sobota, 22 października 2016

Rozdział XVI - Bitwa o życie


Leo nie miał litości. Miałam wrażenie, że na każdym treningu wypluwam płuca, a najmniejszy wysiłek powoduje, że moje mięśnie w niemym okrzyku błagają o wytchnienie. Przełykałam każdy jęk, powstrzymywałam każdą łzę. Gdy leżałam na brzuchu na brudnej posadzce sali do nauki sztuk walki i wdychałam zapach pasty do podłogi, miałam ochotę wyć i wyć, i nigdy nie przestać. Leo ukląkł przy mnie na kolanach i westchnął.
— Rany, Liz. Poprosiłem cię tylko o pompki i kilka przysiadów — odparł, podając mi butelkę wody. Podniosłam się do pozycji siedzącej i upiłam kilka dużych łyków. — Z resztą, nie rozumiem czemu jestem zdziwiony. Twój poprzedni styl życia raczej nie był zbyt aktywny.
Ćwiczyłam od tygodnia. Leo, choć starał się jak mógł, nie potrafił znaleźć dla mnie treningu idealnego. Najmniejszy wysiłek sprawiał, że miałam ochotę się poddać. A chłopak nie był wysoko kwalifikowanym trenerem osobistym. Musieliśmy więc próbować. Najpierw długie, kilkugodzinne spacery, po których spałam jak suseł i budziłam się jeszcze bardziej zmęczona, niż przed tym, jak się kładłam. Potem przeszliśmy do krótko dystansowych biegów. Miałam wrażenie, że kołatanie serca w piersi zagłusza wszystkie inne dźwięki. Według prognozy Leona, przestało po tygodniu. Nadal czułam się tak, jakbym miała zaraz wypluć płuca, ale serce nie biło jak oszalałe. Spędzaliśmy dużo czasu w sali do ćwiczeń, do której rzadko ktoś zaglądał. Na razie nie ćwiczyłam z bronią, a mój sztylet przechowywał Leo. Choć podobał mi się bardzo i trzymałam blisko siebie, gdy po raz pierwszy zostałam z nim sama, jeden z Głosów zachichotał. Wtedy stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli ktoś go dla mnie przechowa. A jedyną osobą był on. Nie pytał czemu. Po prostu go wziął.
Żeby dostać się do sali, musieliśmy przejść przez arenę. Bardzo często znajdował się tam chłopak, który kilka tygodni temu wytrącił miecz z ręki rudowłosej dziewczynie. Za każdym razem, gdy nas widział, machał nam. Leo wtedy zaciskał wargi i unosił dłoń w geście pozdrowienia. Nie lubił go. Gdy spytałam, kim on jest, odpowiedział.
— Matthew, syn Aresa. A właściwie to Marsa. Jest z obozu Jupiter i uczy szermierki, odkąd Percy studiuje. Uwielbia się popisywać i jest cholernym casanową.
Gdy spytałam, co to takiego, spojrzał na mnie roziskrzonymi oczyma, lekko rozbawiony.
— Nieważne. Liz, skup się na worku treningowym i wal w niego z całej siły. Gotowa? No to dawaj.
Z każdym dniem robiłam postępy. Czułam, jak moje ciało robi się odporniejsze, jak mięśnie nabierają siły a umysł współpracuje z moją fizyczną strefą i zmusza ją, by dopięła do wyznaczonego limitu.
Głosy powoli milkły. Czasami byłam tak zmęczona, że nie zauważałam, jak mówią. Od czasu do czasu szeptały do mnie, a ja wtedy się nie ruszałam. Po kilku takich akcjach Leo zauważył co się dzieje. Kazał mi wtedy dawać upust swoim uczuciom. Albo krzyczeć w poduszkę, kiedy jestem sama. Albo walić w worek treningowy tak mocno, że bolały mnie knykcie. Pierwsze trzy tygodnie były okropne. Po wyczerpujących treningach leżałam na łóżku i płakałam, wylewając z siebie całą gorycz i stres. Gdybym przez całe życie nie była zamknięta, poszło by łatwiej. Od razu uczyłabym się, jak używać broni. A tym czasem marnowaliśmy cenne godziny, by budować moją kondycję od podstaw. To było trudne. Zasypiając rozmyślałam, że następnego dnia nie wytrzymam. Ale przychodził ranek i Leo budził mnie pełen nowej siły i motywacji, zarażając mnie swoim optymizmem. Więc walczyłam dalej.
Dziś nie skierowaliśmy się na arenę, tylko do zbrojowni. Gdy spytałam Leona czemu, spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły. Ww gruncie rzeczy wszyscy tak myśleli.
— Bo nie możesz dzień w dzień ćwiczyć. Przetrenujesz się. Stracisz chęć. Twoje ciało potrzebuje odpoczynku, by się zregenerować. Zrobimy dziś coś innego.
Przytrzymał mi drzwi, a ja weszłam do pomieszczenia pod sufit wypełnionego bronią. Zmarszczyłam nos , gdy wyczułam zapach pasty do polerownia stali. Leo kazał mi zaczekać, a po chwili przyniósł mi napierśnik. Przełknęłam ślinę. Na odpowiedź czy chce przymierzyć, kiwnęłam głową. Gdy napierśnik zawisł na moich ramionach, boleśnie się w nie wżynając, zacisnęłam zęby. Leo zapiął rzemyki, zrobił krok do tyłu i przejechał po mnie wzrokiem, od góry do dołu.
— Nieźle, zupełnie nieźle — powiedział, jakby sam do siebie i nieco zdziwiony.— Pasuje.
— Leo, po co mi zbroja?—spytałam, niezbyt pewna, czy chce znać odpowiedź. Chłopak zamrugał, jakby wyrwany ze swojej krainy.
— Musisz zacząć trening z bronią. Niestety, zbroja to jeden z niedogodności w życiu herosa.
— Tak szybko?— zdziwiłam się. — Przecież dopiero co zaczęłam ćwiczyć, mogę nie być dostatecznie silna...
— Jesteś silna — przerwał mi, po czym chwycił za ramiona, jakby chciał mną potrząsnąć. — Posłuchaj, Liz. Ćwiczysz już miesiąc. Jeśli chcielibyśmy, byś miała nienaganną kondycję po tym, co przeszłaś, mogło to by trwać latami. Musisz nauczyć się bronić i walczyć.
Niezbyt się z nim zgadzałam. Chciałabym zaczekać z jeszcze z tydzień bądź dwa. Tępo zmian mnie przerażało. Był początek słonecznego maja (w zasadzie każdy miesiąc był słoneczny w Obozie Herosów), a ja pojawiłam się tutaj pod koniec lutego. Minęło już sporo czasu i byłam tego świadoma. Jednak... to wciąż działo się zbyt szybko. Ufałam Leonowi, ale tydzień by nas nie zbawił. A potem przypomniało mi się, jak jedliśmy naleśniki w pawilonie i oznajmił mi, że zaczynam trening. Pomyślałam dokładnie to samo. By zaczekać. Kiwnęłam więc głową, na znak, że rozumiem, a Leo mnie puścił z uśmiechem na twarzy. Dobrał mi jeszcze ochraniacze i tym sposobem miałam skompletowaną zbroję, w której walczyli współcześni herosi.
Wiedziałam, że miałam racje co do treningu. Dostałam również miecz, niezbyt idealny, gdyż Leo sądził, że walka sztyletem jest nieco niepraktyczna w większej grupie, bo muszę dostać się do przeciwników, zanim ich ugodzę. Ubłagałam go jednak, byśmy spróbowali, i tak oto leżałam rozłożona na łopatki na macie do ćwiczeń, dysząc ciężko. Leo spojrzał na mnie z góry ze współczuciem, po czym podał mi dłoń i pomógł wstać.
— W porządku? — zapytał. Żadnego: "Przepraszam, że prawie złamałem ci rękę i wylądowałaś na podłodze.". Kiwnęłam głową, choć nieco mi się w niej kręciło. Leo odpowiedział na mój gest z nutą samozadowolenia. — Teraz mnie posłuchasz?
Chłopak naprawdę wiedział mnóstwo o walce. Przewidywał każdy ruch, nawet gdy od czasu do czasu obserwowaliśmy nielicznych obozowiczów, którzy pozostali, gdy przerwa wielkanocna się skończyła. Matthew właśnie wytrącił miecz rudej dziewczynie. Znowu. Leo wyjaśnił mi wtedy, jak mogłaby zablokować cios i sama go rozbroić. Spojrzałam na niego z podziwem.
— Dlaczego nie uczysz? — spytałam szczerze zaciekawiona. Przecież mógłby rozbroić obecnego nauczyciela szermierki, tylko ruszając palcem wskazującym. Leo wzruszył ramionami i odparł obojętnym tonem":
— Nie mam cierpliwości. — Uniosłam brwi do góry, a on się uśmiechnął. Przy mnie potrzebował naprawdę wiele tej cechy. — No dobra. Nie lubię być związany obowiązkami. Gdyby uczył, musiałbym być punktualny i sumienny. I nie wolno mi by było wyzywać innych od idiotów.
— A ja?
— Co ty?— zdumiał się, odrywając wzrok od dwóch postaci, które znów zaczęły walczyć.
— Czy jestem obowiązkiem?
Przez chwilę tylko na mnie patrzył. Poczułam się dziwnie prześwietlana tymi ciemnobrązowymi oczyma, które przyglądały mi się czujnie. Leo często sprawiał, że czułam się niezręcznie, choć pewnie nie zdawał sobie nawet z tego sprawy.
— Naprawę tak pomyślałaś? Że jesteś obowiązkiem?— Pokręcił głową, jakby tłumaczy coś bardzo odpornemu dziecku. — Obowiązki są przykre. Zmuszają nas do podejmowania działań. Nie, Liz, nie jesteś obowiązkiem. Jeśli już, to motywacją. I odskocznią od codziennego rytmu dnia.
Po czym wesoło oznajmił, że dosyć tej opery mydlanej i idziemy coś zjeść. Dni za dniami mijały, moje treningi były coraz bardziej wyczerpujące i cięższe. Od czasu do czasu robiliśmy sobie przerwę, a wtedy Leo brał mnie na wzgórze, skąd było widać morze, opieraliśmy się o drzewo i ja czytałam na głos, ćwicząc grekę. Czasem przynosiliśmy orzechy. Naprawdę lubiłam te chwile odpoczynku, ale pragnienie by być coraz lepszą, zwyciężało. Byłam zdeterminowana następnego dnia i gotowa do działania.
Obozowiczów z dnia na dzień przybywało. Leo uświadomił mi, że to dlatego, bo zbliżają się wakacje, a większość herosów spędza je tutaj. Nawet ludzie z San Francisco opuszczali surowy Obóz Jupitera i przenosili się na Long Island, by choć przez chwilę odpocząć od reżimu. Valdez znał naprawdę wielu z nich. Przychodzili i się z nim witali, a mnie obdarzali tylko rozbawionym spojrzeniem. Wiedziałam, że plotkują za moimi plecami. Spędzaliśmy z sobą mnóstwo czasu, a jedyne godziny, gdy Leo nie był ze mną to te nocne i wtedy, gdy musiał zajmować się swoim rodzeństwem, bo był grupowym. Któregoś dnia nie wytrzymałam i spytałam:
— Nie przeszkadza ci to, że gadają?
Podniósł na mnie swój rozbawiony wzrok. Maltretował właśnie Bogu winną stokrotkę, obrywając z jej płatki, jakby się bawił w "Kocha nie kocha". Gdy spytałam go, czemu to robi, odpowiedział, że sprawdza czy to prawda. Czy każda stokrotka ma faktycznie sto białoróżowych płatków.
— Szczerze Liz, niewiele mnie to obchodzi. Gadali już nie raz nie dwa i za każdym razem nie mieli racji, angelito.
Nie byłam pewna, o co mu właściwie chodzi. Trochę frustrowało mnie to, że mówił do mnie hiszpańskimi słówkami, a ja ich nie znałam. Wbiłam wzrok w domki bogów. Zastawiałam się, kiedy mój rodzic mnie uzna? Kim on w ogóle jest?
— We wtorek jest oficjalne rozpoczęcie sezonu letniego. Zawsze z tej okazji urządzamy "Bitwę o sztandar". Uwielbiamy tłuc się nawzajem.
Zachichotałam. Choć Iris starała się jak mogła, przynajmniej trzy razy w tygodniu jakieś dzieciaki powybijały sobie zęby w sprzeczce. Ograniczenie przemocy nie za bardzo jej wychodziło. Leo spojrzał na mnie zupełnie poważnie, a z jego twarzy zniknęło rozbawienie.
— Chce, byś wzięła w tym udział.
W ustach zrobiło mi się zupełnie sucho.
— Leo, ja...
— Wcale nie, jesteś gotowa! — zaprzeczył temu, czego nawet nie wypowiedziałam, bo mnie ubiegł. — W tym wszystkim chodzi o to, by ciągle coś osiągnąć. Kolejny krok. Nie proponowałbym ci tego, gdybym uznał, że nie jesteś odpowiednio wyszkolona.
Spojrzał na mnie twardo, a ja się ugięłam. Nie było sensu, by się z nim spierać.
— No, a teraz — odparł, relaksując się — możesz zjeść ten słonecznik. Nie przepadam za nim.



DWA MIESIĄCE W JEDNYM ROZDZIALE. BUM! POBIŁAM REKORDY.

Szafa nadal nie chce się naprawić, więc uciekam do Nowej Zelandii. Od wszystkich. Od tej całej cholernej szkoły i jesiennej depresji. Upiłabym się tak porządnie, ale zostałam po mamie obdarzona mocną głową, a obawiam się, że tata się alkoholem nie podzieli. Żartuje. W kwestii upijania się.


ZA TYDZIEŃ OPUBLIKUJE NAJLEPSZY ROZDZIAŁ JAK DO TEJ PORY. TO BĘDZIE DIAMENT I ZŁOTO, MÓWIĘ WAM. Będzie taka akcja, że polecam mieć tabletki uspakajające przy sobie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis