sobota, 15 października 2016

Rozdział XV - Naleśniki



Lisette się rozchorowała. Pojąłem, że to moja wina, bo pozwoliłem jej biegać boso w samej koszuli nocnej w czasie burzy, a potem godzinę później bawić się nad morzem. I jeszcze nie kazałem jej ubrać się ciepło na ognisko, bo same jego ciepło i gorąca czekolada mogły nie wystarczyć. Dziewczyna przeleżała dwa dni w łóżku, pijąc gorącą herbatę i oglądając "Harry'ego Pottera", czasami robiąc sobie przerwę na sen. Nie miałem serca dręczyć jej lekcjami mitologii i greki, więc przynosiłem ciastka oraz gorącą czekoladę i razem oglądaliśmy filmy. Trzeciego dnia, około południa, stwierdziłem, że dosyć tego dobrego. Wpadłem do jej pokoju, uprzednio pukając. Zastałem ją na łóżku, przykrytą grubą pierzyną i wycierającą nos.
— Hej, Liz — przywitałem się, choć widzieliśmy się już dzisiejszego dnia. — Wstawaj, zabieram cię na wycieczkę.
— Wycieczkę? — zdumiała się i otarła nos. — Leo, jestem chora. Nie mam ochoty nigdzie się ruszać.
— Ale to zrobisz—odpowiedziałem jej wesoło. — Nie umierasz. To tylko przeziębienie. Będziemy robić naleśniki!
— Naleśniki? — powtórzyła, tym samym tonem zdziwienia co przedtem. Zmarszczyłem brwi.
— Co jest? Powiedziałaś mi, że lubisz naleśniki.
— Bo lubię — powiedziała. — A ty mi mówiłeś, że jesteś beznadziejnym kucharzem. Boję się być w kuchni z osobą, która potrafi spalić popcorn z mikrofalówki.
— Bardzo śmieszne — odmruknąłem, udając, że mnie uraziła i rzuciłem w nią poduszką, która leżała na krześle. — Ubierz się. Czekam na dole.
Zeszła po dwudziestu minutach, wpychając dłonie w kieszenie za dużej bluzy z kapturem i podciągając nosem. Można by było pomyśleć, że nigdy nie była przeziębiona. Wyprowadziłem ją na dwór. Słońce przyjemnie grzało, a chłodny wiatr mierzwił moje w włosy. Uśmiechnąłem się do blondynki, która szła obok mnie, a ta delikatnie odwzajemniła gest. Śmiało mogłem użyć kuchni, która znajdowała się w Wielkim Domu, ale chciałem, by Liz się nieco przewietrzyła. Prowadziłem ją do miejsca, w którym driady przygotowywały posiłki, razem z herosami, którzy posiadali nieco talentu kulinarnego. Gdy wszedłem z Liz do wielkiego, jasnego pomieszczenia, ukrytymi za drzewami niedaleko pawilonu jadalnego, wszyscy na nas spojrzeli. Dziewczyna schowała się za moimi plecami, a ja uśmiechnąłem się szeroko i pomachałem wszystkim zebranym.
— Cześć.
Rozległ się głośny pomruk, co brzmiało trochę jak "Hej" i znów stukanie garnkami odegrało główną rolę. Lais, jedna z driad, podeszła do mnie z założonymi na piersi ramionami. Miała zielonkawy odcień skóry, sterczące uszy znad rudawych loków, mnóstwo piegów i złote oczy z bursztynowymi plamkami. Ubrana w obozową koszulkę i jeansy z naszywkami kwiatów, mogłaby z daleka wyglądać jak jedna z obozowiczek. Cały jej strój z przodu zasłaniał niebieski fartuszek w białą kratkę.
— Leo? Co ty tu robisz? — spytała śpiewnym głosikiem.
— Ja i ta oto panienka — odezwałem się, pokazując kciukiem Lisette, która nadal chowała się za moimi plecami — przyszliśmy robić naleśniki.
Lais zmrużyła oczy, po czym powiedziała wolno.
— Tak, Iris mi mówiła. Ale byłam pewna, że żartuje. — Po czym odwróciła się i wrzasnęła na wszystkich. — Ej, ludzie! Valdez przyszedł gotować! Ma ktoś aparat?
Po sali rozległ się śmiech, a jedna z dziewczyn wyciągnęła polaroid i zrobiła zdjęcie. Rozległ się również chłopięcy głos.
— Niech ktoś sprawdzi, czy system przeciwpożarowy jest sprawny!
Lais zachichotała i zaprowadziła nas do jednego z wolnych stanowisk. Obydwoje dostaliśmy czerwone fartuszki i przy akompaniamencie śmiechu i śpiewów w kuchni, rozpoczęliśmy operację pod kryptonimem "Naleśnik". Liz dostała w swoje ręce książkę kulinarną, który była nieco za duża i zbyt ciężka, wiec położyła ją na stoliku i dyktowała mi przepis.
— Potrzeba nam 2 szklanki mąki, tyle samo mleka, dwa jajka i trochę wody mineralnej i dolać olej, to nie będziemy musieli go grzać na patelni. Oh, jeszcze cukier, by były słodkie. Trzeba połączyć ze sobą mleko, mąkę...
— Czekaj Liz, nie tak szybko — upomniałem ją. — Podaj mi mąkę.
Dziewczyna podała mi odmierzony składnik, ale pech chciał, że akurat kichnęła. Zamknąłem oczy, gdy biały pył osiadał na mojej twarzy. Otworzyłem je po chwili. Lisette wyglądała, jakby się miała rozpłakać.
— Jejku, Leo, przepraszam! Nie chciałam!
— Nic się nie dzieje — odpowiedziałem i sam dmuchnąłem w nią mąką. Dziewczyna pisnęła, a ja się zaśmiałem. — Teraz jesteśmy kwita.
Gdy zmieszaliśmy wszystkie składniki razem, rozgrzałem patelnie i wylałem ciasto, które zaczęło skwierczeć. Liz uwiesiła się mojego ramienia. Czułem jej oddech na mojej szyi, gdy nachylała się w stronę kuchenki, a jej włosy łaskotały mnie w policzek. Była nieco niższa ode mnie, niedużo, ale i tak wspięła się na palce, by lepiej widzieć.
— Chyba już. Leo, przewróć go! — pisnęła nagle, potrząsając moim ramieniem.
— A mi się wydaje, że jeszcze nie— odpowiedziałem, marszcząc brwi.
— A właśnie, że tak — wtrąciła się Lais, materializując się przy moim drugim boku.— Dziewczyna ma rację. Przewróć go albo puścisz z dymem budynek, który sam wybudowałeś.
Mruknąłem coś po hiszpańsku pod nosem, a nimfa zdzieliła mnie za to ścierką. Pierwszy naleśnik wyszedł... właściwie to nie wyszedł. Rozdarł się na dwie części. Udało mi się zrobić idealną sztukę za trzecim razem, kiedy Liz upomniała się o swoją kolej. Jej wyszło to za pierwszym razem. Uznałem, że oszukiwała. Po chwili na talerzu piętrzył się stos naleśników. Zadowoleni z siebie, oddaliśmy fartuszki, wzięliśmy dżem wiśniowy i brzoskwiniowy oraz łyżkę do smarowania, podziękowaliśmy a potem poszliśmy do pawilonu jadalnego. Siedząc przy pustym stole Hefajstosa, zajadaliśmy się własnym osiągnięciem kulinarnym. W pewnym momencie Lisette wybuchnęła śmiechem.
— Jesteś cały w mące.
Spojrzałem na siebie. Faktycznie, biały pył pokrywał każdą część mojego ubioru. A Liz niewyglądana lepiej.
— I vice versa — odpowiedziałem z uśmiechem. Po czym spoważniałem. — Lisette, chce, byś zaczęła od jutra swój trening. Wybierzemy ci broń, zbroję, sprawdzimy, w czym jesteś najlepsza. Może nam to pomóc w poznaniu twojego boskiego rodzica. I nie masz się czego obmawiać. Tylko ja będę cię szkolił i nawet na minutę nie zostawię cię samą. Czujesz się na siłach?
Lisette wpatrywała się w naleśnik, który miała posmarować. Nastała długa chwila ciszy, po czym podniosła swoje oczy. Błyszczały z podekscytowania w świetle dnia.
— Tak — odpowiedziała chicho. Po czym odchrząknęła i dodała. — Podaj mi brzoskwiniowy dżem. Chce go spróbować, zanim zjesz go sam.



Upał grzał mnie w plecy. Liz dreptała przy moim boku i rozglądała się dookoła. Ze zdenerwowania na przemian zaciskała dłonie w pięści i rozluźniała je. Moje motywacyjne gadanie na nic się nie zdało i dziewczyna nadal była spięta. Postanowiłem więc, że najpierw zrobię jej wycieczkę, a później wybierzemy broń. Najpierw skierowaliśmy się na ścianę wspinaczkową. Liz stała przez chwilę z głową zadartą do góry i patrzyła w osłupieniu na lawę. Po chwili pokiwała głową i powiedziała, że chce iść dalej. Pokazałem jej arenę, gdzie kilka dzieciaków, niezrażonych upałem, uparcie ćwiczyło w spiekocie dnia. Tu również zastygła w jednej pozie i patrzyła, jak ciemnowłosy chłopiec uskakuje przed ostrzem rudej dziewczyny, po czym kieruje ostrze w jej stronę i zręcznym ruchem wytrąca jej broń z dłoni. Na arenie rozległ się jego śmiech. Liz pokazała go palcem i spytała:
— Ja też tak będę potrafiła?
W odpowiedzi tylko się uśmiechnąłem. Wziąłem ją za rękę i pociągałem za sobą do zbrojowni. Był to niewielki budynek, mieszczący się nie daleko. Wyglądał tak, jak powinien. Na ścianach wisiały miecze, na półkach stały hełmy, a w kątach ułożone w stosy tarcze. Prócz tego pełno tutaj było włóczni, sztyletów, ochraniaczy na różne części ciała i zbroi. Podszedłem do części z mieczami, a Liz podążyła za mną jak cień. W powietrzu unosiła się woń stali i pasty do jej polerowania.
— Który ci się podoba? — spytałem. Lisette rozejrzała się po wszystkich sztukach i wzruszyła ramionami. — No więc próbujemy każdy z osobna.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Dziewczyna spróbowała każdego i za każdym razem miecz był źle wyważony. Po godzinie, gdy układałem wszystko na miejscu — bo gdyby Iris zobaczyła bałagan, wytargałaby mnie za uszy — Lisette zagadnęła.
— Leo? — Odwróciłem się do niej. Z nieśmiałym wyrazem twarzy trzymała w ręce sztylet. — Mogę go wziąć?
Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, bo przez cały nasz pobyt nie tryskała entuzjazmem, że wybiera sobie broń. Sztylet pasował do niej idealne. Delikatny tak samo jak ona. Podszedłem do niej i wyciągnąłem go z jej rąk. Rękojeść była gładka i czerwona, tak samo jak pochwa i skórzany pasek. Sztylet był przyozdobiony złotymi detalami, a na końcu głowicy błyskała głowa lwa. Uśmiechnąłem się do siebie.
— Pamiętam go — powiedziałem, wysuwając ostrze z pochwy. Zamigotało w promieniach słońca. — Zrobiła go moja młodsza siostra. Pomagałem jej przy nim. Miał fioła na punkcie "Opowieści z Narnii". Po dwóch latach się nim znudziła.
— Opowieści z Narnii? — powtórzyła Liz. Zapomniałem, jak mało wiedziała.
— Siedem książek. I nakręcono trzy filmy. Możemy je kiedyś obejrzeć. — Oddałem sztylet Lisette, która ujęła go delikatnie, niczym relikwie. — Będziemy oglądać fantastyczny świat, gdy sami w nim żyjemy.
— Czasami potrzeba nam odrobinę magii — odpowiedziała dziewczyna. — Widzi się wtedy świat odrobinie pięknej i wierzy się w szczęśliwe zakończenia.
Blondynka wpatrywała się w sztylet, więc nie mogła widzieć mojej zaskoczonej miny, a potem gorzkiego zawodu, że szczęśliwe zakończenia nie istnieją dla herosów.




□ 


Pamiętacie, jak mówiłam Wam, że jestem w kuchni dużo lepsza. No wiec ostatnio spaliłam garczek i chochelkę, gotując wodę w czajniku. Jak? Ano nie chciało mi się przestawiać garczka na inne miejsce, bo stał na palniku, na którym zawsze grzeję wodę. Położyłam więc czajnik na innym i włączyłam. Inteligentna ja poszła na górę spakować się do szkoły. Gdy wyszłam z pokoju, poczułam swąd spalonego... czegoś. Okazało się, że włączyłam nie ten palnik, który powinnam i zamiast grzać wodę, podgrzewałam pusty garczek z chochlą. Rodzice, którzy wrócili za ten czas z zakupów, nie mogli się nadziwić, że to w ogóle możliwe.

NALEŚNIKI! I dziś, zupełnie przypadkowo, mama robiła naleśniki. Połączenie mózgowe z wattpadem?

Lisette wybiera broń! I już niedługo ją użyje. A my powolnymi kroczkami zbliżamy się do przybycia Mackenzie do obozu.


Będzie wielkie bum! nie tylko z Lenzie w roli głównej. 

Dobra, ja się już zamykam, bo wygadam wszystko.

ps. Czy Wam też palce odpadając z zimna?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis