sobota, 29 października 2016

Rozdział XVII - Potrzebuję cię





Gdy obudziłam się we wtorkowy ranek, było cicho. Nie chodziło mi tutaj o wrzaski półbogów, którzy darli się wniebogłosy pod moim otwartym oknem, uświadamiając znajomych, jak bardzo tęsknili albo co zrobią sobie nawzajem, gdy ich MP4, które zniknęło poprzedniego lata, się nie znajdzie.
Cicho było w mojej głowie. Leżałam na plecach z głową zapadniętą w miękka poduszkę i patrzyłam na sufit pokoju. Miałam swój umysł tylko dla siebie i słyszałam tylko moje myśli. Bez szeptów namawiających mnie do okropności. Bez chichotów, gdy coś, na czym mi zależało nie wychodziło. Cisza. Ogłuszająca pustka.
Wstałam, stopami dotykając zimnych drewnianych paneli. W łazience też było cicho. Gdy brałam poranny prysznic, słyszałam jedynie przyjemny szum wody. Ubrałam się, uczesałam i zaścieliłam łóżko, na którym usiadłam i czekałam na Leona. W końcu zjawił się z talerzami, na których były góry naleśników.
— Dzień dobry — zaświergotał, po czym spojrzał na mnie i jego uśmiech nieco przybladł. — Wszystko w porządku?
— W najlepszym — odpowiedziałam. Jedząc śniadanie rozmyślałam, jaka ta cisza jest niepokojąca. Byłam wolna. W mojej głowie byłam tylko ja sama.
Dzień miął mi na poznawaniu nowych obozowiczów, a ja podczas tych sytuacji byłam nieobecna i wciąż rozkoszowałam się ciszą. Leo rzucał mi od czasu do czasu zaniepokojone spojrzenia, na które odpowiadałam szerokim uśmiechem. Wtedy nieco się odprężał.
Kiedy po kolacji oznajmił, że pomoże mi się przygotować, gruszka zacisnęła mi się w gardle. Spychałam myśl o wieczornej "Bitwie o sztandar" w sam zakątek świadomości. Aż w końcu nadeszła. Ubrałam wygodne, długie spodnie i sportowe buty. Nie mam pojęcia, skąd Leo to wszystko wytrzasnął, pomyślałam, wkładając przez głowę bluzkę. Sprawdziłam, czy na pewno będzie mi wygodnie. Strój zdał test, więc zawiązałam swoje złote loki w kucyk. W końcu zjawił się Leo, ubrany w swoją własną zbroję. Uśmiechnął się na widok mojej niepewnej miny. Sam wyglądał olśniewająco w swojej zbroi i robił ogromne wrażenie. Jego głos zabrzmiał w mojej głowie, gdy przypomniałam sobie słowa, który wypowiedział dawno temu. "Kobieto, wróciłem do żywych po tym, jak popełniłem spektakularne nie-samobójstwo, zostałem mianowany Parysem i rozpętałem największą wojnę pomiędzy bogami i herosami wciągu ostatnich stuleci."
Wtedy jeszcze nie kojarzyłam mitologii. Nie wiedziałam, że Parys walczył o swoją ukochaną. Wszystkie wątki zaczęły łączyć się w całość. Nie byłam w stanie powstrzymać ciekawości, choć miałam świadomość tego, że chłopak nie lubi o tym mówić.
— Leo? — zagadnęłam nieśmiało, on mruknął znad mojego ramienia, gdzie mocował zbroję. — Kiedyś powiedziałeś mi, że zostałeś ogłoszony Parysem i rozpętałeś wojnę. Skoro tak, to... kto był Heleną?
Jego palce zastygły na moment na rzemieniu, które akurat mocował. Podczas tych trzech razy, gdy poruszaliśmy ten temat przypadkowo, jego wzrok gdzieś uciekał. W końcu odezwał się chicho, aż stanęły mi włoski na karku.
— Nieważne. Ona odeszła, Liz. Nie ma o czym mówić.
Zawsze mówił, że odeszła. Co to oznaczało? Umarła? W Iliadzie przeżyła wojnę, a Parys nie. A Leo dawał się być całkiem żywy...
— Czy to była dziewczyna od warkoczy i wianków? Córka Demeter? — drążyłam dalej delikatnym tonem. Nie potrzebowałam widzieć jego miny, by widzieć, że mam rację. Wystarczała ogłuszająca cisza. — Ona nigdy nie odejdzie, wiesz o tym? Będzie z tobą tak długo, aż jej na to pozwolisz.
Zacisnął ostatnie dwa rzemienie mojej zbroi, po czym przymocował sztylet do mojego pasa, a potem miecz, który sam dla mnie wykuł. Stanął naprzeciw mnie, a w jego oczach błysnęła iskierka dumy, gdy mierzył mnie krytycznym wzrokiem.
— Wyglądasz niesamowicie, Liz. — Znalazł się przy mnie. Czułam, że zaraz zemdleje. Jego ciepłe usta musnęły moje czoło. To w nie wymruczał parę słów. — Nie myśl o tym, Evans. A teraz chodźmy skopać parę tyłków.





Wszyscy zniknęli mi z oczu. Ta gra była okropnie brutalna, nawet jak na herosów. Najwyraźniej przemoc poprawiała im humor. Parę razy słyszałam określenia, które zapewne nie były czułymi słówkami i korciło mnie, by spytać Leona, co one znaczą. Idąc przez ciemny las, nie mogłam uwierzyć, że dopiero co stałam przy pawilonie jadalnym z własną drużyną i ustalaliśmy plan ataku.
— Lisette będzie osłaniać tyły.
— A dlaczego tak? — sprzeciwiła się Juliet. Zawarliśmy sojusz z domkiem Demeter, co Leo skomentował błędem swojego życia.
— Bo ja tak mówię.
Trzymałam spoconą rękę na mieczu. Byłam pewna, że już było po grze, a ja się po prostu zgubiłam. Ściągnęłam hełm z głowy i rozejrzałam się. Wszędzie były identyczne drzewa. No tak, czego innego się spodziewać po lesie? Stąpałam powoli, nie śpiesząc się i rozglądając się uważnie. Dopiero dźwięk łamanych gałązek sprawił, że się zamarłam, wstrzymując powietrze w płucach. Moje plecy zalał zimny pot. Odwróciłam się powoli, upuszczając hełm u swoich stóp.
Stał tam. Jego księżycowa sierść zdawała się emanować blaskiem w ciemnościach nocy, tak jak czerwone oczy, wpatrzone z nienawiścią w moją sylwetkę. Ciężkie łapy łamały gałązki tak jak spróchniałe kości, a z warg skąpanych we krwi, wydobył się pomruk, który zdawał się wprawiać każą komórkę mojego ciała w drżenie. Lew zbliżał się do mnie powoli i nieugięcie, ja tyko stałam i patrzyłam na niego. Włosy przykleiły mi się do spoconego czoła, a szum krwi zagłuszał ciężki oddech zwierzęcia.
Tysiące głosów, tysiące wspomnień przewijało się przez moją głową niczym przyśpieszony film.
Jesteś silna, rozległ się głos Leona, powielający się tysiącem ech, Musisz nauczyć się bronić i walczyć. W tym wszystkim chodzi o to, by ciągle coś osiągnąć. Kolejny krok. Nie proponowałbym ci tego, gdybym uznał, że nie jesteś odpowiednio wyszkolona.
Potem Mel, niczym zakopane głęboko w podświadomości wspomnienie ciepłego głosu matki, wbijała się tysiącami igiełek w mój umysł. Następnym razem się broń, zaatakuj go. Pokaż mu, że jesteś silniejsza. Nie możesz tak po prostu siedzieć.
Nie jestem słaba. Zacisnęłam dłoń na sztylecie i wyciągnęłam go z pochwy, a on wysunął się z cichym, charakterystycznym dźwiękiem. Czekałam na potwora, który wolno, tak jak za pierwszym razem, zbliżał się do mnie i rozkoszował się zapachem mojej skóry, emanującej strach. Czas na rewanż, pomyślałam mściwie. Zwilżyłam wargi językiem i obserwowałam jego ruchy, mimo wszystko nie pozbawione majestatyczności. Zanim zdążył przygotować się do ataku, zaszarżowałam. Sztylet zalśnił, gdy wbiłam go w bok bestii. Ona zaryczała i przewróciła się na bok. Przeorała moje ramię ostrymi pazurami. Bluzka się rozdarła a ja poczułam piekący, niemiłosierny ból. Warknęłam równie dziko jak lew. Zaczęłam orać jego cielsko małym sztyletem, czując jak jego krew tryska mi przez palce. Jak bryzga mi cieczą o metalicznym zapachu zbroję, jak moje ręce się w niej zatapiają. Mściwa satysfakcja wybuchła fajerwerkami w głowie. Chód ogarnął moje ciało i obezwładniający mrok, siła, jakiej nigdy nie czułam na treningach, zawładnęła moim umysłem. Z gardła wydobył się chichot, który później przerodził się w śmiech. W oczach bestii ujrzałam przerażenie. Uderzyłam mocno w jego pysk, a łeb odpadł na lewą stronę. I jeszcze raz. I jeszcze. Wbiłam sztylet aż po rękojeść i przejechałam przez jego bok.
Czyiś głos przedzierał się przez mroczną zasłonę, którą na siebie zaciągnęłam. Bestia wrzasnęła. Wrzasnęła... Ktoś złapał mnie w pasie i zdjął z potężnego cielska lwa. Patrzyłam w osłupieniu na własne ręce umazane aż po łokcie w krwi.
I na pokiereszowane ciało chłopca, leżące u moich stóp.





Trzymałem w swoich ramionach Lisette, która w osłupieniu patrzyła się na chłopca leżącego u jej stóp. Nie poruszał się. Gdy tylko zdobyliśmy sztandar, mimo krzyków, jakie z siebie wydawałem z powodu zwycięstwa, a które wyjątkowo irytowały Juliet, z głębi mojej podświadomości przebiła się jedna myśl, która zatruła mój triumf.
Gdzie jest Lisette?
Rozpoznałem chłopca od Hermesa mimo szkarłatnej cieczy, którą nasiąkło jego ubranie i włosy. Mimo złamanego nosa i brudnej twarzy. Leżał pod dziwnym kątem, a jego pierś prawie niepostrzeżenie się unosiła i opadała.
Puściłem Lisette. Nadal trzymała sztylet w ręce i patrzyła się na niego, jakby w transie. Jej źrenice były nadnaturalnie rozszerzone i ziała z nich pustka. Podniosłem jej hełm i podałem niekontaktującej dziewczynie.
— Schowaj się za tym pagórkiem — odpowiedziałem, pokazując jej kierunek. Podążyła za moim palcem wzrokiem. I nie zareagowała. Potrząsnąłem nią i wrzasnąłem. — NATYCHMIAST. RUSZ SIĘ!
Ukląkłem przy chłopcu. Wyciągnąłem nieco gazy z pasa na narzędzia i przycisnąłem do najpaskudniejszej rany. Natychmiast zabarwiła się ona na szkarłat, a ja powstrzymałem mroczną myśl, że to i tak na nic. Przełknąłem ślinę, czując, jak metaliczny zapach drażni moje nozdrza.
— Nie pozwolę ci tak umrzeć, stary — powiedziałem łamiącym się głosem. Wyciągnąłem jedną rękę w górę, w stronę nieba. Poczułem swędzenie na palcach. Zacisnąłem powieki i skierowałem wielki słup ognia ku gwiaździstemu niebu. Las w tym miejscu był rzadki, co było jedynym plusem w tej sytuacji, bo żadna gałąź nie mogła się zapalić. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność sekundach, moja ręka opadła i znów zacisnęła się na nic nie wartym opatrunku. — Nie umieraj. Nie w ten sposób.
Poczułem łzy cisnące się w moje oczy, łaskocące w gardle. Chłopiec spojrzał na mnie nieprzytomnie, po czym zaczął mrugać powoli, jakby sennie. Usłyszałem głosy. Czyiś dziewczęcy krzyk. Thom, dzieciak od Apollina, uklęknął z drugiej strony i zaczął wydać polecenia. Piper delikatnie odciągnęła mnie od ciała chłopca, by pozwolić działać tym, którzy się na tym znali. Sprowadzono nosze. Podano dużą dawkę ambrozji i nektaru. Ktoś coś mówił o Iris. Wszystko działo się tak jak w zwolnionym filmie, gdzie głosy zostały wyciszone, przynajmniej ja tak się czułem. Jakby wyłączony z akcji, gdzie jest ona wartka. Na trzy podniesiono nosze. Piper zaczęła za nimi iść, przekonując chłopca, by się nie poddawał i walczył. Na jej pytający wzrok, gdy się odwróciła, odpowiedziałem:
— Muszę iść dalej szukać Liz.
Kiwnęła głową. W końcu zapanowała cisza a ja zostałem, wpatrując się w krew na liściach. Ja również cały w niej byłem. Chwiejąc się na nogach, poszedłem w kierunku, w którym ukryła się Lisette. Dziewczyna siedziała na liściach i kołysała się w przód i w tył. Na mój widok podskoczyła i się cofnęła, przylegając ściśle plecami do pnia drzewa.
— Chodź, Liz — wiedziałem łagodnie, wyciągając do niej rękę. — Wynośmy się stąd.
Minęła długa minuta, zanim chwyciła moją rękę, śliską od krwi jej niewinnej ofiary. Dziewczyna chwiała się na nogach. Przewiesiłem jej ramię przez własną szyję. Wsparła się na mnie i razem ruszyliśmy w las. Dwójka skazańców, poplamiona krwią sekretu. Szliśmy i szliśmy, łamiąc gałązki, a drzewa zaczęły rosnąc gęściej i wkrótce przykryły nieboskłon. Ciszę mącił tylko ciężki oddech, odgłos miecza obijającego się o moje udo i odgłos liści, w których brnęliśmy, niczym w płytkim strumieniu. W końcu ujrzałem nad sobą gwieździste niebo i odetchnąłem ulgą. Lisette prawie spała. Szła, powłócząc nogami, całkowicie wzuta z energii. Weszliśmy do Wielkiego Domu od tyłu. Było w nim cicho. Wiedziałem, że nikogo w nim nie było, bo Iris wybrała się w interesach, by sprawdzić, jak jej sklep radzi sobie na rynku. Weszliśmy po schodach, a później do łazienki. Rozebrałem Lisette ze zbroi, potem ubrudzonych krwią ubrań. Została tylko w bieliźnie. Chwiała się, jakby pijana. Zacisnąłem usta i kazałem jej wejść do kabiny. Opłukałem ją z ciemnej krzepnącej cieczy. Różowa woda spływała powoli do rynsztoka. Blondynka siedziała w rogu, na zimnej porcelanie brodziku, patrząc się na mnie nieobecnym wzrokiem. Nie czułem nic. Umyłem ją, a metaliczny zapach powoli zastąpiła woń brzoskwini. Wytarłem ją czystym ręcznikiem. Za jej paznokciami zauważyłem ciemną krew, jednak teraz nic nie mogłem na to poradzić. Nie chciałem. Ubrałem ją w długą piżamę, po czym zaniosłem na rękach do łóżka. Wyglądała tak krucho i niewinnie. Przykryłem ją kocem, a ona natychmiast zasnęła.
Wróciłem do łazienki. Jej ubrania leżały w kącie. Zabrałem je. Cicho, niczym myszka, wydostałem się z pokoju. Wyciągnąłem z pasa na narzędzia klucz, którego miałem nadzieje już nigdy nie użyć. Zamknąłem blondynkę w jej własnym pokoju i wyszedłem tyłem z Wielkiego Domu.
Spaliłem ubranie. Patrząc na ogień, przekonywałem siebie, że pozbywam się wszystkich dowodów. Jej zbroję i broń wyczyściłem, by nie było na niej plamki krwi. Potem sam zrobiłem z sobą porządek. Zajrzałem, jak ma się chłopak od Hermesa. Piper nie wpuściła mnie, tylko oznajmiła:
— Jest w ciężkim stanie. Muszę wracać, by go namawiać do walki. Przykro mi, Leo.
Zamknęła mi drzwi przed nosem. Wróciłem do Wielkiego Domu i w surowo urządzonej kuchni siedziałem, opierając czoło na swoich rękach. Pomagałem ukryć zbrodnie. Wpatrywałem się w mały telefon komórkowy, odtwarzając oczami wyobraźni ruchy Lisette, jej śmiech, gdy mordowała.
Nie zasnąłem. Ciemna noc zaczęła ustępować miejsca dniowi, który rozpoczął się kaskadą barw tęczy na horyzoncie. Mgły wisiały nad Obozem Herosów, róż i złoto rozlały się ze wschodu i powoli rozjaśniały świat, gasząc gwiazdy. Promienie słońca padły na sufit pomieszczenia, rozpraszając szarość minionej nocy. Siedziałem i myślałem, obserwując to wszystko, aż do momentu, gdy zegar wybił godzinę dziewiątą. Po czym chwyciłem drżącymi dłońmi komórkę i napisałem wiadomość. Przycisnąłem wyślij. Po chwili przyszło potwierdzenie, że sms został dostarczony.

Potrzebuję cię.




No i co? Rozdział jakoś za specjalnie nie powala, ale nadrabia akcją. Za tydzień Mackenzie ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis