sobota, 15 października 2016

Rozdział XIV - Godzina szczerości


Przebrany w suche ubranie, czekałem, aż Lisette się przyszykuje. Obracałem w palcach wianek ze stokrotek, który miał zdecydowanie dość mojego towarzystwa i patrzyłem, jak rozczesuje włosy, cała rozpromieniona. Nie widziałem u niej takiego uśmiechu od bardzo dawna. Po chwili zauważyła, że jej się przyglądam i nieśmiało spytała:
— Mógłbyś?
Przywołałem się do porządku, wziąłem się w garść i podszedłem do niej. Wziąłem od niej szczotkę i rozczesałem jej złote loki, a potem powoli, zacząłem splatać francuza. Włosy Lisette były miękkie i jedwabiste, całkowicie inne niż wtedy, gdy tutaj trafiła. Zdawały się promieniować własną poświatą. Na końcu włożyłem jej na głowę wianek mojego autorstwa. Uśmiechnęła się do mnie i musnęła palcami kwiaty.
— A to skąd potrafisz? — spytała z dziecięcą ciekawością. W odpowiedzi tylko się uśmiechnąłem. — Dziewczyna od warkoczy?
Musiałem całą silą woli się nie skrzywić, więc najzwyczajniej w świcie kiwnąłem głowa, jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna jeszcze chwilę przyglądała mi się roziskrzonymi oczyma, po czym najzwyczajniej w świecie straciła ochotę na rozwijanie tematu.
Lisette założyła kwiecistą sukienkę do kolan, z długimi rękawami. Nie byłem pewny, czy będzie jej tak wygodnie, bo większość obozowiczek chodziła w jeansach lub krótkich spodenkach oraz pomarańczowych koszulach. Liz chciała jednak wyglądać magicznie. Udało jej się, choć prawie błagałem, żeby ubrała buty. Uparła się, że uczucie chodzenia po trawie jest o wiele fajniejsze. Musiałem zachować się jak ojciec rozkapryszonej ośmiolatki i nakłonić ją do założenia obuwia.
Podałem jej ramię. Dziewczyna ujęła je i podskakując u mojego boku, ruszyła na swoje pierwsze w życiu ognisko. Mówiła, że pamiętała pikniki i grillowanie. Ale nie ogniska. Pozytywna energia dosłownie ją rozsadzała i na moje usta mimowolnie wpłyną uśmiech. Sam nie byłem na ognisku od wieków, choć ogień był moim żywiołem i lubiłem być blisko niego. Do czasu.
Denerwowałem się. Nadszedł czas, by poznać Lisette z innymi ludźmi. I choć chciałem im wszystkim — zwłaszcza Juliet, ale zaznaczmy, że nie jestem wredny — zaśmiać się w twarz, śpiewając : "A nie mówiłem? Znowu miałem rację! Liz nie jest szalona!", coś mnie blokowało. Kiedy wszystkie oczy zwróciły się na nas, ogłupiałem. Liz była rozpromieniona i wkrótce rozległ się krzyk tak głośny, jakby walił się budynek Empire State Building, a ja nadal stałem jak kołek. Dzieciaki otoczyły nas ze wszystkich stron, zaczęły szarpać ją za sukienkę, domagając się uwagi i by się z nimi pobawiła. Lisette uśmiechnęła się jeszcze szerzej, promieniując szczęściem i wyglądając w świetle ognia pięknie, a ja przełknąłem głośno ślinę. Chwile później zostałem pociągnięty w stronę stołu z kakaem przez blondynkę i zgraję dzieciaków, które otoczyły nas jak elfy Świętego Mikołaja. Wcisnęła mi w dłoń papierowy kubeczek, a potem sama upiła ze swojego, głośno wzdychając i rozpływając się nad smakiem napoju. Któreś z dzieciaków krzyknęło propozycję zabawy w berka, na co blondynka zapiszczała i wielkimi oczami spojrzała na mnie, mamrocząc cicho:
— Mogę? Leo? Mogę? Proszę? Mogę? Nooo proooszę! Mogę?
Kiwnąłem głową. Lisette pisnęła i uciekła z nowymi znajomymi, a ja poczułem się, jakby moja ośmioletnia córeczka właśnie dorosła i zaczęła imprezować. Po chwili przy moim boku pojawiła się Piper, trącając mnie swoim biodrem, z kubeczkiem herbaty w dłoni.
— No proszę! Kogo moje piękne oczy widzą?
Mruknąłem coś, nie spuszczając oczu z Lisette, która zaczęła skakać z młodziakami do jakieś piosenki w stylu country, której nie znałem. Wprowadzała powiew świeżości na ognisko. Starsi obozowicze patrzyli na nią zdziwieni, gdy łamała wszystkie zasady. Osiemnastolatki nie skakały jakby robiły to po raz pierwszy w życiu. W jej przypadku to była prawda. Wkrótce ludzie zaczęli wstawać ze swoich miejsc, na których siedzieli i powoli dreptać w miejscu, a potem całkiem się rozluźnili i zaczęli nawet śpiewać w rytm muzyki.
— Możemy później pogadać? — spytała Piper, uważnie się mi przyglądając. Po braku mojej reakcji, pstryknęła mi przed oczami. — Leo! Słuchasz ty mnie w ogóle?
— Co?— mruknąłem, jakby obudzony z transu. Brunetka pokręciła głową.
— Możemy potem porozmawiać? — powtórzyła cierpliwie. Upiłem łyk kakaa.
— Jasne, jak tylko odprowadzę Liz po ognisku do pokoju. Może być tutaj? Przepraszam Piper, muszę iść — spławiłem ją, oddając w jej donie swoje napoczęte kakao. Nie widziałem dokładnie Lisette. A na widok ludzi, którzy nagle się nią interesowali, sprawili, że poczułem się nieco zazdrosny.
Gdy sobie to uświadomiłem, roześmiałem się, a grupa dzieciaków spojrzała na mnie jak na wariata. Jakbym to ja był szalony, a nie jak twierdzili wcześniej, Lisette.



Piper usiadła obok mnie, nasze kolana się zetknęły. Położyła swoją głowę na moim ramieniu i z uwagą obserwowała płomyki, które wystrzeliwały z moich palców.
— Uszczęśliwiłeś kolejną osobę, Leo.
Nie odezwałem się. Prawda, Lisette po osiemnastu latach życia odnalazła spokój. Może przebywać na świeżym powietrzu, rozmawiać i wierzyć, że choć dziesięć lat przesiedziała w małej, zamkniętej celi, teraz będzie lepszym człowiekiem. Stworzy siebie na nowo. Ma drugą szansę. Nie będzie już obserwowana, truta lekami i nikt jej nie będzie wmawiać, że jest złym człowiekiem.
Uszczęśliwiłem kolejną osobę. Więc dlaczego, do cholery, sam nie czuje się szczęśliwy?
— Muszę cię o coś spytać — zaczęła cicho, odsuwając się ode mnie, lecz biorąc jedną moją dłoń, która była wolna, w swoją. — Chcę, abyś odpowiedział szczerze i zastanowił się nad odpowiedzią.
Dopiero wtedy na nią spojrzałem. Płomyki odbijały się w jej różnobarwnych tęczówkach, który nosiły znamiona troski i zmęczenia. Jej mina była poważna, ale to tylko dodawało jej uroku i sprawiało, wyglądała jeszcze piękniej. Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
— Czy zakochałeś się w Lisette?
Zamrugałem zbity z tropu i nie całkiem pewny, czy dobrze usłyszałem.
— Co proszę?
— Widzę jak na nią patrzysz. Takim rozmarzonym wzrokiem, jakbyś odpływał z tego świata.
— Piper, ty nie jesteś poważna — odpowiedziałem lekko wstrząśnięty. Czemu dziewczyny zawsze muszą odbierać odrobinę życzliwości jako flirt? Po minie mojej najlepszej przyjaciółki poznałem, że jednak jej słowa są wypowiedziane całkowicie świadomie i nie jest pod wpływem żadnych odurzających środków.
— Nie odpowiadaj mi od razu, tylko się nad tym zastanów! — powiedziała nieco błagalnie. — Nie mam cię za takiego człowieka, ale muszę zapytać, bo nie daje mi to spokoju... Czy jeśli się zakochałeś, to wykorzystujesz Lisette jako sposób by zapomnieć o Mackenzie?
Nie wytrzymałem. Wstałem wściekły bez słowa z zamiarem odejścia od wypalającego się ogniska, ale Piper wciąż trzymała mnie pewnie za rękę i gdy tylko wystrzeliłem do góry, pociągnęła mnie z powrotem na dół.
— Leo... — zaczęła ostrożnie z błaganiem w głosie. Spojrzałem na nią z chęcią mordu w oczach.
— Powiedz mi Piper, czego się w tej chwili spodziewałaś? Co ty do cholery sobie myślisz, zadając mi takie pytania?
— Bo mówisz, że już wszystko w porządku. A ja nie mogę patrzeć, jak to cię wyniszcza od środka. Nie mogę patrzeć, jak każdego dnia dajesz z siebie coraz więcej i więcej, nie patrząc na własne potrzeby. Poświęciłbyś życie dla drugiej osoby, byleby przestać to czuć. Minęły trzy lata, Leo. I przestań przede mną udawać, że już jej nie kochasz. Bo robisz to odrobinę zbyt mocno.
— Więc skoro tak bardzo kocham Mackenzie — odparłem, czując, jak jej imię ledwo przechodzi mi przez gardło — to dlaczego miałbym zakochać się w Lisette?
Piper uśmiechnęła się smutno, prawie melancholijnie.
— Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym lekiem na miłość do kobiety to zakochanie się w drugiej.
— I co?
— Ten, kto to powiedział, był cholernym kłamcą. Nie powtarzaj jego błędu, Leo.
Wyprostowałem się. Ognisko już całkiem wygasło, a jedynym źródłem światła były gwiazdy nad naszymi głowami. Nie czułem już ciepła, które dawał żar wypalającego się ogniska.
— Nie kocham jej, Pipes. Tylko kiedy ją widzę, ma wrażenie, że zaprzepaściłem swoją życiową szansę. Ona ma krew na rękach i potrafi cieszyć się głupią fala, która podmywa jej stopy. Ja mam krew na rękach i gdy widzę falę, mam ochotę się w niej utopić. Lisette potrafił odnaleźć radość w małych rzeczach. A gdy kręci się w kółko i w kółko do rytmu muzyki, mam wrażenie, że jej włosy stają się proste i ciemne, jej błękitne oczy ciemnieją i zapalają się w nich złote plamki, a uśmiech potrafi rozjaśnić mrok szarej codzienność, którą żyłem, odkąd Kalipso mnie zostawiła. Powiedziała, że nie może patrzeć na własne odpicie w lustrze i udawać, że wszystko jest w porządku.
Piper tylko patrzyła. Wziąłem głęboki oddech, by się uspokoić. Mam dwadzieścia jeden lat. Jestem nieco za duży, by płakać.
— Zbyt bardzo ją kocham— zakończyłem cicho.



□ 

Lenzie Shippers reaction:




Ania w końcu zabrała się do nadrobienia rozdziałów z "Alfabetem Morse'a". Trzeba przyznać, ze moja przyjaciółka ma power, bo zaczęła czytać w czerwcu, jeśli nie wcześniej. Nie, czekaj. Marzec to był. No i czytała scenę, gdzie zabijają Troian i mi się autentycznie rozpłakała na lekcji. Wieczorem tego dnia dostałam sms'a: "ZABIJĘ CIĘ!!!!". I wtedy wiedziałam, że skończyła. Moje przypuszczenia okazały się słuszne, bo rano, gdy tylko mnie zobaczyła, próbowała mnie udusić. Pozdrawiam Anię, moją niedoszłą morderczynie!

Liper klimaty wyczuwam tutaj. Ogólnie, lubię ich przyjaźń i skupie się na niej trochę w tej części. I tak, wyjaśnię, czemu Jason i Piper zerwali, ale później. Będzie śmiechowo trochę, z tym Liper. 


Spójrzcie na to cudo. Narysowała go OlkaMurkos zainspirowana poprzednim rozdziałem ♥ Ja się totalnie zakochałam. Opublikowała to zdjęcie na swoim instagramie: https://www.instagram.com/olkablabla/

No kocham Was, tak po prostu. I patrzę co tam w następnych rozdziałach. Chce zakomunikować, że za trzy rozdziały akcja będzie wartka, więc przygotujcie sobie chusteczki i coś na uspokojenie. Ale wcześniej będzie jest trochę L&L moments. No to tyle, pa pa ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis