sobota, 1 października 2016

Rozdział XIII - Taniec w deszczu



Gdy przyszedłem, Liz oglądała kolejny film. Polubiła je, a gdy człowiek siedzi sam ze swoimi myślami, najlepiej jak włączy film. Inni czytaj książki, ale gdy jest się herosem z ADHD, to seans jest najlepszą opcją.
Właśnie trwała ostatnia scena. Główna bohaterka nieśmiało stanęła naprzeciw ukochanego mężczyzny. Jej włosy, płaszcz i twarz były całkiem mokre od deszczu, woda i łzy płynęły po policzkach. Z zakłopotaniem wyjąkała kilka słów.
— Gdzie kot?
Mężczyzna pokręcił delikatnie głową i jakby nie do końca świadomy swoich słów, odpowiedział:
— Nie wiem.
Kobieta zaczęła szukać swojego pupila wśród koszy na śmieci i wielkich, drewnianych pudeł, nawołując "Kocie!". Zrezygnowana, spojrzała na mężczyznę, który bacznie się jej przyglądał. Po chwili napięcia, gdy ich spojrzenia się spotkały, w tle dało się usłyszeć ciche miauknięcie. Właścicielka z płaczem zaczęła tulić do piersi rudego kota, jakby straciła go na cały rok, a nie na dziesięć minut, głaszcząc go i całując po małym i mokrym łbie. Schowała rudzielca nieudolnie pod płaszcz i wstała. W tle rozbrzmiała muzyka, gdy stanęła naprzeciw mężczyzny i uśmiechnęła się. On wyciągnął ramiona w jej stronę i przyciągną do siebie, a potem z czułością pocałował.
Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Ten film, Śniadanie u Tiffaniego, przywoływał we mnie wspomnienia, które kuły mnie w piersi. Uwielbiała ten film. Choć przespałem połowę seansu, gdy go razem oglądaliśmy, wiedziałem, jak bardzo go kocha. Zachwyt na jej twarzy był dla mnie wszystkim. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę chciał sprawić, by uśmiech na jej twarzy nigdy nie zgasł. Nie udało mi się.
Otrząsnąłem się z zadumy i spojrzałem na Liz, która przycisnęła do ust dłonie z podniecenia. Gdy wyświetlił się napis "The End", rozpocząłem rozmowę, siadając na skraju jej łóżka, w dość dużej odległości.
— Podobał ci się?
Kiwnęła głową z zachwytem wymalowanym na jej pięknej twarzy. Leciały napisy, a w tle grała muzyka. Liz zwróciła w moją stronę szkliste oczy i powiedziała:
— Nie pamiętam deszczu, wiesz? Tego uczucia, gdy wszystko, co masz na sobie, moknie. Chciałabym to kiedyś przeżyć. Mama zawsze mi zabraniała, mówiąc, że się rozchoruję.
Po czym zmieniła temat i zaczęła opowiadać o filmie i o kocie, który został jej ulubionym bohaterem. Zaczęła wymyślać zabawne imiona dla pupila Holy, a potem skupiła się na głównej bohaterce, którą niezbyt zresztą polubiła. Jej podniecenie było dla mnie czymś niezwykłym. Nie mogła przestać mówić. Pamiętam, że Ona, gdy ekran był tylko ciemnym kwadratem, jeszcze przez chwilę siedziała w zupełnej ciszy. Niby bo innego miała zrobić? Nie walczyła ze wzruszeniem, nawet nie starając się ocierać policzków, po których płynęły słone łzy. Udałem wtedy, że śpię, przyglądając się jej spod przymrożonych powiek, ale Ona nie zwracała na mnie uwagi. Jej nieco urywany oddech był przeciwieństwem moje, spokojnego i miarowego. Minęła upłynięciu kilku minut, otarła łzy, jakby wdzięczna, że nikt nie widział jej wzruszenia, wstała wyłączyła telewizor. Dopiero wtedy spostrzegła, że usnąłem. Uśmiechnęła się smutnie, po czym delikatnie położyła głowę na moim ramieniu, którym ją obejmowałem wcześniej, gdy naprawdę zmorzył mnie sen. Po chwili zasnęła, bo była dość późna godzina. Na drugi dzień bolały nas karki od spania na kanapie w Wielkim Domu. Ale wzrok Juliet, jakby mnie sztyletowała, jakbyśmy robili nie wiadomo co, wynagrodził mi ból.
Po dwóch godzinach oznajmiłem Liz, że muszę wrócić do obowiązków, a ona, maskując żal, kiwnęła głową. Zamknąłem ją na klucz i obracając go w dłoni, powoli zszedłem na dół i skierowałem się do gabinetu Iris. W mojej głowie postał plan, rysujący się w wyobraźni ostrymi kolorami.
Kobieta siedziała przy biurku i porządkowała papiery. Usiadłem naprzeciw i odkrzyknąłem. Bogini podniosła wzrok i uśmiechnęła się ciepło. Była ubrana w stylu lat 70. Czerwona koszula w drobne kwiaty kontrastowała z niebieską spódniczką i chustą tego samego koloru. Gęste włosy związała w kucyk, który kołysał się, gdy siedziała pochylona i pisała.
— Co tam? — spytała, przybijając jakiś dokument pieczątką.
— Odpowiadasz za pogodę w obozie, prawda? — spytałem niewinnie. Kobieta założyła ręce na piersi, odchyliła się do tyłu na krześle i spojrzała na mnie, jakby mnie przesłuchiwała w sprawie zniknięcia ciasteczek, ukrytych w górnej szafce w kuchni.
— Co ty knujesz, Leo?
Westchnąłem, przeczesując włosy palcami. Moim umyśle ta rozmowa wydawała się dużo prostsza i kończyła się optymistycznym przyjęciem mojego pomysłu przez boginię.
— Chcę, by za jakiś tydzień spadł w obozie deszcz. Tylko nie jakaś tam mżawka, ale prawdziwa ulewa, jak w finale "Śniadania u Tiffaniego". — Bogini podniosła brwi, a ja wypaliłem, choć przyrzekłem sobie, że tego nie powiem. — Uważam, że już jest gotowa.
— Leo...
— Jestem tego pewien. Tyko mi zaufaj.



■ 


Tydzień później wpadłem do pokoju Liz. Dziewczyna czesała w zamyśleniu włosy, ubrana w długą podomkę, która była jej ulubioną. Zdradziła mi, że czuję się wtedy Elizabeth Bennet. Najwyraźniej dopiero co się obudziła, choć było po południu. Oglądała filmy do późna w nocy, a potem ją odsypiała. Uśmiechnąłem się do niej ciepło i przywitałem się.
— Dzień dobry, Liz. Mam dla ciebie niespodziankę.
Podniosła głowę, pozbywając się ze swojej twarzy zamyślenia i uśmiechnęła się. W jej oczach zapaliły się iskierki dziecinnej ciekawości. Odrzuciła na plecy swoje gęste włosy i wstała. Stanęła przede mną i zaczęła zaglądać mi przez ramię, jakbym coś chował za plecami. Byłem od niej wyższy, więc wspinała się również na palce, by coś dostrzec.
— Cześć. Co tam masz? To nowy film?
Zaśmiałem się i złapałem ją za rękę.
— Nie, mam coś lepszego — odpowiedziałem, po czym spoważniałem. — Czy jesteś gotowa na następny krok? Na następną zmianę w swoim życiu? — Dziewczyna kiwnęła głową, a jej usta rozchyliły się, zaskoczona moimi słowami. Uścisnąłem jej ciepłe palce. — W takim razie mi zaufaj.
Pociągnąłem ją lekko za sobą. Była nieco dezorientowana, ale nie opierała się. Patrzyła mi w oczy, tylko czasami rozglądała się naokoło, by ocenić nowe otoczenie. Zeszliśmy po schodach, a potem, skierowaliśmy się do wyjścia.
Na ganku było pusto, a zajęte zazwyczaj bujane fotele, kołysały się niespokojnie. Wiatr posyłał w naszą stronę nieprzyjemne, zimne podmuchy a nad Obozem Herosów, na którym od lat nie było żadnej burzowej chmury, wisiały one ciemne i złowieszcze. Powietrze było wilgotne i ciężkie. Liz wytrzeszczyła oczy i rozglądnęła się z zachwytem. Badała każdy szczegół, cieszyła się ciepłym, prawie dusznym wiatrem. Po raz pierwszy od długiego czasu była na zewnątrz bez tabunów opiekunów i nie odurzona lekami. Jej twarz rozjaśnił uśmiech, który mógłby rozpędzić chmury zwiastujące burze stulecia. Była w samej cieniutkiej koszuli nocnej do ziemi i obejmowała nagie ramiona, jakby było jej zimno. Faktycznie, drżała. Ale nie z zimna, tylko z euforii.
Ciężkie krople deszczu zaczęły spadać z nieba. Lisette stała na werandzie i patrzyła się z błogością wypisaną na twarzy w dal. Gdy rozpadało się na dobre, nieśmiało i prawie z namaszczeniem, wyciągnęła najpierw palec wskazujący, późnień całą dłoń przez siebie, w ścianę deszczu. Z jej gardła wydobył się cichy jęk zachwytu. Pierwszy raz od dziesięciu lat widziała deszcz. Zrobiła mały krok do przodu i wyciągnęła druga dłoń. Teraz deszcz obmywał jej ramiona. Oparłem się o framugę drzwi i obserwowałem ją. Dziewczyna zeszła po schodkach z werandy i jej postać stanęła w deszczu. Koszula namokła i przykleiła się do jej ciała. Lecz właścicielka się tym się przejmowała. Stala z głową zadartą do góry i patrzyła, czuła, rozkoszowała się uczuciem wody spływającym po swoim ciele. Po dwóch minutach z jej gardła wydobył się głośny i donośny śmiech szczęścia. Patrzyłem zahipnotyzowany, jak powoli zaczyna stawiać kroki, potykając się o długą koszule i własne nogi, próbuje biegać, wciąż się śmiejąc. Zaczęła kręcić się wokół własnej osi, z ramionami rozpostartymi, jakby chciała odlecieć. Jej kręcone, blond włosy zaczęły zwijać się w nieskoczną ilość spiralek. Przez cały czas miała przymknięte oczy i otworzyła je dopiero wtedy, gdy stanęła i wyciągnęła rękę w moja stronę, z zapytaniem w niezwykłych tęczówkach.
— Leo?
Tego się nie spodziewałem. Załatwiłem ten deszcz dla niej, by spełnić jej marzenie, ale się w nie nie chciałem mieszać. To była jej chwila. A teraz sama mnie do niej zapraszała. Nie ufnie postawiłem pierwszy krok w ulewę. Moje ubranie zrobiło się ciężkie od ciepłego deszczu. Ledwo widziałem coś na odległość kilku metrów, ale skoncentrować się na jej dłoni. Po raz pierwszy sama pragnęła obcego dotyku. Nasze dłonie się splotły, a ona uśmiechnęła się promiennie. Złapała mnie za druga i zaczęła się kręcić i kręcić, zanosząc głośnym śmiechem. Po chwili na moje usta również wpłyną uśmiech i wtedy niespodziewanie mnie pościła i zaczęła sama tańczyć, a ja prawie straciłem równowagę.
Jej włosy zrobiły się ciemne i proste, ona sama jakby urosła a skóra dziewczyny nabrała ciemniejszej barwy... Zamrugałem i wrażenie znikło.
Lisette puściła się ze śmiechem w dół zbocza. Pobiegłem za nią, a ona tanecznym krokiem biegła wzdłuż strumienia w stronę plaży. Nawet była zadyszała, gdy minęliśmy teatr, a ja ledwo za nią nadążałem. Deszcz przestał padać, gdy wbiegła na plaże i stanęła zafascynowana, jakby onieśmielona jego pięknem. Gdy stanąłem po jej stronie, pokazała palcem w dół. Spojrzałem pod swoje stopy.
— Czy to piasek? — spytała, a ja kiwnąłem głową. Zachichotała. — Łaskocze.
Zaczęła stawiać ostrożne kroki bosymi stopami. Szła, jakby w letargu, w stronę morza. Usiadłem na mokrej trawie. Nie robiło mi to różnicy, bo i tak bylem cały przemoczony. Lisette podeszła do fali, która podmyła jej stopy. a ona zapiszczała w moja stronę:
— Zimne!
Przez dobra godzinę uciekała przed falami. Całkowicie wyschłem i zacząłem splatać wianek ze stokrotek, gdy młodsi obozowicze, sześciolatki i z mniejszego przedziału wiekowego, dołączyły się do niej. Siedziałem z uśmiechem, obserwując ją katem oka i splatając kwiaty. Wyglądała jak Alicja z Krainy Czarów. Beztroska. Prostolinijna. I radosna.
— Liz! — zawołałem. Dziewczyna odwróciła się i niechętnie do mnie podeszła. Około dziesiątka dzieciaków gapiła się na nas. — Musimy wracać.
Do moich uszu dobiegł zbiorowy jęk zawodu wydobywający się z ust małych herosów. A potem milion pytań, zadanych w tym czasie jednocześnie, więc zrozumiałem tylko kilka z nich.
— Może jeszcze chwile zostając?
— A musi już iść?
— My też możemy z nią pójść?
Lisette spojrzała na mnie z błagalnym wyrazem twarzy, niczym psiak, kory prosi swojego pana o kawałek przysmaku. Zastanowiłem się przez chwilę.
— Zrobimy tak — odparłem po namyśle. — Wrócimy do Wielkiego Domu, przebierzesz się i pójdziemy na ognisko.
Wybuchł krzyk radości, brzmiący niczym bomba nuklearna. Liz uśmiechnęła się, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą, biegnąc boso z rozwianymi włosami.



□ 



Nadal nie naprawiłam swojej szafy i nie mam jak dostać się do Narnii. Fuck. A w tym tygodniu cały wszechświat uwziął się na moją klasę, więc sprawdziany i kartkówki w każdym dniu tygodnia. 

Fragment z tańcem w deszczu był jednym z pierwszych, które napisałam do tej części. Nie piszę chronologicznie, w przeciwieństwie do tego, jak został napisany "Alfabet Morse'a". Jak na razie utknęłam w 21 rozdziale i brak mi pomysłów, jak wypełnić dziurę między następnymi rozdziałami. I jak na złość, to rozdziały z perspektywy Mackenzie. Motyw "Śniadania u Tiffaniego" będzie się pojawiał bardzo często. Ja ten film ubóstwiam, prawie tak samo jak Rzymskie wakacje.


Justysia się rozchorowała w tym tygodniu i gdy miała dość pisania rozdziałów, stworzyła coś takiego. Jest to zbiór piosenek, które tematycznie są powiązane z fanfiiction. Niektóre dodałam do rozdziałów, inne nie. Będziecie mogli je pobrać ( za darmo, dont worry), gdy Aflabet Morse'a dobije do 20K. Prócz edycji AM, mam jeszcze soundtrack do "Opętanej". Jak zdobędziecie "album", wytłumaczę Wam w notce, gdy słowo stanie się rzeczywistością. I pięknie dziękuje xbradscookiex, która zgrała do każdej piosenki oładkę albumu. A lot of love ♥



Jak tam Wasze L&L serca? Żyjecie?

ps. L&L to Leo i Lisette, bo brak dobrego nazwy paringu, ok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis