenie koloru płynnej czekolady. Miałam wrażenie, że zaraz zemdleję, co na pewno by go ucieszyło i dało mu satysfakcję.
— Hej Mackenzie — powiedział. Poczułam, jak wielka gruszka, stara przyjaciółka, pojawiła się na swoim miejscu, czyli w moim gardle. Z trudem przełknęłam ślinę.
— Cześć — odpowiedziałam. Dzięki Bogu, że głos mi nie drżał. Zapadła chwila ciszy, niezręczna dla mnie, a dla Leona nieszczególnie. Odważyłam się na nieludzki wysiłek i spytałam: — Mogę wejść?
— Zależy — stwierdził po chwili przyglądania się mojej twarzy. — Lisette śpi na górze. Jeśli nie będziesz hałasować i obiecasz zachowywać się jak grzeczna dziewczynka, mogę cię wpuścić.
Spojrzałam na niego zdziwiona, gdy odsunął się i zaprosił mnie tym gestem do środka. Chciałam mu odpowiedzieć, że nie potrzebuję takiej łaski, ale na szczęście ugryzłam się w język. Tyko przestępując próg, mruknęłam cicho "Boże, dzięki" nieco bardziej ozięble, niż planowałam. Zerknęłam równocześnie w lustro, które wisiało z prawej strony. Moja twarz była bez wyrazu, ani zbyt blada, ani zbyt czerwona. Opanowana. Prawie westchnęłam z ulgi i rozpłakałam się ze szczęścia, gdy to zobaczyłam.
— Masz ochotę na kawę? — spytał Leo, wyrywając mnie z zamyślenia.
— Tak, poproszę — odpowiedziałam cicho. Chłopak poszedł do kuchni, a ja do salonu. Pudełko, które zostawiłam rano, nadal stało niezauważone przez nikogo. Schyliłam się po nie i wyciągnęłam. Położyłam karton na kanapie, przy okazji męcząc się niesamowicie i sprawdziłam, czy na pewno wszystko jest. Na myśl, że muszę to wszystko przeglądnąć i to dokładnie, już czułam ból głowy. Choć kochałam czytać, musiałam robić częste przerwy powodu migreny. Przedtem, Mgła Demeter nieco to tłumiła, ale teraz musiałam z tym żyć. Plusy były jednak warte zachodu.
— Ile chcesz cukru? — spytał Leo, jakby wyrastając spod ziemi. Przestraszył mnie, a w tym był wyjątkowo dobry. Podskoczyłam i wpadłam na mały stolik, na którym stała lampa. W oka mgnieniu, zanim zdążyłam ją złapać, spadła z wielkim łoskotem na ziemię. Po dwóch sekundach ciszy Leo zwrócił się do mnie gniewnym szeptem.
— Co ty wyprawiasz? Mówiłem, byś była cicho!
— To nie moja wina! — odsapnęłam prawie bezgłośnie i wymierzyłam w niego oskarżycielsko palcem. — Tylko twoja! Wystraszyłeś mnie!
Leo przewrócił oczami.
— I to jest powód, by tłuc lampy?
— Nie zrobiłam przecież tego specjalnie! — oburzyłam się. Leo uniósł brwi, a za ugryzłam się w język, by pohamować chęć kontynuowania sprzeczki. — Nie słodzę. Dodaje tylko łyżkę śmietanki.
Chłopak odwrócił się i szykował się do wyjścia, ale jednak zmienił zdanie i zwrócił się do mnie szeptem:
— Wiesz co? Idź na taras, bo jeśli zostaniesz tu na więcej niż pięć minut, nic w tym pokoju nie zostanie.
Moje ramiona opadły. Uświadomiłam sobie, że Leo się ze mną droczył i specjalnie rzucił tą głupią uwagę. Splotłam ramiona na piersi i ruszyłam wolnym krokiem tam, gdzie mi kazał. Podłoga swojsko skrzypiała pod moimi nogami, gdy podchodziłam do małego stoliczka. Pamiętałam go z czasów, gdy Chejron i Pan D. urządzali tutaj swoje partie pokera. Usiadłam, czując się niezręcznie do granic możliwości. Lekka bryza odgarniała mi pasma włosów z policzków, które przy tym mnie niemile łaskotały. Wkrótce zjawił się Leo i usiadł na przeciwko mnie. Podwinęłam nogi pod siebie i usiadłam tym samym po turecku na twardym krzesełku oraz wzięłam gorący kubek w dłonie.
— Wymyśliłeś jakiś plan, geniuszu? — spytałam, bez jakiejkolwiek kpiny. Leo odchylił się na bujanym krześle i zamyślił się.
— Właściwie, to nie. Po tym, co się stało, mam taki bałagan w głowie, że nie potrafię sobie z nim sam poradzić. Dlatego tutaj jesteś.
— Czyli to ja mam być Sherlockiem, a ty Watsonem? —spytałam.
— Nie będziesz Sherlokiem! To ja chce nosić tą fajną czapkę.
Spojrzałam na niego znad parującego kubka. Był śmiertelnie poważny, ale fakt, że kołysał się w bujanym fotelu, psuł nieco efekt. Przez chwilę trwała cisza, a potem zachichotałam. Leo spojrzał na mnie z mieszaniną zdziwienia wypisaną na twarzy, jakbym był niespełna rozumu.
— W każdym razie — zaczęłam, gdy nieco się opanowałam. — Mam mnóstwo papierów do przeglądnięcia i tym się zajmę. Ty będziesz starał dotrzeć do Lisette i spróbować wydobyć z niej wspomnienia. Razem jakoś to poskładamy i znajdziemy jej rodzica. Czy taki układ ci pasuje?
Leo badał mnie długą chwilę, jakby tylko czekał, kiedy odwrócę wzrok. Nie zrobiłam tego.
— Dobra. Gdzie zamierzasz siedzieć nad tymi papierami?
— O tym jeszcze nie myślałam — odpowiedziałam i łyknęłam kawy. Choć piłam wiele rodzai tego napoju, łącznie ze skosztowaniem tej najdroższej, gdzie zapłaciłam prawie 100 dolarów za filiżankę, to jednak ta, przyrządzona w Obozie Herosów, smakowała mi najbardziej.
— I to dlatego ja jestem Sherlokiem, a nie ty — stwierdził chłopak. — Pogadam z Iris i załatwię ci biuro.
— Zgodzi się? — spytałam, nieco zdziwiona. Leo wzruszył niedbale ramionami.
— Oczywiście. Ona mnie uwielbia.
Po chwili dopiero zdałam sobie z sprawę, że wpatruję się w niego z otwartymi ustami. Szybko przytknęłam kubek do ust, by ukryć szok, jaki mną zapanował. Sama nie widziałam, czemu czułam się taka... nawet nie umiałam tego określić. Chłopak wpatrywał się w nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt na horyzoncie, więc widziałam jego profil. Miękki zarys ust, prosty nos i lekki róż, który przykrywał jego policzki. Ciemne włosy, niemal czarne, skręcające się w sprężynki i opadające delikatnie na jego czoło. Przymrożone oczy, jakby stał w pełni w słońca, a nie siedział tutaj, w cieniu. Badałam każdy szczegół jego twarzy, która się zmieniła. A jednak był nadal, tam gdzieś głęboko, moim Leonem. Z jego twarzy zniknęła nuta szaleństwa i dziecinnej zabawy, zastąpiła je powaga dorosłego mężczyzny, który poznał smak gorzkiego życia. Przypominałam sobie miękkość jego skóry pod opuszkami swoich palców, gdy po niej bezwstydnie wodziłam. Jedwabistość jego włosów, gdy wplatałam w nie dłonie. I żar jego ust na swoich wargach, gdy... Zacisnęłam mocniej palce na kubku, który zaczął mnie parzyć, a ból pozwolił mi się opanować. Upijając jeszcze jeden łyk, prawie ugryzłam brzeg naczynia.
— Kiedy ją poznam? — spytałam, pragnąc odwieść swoje myśli od kierunku, w którym uparcie podążały. Niegrzeczna Mackenzie. Leo wybudził się z transu i po moim ciele przebiegły dreszcze, gdy spojrzał na mnie oczami koloru płynnej, gorzkiej czekolady.
— Sam nie wiem — odpowiedział dopiero po chwili. — Lisette jest skompilowaną dziewczyną. Na razie nie chce się z nikim spotykać, nawet wychodzić z pokoju. Pragnie tylko czytać i oglądać filmy. Boi się, bo nie wie, co się z nią dzieje. Postaram się przyprowadzić ją na ognisko w tym tygodniu. Może gdy pobawi się z dzieciakami, które ją uwielbiają, nieco się otworzy.
Kiwnęłam głową. W moim umyśle walczyły ze sobą dwa pragnienia. Pierwsza wersja mnie chciała tutaj zostać, na tym twardym miejscu i łaknąć jego widok, delektować się nim, nie mając nigdy dość. Druga pragnęła uciec jak najdalej, schować się w ciemnej dziurze i wyć aż do zdarcia gardła, błagając, by ten ogień w środku w końcu zgasł. Dokończyłam letnią kawę, poinformowałam Leona, że zostawiłam dokumenty na kanapie w salonie i siląc się na spokój, powoli odeszłam. Czułam na swoich plecach dreszcze, bo dobrze wiedziałam, że obserwuje mnie, gdy odchodzę. Dopiero gdy znalazłam schronienie pomiędzy domkami, odetchnęłam. Serce waliło mi w piersi, jakbym przebiegła milę sprintem, a nie spacerem pokonałam mały dystans. Oparłam się plecami o domek Hery, zjeżdżając po nim wolno i siadając na zimnej ziemi.
Nie miałam pojęcia, czemu czułam się tak, jakbym ukończyła wyczerpujący trening. Nie, to nie było dobre porównanie. Jakbym ciężko pracowała na swoją sylwetkę od roku, ale wciąż nie widziała efektów pracy, mimo wysiłku mięśni i zdrowego odżywiania. Zmęczona zarówno psychicznie, jak i fizyczne. Wyczerpana, upadła na duchu oraz pragnąca po prostu usiąść i rozpłakać się. Przymknęłam oczy i oparłam głowę o zimny marmur, kojący nadciągający ból głowy.
Nie miałam pojęcia, czemu jego widok mnie tak załamał. Nie mam pojęcia, czy widział po moich oczach, co się dzieje w mojej głowie. Kiedyś to potrafił. Jeden raz na mnie spojrzał i już wiedział, czego się obawiałam. Znał moje myśli i pragnienia lepiej, niż ja, i to mnie przerażało.
Nie miałam pojęcia, czy wiedział, co dostrzegłam. A dostrzegłam chłopca, wiele razy skrzywdzonego przez los. Dostrzegłam chłopca wychowującego się po stracie ukochanej matki i pragnącego odrobinę ciepła, którą mu odebrano. Dostrzegłam chłopca nie radzącego sobie z nową, otaczającą go rzeczywistością. Dostrzegłam chłopca z roztrzaskanym przez kobiety sercem. Dostrzegłam chłopca, który kiepskimi żartami starał się ukryć swój ból, który wylewał się przez czekoladowe oczy. Dostrzegłam mężczyznę, który potrafił dla mnie kiedyś poświęcić wszystko, a teraz zrobiłby to dla każdej osoby. Dostrzegłam mężczyznę, którego bezlitosne płomienie życia wyhartowały na osobę, dla której nadzieja zawsze jest zgubna.
Dostrzegłam wiele rzeczy, a one wszystkie spadły na mnie jednym uderzeniem i niczym lodowata fala zalały moje ciało, nie pozwalając oddychać. Jedna, pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, naznaczonym piegami.
Przypomniałam sobie Jego zmęczony uśmiech, gdy miał zasnąć i nie narazić życia. Przypomniałam sobie szkliste oczy dziewczynki o pięknym imieniu, w których odbijały się kłębiące się na niebie chmury, których ona nigdy więcej nie miała ujrzeć. Przypomniały mi się zmęczone twarze mnóstwa nastolatków, którzy powinni teraz cieszyć się z życia, a nie dzierżyć miecz. Przypomniałam sobie godzinny, gdzie bezradność i poczucie winy, że nie robię nic, gdy inni poświęcali wszystko. Przytłaczało mnie to, a ja nabierałam ochoty na płacz, ale brakowało mi łez. Przypomniał mi się Jego miękki głos, gdy pouczał mnie, bym zaczęła jeść i nie kara siebie w taki sposób. Jego zapach, gdy tulił mnie do piersi i pocieszał po śmierci mojej młodszej siostry.
Jakim cudem miałam mu pomóc poukładać bałagan w głowie, skoro sama w swojej miałam zamieć śnieżną?
Ucisk w mojej piersi nie zelżał. Bo znów to wszystko powróciło, powróciły myśli, które blokowałam przez dwa lata studiów. To ja byłam tą, która roztrzaskała temu chłopcu serce. To ja byłam bezlitosnym płomieniem, który trawił powoli mężczyznę i wypalił w nim całą nadzieje.
Otarłam mokre policzki, uważając, by nie zmyć makijażu. Wstałam i objęłam się ramionami, jakby było mi chłodno. Wzięłam kilka uspakajających oddechów, wyzbywając się całego napięcia i budując swój mur na nowo. Szybko, cegiełka po cegiełce. Jeden krok i rozciągnięte usta w uśmiechu. Kolejny i uścisk w piersi zelżał. Wyszłam z cienia, mrużąc oczy w letnim słońcu.
Wszystko było znów w porządku. Światła, kamera, akcja.


□ 


UWIELBIAM TEN ROZDZIAŁ OD MOMENTU, GDY KENZ PRZYPATRUJE SIĘ LEONOWI, GDY PIJĄ KAWĘ. NO TO JEST PO PROSTU GOLD.

Oglądam Teen Wolfa. I wiem, że szlaban na oglądanie fav serialu jest niczym wyrok śmierci. Gdyby Kenz miała telewizor w celi, zapewne by tam została. Ale dość o Lenzie. Na razie.

Ok. Ok. Teraz fanfary.


Dodano nas do konkursu! Możecie głosować na https://ridero.eu/pl/books/cien_wspomnien/

PS. Dajcie znać, co myślicie o rozdziale i przemyśleniach Mac. Papatki xox

sobota, 19 listopada 2016

Rozdział XX - Król Szermierki


Ubrana w moją ukochaną, butelkowozieloną sukienkę, z uśmiechem na ustach stałam obok Sharmili, która pachniała nutką karmelu i Dan'a, który z przejęciem dyskutował z jednym z wykładowców na temat targów, w których nasza grupa miała być zaangażowana. Moja przyjaciółka wystukiwała o posadzkę rytm czerwonym obcasem, co było jej sygnałem, że chce już iść, więc niech Daniel przestanie paplać. Mi to nie przeszkadzało, bo myślami byłam już w domu ciotki, gdzie czekały spakowane walizki. Tata przyjechał z długiej firmowej delegacji w Europie i czekała nas podróż do domu znajdującego się Nowym Jorku, a potem kolacja z Grace. Na myśl o dzisiejszym wieczorze czułam lekkie sensacje żołądkowe. Sharmila posłała w moją stronę wyćwiczone spojrzenie, w którym sprowadziła mego ducha na ziemie. W tej samej chwili profesor roześmiał się na uwagę Daniela.
— Pracuj Dan, bylebyś się zmieścił w budżecie, bo znów będziemy mieć na głowie dyrekcje.
— Jeśli Mac nie będzie piekła swoich super zdrowych i super drogich ciasteczek, powinno się udać.
Prychnęłam na jego słowa, zupełnie nie traktując go poważnie. Moja torba zawibrowała, oznajmniając, że dostałam nową wiadomość. Zaczęłam ją przetrząsać w poszukiwaniu telefonu, a Sharmila stanęła w mojej obronie niczym wierny pies, przypominając naszemu przyjacielowi, że to on zjadł połowę ciastek. Profesor wtrącił uwagę, że przez żołądek do serca. Dan pobladł na twarzy i kategorycznie zabronił podsuwać głupich pomysłów dziewczynie, bo jeszcze —broń nas Boże — zacznie gotować. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo uwielbiałam, gdy ta dwójka się przekomarzała i z ulgą wyciągnęłam znaleziony telefon, będąc pewną, że to tata chce się ze mną skontaktować. Przesunęłam zbyt długim jak na mój gust paznokciem po ekranie dotykowym, zanotowując w pamięci, by następnym razem poprosić kosmetyczkę o bardziej uniwersalny lakier. Otworzyłam wiadomość.
Przez chwilę mój mózg przetwarzał informacje. Gapiłam się na słowa, wiedziałam, co tam piszę, ale ich sens kompletnie do mnie nie dociera. Moje usta delikatnie się otworzyły. Czułam, jak pochylam głowę nad telefonem, a moje włosy opadają mi na twarz. Nadawca był nieznany, a ja czułam, że to nie pomyłka. Nagle ciemny i zimny wir wciągnął mnie w swoją otchłań. Zrobiłam krok do tylu, trzymając mocno telefon, aż jego brzegi zaczęły mi się wbijać w dłoń. Drugi krok. Odwróciłam się i bez słowa wyjaśnienia czy pożegnania, odeszłam. Słyszałam, jak przyjaciele mnie nawołują. Jak Dan mówi Sharmili, żeby za mną poszła, a ona się oburza, że jest wykorzystywana. Na argument, że to przecież ona jest dziewczyną, warczy na cały świat: "Co za seksizm!". Słyszałam to, ale nie rozumiałam ich słów, jakby mówili po innym języku. Przyśpieszyłam kroku. Gdy wypadłam z kampusu, praktycznie biegłam w stronę czerwonego Mercedesa.
— Mac! — wrzasnęła przyjaciółka, śpiesząc za mną na swoich wysokich butach. — Mackenzie Lucy Atkinson, zatrzymaj się!
Nie posłuchałam jej, nawet nie obchodziło mnie to, że nazwała mnie "Lucy", a przecież ja nie mam drugiego imienia. Zawsze go wymyśla, by dodać powagi i nieco dramaturgi swoim słowom. Stanęłam przy samochodzie i zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy, wyzywając się w myślach za niedbalstwo. Znalazłam je, wsunęłam do zamka i otworzyłam Mercedesa. Zanim zdołałam się wślizgnąć do środka, wypielęgnowana dłoń przyjaciółki zamknęła drzwi z trzaskiem.
— Możesz mi wytłumaczyć, co się właściwie z tobą dzieje, hm?
Sharmila była piękną hinduską o ciemnych, prostych włosach i karnacji Deepiki Padukone. Jej niezwykle jasne, błękitne oczy nie pasowały do niej kompletnie. Dodawały jej jednak nieco tajemniczości i charakteru, a ona niewątpliwie ten miała specyficzny. Nigdy nie wychodziła z mieszkania, jeśli nie upewniła się, że makijaż, który wykonała, jest perfekcyjny i podkreślający kolor tęczówek. Teraz mrużyła oczy z wytuszowanymi rzęsami, patrząc na mnie jak na główną podejrzaną o kradzież. Mimo wysokich butów nadal była niska jak na swój wiek. Mogłaby być modelką, gdyby nie brakowało jej paru centymetrów.
— Mila, proszę — usłyszałam swój drżący głos. — Muszę jechać do Nowego Jorku.
— Oh, ja wiem, że ty musisz jechać. Ale przed tym odpowiesz na moje pytanie, czemu masz ten swój wyraz oczu.
Była nieliczną z osób, które nigdy nie pytały. Nigdy nie pytała o to, czemu płakałam przy Iliadzie. Skąd te nietypowe plamki w oczach. Czemu noszę tylko dwa pierścionki i żadnej innej biżuterii Jakim sposobem nie potrafię wypowiedzieć nieznanych mi słów. Raz, gdy nie mogłam skleić zdania i napisałam je na kartce, jej błękitne oczy zrobiły się wielkie jak księżyce. I były jeszcze większe, niczym dwa blade księżyce, gdy uderzyłam napastliwego Erica, o rok starszego, gdy nękał mnie o spotkanie i by popisać się przy znajomych, nazwał mnie "małą".
— Mila, nie mam na to czasu. Muszę jechać.
— Ty mi tutaj nie miluj — odwarknęła. Słowotwórstwo było jej ulubionym zajęciem. — Pokaż tego sms'a!
Chciała wyszarpnąć mi telefon z ręki, ale przytuliłam go o piersi niczym nowo narodzone dziecko. Moja przyjaciółka splotła ręce na piersi.
— To od niego, prawda?
Znów otworzyłam drzwi samochodu, a ona znów je zatrzasnęła. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała wymieniać szyby.
— Już nie udawaj, dobra!? — wrzasnęła coraz bardziej zdenerwowana. Sharmila nie umiała się opanowywać. Robiła wszystko z rozgłosem i krzykiem na ustach. — Masz ten twój wzrok. Jakbyś nosiła całe niebo na barkach. Oczy się ci szklą, a ja zawsze mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczesz. A potem one ściemnieją, a te plamki będą jeszcze bardziej wyraźne, aż będę miała wrażenie, że masz całkiem złote tęczówki. Jeśli nie tkwisz w tym stanie przez jaką cholerną, seksistowską świnie, to ja jestem głupią blondynką!
Cholerne, seksistowskie świnie to były według Mili wszyscy faceci, którzy nie urwali się z książek i zachowują się jak palanci. Dwa razy dotarliśmy do tego tematu i dwa razy udawało mi się to jakoś załagodzić. Ale nie miałam czasu. Jeśli napisał, musiał wpakować się w naprawę niezłe bagno. Kiwnęłam więc głową, by dała sobie spokój.
— Wiedziałam! — wydarła się. Grupka studentów, stojąca nieopodal, spojrzała na nas zdziwiona, po czym odeszła, oglądając się ze strachem w oczach. — Wiedziałam! Cholerne, seksistowskie świnie! Dawaj mi jego adres, to ja się z nim rozmówię.
— Mila... Przymknij się trochę... — zaczęłam ją uciszać, choć wiedziałam, że to będzie bezowocne.
— I to przez te cholerne kilka semestrów do niego tak odpływałaś? Cholera, dziewczyno, w coś ty się wpakowała? Co on ci zrobił? Pobił pasa? Wyjadł wszystkie cholerne banany? Zdradził z jakąś cholerną barmanką o sztucznych piersiach? Zaadoptował dzieciaka bez twojej zgody? Przeglądał instagrama bez twojej wiedzy? Tylko mi nie mów, że byłaś w ciąży, a on ci kazał usunąć dzidziusia!
Sharmila nadużywała słowa "cholera". Potrafiła stworzyć z niego przymiotnik, czasownik, rzeczownik, wszystko, na co miała ochotę. Kochałam tą dziewczynę, ale teraz nie miałam czasu i jej nieustanny potok słów, na którego wysłuchanie traciłam cenne sekundy, zirytował mnie.
— Zajmij się swoim życiem, dobra?— warknęłam, przerywając jej bezsensowną paplaninę. — A kiedy ty powiesz Dan'owi, że pożerasz go wzrokiem, zawsze, jak go widzisz? — Na moje słowa pobladła, uśmiech nieco przygasł, a jej ręka sunęła się z drzwi mojego samochodu. — Boli cię to, że to do mnie się wdzięczy, ale sama nie potrafisz mu pokazać, że ci na nim zależy. Dorośnij w końcu. Daj mi załatwiać moje, cholerne sprawy, a ty zajmij się swoimi. I nie dzwoń. Sama się skontaktuję. Tam, dokąd jadę, nie będzie zasięgu. Przepraszam, ale muszę. Naprawdę muszę.
Ostatnie słowa wypowiedziałam niemal płaczliwie. Mila odsunęła się od samochodu, wciąż z wyrazem ciężkiego szoku na twarzy. Nigdy się tak do niej nie odzywałam. Zerknęłam w stronę jej czarnego auta, które stało dwa miejsca parkingowe od mojego.
— I nie próbuj mnie śledzić— pouczyłam ją. — Bo cię znajdę i przebije ci opony.
Uśmiechnęła się nieco, słysząc żart i wiedziałam, czytając z jej oczu, że się nie gniewa. Wypadłam z parkingu, piszcząc oponami. Kierowałam się do domu cioci. Mieszkałam u niej, gdy studiowałam w New Jersey. Tutejszy ruch drogowy doprowadzał mnie do szału, a w korkach denerwowałam się jak nigdy wcześniej. Gdy stanęłam przed domkiem z ogródkiem, byłam wściekła na cały świat. Wpadłam do budynku i od razu pobiegłam do pokoju po schodach, ignorując, gdy mnie zawołano. Walizki stały przy łóżku. Chwyciłam je w dwie dłonie i ruszyłam do wyjścia. W drzwiach stanął mój ojciec, za nim wpadła ciotka z troską wymalowaną na twarzy. W przeciwieństwie do swojego brata, nie była ubrana elegancko. Zwykłe jeansy i koszulka polo, a na to zarzucony fartuszek, w którym uwielbiała gotować.
— Skarbie? — spytał tata, patrząc się na mnie zdziwiony. Nie widziałam go tyle czasu. Ale jedyne, co zdołam wykrztusić przez zaciśnięte gardło, to...
— Muszę jechać do obozu...
Ciocia się roześmiała. Wiedziała wszystko, bo tak było najprościej. Inaczej nie można było wytłumaczyć niektórych zdarzeń, jak tego, że budziłam się z krzykiem, jak w letargu powtarzając jedno, krótkie imię. Wyminęłam tą dwójkę i ruszyłam do auta. Włożyłam walizki, moje i taty, na tyle siedzenie i odwróciłam się do cioci. Przytuliłam ją mocno, wyczuwając zapach mąki, którym pachniał jej fartuch. Wymamrotała parę słów na pożegnanie, a ja usiadłam za kierownicą.
To była najgorsza podróż mojego życia. Jeśli miało się szczęście, można było dojechać z New Jersy do Nowego Jorku w ciągu niecałych dwóch godzin. Ale oczywiście, ja go nie miałam i staliśmy w korkach spowodowanych remontami dróg. Tata przez całą drogę nie odezwał się do mnie ani słowem, tylko zerkał z niepokojem na moje palce trzymające kurczowo kierownicę do tego stopnia, ze moje knykcie były białe. Byliśmy domu na krótko przed trzynastą, choć nie byłam pewna, czy mogę tak nazwać ten dom. Musieliśmy zmienić adres zamieszkania, by utrzymać wszystko w sekrecie. Lepiej, żeby ludzie gadali, że się wyprowadziliśmy, bo taki był kaprys bogatego biznesmena, niż by wybuch skandal, że niema od urodzenia dziewczyna odzyskała głos.
Wpadłam do domu bez żadnego przywitania, ignorując Audrey, która upraszała się o uwagę swojej pani. Truchtała wiernie u mojego boku, aż nie osiągnęłam swojego celu i zajęła miejsce na swoim ulubionym fotelu, przyglądając się mi czarnymi oczyma. Tak jak zostawiłam swój pokój trzy tygodnie temu, takim go zastałam, choć na meblach zaległa mała warstewka kurzu. Otworzyłam szafę i zaczęłam wyciągać wszystkie ubrania, które mogą mi być potrzebne. Wtedy tata stanął w drzwiach, przyglądając się moim wysiłkom.
— Kotku — zaczął, powoli dobierając słowa. — Nie możesz tak po prostu wyjechać i zniknąć na dwa miesiące. Sharmila spuści bombę na nasz dom, jeśli nie dostanie dokładnych współrzędnych twojego pobytu. — Chciał zażartować i może by mu się o udało, gdybym nie była zajęta, a w głowie nie miałabym takiego huku. — Mackenzie! Uspokój się i posłuchaj mnie przez chwilę!
Wtedy zamarłam, z kolorowymi leginsami do ćwiczeń w jednej ręce, a w drugiej ściskając sportowy stanik.
— Nie możesz wyjechać, bo taki masz kaprys. Jesteś zaangażowana w masę projektów wakacyjnych ze studiów, zapisałaś się na wolontariat i wycieczkę do San Franciso. Twoi przyjaciele będą się ciebie martwić, a Mila na pewno uszkodziła Dan'a w niektórych miejscach, wyżywając się na nim z niepokoju. I jak ja wytłumaczę Grace, gdzie podziała się moja córka, która obiecała pomóc jej w przygotowaniach do ślubu i zorganizowała kolację, na której miała jej coś ważnego wyznać? Mackeznie, to był twój pomysł, że to ty powiesz jej wszystko, a więc nie zostawisz mnie teraz na lodzie, żebym sam jej wytłumaczył, że twoja matka jest starożytną boginią.
Usiadłam po turecku na środku pokoju pośród porozrzucanych ubrań, nagle wyzuta z energii. Chciało mi się wyć z frustracji i gniewu na swojego ojca, który jak zawsze miał rację. On sam usiadł naprzeciw mnie i położył swoje ciepłe dłonie na moich kolanach. Spojrzałam na niego bez zbytniego entuzjazmu. Audrey również zeskoczyła ze swojego miejsca i położyła się, opierając o moje udo.
— Powiem ci, co ja bym zrobił w twojej sytuacji — powiedział powoli, a ja już wiedziałam, że zrobię tak, jak powie. Jego decyzje były złotem, a moje w porównaniu z nim, prezentowały się równie majestatycznie jak zardzewiała śrubka. — Poczekałbym na Grace i taktownie przełożył kolacje, ponieważ wypadłoby mi coś pilnego. Potem wsiadłbym w samochód i pojechał do obozu, rozeznać się w sytuacji. Starałem się wychować cię tak, byś dotrzymywała obietnic, a ty obiecałaś wrócić, jeśli dostaniesz jakiś znak. Dowiedziałbym się, co w trawie piszczy i dopiero za dzień lub dwa wrócił do obozu ze spakowaną walizką.
— A jeśli złamię prawo i wpakuję się do więzienia, zapłacisz kaucje? — spytałam poważnie. Tata stanowił się przez chwilę, po czym stwierdził:
— Tak. Ale będziesz miała szlaban do trzydziestki i zakaz na oglądania Teen Wolfa. Rób co chcesz, prócz przekraczania dozwolonej prędkości.
Czując rosnąca gruszkę w gardle, wykonałam dwa gesty. Pierwszym była podniesiona otwarta ręka, częścią wewnętrzną do mojego rodziciela, ze zgiętym serdecznym i środkowym palcem. Potem, ze złączonymi dwoma palcami, środkowym i wskazującym, jakbym zgłaszała się do odpowiedzi, puknęłam równolegle najpierw w czoło, następnie w brodę*. Tata odpowiedział również w języku migowym, a ja do niego mocno się przytuliłam.
Mimo, że od tego dnia minęły cztery doby intensywnej pracy i przekonywania Mili, że nie należę do żadnej organizacji przestępczej, wspomnienia były żywe. Nawet schodząc stromym zboczem Wzgórza Herosów, porośniętym miękką, zieloną trawą, czułam perfumy swojego taty. Trzymałam w dłoniach ciężki karton dokumentów oraz wszystkiego, co znalazłam w internecie i mogło nam się przydać. Źdźbła trawy łaskotały mnie w stopy, na które założyłam sandałki, a ja równocześnie czułam sensację żołądkowe, a zęby mi szczękały. Moje dłonie się pociły, raz po raz zalewała mnie fala gorąca i zimna, niczym przed sesją egzaminacyjną. Tylko było gorzej.
Bałam się. Cholernie się bałam.
Zapukałam do drzwi Wielkiego Domu. Otworzyła mi Piper, czym byłam nieco zaskoczona, ale uśmiechnęłam się, co pewnie wyglądało nieco tak, jakby rozbolał mnie brzuch, a to było bliskie prawdy. Brunetka zaprosiła mnie do środka i delikatnie zamknęła za mną drzwi. Postawiałam pudło w salonie, za sofą, a z tego miejsca, gdzie stałam, nie było go wiać. Dopiero wtedy odwróciłam się do Piper.
Dziewczyna prawie nic się nie zmieniła, prócz tego, że jej rysy nieco się wyostrzyły, a włosy były dłuższe i nie przyozdobione piórami, koralikami i ból wie czym jeszcze, lecz ze subtelnymi, małymi warkoczykami. Nadal się nie malowała i wciąż wyglądała naturalnie pięknie. Podejrzewam, że główne skrzypce grały tutaj geny bogini piękności i jednego z najbardziej prestiżowych aktorów Ameryki. Piper nie potrzebowała ulepszeń, w przeciwieństwie do mnie, której makijaż dodawał pewności siebie. I choć z jej twarzy biło ciepłe i przyjazne usposobienie, w sposobie, jakim założyła ręce na piersi i zmrużyła oczy, biła rezerwa.
— Leo jest na górze z Lisette — oświadczyła bez wstępu. — Pewnie ją uczy. A ich lekcje zazwyczaj trochę trwają. Jeśli chcesz, możemy się przejść po obozie.
Miła propozycja zawarła w sobie ukryty nakaz, jakby Piper spodziewała się, że wpadnę do pokoju Lisette i przerwę jej sesję naukową. Wydukałam coś w stylu, że byłby wspaniale z jej strony. W sercu skrywałam ulgę. Czekanie na Leona byłby katorgą, a jednocześnie czułam okropny zawód, że muszę zwlekać, aby znów go zobaczyć. I z tego powodu byłam na siebie okropnie zła.
MacLean nie odzywał się często. Nadal szła z założonymi rękoma, posyłając mi od czasu do czasu spojrzenia spod przymrożonych powiek, które mogłoby zabić dorosłego mężczyznę. Starałam się tego nie zauważać, co nie było trudne, bo byłam zajęta podziwianiem miejsca, które widziałam w najgorszych koszmarnych sennych. Było inne niż je zapamiętałam. Zniknęły zabudowania, które zdawały się mieć kilkaset lat i od tego czasu nie zostały zmienione. Nie poznawałam domków, a jedynie liczby na budynkach pomogły mi się domyślić, jakiego bóstwa dzieci w nim mieszały. Nie znałam również żadnej z twarzy. Trudno się temu dziwić. Ostatni raz byłam tutaj trzy lata temu, jedynie zamknięta w Wielkim Domu, bez kontaktu z obozowiczami. Wielu znajomych wyjechało na studiach, urosło lub... zginęło. Moja ramiona nieco opadły, gdy to sobie uświadomiłam. Mimo tylu lat, tylu zabiegów, to wciąż bolało.
Razem z Piper doszłyśmy do areny. Chłonęłam widok uczących się walki herosów, przypominając sobie moje niezbyt udane początki. Dziewczyna wyjaśniła mi, że teraz mamy kilku mentorów szermierki, a uczniowie są podzieleni grupy wiekowe, a nie na domki, jak to było wcześniej. Pokazywała mi każdego z instruktorów i mówiła jego imię oraz którego boga jest dzieckiem. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest tutaj mnóstwo Rzymian. Piper skończyła swoją prezentację i zaproponowała, byśmy coś przekąsiły, gdy zza naszych pleców dobiegł wesoły głos. Dziewczyna zamknęła oczy, jakby starała się opanować i cichutko westchnęła. Po sekundzie jej twarz się zmieniła i na jej ustach pojawił się niezbyt szczery uśmiech.
— Cześć, Piper.
Odwróciłam się razem z nią. Przed nami stał chłopak ubrany w zbroję, z hełmem pod pachą i mieczem w pochwie. Jego twarz rozjaśniał uśmiech człowieka, który jest pewny siebie i zdeterminowany, by wziąć, to czego chce. Nie sposób było nie zauważyć, że jest przystojny. On sam był tego najwyraźniej świadomy i wykorzystywał to w swoich celach. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja znów uśmiechnęłam się tak, jakby rozbolał mnie brzuch.
— Może przedstawisz mnie swojej przyjaciółce? — spytał, ale wciąż gapił się na mnie. Poczułam niemiłe łaskotanie w brzuchu, jakbym chciała uciec z tego miejsca, a tego byłam blisko.
— Mackenzie — zaczęła dziewczyna, a ja w jej tonie wyczułam subtelną nutę niechęci. — Poznaj Matthew'a Lynch'a, jednego z naszych nauczycieli szermierki.
— Dodajmy, że najlepszego nauczycieli szermierki — zaśmiał się, a ja wyczułam, że on nie żartuję, tylko naprawdę tak myśli. — Muszę panie przeprosić, ale śpieszę się na lekcję. Mam nadzieje, Mackenzie, że trafisz do mojej klasy.
Gapiłam się otępiała na jego plecy, zanim dotarło do mnie, że trzeba też oddychać. Piper prychnęła, a ja wydukałam pod nosem, kierując na nią wzrok.
— Najlepszy nauczyciel szermierki? — powtórzyłam. Piper wzniosła oczy ku niebu. — Trochę z niego megaloman, prawda?
— Żeby tylko — odmruknęła i zaczęłyśmy odchodzić w stronę pawilonu jadalnego. — Gdyby nie to, że został uznany synem Marsa, mogłabym przypuszczać, że jego ojcem jest Narcyz.
— Piper? — spytałam po chwili milczenia. — Gdzie jest Percy?
— Na siedmiu wzgórzach — westchnęła, po czym widząc moją minę, wyjaśniła. — Nadal w Nowym Rzymie. I miejmy nadzieję, że wróci prędko. Mam szczerze dość fałszywych Królów Szermierki.



□ 


* Gest oznacza Kocham cię, tato. Serio, nie potrafię tego opisywać, ew.

□ 


Nie było Leośka, ale przeżyjemy, prawda? A rozmiar rozdziału monstrualny, więc stosownie przywitaliśmy Mackenzie wśród żywych. 

Książka już wysłana, ale nie ukazaliśmy się jeszcze na liście głosowań. Siedziałyśmy nad tym 5 godzin lekcyjnych. Poważnie. Trzy godziny edytowania tekstu, godzinę na poprawki kosmetyczne i godzinę na ogarniecie całego systemu.

ALFABET MA JUŻ 19K WYŚWIETLEŃ. Gdybym pomyślała rok temu, że Lenzie Army się tak powiększy, podpadło by to pod kategorię egoizmu. Whatever.

Sama nie wiem, co pisać. Moje życie to tylko szkoła dom i tak non stop. Zmęczona tym już jestem. 

ALE VICTORIA'S SECRET FASHON SHOW NIEDŁUGO, A POTEM ŚWIĘTA, WIĘC JEST DOBRZE. I mama kupiła kabanosy.....

sobota, 12 listopada 2016

Rozdział XIX- Współudział


Mackenzie potrafiła słuchać.
Gdy opowiadałem historię, cały czas utrzymywała kontakt wzrokowy i ani razu go nie zrywała, w przeciwieństwie do mnie. Widok tych brązowych oczu ze złotymi plamkami napawał mnie dziwną bojaźnią. Odnosiłem wrażenie, jakby była z innego świata. Jakby była boginią, a mnie, nędznemu śmiertelnikowi nie przypadał zaszczyt oglądać jej oblicza. Onieśmielała mnie. To było głupie i miałem tego świadomość. Widziałem jej łzy, ból, rozpacz... Dzieliłem z nią szczęście i sekrety. Nie powinienem czuć się gorszy. Bo tak się czułem. Jakbym był gorszy.
To nie była ta sama Mackenzie. Zmieniła się, owszem, wyglądem. Nie sprawiała wrażenia kruchej i zagubionej osoby. Z jej oczu płynął dziwny komunikat: jestem tu po to, by coś załatwić i wracam do domu. Jakby dostała zlecenie z pracy i niezbyt chętnie je wykonywała. I jakby mnie nienawidziła.
Załamałbym się. Widok jej twarzy, jej ust, bogowie, to sprawiało, że trzęsły mi się ręce. I gdy uświadomiłem sobie, jak bardzo przez te wszystkie lata tęskniłem za tą chwilą, gdy ona wróci, byłem na siebie zły. Mackenzie wyglądała, jakby lepiej żyło jej się bez wiedzy o mitologicznym świecie. Beze mnie. Załamałbym się, gdyby nie jej pierwsza reakcja. Zerwała się z krzesła, jakby na czymś przyłapana, chciała uciec, schować się i wrócić za dwa dni. I choć to trwało ułamek sekundy, zanim się opanowała, chciała rzucić się w moją stronę prawie tak bardzo, jak ja chciałem porwać ją w ramiona. Gdzieś tam, pod tą maską, wciąż była moją "małą".
Wziąłem głęboki oddech i rozpocząłem najtrudniejszą część. Jak namówiłem ją na bitwę o sztandar; gdy zwyciężyliśmy a ja zauważyłem, że jej nie ma; gdy znalazłem ją w szale, kazałem ukryć a sam zająłem się ratowaniem chłopaka. Jak wysłałem sygnał, tamowałem krew a potem odprowadzałem niewinną ofiarę wzrokiem. Jak wróciłem i znalazłem ją, nic nie rozumiejącą, pozbyłem się dowodów, obmyłem ją z krwi a potem położyłem spać. Jak wymyśliłem historię i tym samym jej alibi.
Mackenzie słuchała. Jej twarz nawet nie drgnęła, gdy opowiadałem z drastycznymi szczegółami, prawie brutalnie. Nie byłem delikatny. Musiała wiedzieć, w co się pakuje, tym bardziej, że zaczynałem czuć wyrzuty sumienia, że w chwili słabości do niej napisałem.
Gdy skończyłem, zapadła cisza. Kenzie po praz pierwszy spuściła wzrok na kubek z herbatą i zamyśliła się. Siedzieliśmy w altanie, gdzie nikt nie zaglądał i miałem pewność, że nikt nas nie podsłucha . Ale i tak przez całą opowieść szeptałem, bo sekrety nie powinny wyjść na jaw. Choć jak to powiedział Benjamin Franklin — "Trzy osoby mogą dochować tajemnicy, jeśli dwie z nich nie żyją".
— Co myślisz dalej robić? — spytała cicho, nie podnosząc wzroku, a brzmienie jej głosy zadziałało na mnie jak magnez na opiłki metalu.
— Pomóc jej — odpowiedziałem również szeptem.
— Tak po prostu?
— Tak po prostu.
Nasze spojrzenia się spotkały. Jej oczy nie wyrażały nic. Mackenzie była genialną oszustką, jeśli chodzi o mowę ciała. Gdy była niema, musiała tylko tym operować. Ciałem i kartką papieru. To było dziwne rozmawiać z nią tak po prostu. Słyszeć jej głos. Nie zastanawiać się, co mi odpisze w swoim notatniku, który miała zawsze przy sobie. Potrafiła kłamać wzrokiem.
— Więc będziemy musieli coś wymyślić — odezwała się w końcu. Zamrugałem, jakby coś wpadło mi do oka.
— Czyli zostajesz? — spytałem, ukrywając radość i nienawidząc się za tą reakcję. Kiwnęła głową. — Nie chcesz uciec z krzykiem i zawiadomić policji o miejscu pobytu niebezpiecznej pacjentki?
— Masz mnie za kogoś takiego? — odpowiedziała pytaniem, skrywając swój szelmowski uśmiech. — Nieważne. Obiecałam, że pomogę. A złamanie obietnicy to plama, której nie można wymazać.
Umilkła, prawdopodobnie uświadomiwszy sobie, że zbyt dużo powiedziała. Poczułem się niezręcznie, jakby dodała : " Coś o tym wiem. Sama to zrobiłam. Pamiętasz?".
Tak. Pamiętałem. Aż za dobrze.
Mackenzie opanowała się i spytała jak gdyby nigdy nic:
— Skąd wiedziałeś, że jest herosem?
Była zbyt inteligentna. Nie chciałem mówić, że Afrodyta podsunęła mi potrzebne papiery i zasugerowała pewne sprawy. Nie ma żadnej potrzeby, by ktokolwiek o tym wiedział.
— Mam swoje źródła —mruknąłem wymijająco, a Kenzie podniosła brwi. — A ciebie nie zastanowiłoby to, że nagle zdrowa dziewczynka morduje własnych rodziców, a potem płacze, że to nie ona? Co byś pomyślała?
— Że mówi prawdę. Wrabiają ją.
— Zbadali sprawę. To była ona. Na nożu były tylko jej odciski, pamiętała każdy szczegół. Ale twierdziła, że to nie ona. Co dalej?
Mackenzie zagryzła wargę i zmarszczyła czoło, jakby szukała w mojej wypowiedzi jakiegoś haka. Wyglądała naprawdę pięknie i poczułem się zazdrosny o tych wszystkich ludzi, którzy widywali ja na co dzień, a nawet o tych, którzy minęli ją na ulicy raz w życiu. Uszczypnąłem się niezauważalnie w nadgarstek, by przywołać się do porządku i skupić na sprawie. Byłem poważny i prostolinijny. Oczekiwałem tylko, że nie zaliczy się do większości, bo będę musiał ją odprawić z kwitkiem.
— Że jest chora psychicznie.
— Wszyscy tak stwierdzili. To było wygodne i tłumaczyło wszystko. Ale ja tak nie twierdzę. Myślę, że ktoś siedzi jej głowie i mówi, co ma robić. Sama to potwierdziła. Że słyszy Głosy. Przez duże G.
Mackenzie spytała tak cicho, że ledwie ją usłyszałem wśród szelestu liści.
—Sugerujesz, że ona jest...?
—... opętana.
Zapadła między nami cisza, niemal jak wtedy, gdy cztery lata temu zbiliśmy we dwoje ukochany kubek Chejrona i mieliśmy nadzieje, że tego nie usłyszał. Mierzyliśmy się wzrokiem, chcąc odgadnąć zamiary, jakie kierowały drugą osobą. Próbowała przewiercić mnie tymi oczami, spalić na popiół, choć na ogień byłem odporny. Byłem pewny, że gdyby mnie poprosiła, bym wszedł do płonącego budynku i nie starał się powstrzymać płomieni, zrobiłbym to. Ja natomiast zastanawiałem się, kiedy wstanie, weźmie swoją torebkę i oświadczy, że nie będzie się w to pakować. I że jestem szalony. Oraz przystojny.
Na to ostatnie liczyłem najbardziej, choć nie potrzebowałem potwierdzenia, że tak myśli.
— Przez kogo? — spytała, upewniwszy się, że nie żartuję. Uśmiechnąłem się, podnosząc jeden kącik ust do góry i irytując ją tym jeszcze bardziej.
— To będzie naszym zadaniem, guapo. Dowiedzieć się przez kogo.
— Czyli to jest nasz plan?
— W dużej mierze własnie na tym się będzie opierał.
Dziewczyna jęknęła. Moja zdolność planowania najwyżej zwalała ją z nóg, choć zachowała się i patrzyła na mnie tak, jakby chciała powiedzieć: "Serio? Jak ci się udało przeżyć tyle lat i nie zostać pożartym przez wielką krewetkę?". Prawda jest taka, że gdyby nie było ze mną Percy'ego, zakończyłoby się to nieciekawie. Dla krewetki, oczywiście. Skoro już o tym mowa, to śmierć przez połkniecie krewetki nie byłaby taka zła. Miałbym co opowiadać w Podziemiu, gdyby toczyła się dyskusja na temat: "Jak zginąłeś?". Utopiłeś się? Phi, mnie pożarła zmutowana krewetka. Autografy na prawo.
— Masz jeszcze tą gazetę? — spytała, przerywając moje rozmyślenia o wielkich owocach morza. Kiwnąłem głową i wyciągnąłem z pasa na narzędzie pomięty wycinek. Mackenzie ujęła go w swoje palce i zaczęła czytać. Wyraz je twarzy się nie zmienił, jakby takie sprawy zdarzały się na co dzień. Schowała pasmo włosów za ucho i spytała. — W której to było bibliotece?
— New York Historical Society — przypomniałem sobie po długiej chwili. Dziewczyna zacisnęła wargi, po czym oznajmiła powoli:
— Zrobimy tak: pojadę do tej biblioteki, przeglądnę wszystkie gazety jakie prenumerują, znajdę w internecie co się tylko da o Lisette i wrócę tutaj za jakieś trzy dni. Postaram znaleźć wszystko, co się tylko da i może się przydać. Ty w tym czasie postrasz się do niej dotrzeć i delikatnie wyciągnąć każde liczące się zdanie.
Nie spodobał mi się ten pomysł. Nie dlatego, że był genialny i należało tak zrobić z samego początku. Ale dlatego, ze musiałaby mnie znów opuścić. Trzy dni to dużo po tych kilku latach rozłąki. A ja chciałem tylko na nią patrzeć, chłonąć jej widok i zapach jak tlen potrzebny do życia.
— Przecież dopiero co przyjechałaś! — zaprotestowałem. Mackenzie oderwała wzrok od gazety.
— Leo, wybiegłam w trakcie rozmowy, gdy tylko dostałam SMS'a. Gdyby nie nadgorliwa przyjaciółka i rozważny ojciec, byłabym tutaj przed dziesiątą. Nie mam ze sobą żadnych ubrań, kompletnie nic. Musze skoczyć do domu po walizkę, wcisnąć Grace jakąś historyjkę dlaczego nie będzie mnie w domu przez całe wakacje i odwołać wszelakie spotkania i wydarzenia, które miałam zaplanowane na lato. To nie takie proste.
Gapiłem się na nią przez dobrą minute, zanim do mnie dotarło to, co powiedziała. Zwilżyłem usta językiem, nie przejmując się jej nieco karcącym tonem.
— Gdzie studiujesz?
— University of Pennsylvania — odpowiedziała, obracając w palcach wycinek i podając go mi.
Korciło mnie, by zapytać, kto to do jasnej cholery jest Grace, ale nie miałem okazji. Mackenzie wstała, schowała pasmo włosów za ucho i uśmiechnęła się kojąco, chcąc rekompensować swoje uniesienie sprzed kilku sekund. Dobrze, że nadal siedziałem, bo nogi chyba by mi odmówiły posłuszeństwa. Po chwili, gdy zebrałem w sobie resztki godności, również wstałem.
Gwiazdy świeciły na niebie. Czułem chłód nocy i ciepło Mackenzie przy moim boku. Chciałem, żeby tak zostało. Chciałem, by mnie znów nie opuszczała. Ukradkiem spoglądałem na jej zamyślony profil, odprowadzając ją na Wzgórze Herosów, tam, gdzie czekało jej auto. Chciałem chwycić ją a zimną dłoń. Zawsze miała zimne dłonie. Ale choć ta znajdowała się tylko kilka centymetrów od mojej, dla mnie to były całe mile. Stchórzyłem.
Mackenzie na szczycie odwróciła się i wpatrzyła się na krajobraz, w który był wkomponowany uśpiony obóz. Lekka bryza plątała jej włosy, nadając mistyczny wygląd bogini, która musiała pożegnać się z Olimpem i na zawsze zamieszkać wśród śmiertelników. Zdusiłem w sobie chęć, by przytulić ją do swojej piersi. Poczuć bicie jej serca przy swoim, jej ciepły oddech owiewający moją szyję. Ale nie mogłem. Była teraz niedostępna. Założyła ręce na piersi, z której wyrwało się ciche westchnienie.
— Nie mogę uwierzyć, że wróciłam.
Stanąłem obok niej, tak blisko, że czułem jej ciepło, ale nie dotykałem jej. Wbiła smutne spojrzenie w jasny punkt, który zapalił się w dolinie. Po moich plecach przybiegły dreszcze.
— Trochę się tutaj pozmieniało od ostatniego razu — powiedziałem, chcąc, by jeszcze się odezwała.
— Tak — odpowiedziała szeptem, po czym wyprostowała się a we mnie umarła nadzieja na dłuższą konwersację. — Do zobaczenia.
Śledziłem ją wzrokiem, aż weszła do swojego Mercedesa. Drzwi trzasnęły, a ona usadowiła się na miejscu kierowcy. Włączyła silnik, uprzednio zapinając pasy. Gdy podniosła głowę i napotkała mój wzrok. Pomachała mi, a ja jej odpowiedziałem na gest, unosząc rękę, która chyba ważyła tysiąc funtów. Dopiero gdy ryk silnika na dobre umilkł, odwróciłem się do doliny, wbijając wzrok w płonący punkt, tak, jak to przedtem robiła brunetka.
Patrząc na stos pogrzebowy dziecka, którego zabiła Lisette, pomyślałem, w co ja nas do cholery wpakowałem.



□ 


Okay, okay. Oddychaj. Za tydzień perspektywa Mackenzie. Czekałam na to pół roku ok.

Rozsmakowuje się w Elvisie Presley'u i Edith Piaf. Serio, uwielbiam muzykę lat 50. i 60. Świetnie się do nich pisze.

Co do pisania. Biorę z przyjaciółkami udział w konkursie na zbiór opowiadań i będę miała do Was ogromną prośbę. Gdy ukaże się link do głosowania, prosiłabym o głos, jeśli oczywiście Wam się spodoba. A myślę, że tak i to bardzo. Linki będą tutaj, pod rozdziałami, ale i w osobnym rozdzialiku, facebooku, twitterze, instagramie, Barack Obama też pewnie będzie go miał. I prosiłabym o udostępnianie mamie, cioci, bratu, kotowi i żeby kot też udostępnił go znajomym. Tak Was na razie przygotowuję.

Anyway, pamiętajcie jedno: bez Was nie zaszłabym nigdzie.

sobota, 5 listopada 2016

Rozdział XVIII - Mackenzie


Liz była jakby pogrążona w głębokim śnie, odurzona narkotykami bądź lekami. Wpatrywała się nic nie rozumiejącym wzrokiem, wsłuchiwała się w rozmowy innych obozowiczów, ale nie reagowała jednak na ich pytania. Ze wstrząsem przyjęła wiadomość o śmierci dziesięcioletniego chłopca, którego coś napadło w lesie i wyniku odniesionych ran, choć walczył z całych sił, skonał w ramionach Tima, który starał się powstrzymać krwawienie.
To ona go zamordowała. Widziałem po jej twarzy, jak łączy wszystko w całość, po nitce do kłębka. Jej zakrwawione ręce. Wielką dziurę w pamięci. Ostrzeżenie, by nikomu nic nie mówiła albo będzie musiała wyjechać.
Stworzyłem jej alibi. Gdy zdobyliśmy sztandar, zauważyłem, że Liz z nami nie ma. Powiadomiłem więc moją siostrę i zastępce, że idę jej poszukać, a ona jest odpowiedzialna za całą grupę. Zagłębiłem się w las i nawołując przyjaciółkę, znalazłem chłopaka, którego coś mono poturbowało. Natychmiast wysłałem sygnał i starałem się powstrzymać krwawienie. Gdy tylko przybyła ekipa ratownicza, oddałem go w ich ręce, odprowadziłem wzrokiem i wybrałem się na dalsze poszukiwania blondynki. Znalazłem ją w pobliżu Bunkra 9, gdzie starała się nie panikować z faktu, że się zgubiła. Odprowadziłem ją do pustego Wielkiego Domu i położyłem spać, uspokajając i zapewniając, że jest bezpieczna. Gdy tylko zasnęła, obmyłem się z krwi i poszedłem sprawdzić co z chłopakiem.
Historia była idealna. Tłumaczyła otępienie jako szok spowodowanym zgubieniem się w lesie, a fakt, że znaleziono ją po drugiej jego części, nie rzucał na niej cień podejrzeń.
Nie pozwoliłem jej zbliżać się do broni, choć sama się do tego nie kwapiła. Jako jej trener mogłem zaplanować cały dzień mojej jasnowłosej przyjaciółki, ale uznałem, że dziś powinna odpocząć. Sam miałem wiele spraw do załatwienia, więc wziąłem ją do Bunkra, gdzie schowała się w najciemniejszym kącie pomieszczenia, podwinęła kolana pod brodę i oparła ją na nich. Zabrałem się do rozdzielania zadań pomiędzy moją ekipą, wciąż mając ją na oku i nie odchodząc na dużą odległość. Nie wyglądało na to, że chciała, by ktokolwiek ją zaczepiał. Jednak po jakiś dwóch godzinach westchnąłem i we własną stronę posłałem wiązankę hiszpańskich przekleństw, wziąłem krzesło i usiadłem na im okrakiem na przeciw niej.
— Jak się czujesz?
Jej zamglone, zielononiebieskie oczy nabrały nieco przytomniejszego wyglądu. Skupiła całą uwagę na mojej osobie, po czym pokręciła głową z zaciśniętymi ustami i spuściła wzrok, dając mi do zrozumienia, że nie ma chęci ze mną rozmawiać. Zacisnąłem zęby, ale nie dałem za wygraną.
— Wiesz, co się wczoraj stało? Jesteś tego świadoma?
Specjalnie ściszyłem głos do szeptu i włączyłem nieco ostrzejsze brzmienia niż The Beatles, co mogło budzić lekki niepokój w moim rodzeństwie. Ci jednak niczego nie zauważyli, gwizdali pod nosem i tłukli młotkami gdzie popadnie, więc miałem pewność, że nasza rozmowa nie zostanie podsłuchana.
Nachyliłem się w stronę Liz zostawiać bezpieczny dystans, by nie poczuła się osaczona. Jej policzki pobladły i zaczęła wykręcać sobie palce pod niemożliwymi kątami, budząc we mnie obawę, że zaraz usłyszę dźwięk łamanych kości.
— To nie ja. To nie byłam ja. To nie był on. Potwór. To nie moja wina — wymamrotała, tak cicho i niewyraźnie, że zdołałem wyodrębnić tylko te słowa. Jej delikatny głos tonął w hałasie panującym w pomieszczeniu. Przyglądałem się jej dokładnie. Była zdezorientowana i przerażona, a słowa, które wypowiedziała, były ospałe, jakby nie była ich całkowicie świadoma. Wczorajszego incydentu praktycznie nie pamiętała. Gdy zadawałem jej bardziej wymagające pytanie, mamrotała tylko słowo "potwór". W końcu uznałem, że spróbuję jeszcze raz nieco później, gdy nieco ochłonie.
Choćbym chciał, nie potrafiłem pomyśleć o niej jako morderczyni.
Ciągle spoglądałem na telefon i za każdym razem się rozczarowywałem. Mijały godziny, a odpowiedź nie nadchodziła. Sprawdzałem cztery razy, czy na pewno wysłałem wiadomość. Czułem, że nie powinienem mieć aparatu włączonego i trzymać go przy siebie, ze względu na potwory, ale nie potrafiłem. Spotykałem się ze zdziwionym wzrokiem rodzeństwa i za każdym razem, wściekły na samego siebie, wkładałem komórkę głęboko do pasa i obiecywałem sobie, że tym razem nie spojrzę. Po pół godzinie łamałem się jednak i dawałem za wygraną.
Koło osiemnastej wygoniłem wszystkich z Bunkra i skierowałem się w stronę Liz. Drgnęła, gdy pomachałem jej przed oczami, by powróciła do rzeczywistości.
— Chodźmy na kolację — powiedziałem, podając jej swoje ramię. Blondyna pokręciła głową i sama wstała. Westchnąłem oraz pełen wyrozumiałości i cierpliwości wyznałem.— Liz, nie musisz się niczego bać. Ufam ci i wiem, że mnie nie skrzywdzisz. Nikogo naumyślne nie skrzywdziłaś.
Dziewczyna kiwnęła głową, by najzwyczajniej w świecie mnie zmyć i bardziej z obowiązku, chwyciła moje ramię. Widziałem, że jest spięta i boi się na mnie spojrzeć. Uciekała wzrokiem w każdy zakamarek lasu, byleby na mnie nie patrzeć. Jakby miała poczucie winy i nie potrafiła się przyznać do błędu.
Bałem się o nią. Bałem, że może znów wymknąć się spod kontroli. Wolałbym, żeby została zamknięta w pokoju i nie wychodziła. Nie mogłem tego zrobić, bo to wzbudziłoby podejrzenia Iris, Chejrona, Juliet, Piper i całej reszty. W końcu tylko zgubiła się w lesie.
Po kolacji spędzonej w ponurej atmosferze związanej ze śmiercią chłopca od Hermesa, zaprowadziłem Liz do jej pokoju. Usiadła na łóżku i zignorowała moje pytanie, czy czegoś potrzebuje. Uklęknąłem przed nią i powiedziałem twardo i dobitnie:
— Musisz mi zaufać, tak jak ja ufam tobie. Pomogę ci, bo wiem, że mogę tego dokonać. Wiedź, że cię nie oceniam i nie zmieniłem swojego stosunku do twojej osoby. Pomogę ci.
Liz spojrzała na mnie i choć jej wzrok był zasnuty, wyczułem w nim troskę i wielki smutek, tłumiony przez lata przez leki oraz psychiatrów. Wstałem, powiedziałem dobranoc i zamknąłem cicho drzwi. Po chwili wahania wyciągnąłem z pasa klucz do jej sypialni i przekręciłem go w zamku. Ufałem jej, to prawda. Ufałem dziewczynie, ale nie temu, co siedzi w jej głowie.
Przygarbiony i zmęczony całodzienną pracą oraz zamartwianiem się o blondynkę, zbiegłem po schodach i wszedłem do jasnego salonu w Wielkim Domu. Miałem ochotę położyć się na jednej z kanap i zasnąć, rzucając przy tym stres i zapominając o wszystkich troskach. Wszystko był takie proste i wspaniałe, gdy Lisette współpracowała i nie sprawiała większych kłopotów. Ale teraz? Odpowiedzialność i poczucie winy boleśnie przygniatało mnie do podłogi, nie pozwalając na wzięcie ani jednego oddechu. Podniosłem wzrok i zauważyłem, że przy stole siedziały dwie dziewczyny, pijąc herbatę i obejmując w dłoniach kubki z parującymi napojami.
Jedną z nich była Piper. Druga sprawiła, że moje serce zamarło, a potem wywinęło fikołka i spadło do brzucha.
Afrodyta miała rację. Była jeszcze piękniejsza, niż pamiętałem. Jej włosy układały się w miękkie fale, które spływały na ramiona kurtyną. Miała na sobie nieco mocny makijaż, przypominający mi Audrey Hepburn, z którą filmy tak kochała oglądać. Była ubrana w butelkowozieloną sukienkę, zakrywającą ramiona do łokci, z małym dekoltem ukazującym jej nieco wystające obojczyki. W biodrach była nieco rozkloszowana i kończyła się kilka centymetrów nad kolanem, co idealnie podkreślało jej sylwetkę i szczupłe nogi, na które założyła nude baleriny na niewysokim obcasie. Gdy jej twarz skierowała się w moją stronę, mogłem podziwiać idealnie jak dla mnie wykrojone usta, nieco piegów na nosie oraz policzkach i jej piękne, duże brązowe oczy ze złotymi plamkami, które przez makijaż stały się jeszcze bardziej hipnotyzujące.
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, zerwała się z krzesła z wyrazem zakłopotania, które szybko zamaskowała. Piper mruknęła coś o chwili prywatności i zostawiła nas samych, wypadając z salonu jak spłoszony zwierzak.
Chwilę zamarliśmy w tych samych pozach, po czym zrobiłem dwa kroki i znalazłem się przy niej. Z wahaniem schowałem pasmo jej jedwabistych włosów za ucho, jakby nie była rzeczywista. Jakby była kolejnym snem, który mi się przyśnił i z którego obudzę się z pustką w miejscu, gdzie powinno być serce. Palcami pogładziłem jej delikatny i ciepły policzek, a ona patrzyła mi w oczy z nutą rozbawienia, bo czym zamknąłem ją w swoim uścisku. Przez jedną, straszną chwilę bałem się, że mnie odepchnie. Poczułem, jak kładzie policzek na moim ramieniu i obejmuje mnie za szyję, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Położyłem głowę na niej włosach, zanurzając nos we kasztanowych falach i wciągnąłem ich zapach, jakby to był narkotyk, od którego byłem uzależniony. Pachniała fiołkami i perfumami, nieco inaczej, jak to zapamiętałem. Nie była również tak chuda, jak wtedy, gdy ją żegnałem trzy lata temu. Mimo to ciągle wydawała się delikatna, ale nie tak jak porcelanowa lalka. Raczej na ten sposób, w jaki były delikatne kobiety — nieco pewne siebie, wiedzące, czego pragną, uwodzicielskie ale zarazem lękające się małego pająka, który chodził po ścianie. Moje serce biło jak oszalałe, a część, która została uśpiona wiele miesięcy temu, rozbudziła się jak kwiat podlany życiodajną wodą. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się naprawdę sobą.
Z mojego zaciśniętego gardła wydobyło się tylko jedno słowo, które wymamrotałem w jej pachnące włosy, które łaskotały mnie po policzku.
— Mackenzie.




□ 


TAAAK! NARESZCIE!


Dziki taniec, bo Kenzie wróciła. Jesteśmy uratowani. Eh. Znaczy się... Hahaha, pogadamy o tym pod koniec książki.

Rozdział jest stosunkowo słabo napisany, bo jest jednym z pierwszych, jakie napisałam do Opętanej. Zresztą ja to sama widzę, że opisy są mało barwne i trochę siedzę nad edycją.

Moja wszechogarniająca apatia mnie dopija, wiecie? Jestem 50% sangwinikiem, a drugie tyle to melancholik. Ta pierwsza część krzyczy na tą drugą, by się wzięła w garść ale pesymistycznej części mnie jest tak dobrze. Jak mam ze sobą żyć? Spać. Spanie jest najfajniejsze.

Niedługo zaczną się docinki Lenzie, wiszące w powietrzu napięcie i oh, nie mogę się doczekać, aż to przeczytacie ♥

ps Rozdział dedykuje mojej błękitnookiej Natalii, która podesłała mi piosenkę ♥ Tak bardzo Lenzie, right?
.
.
.
.
.
.
template by oreuis