sobota, 29 października 2016

Rozdział XVII - Potrzebuję cię





Gdy obudziłam się we wtorkowy ranek, było cicho. Nie chodziło mi tutaj o wrzaski półbogów, którzy darli się wniebogłosy pod moim otwartym oknem, uświadamiając znajomych, jak bardzo tęsknili albo co zrobią sobie nawzajem, gdy ich MP4, które zniknęło poprzedniego lata, się nie znajdzie.
Cicho było w mojej głowie. Leżałam na plecach z głową zapadniętą w miękka poduszkę i patrzyłam na sufit pokoju. Miałam swój umysł tylko dla siebie i słyszałam tylko moje myśli. Bez szeptów namawiających mnie do okropności. Bez chichotów, gdy coś, na czym mi zależało nie wychodziło. Cisza. Ogłuszająca pustka.
Wstałam, stopami dotykając zimnych drewnianych paneli. W łazience też było cicho. Gdy brałam poranny prysznic, słyszałam jedynie przyjemny szum wody. Ubrałam się, uczesałam i zaścieliłam łóżko, na którym usiadłam i czekałam na Leona. W końcu zjawił się z talerzami, na których były góry naleśników.
— Dzień dobry — zaświergotał, po czym spojrzał na mnie i jego uśmiech nieco przybladł. — Wszystko w porządku?
— W najlepszym — odpowiedziałam. Jedząc śniadanie rozmyślałam, jaka ta cisza jest niepokojąca. Byłam wolna. W mojej głowie byłam tylko ja sama.
Dzień miął mi na poznawaniu nowych obozowiczów, a ja podczas tych sytuacji byłam nieobecna i wciąż rozkoszowałam się ciszą. Leo rzucał mi od czasu do czasu zaniepokojone spojrzenia, na które odpowiadałam szerokim uśmiechem. Wtedy nieco się odprężał.
Kiedy po kolacji oznajmił, że pomoże mi się przygotować, gruszka zacisnęła mi się w gardle. Spychałam myśl o wieczornej "Bitwie o sztandar" w sam zakątek świadomości. Aż w końcu nadeszła. Ubrałam wygodne, długie spodnie i sportowe buty. Nie mam pojęcia, skąd Leo to wszystko wytrzasnął, pomyślałam, wkładając przez głowę bluzkę. Sprawdziłam, czy na pewno będzie mi wygodnie. Strój zdał test, więc zawiązałam swoje złote loki w kucyk. W końcu zjawił się Leo, ubrany w swoją własną zbroję. Uśmiechnął się na widok mojej niepewnej miny. Sam wyglądał olśniewająco w swojej zbroi i robił ogromne wrażenie. Jego głos zabrzmiał w mojej głowie, gdy przypomniałam sobie słowa, który wypowiedział dawno temu. "Kobieto, wróciłem do żywych po tym, jak popełniłem spektakularne nie-samobójstwo, zostałem mianowany Parysem i rozpętałem największą wojnę pomiędzy bogami i herosami wciągu ostatnich stuleci."
Wtedy jeszcze nie kojarzyłam mitologii. Nie wiedziałam, że Parys walczył o swoją ukochaną. Wszystkie wątki zaczęły łączyć się w całość. Nie byłam w stanie powstrzymać ciekawości, choć miałam świadomość tego, że chłopak nie lubi o tym mówić.
— Leo? — zagadnęłam nieśmiało, on mruknął znad mojego ramienia, gdzie mocował zbroję. — Kiedyś powiedziałeś mi, że zostałeś ogłoszony Parysem i rozpętałeś wojnę. Skoro tak, to... kto był Heleną?
Jego palce zastygły na moment na rzemieniu, które akurat mocował. Podczas tych trzech razy, gdy poruszaliśmy ten temat przypadkowo, jego wzrok gdzieś uciekał. W końcu odezwał się chicho, aż stanęły mi włoski na karku.
— Nieważne. Ona odeszła, Liz. Nie ma o czym mówić.
Zawsze mówił, że odeszła. Co to oznaczało? Umarła? W Iliadzie przeżyła wojnę, a Parys nie. A Leo dawał się być całkiem żywy...
— Czy to była dziewczyna od warkoczy i wianków? Córka Demeter? — drążyłam dalej delikatnym tonem. Nie potrzebowałam widzieć jego miny, by widzieć, że mam rację. Wystarczała ogłuszająca cisza. — Ona nigdy nie odejdzie, wiesz o tym? Będzie z tobą tak długo, aż jej na to pozwolisz.
Zacisnął ostatnie dwa rzemienie mojej zbroi, po czym przymocował sztylet do mojego pasa, a potem miecz, który sam dla mnie wykuł. Stanął naprzeciw mnie, a w jego oczach błysnęła iskierka dumy, gdy mierzył mnie krytycznym wzrokiem.
— Wyglądasz niesamowicie, Liz. — Znalazł się przy mnie. Czułam, że zaraz zemdleje. Jego ciepłe usta musnęły moje czoło. To w nie wymruczał parę słów. — Nie myśl o tym, Evans. A teraz chodźmy skopać parę tyłków.





Wszyscy zniknęli mi z oczu. Ta gra była okropnie brutalna, nawet jak na herosów. Najwyraźniej przemoc poprawiała im humor. Parę razy słyszałam określenia, które zapewne nie były czułymi słówkami i korciło mnie, by spytać Leona, co one znaczą. Idąc przez ciemny las, nie mogłam uwierzyć, że dopiero co stałam przy pawilonie jadalnym z własną drużyną i ustalaliśmy plan ataku.
— Lisette będzie osłaniać tyły.
— A dlaczego tak? — sprzeciwiła się Juliet. Zawarliśmy sojusz z domkiem Demeter, co Leo skomentował błędem swojego życia.
— Bo ja tak mówię.
Trzymałam spoconą rękę na mieczu. Byłam pewna, że już było po grze, a ja się po prostu zgubiłam. Ściągnęłam hełm z głowy i rozejrzałam się. Wszędzie były identyczne drzewa. No tak, czego innego się spodziewać po lesie? Stąpałam powoli, nie śpiesząc się i rozglądając się uważnie. Dopiero dźwięk łamanych gałązek sprawił, że się zamarłam, wstrzymując powietrze w płucach. Moje plecy zalał zimny pot. Odwróciłam się powoli, upuszczając hełm u swoich stóp.
Stał tam. Jego księżycowa sierść zdawała się emanować blaskiem w ciemnościach nocy, tak jak czerwone oczy, wpatrzone z nienawiścią w moją sylwetkę. Ciężkie łapy łamały gałązki tak jak spróchniałe kości, a z warg skąpanych we krwi, wydobył się pomruk, który zdawał się wprawiać każą komórkę mojego ciała w drżenie. Lew zbliżał się do mnie powoli i nieugięcie, ja tyko stałam i patrzyłam na niego. Włosy przykleiły mi się do spoconego czoła, a szum krwi zagłuszał ciężki oddech zwierzęcia.
Tysiące głosów, tysiące wspomnień przewijało się przez moją głową niczym przyśpieszony film.
Jesteś silna, rozległ się głos Leona, powielający się tysiącem ech, Musisz nauczyć się bronić i walczyć. W tym wszystkim chodzi o to, by ciągle coś osiągnąć. Kolejny krok. Nie proponowałbym ci tego, gdybym uznał, że nie jesteś odpowiednio wyszkolona.
Potem Mel, niczym zakopane głęboko w podświadomości wspomnienie ciepłego głosu matki, wbijała się tysiącami igiełek w mój umysł. Następnym razem się broń, zaatakuj go. Pokaż mu, że jesteś silniejsza. Nie możesz tak po prostu siedzieć.
Nie jestem słaba. Zacisnęłam dłoń na sztylecie i wyciągnęłam go z pochwy, a on wysunął się z cichym, charakterystycznym dźwiękiem. Czekałam na potwora, który wolno, tak jak za pierwszym razem, zbliżał się do mnie i rozkoszował się zapachem mojej skóry, emanującej strach. Czas na rewanż, pomyślałam mściwie. Zwilżyłam wargi językiem i obserwowałam jego ruchy, mimo wszystko nie pozbawione majestatyczności. Zanim zdążył przygotować się do ataku, zaszarżowałam. Sztylet zalśnił, gdy wbiłam go w bok bestii. Ona zaryczała i przewróciła się na bok. Przeorała moje ramię ostrymi pazurami. Bluzka się rozdarła a ja poczułam piekący, niemiłosierny ból. Warknęłam równie dziko jak lew. Zaczęłam orać jego cielsko małym sztyletem, czując jak jego krew tryska mi przez palce. Jak bryzga mi cieczą o metalicznym zapachu zbroję, jak moje ręce się w niej zatapiają. Mściwa satysfakcja wybuchła fajerwerkami w głowie. Chód ogarnął moje ciało i obezwładniający mrok, siła, jakiej nigdy nie czułam na treningach, zawładnęła moim umysłem. Z gardła wydobył się chichot, który później przerodził się w śmiech. W oczach bestii ujrzałam przerażenie. Uderzyłam mocno w jego pysk, a łeb odpadł na lewą stronę. I jeszcze raz. I jeszcze. Wbiłam sztylet aż po rękojeść i przejechałam przez jego bok.
Czyiś głos przedzierał się przez mroczną zasłonę, którą na siebie zaciągnęłam. Bestia wrzasnęła. Wrzasnęła... Ktoś złapał mnie w pasie i zdjął z potężnego cielska lwa. Patrzyłam w osłupieniu na własne ręce umazane aż po łokcie w krwi.
I na pokiereszowane ciało chłopca, leżące u moich stóp.





Trzymałem w swoich ramionach Lisette, która w osłupieniu patrzyła się na chłopca leżącego u jej stóp. Nie poruszał się. Gdy tylko zdobyliśmy sztandar, mimo krzyków, jakie z siebie wydawałem z powodu zwycięstwa, a które wyjątkowo irytowały Juliet, z głębi mojej podświadomości przebiła się jedna myśl, która zatruła mój triumf.
Gdzie jest Lisette?
Rozpoznałem chłopca od Hermesa mimo szkarłatnej cieczy, którą nasiąkło jego ubranie i włosy. Mimo złamanego nosa i brudnej twarzy. Leżał pod dziwnym kątem, a jego pierś prawie niepostrzeżenie się unosiła i opadała.
Puściłem Lisette. Nadal trzymała sztylet w ręce i patrzyła się na niego, jakby w transie. Jej źrenice były nadnaturalnie rozszerzone i ziała z nich pustka. Podniosłem jej hełm i podałem niekontaktującej dziewczynie.
— Schowaj się za tym pagórkiem — odpowiedziałem, pokazując jej kierunek. Podążyła za moim palcem wzrokiem. I nie zareagowała. Potrząsnąłem nią i wrzasnąłem. — NATYCHMIAST. RUSZ SIĘ!
Ukląkłem przy chłopcu. Wyciągnąłem nieco gazy z pasa na narzędzia i przycisnąłem do najpaskudniejszej rany. Natychmiast zabarwiła się ona na szkarłat, a ja powstrzymałem mroczną myśl, że to i tak na nic. Przełknąłem ślinę, czując, jak metaliczny zapach drażni moje nozdrza.
— Nie pozwolę ci tak umrzeć, stary — powiedziałem łamiącym się głosem. Wyciągnąłem jedną rękę w górę, w stronę nieba. Poczułem swędzenie na palcach. Zacisnąłem powieki i skierowałem wielki słup ognia ku gwiaździstemu niebu. Las w tym miejscu był rzadki, co było jedynym plusem w tej sytuacji, bo żadna gałąź nie mogła się zapalić. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność sekundach, moja ręka opadła i znów zacisnęła się na nic nie wartym opatrunku. — Nie umieraj. Nie w ten sposób.
Poczułem łzy cisnące się w moje oczy, łaskocące w gardle. Chłopiec spojrzał na mnie nieprzytomnie, po czym zaczął mrugać powoli, jakby sennie. Usłyszałem głosy. Czyiś dziewczęcy krzyk. Thom, dzieciak od Apollina, uklęknął z drugiej strony i zaczął wydać polecenia. Piper delikatnie odciągnęła mnie od ciała chłopca, by pozwolić działać tym, którzy się na tym znali. Sprowadzono nosze. Podano dużą dawkę ambrozji i nektaru. Ktoś coś mówił o Iris. Wszystko działo się tak jak w zwolnionym filmie, gdzie głosy zostały wyciszone, przynajmniej ja tak się czułem. Jakby wyłączony z akcji, gdzie jest ona wartka. Na trzy podniesiono nosze. Piper zaczęła za nimi iść, przekonując chłopca, by się nie poddawał i walczył. Na jej pytający wzrok, gdy się odwróciła, odpowiedziałem:
— Muszę iść dalej szukać Liz.
Kiwnęła głową. W końcu zapanowała cisza a ja zostałem, wpatrując się w krew na liściach. Ja również cały w niej byłem. Chwiejąc się na nogach, poszedłem w kierunku, w którym ukryła się Lisette. Dziewczyna siedziała na liściach i kołysała się w przód i w tył. Na mój widok podskoczyła i się cofnęła, przylegając ściśle plecami do pnia drzewa.
— Chodź, Liz — wiedziałem łagodnie, wyciągając do niej rękę. — Wynośmy się stąd.
Minęła długa minuta, zanim chwyciła moją rękę, śliską od krwi jej niewinnej ofiary. Dziewczyna chwiała się na nogach. Przewiesiłem jej ramię przez własną szyję. Wsparła się na mnie i razem ruszyliśmy w las. Dwójka skazańców, poplamiona krwią sekretu. Szliśmy i szliśmy, łamiąc gałązki, a drzewa zaczęły rosnąc gęściej i wkrótce przykryły nieboskłon. Ciszę mącił tylko ciężki oddech, odgłos miecza obijającego się o moje udo i odgłos liści, w których brnęliśmy, niczym w płytkim strumieniu. W końcu ujrzałem nad sobą gwieździste niebo i odetchnąłem ulgą. Lisette prawie spała. Szła, powłócząc nogami, całkowicie wzuta z energii. Weszliśmy do Wielkiego Domu od tyłu. Było w nim cicho. Wiedziałem, że nikogo w nim nie było, bo Iris wybrała się w interesach, by sprawdzić, jak jej sklep radzi sobie na rynku. Weszliśmy po schodach, a później do łazienki. Rozebrałem Lisette ze zbroi, potem ubrudzonych krwią ubrań. Została tylko w bieliźnie. Chwiała się, jakby pijana. Zacisnąłem usta i kazałem jej wejść do kabiny. Opłukałem ją z ciemnej krzepnącej cieczy. Różowa woda spływała powoli do rynsztoka. Blondynka siedziała w rogu, na zimnej porcelanie brodziku, patrząc się na mnie nieobecnym wzrokiem. Nie czułem nic. Umyłem ją, a metaliczny zapach powoli zastąpiła woń brzoskwini. Wytarłem ją czystym ręcznikiem. Za jej paznokciami zauważyłem ciemną krew, jednak teraz nic nie mogłem na to poradzić. Nie chciałem. Ubrałem ją w długą piżamę, po czym zaniosłem na rękach do łóżka. Wyglądała tak krucho i niewinnie. Przykryłem ją kocem, a ona natychmiast zasnęła.
Wróciłem do łazienki. Jej ubrania leżały w kącie. Zabrałem je. Cicho, niczym myszka, wydostałem się z pokoju. Wyciągnąłem z pasa na narzędzia klucz, którego miałem nadzieje już nigdy nie użyć. Zamknąłem blondynkę w jej własnym pokoju i wyszedłem tyłem z Wielkiego Domu.
Spaliłem ubranie. Patrząc na ogień, przekonywałem siebie, że pozbywam się wszystkich dowodów. Jej zbroję i broń wyczyściłem, by nie było na niej plamki krwi. Potem sam zrobiłem z sobą porządek. Zajrzałem, jak ma się chłopak od Hermesa. Piper nie wpuściła mnie, tylko oznajmiła:
— Jest w ciężkim stanie. Muszę wracać, by go namawiać do walki. Przykro mi, Leo.
Zamknęła mi drzwi przed nosem. Wróciłem do Wielkiego Domu i w surowo urządzonej kuchni siedziałem, opierając czoło na swoich rękach. Pomagałem ukryć zbrodnie. Wpatrywałem się w mały telefon komórkowy, odtwarzając oczami wyobraźni ruchy Lisette, jej śmiech, gdy mordowała.
Nie zasnąłem. Ciemna noc zaczęła ustępować miejsca dniowi, który rozpoczął się kaskadą barw tęczy na horyzoncie. Mgły wisiały nad Obozem Herosów, róż i złoto rozlały się ze wschodu i powoli rozjaśniały świat, gasząc gwiazdy. Promienie słońca padły na sufit pomieszczenia, rozpraszając szarość minionej nocy. Siedziałem i myślałem, obserwując to wszystko, aż do momentu, gdy zegar wybił godzinę dziewiątą. Po czym chwyciłem drżącymi dłońmi komórkę i napisałem wiadomość. Przycisnąłem wyślij. Po chwili przyszło potwierdzenie, że sms został dostarczony.

Potrzebuję cię.




No i co? Rozdział jakoś za specjalnie nie powala, ale nadrabia akcją. Za tydzień Mackenzie ♥

sobota, 22 października 2016

Rozdział XVI - Bitwa o życie


Leo nie miał litości. Miałam wrażenie, że na każdym treningu wypluwam płuca, a najmniejszy wysiłek powoduje, że moje mięśnie w niemym okrzyku błagają o wytchnienie. Przełykałam każdy jęk, powstrzymywałam każdą łzę. Gdy leżałam na brzuchu na brudnej posadzce sali do nauki sztuk walki i wdychałam zapach pasty do podłogi, miałam ochotę wyć i wyć, i nigdy nie przestać. Leo ukląkł przy mnie na kolanach i westchnął.
— Rany, Liz. Poprosiłem cię tylko o pompki i kilka przysiadów — odparł, podając mi butelkę wody. Podniosłam się do pozycji siedzącej i upiłam kilka dużych łyków. — Z resztą, nie rozumiem czemu jestem zdziwiony. Twój poprzedni styl życia raczej nie był zbyt aktywny.
Ćwiczyłam od tygodnia. Leo, choć starał się jak mógł, nie potrafił znaleźć dla mnie treningu idealnego. Najmniejszy wysiłek sprawiał, że miałam ochotę się poddać. A chłopak nie był wysoko kwalifikowanym trenerem osobistym. Musieliśmy więc próbować. Najpierw długie, kilkugodzinne spacery, po których spałam jak suseł i budziłam się jeszcze bardziej zmęczona, niż przed tym, jak się kładłam. Potem przeszliśmy do krótko dystansowych biegów. Miałam wrażenie, że kołatanie serca w piersi zagłusza wszystkie inne dźwięki. Według prognozy Leona, przestało po tygodniu. Nadal czułam się tak, jakbym miała zaraz wypluć płuca, ale serce nie biło jak oszalałe. Spędzaliśmy dużo czasu w sali do ćwiczeń, do której rzadko ktoś zaglądał. Na razie nie ćwiczyłam z bronią, a mój sztylet przechowywał Leo. Choć podobał mi się bardzo i trzymałam blisko siebie, gdy po raz pierwszy zostałam z nim sama, jeden z Głosów zachichotał. Wtedy stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli ktoś go dla mnie przechowa. A jedyną osobą był on. Nie pytał czemu. Po prostu go wziął.
Żeby dostać się do sali, musieliśmy przejść przez arenę. Bardzo często znajdował się tam chłopak, który kilka tygodni temu wytrącił miecz z ręki rudowłosej dziewczynie. Za każdym razem, gdy nas widział, machał nam. Leo wtedy zaciskał wargi i unosił dłoń w geście pozdrowienia. Nie lubił go. Gdy spytałam, kim on jest, odpowiedział.
— Matthew, syn Aresa. A właściwie to Marsa. Jest z obozu Jupiter i uczy szermierki, odkąd Percy studiuje. Uwielbia się popisywać i jest cholernym casanową.
Gdy spytałam, co to takiego, spojrzał na mnie roziskrzonymi oczyma, lekko rozbawiony.
— Nieważne. Liz, skup się na worku treningowym i wal w niego z całej siły. Gotowa? No to dawaj.
Z każdym dniem robiłam postępy. Czułam, jak moje ciało robi się odporniejsze, jak mięśnie nabierają siły a umysł współpracuje z moją fizyczną strefą i zmusza ją, by dopięła do wyznaczonego limitu.
Głosy powoli milkły. Czasami byłam tak zmęczona, że nie zauważałam, jak mówią. Od czasu do czasu szeptały do mnie, a ja wtedy się nie ruszałam. Po kilku takich akcjach Leo zauważył co się dzieje. Kazał mi wtedy dawać upust swoim uczuciom. Albo krzyczeć w poduszkę, kiedy jestem sama. Albo walić w worek treningowy tak mocno, że bolały mnie knykcie. Pierwsze trzy tygodnie były okropne. Po wyczerpujących treningach leżałam na łóżku i płakałam, wylewając z siebie całą gorycz i stres. Gdybym przez całe życie nie była zamknięta, poszło by łatwiej. Od razu uczyłabym się, jak używać broni. A tym czasem marnowaliśmy cenne godziny, by budować moją kondycję od podstaw. To było trudne. Zasypiając rozmyślałam, że następnego dnia nie wytrzymam. Ale przychodził ranek i Leo budził mnie pełen nowej siły i motywacji, zarażając mnie swoim optymizmem. Więc walczyłam dalej.
Dziś nie skierowaliśmy się na arenę, tylko do zbrojowni. Gdy spytałam Leona czemu, spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły. Ww gruncie rzeczy wszyscy tak myśleli.
— Bo nie możesz dzień w dzień ćwiczyć. Przetrenujesz się. Stracisz chęć. Twoje ciało potrzebuje odpoczynku, by się zregenerować. Zrobimy dziś coś innego.
Przytrzymał mi drzwi, a ja weszłam do pomieszczenia pod sufit wypełnionego bronią. Zmarszczyłam nos , gdy wyczułam zapach pasty do polerownia stali. Leo kazał mi zaczekać, a po chwili przyniósł mi napierśnik. Przełknęłam ślinę. Na odpowiedź czy chce przymierzyć, kiwnęłam głową. Gdy napierśnik zawisł na moich ramionach, boleśnie się w nie wżynając, zacisnęłam zęby. Leo zapiął rzemyki, zrobił krok do tyłu i przejechał po mnie wzrokiem, od góry do dołu.
— Nieźle, zupełnie nieźle — powiedział, jakby sam do siebie i nieco zdziwiony.— Pasuje.
— Leo, po co mi zbroja?—spytałam, niezbyt pewna, czy chce znać odpowiedź. Chłopak zamrugał, jakby wyrwany ze swojej krainy.
— Musisz zacząć trening z bronią. Niestety, zbroja to jeden z niedogodności w życiu herosa.
— Tak szybko?— zdziwiłam się. — Przecież dopiero co zaczęłam ćwiczyć, mogę nie być dostatecznie silna...
— Jesteś silna — przerwał mi, po czym chwycił za ramiona, jakby chciał mną potrząsnąć. — Posłuchaj, Liz. Ćwiczysz już miesiąc. Jeśli chcielibyśmy, byś miała nienaganną kondycję po tym, co przeszłaś, mogło to by trwać latami. Musisz nauczyć się bronić i walczyć.
Niezbyt się z nim zgadzałam. Chciałabym zaczekać z jeszcze z tydzień bądź dwa. Tępo zmian mnie przerażało. Był początek słonecznego maja (w zasadzie każdy miesiąc był słoneczny w Obozie Herosów), a ja pojawiłam się tutaj pod koniec lutego. Minęło już sporo czasu i byłam tego świadoma. Jednak... to wciąż działo się zbyt szybko. Ufałam Leonowi, ale tydzień by nas nie zbawił. A potem przypomniało mi się, jak jedliśmy naleśniki w pawilonie i oznajmił mi, że zaczynam trening. Pomyślałam dokładnie to samo. By zaczekać. Kiwnęłam więc głową, na znak, że rozumiem, a Leo mnie puścił z uśmiechem na twarzy. Dobrał mi jeszcze ochraniacze i tym sposobem miałam skompletowaną zbroję, w której walczyli współcześni herosi.
Wiedziałam, że miałam racje co do treningu. Dostałam również miecz, niezbyt idealny, gdyż Leo sądził, że walka sztyletem jest nieco niepraktyczna w większej grupie, bo muszę dostać się do przeciwników, zanim ich ugodzę. Ubłagałam go jednak, byśmy spróbowali, i tak oto leżałam rozłożona na łopatki na macie do ćwiczeń, dysząc ciężko. Leo spojrzał na mnie z góry ze współczuciem, po czym podał mi dłoń i pomógł wstać.
— W porządku? — zapytał. Żadnego: "Przepraszam, że prawie złamałem ci rękę i wylądowałaś na podłodze.". Kiwnęłam głową, choć nieco mi się w niej kręciło. Leo odpowiedział na mój gest z nutą samozadowolenia. — Teraz mnie posłuchasz?
Chłopak naprawdę wiedział mnóstwo o walce. Przewidywał każdy ruch, nawet gdy od czasu do czasu obserwowaliśmy nielicznych obozowiczów, którzy pozostali, gdy przerwa wielkanocna się skończyła. Matthew właśnie wytrącił miecz rudej dziewczynie. Znowu. Leo wyjaśnił mi wtedy, jak mogłaby zablokować cios i sama go rozbroić. Spojrzałam na niego z podziwem.
— Dlaczego nie uczysz? — spytałam szczerze zaciekawiona. Przecież mógłby rozbroić obecnego nauczyciela szermierki, tylko ruszając palcem wskazującym. Leo wzruszył ramionami i odparł obojętnym tonem":
— Nie mam cierpliwości. — Uniosłam brwi do góry, a on się uśmiechnął. Przy mnie potrzebował naprawdę wiele tej cechy. — No dobra. Nie lubię być związany obowiązkami. Gdyby uczył, musiałbym być punktualny i sumienny. I nie wolno mi by było wyzywać innych od idiotów.
— A ja?
— Co ty?— zdumiał się, odrywając wzrok od dwóch postaci, które znów zaczęły walczyć.
— Czy jestem obowiązkiem?
Przez chwilę tylko na mnie patrzył. Poczułam się dziwnie prześwietlana tymi ciemnobrązowymi oczyma, które przyglądały mi się czujnie. Leo często sprawiał, że czułam się niezręcznie, choć pewnie nie zdawał sobie nawet z tego sprawy.
— Naprawę tak pomyślałaś? Że jesteś obowiązkiem?— Pokręcił głową, jakby tłumaczy coś bardzo odpornemu dziecku. — Obowiązki są przykre. Zmuszają nas do podejmowania działań. Nie, Liz, nie jesteś obowiązkiem. Jeśli już, to motywacją. I odskocznią od codziennego rytmu dnia.
Po czym wesoło oznajmił, że dosyć tej opery mydlanej i idziemy coś zjeść. Dni za dniami mijały, moje treningi były coraz bardziej wyczerpujące i cięższe. Od czasu do czasu robiliśmy sobie przerwę, a wtedy Leo brał mnie na wzgórze, skąd było widać morze, opieraliśmy się o drzewo i ja czytałam na głos, ćwicząc grekę. Czasem przynosiliśmy orzechy. Naprawdę lubiłam te chwile odpoczynku, ale pragnienie by być coraz lepszą, zwyciężało. Byłam zdeterminowana następnego dnia i gotowa do działania.
Obozowiczów z dnia na dzień przybywało. Leo uświadomił mi, że to dlatego, bo zbliżają się wakacje, a większość herosów spędza je tutaj. Nawet ludzie z San Francisco opuszczali surowy Obóz Jupitera i przenosili się na Long Island, by choć przez chwilę odpocząć od reżimu. Valdez znał naprawdę wielu z nich. Przychodzili i się z nim witali, a mnie obdarzali tylko rozbawionym spojrzeniem. Wiedziałam, że plotkują za moimi plecami. Spędzaliśmy z sobą mnóstwo czasu, a jedyne godziny, gdy Leo nie był ze mną to te nocne i wtedy, gdy musiał zajmować się swoim rodzeństwem, bo był grupowym. Któregoś dnia nie wytrzymałam i spytałam:
— Nie przeszkadza ci to, że gadają?
Podniósł na mnie swój rozbawiony wzrok. Maltretował właśnie Bogu winną stokrotkę, obrywając z jej płatki, jakby się bawił w "Kocha nie kocha". Gdy spytałam go, czemu to robi, odpowiedział, że sprawdza czy to prawda. Czy każda stokrotka ma faktycznie sto białoróżowych płatków.
— Szczerze Liz, niewiele mnie to obchodzi. Gadali już nie raz nie dwa i za każdym razem nie mieli racji, angelito.
Nie byłam pewna, o co mu właściwie chodzi. Trochę frustrowało mnie to, że mówił do mnie hiszpańskimi słówkami, a ja ich nie znałam. Wbiłam wzrok w domki bogów. Zastawiałam się, kiedy mój rodzic mnie uzna? Kim on w ogóle jest?
— We wtorek jest oficjalne rozpoczęcie sezonu letniego. Zawsze z tej okazji urządzamy "Bitwę o sztandar". Uwielbiamy tłuc się nawzajem.
Zachichotałam. Choć Iris starała się jak mogła, przynajmniej trzy razy w tygodniu jakieś dzieciaki powybijały sobie zęby w sprzeczce. Ograniczenie przemocy nie za bardzo jej wychodziło. Leo spojrzał na mnie zupełnie poważnie, a z jego twarzy zniknęło rozbawienie.
— Chce, byś wzięła w tym udział.
W ustach zrobiło mi się zupełnie sucho.
— Leo, ja...
— Wcale nie, jesteś gotowa! — zaprzeczył temu, czego nawet nie wypowiedziałam, bo mnie ubiegł. — W tym wszystkim chodzi o to, by ciągle coś osiągnąć. Kolejny krok. Nie proponowałbym ci tego, gdybym uznał, że nie jesteś odpowiednio wyszkolona.
Spojrzał na mnie twardo, a ja się ugięłam. Nie było sensu, by się z nim spierać.
— No, a teraz — odparł, relaksując się — możesz zjeść ten słonecznik. Nie przepadam za nim.



DWA MIESIĄCE W JEDNYM ROZDZIALE. BUM! POBIŁAM REKORDY.

Szafa nadal nie chce się naprawić, więc uciekam do Nowej Zelandii. Od wszystkich. Od tej całej cholernej szkoły i jesiennej depresji. Upiłabym się tak porządnie, ale zostałam po mamie obdarzona mocną głową, a obawiam się, że tata się alkoholem nie podzieli. Żartuje. W kwestii upijania się.


ZA TYDZIEŃ OPUBLIKUJE NAJLEPSZY ROZDZIAŁ JAK DO TEJ PORY. TO BĘDZIE DIAMENT I ZŁOTO, MÓWIĘ WAM. Będzie taka akcja, że polecam mieć tabletki uspakajające przy sobie. 

sobota, 15 października 2016

Rozdział XV - Naleśniki



Lisette się rozchorowała. Pojąłem, że to moja wina, bo pozwoliłem jej biegać boso w samej koszuli nocnej w czasie burzy, a potem godzinę później bawić się nad morzem. I jeszcze nie kazałem jej ubrać się ciepło na ognisko, bo same jego ciepło i gorąca czekolada mogły nie wystarczyć. Dziewczyna przeleżała dwa dni w łóżku, pijąc gorącą herbatę i oglądając "Harry'ego Pottera", czasami robiąc sobie przerwę na sen. Nie miałem serca dręczyć jej lekcjami mitologii i greki, więc przynosiłem ciastka oraz gorącą czekoladę i razem oglądaliśmy filmy. Trzeciego dnia, około południa, stwierdziłem, że dosyć tego dobrego. Wpadłem do jej pokoju, uprzednio pukając. Zastałem ją na łóżku, przykrytą grubą pierzyną i wycierającą nos.
— Hej, Liz — przywitałem się, choć widzieliśmy się już dzisiejszego dnia. — Wstawaj, zabieram cię na wycieczkę.
— Wycieczkę? — zdumiała się i otarła nos. — Leo, jestem chora. Nie mam ochoty nigdzie się ruszać.
— Ale to zrobisz—odpowiedziałem jej wesoło. — Nie umierasz. To tylko przeziębienie. Będziemy robić naleśniki!
— Naleśniki? — powtórzyła, tym samym tonem zdziwienia co przedtem. Zmarszczyłem brwi.
— Co jest? Powiedziałaś mi, że lubisz naleśniki.
— Bo lubię — powiedziała. — A ty mi mówiłeś, że jesteś beznadziejnym kucharzem. Boję się być w kuchni z osobą, która potrafi spalić popcorn z mikrofalówki.
— Bardzo śmieszne — odmruknąłem, udając, że mnie uraziła i rzuciłem w nią poduszką, która leżała na krześle. — Ubierz się. Czekam na dole.
Zeszła po dwudziestu minutach, wpychając dłonie w kieszenie za dużej bluzy z kapturem i podciągając nosem. Można by było pomyśleć, że nigdy nie była przeziębiona. Wyprowadziłem ją na dwór. Słońce przyjemnie grzało, a chłodny wiatr mierzwił moje w włosy. Uśmiechnąłem się do blondynki, która szła obok mnie, a ta delikatnie odwzajemniła gest. Śmiało mogłem użyć kuchni, która znajdowała się w Wielkim Domu, ale chciałem, by Liz się nieco przewietrzyła. Prowadziłem ją do miejsca, w którym driady przygotowywały posiłki, razem z herosami, którzy posiadali nieco talentu kulinarnego. Gdy wszedłem z Liz do wielkiego, jasnego pomieszczenia, ukrytymi za drzewami niedaleko pawilonu jadalnego, wszyscy na nas spojrzeli. Dziewczyna schowała się za moimi plecami, a ja uśmiechnąłem się szeroko i pomachałem wszystkim zebranym.
— Cześć.
Rozległ się głośny pomruk, co brzmiało trochę jak "Hej" i znów stukanie garnkami odegrało główną rolę. Lais, jedna z driad, podeszła do mnie z założonymi na piersi ramionami. Miała zielonkawy odcień skóry, sterczące uszy znad rudawych loków, mnóstwo piegów i złote oczy z bursztynowymi plamkami. Ubrana w obozową koszulkę i jeansy z naszywkami kwiatów, mogłaby z daleka wyglądać jak jedna z obozowiczek. Cały jej strój z przodu zasłaniał niebieski fartuszek w białą kratkę.
— Leo? Co ty tu robisz? — spytała śpiewnym głosikiem.
— Ja i ta oto panienka — odezwałem się, pokazując kciukiem Lisette, która nadal chowała się za moimi plecami — przyszliśmy robić naleśniki.
Lais zmrużyła oczy, po czym powiedziała wolno.
— Tak, Iris mi mówiła. Ale byłam pewna, że żartuje. — Po czym odwróciła się i wrzasnęła na wszystkich. — Ej, ludzie! Valdez przyszedł gotować! Ma ktoś aparat?
Po sali rozległ się śmiech, a jedna z dziewczyn wyciągnęła polaroid i zrobiła zdjęcie. Rozległ się również chłopięcy głos.
— Niech ktoś sprawdzi, czy system przeciwpożarowy jest sprawny!
Lais zachichotała i zaprowadziła nas do jednego z wolnych stanowisk. Obydwoje dostaliśmy czerwone fartuszki i przy akompaniamencie śmiechu i śpiewów w kuchni, rozpoczęliśmy operację pod kryptonimem "Naleśnik". Liz dostała w swoje ręce książkę kulinarną, który była nieco za duża i zbyt ciężka, wiec położyła ją na stoliku i dyktowała mi przepis.
— Potrzeba nam 2 szklanki mąki, tyle samo mleka, dwa jajka i trochę wody mineralnej i dolać olej, to nie będziemy musieli go grzać na patelni. Oh, jeszcze cukier, by były słodkie. Trzeba połączyć ze sobą mleko, mąkę...
— Czekaj Liz, nie tak szybko — upomniałem ją. — Podaj mi mąkę.
Dziewczyna podała mi odmierzony składnik, ale pech chciał, że akurat kichnęła. Zamknąłem oczy, gdy biały pył osiadał na mojej twarzy. Otworzyłem je po chwili. Lisette wyglądała, jakby się miała rozpłakać.
— Jejku, Leo, przepraszam! Nie chciałam!
— Nic się nie dzieje — odpowiedziałem i sam dmuchnąłem w nią mąką. Dziewczyna pisnęła, a ja się zaśmiałem. — Teraz jesteśmy kwita.
Gdy zmieszaliśmy wszystkie składniki razem, rozgrzałem patelnie i wylałem ciasto, które zaczęło skwierczeć. Liz uwiesiła się mojego ramienia. Czułem jej oddech na mojej szyi, gdy nachylała się w stronę kuchenki, a jej włosy łaskotały mnie w policzek. Była nieco niższa ode mnie, niedużo, ale i tak wspięła się na palce, by lepiej widzieć.
— Chyba już. Leo, przewróć go! — pisnęła nagle, potrząsając moim ramieniem.
— A mi się wydaje, że jeszcze nie— odpowiedziałem, marszcząc brwi.
— A właśnie, że tak — wtrąciła się Lais, materializując się przy moim drugim boku.— Dziewczyna ma rację. Przewróć go albo puścisz z dymem budynek, który sam wybudowałeś.
Mruknąłem coś po hiszpańsku pod nosem, a nimfa zdzieliła mnie za to ścierką. Pierwszy naleśnik wyszedł... właściwie to nie wyszedł. Rozdarł się na dwie części. Udało mi się zrobić idealną sztukę za trzecim razem, kiedy Liz upomniała się o swoją kolej. Jej wyszło to za pierwszym razem. Uznałem, że oszukiwała. Po chwili na talerzu piętrzył się stos naleśników. Zadowoleni z siebie, oddaliśmy fartuszki, wzięliśmy dżem wiśniowy i brzoskwiniowy oraz łyżkę do smarowania, podziękowaliśmy a potem poszliśmy do pawilonu jadalnego. Siedząc przy pustym stole Hefajstosa, zajadaliśmy się własnym osiągnięciem kulinarnym. W pewnym momencie Lisette wybuchnęła śmiechem.
— Jesteś cały w mące.
Spojrzałem na siebie. Faktycznie, biały pył pokrywał każdą część mojego ubioru. A Liz niewyglądana lepiej.
— I vice versa — odpowiedziałem z uśmiechem. Po czym spoważniałem. — Lisette, chce, byś zaczęła od jutra swój trening. Wybierzemy ci broń, zbroję, sprawdzimy, w czym jesteś najlepsza. Może nam to pomóc w poznaniu twojego boskiego rodzica. I nie masz się czego obmawiać. Tylko ja będę cię szkolił i nawet na minutę nie zostawię cię samą. Czujesz się na siłach?
Lisette wpatrywała się w naleśnik, który miała posmarować. Nastała długa chwila ciszy, po czym podniosła swoje oczy. Błyszczały z podekscytowania w świetle dnia.
— Tak — odpowiedziała chicho. Po czym odchrząknęła i dodała. — Podaj mi brzoskwiniowy dżem. Chce go spróbować, zanim zjesz go sam.



Upał grzał mnie w plecy. Liz dreptała przy moim boku i rozglądała się dookoła. Ze zdenerwowania na przemian zaciskała dłonie w pięści i rozluźniała je. Moje motywacyjne gadanie na nic się nie zdało i dziewczyna nadal była spięta. Postanowiłem więc, że najpierw zrobię jej wycieczkę, a później wybierzemy broń. Najpierw skierowaliśmy się na ścianę wspinaczkową. Liz stała przez chwilę z głową zadartą do góry i patrzyła w osłupieniu na lawę. Po chwili pokiwała głową i powiedziała, że chce iść dalej. Pokazałem jej arenę, gdzie kilka dzieciaków, niezrażonych upałem, uparcie ćwiczyło w spiekocie dnia. Tu również zastygła w jednej pozie i patrzyła, jak ciemnowłosy chłopiec uskakuje przed ostrzem rudej dziewczyny, po czym kieruje ostrze w jej stronę i zręcznym ruchem wytrąca jej broń z dłoni. Na arenie rozległ się jego śmiech. Liz pokazała go palcem i spytała:
— Ja też tak będę potrafiła?
W odpowiedzi tylko się uśmiechnąłem. Wziąłem ją za rękę i pociągałem za sobą do zbrojowni. Był to niewielki budynek, mieszczący się nie daleko. Wyglądał tak, jak powinien. Na ścianach wisiały miecze, na półkach stały hełmy, a w kątach ułożone w stosy tarcze. Prócz tego pełno tutaj było włóczni, sztyletów, ochraniaczy na różne części ciała i zbroi. Podszedłem do części z mieczami, a Liz podążyła za mną jak cień. W powietrzu unosiła się woń stali i pasty do jej polerowania.
— Który ci się podoba? — spytałem. Lisette rozejrzała się po wszystkich sztukach i wzruszyła ramionami. — No więc próbujemy każdy z osobna.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Dziewczyna spróbowała każdego i za każdym razem miecz był źle wyważony. Po godzinie, gdy układałem wszystko na miejscu — bo gdyby Iris zobaczyła bałagan, wytargałaby mnie za uszy — Lisette zagadnęła.
— Leo? — Odwróciłem się do niej. Z nieśmiałym wyrazem twarzy trzymała w ręce sztylet. — Mogę go wziąć?
Spojrzałem na nią lekko zdziwiony, bo przez cały nasz pobyt nie tryskała entuzjazmem, że wybiera sobie broń. Sztylet pasował do niej idealne. Delikatny tak samo jak ona. Podszedłem do niej i wyciągnąłem go z jej rąk. Rękojeść była gładka i czerwona, tak samo jak pochwa i skórzany pasek. Sztylet był przyozdobiony złotymi detalami, a na końcu głowicy błyskała głowa lwa. Uśmiechnąłem się do siebie.
— Pamiętam go — powiedziałem, wysuwając ostrze z pochwy. Zamigotało w promieniach słońca. — Zrobiła go moja młodsza siostra. Pomagałem jej przy nim. Miał fioła na punkcie "Opowieści z Narnii". Po dwóch latach się nim znudziła.
— Opowieści z Narnii? — powtórzyła Liz. Zapomniałem, jak mało wiedziała.
— Siedem książek. I nakręcono trzy filmy. Możemy je kiedyś obejrzeć. — Oddałem sztylet Lisette, która ujęła go delikatnie, niczym relikwie. — Będziemy oglądać fantastyczny świat, gdy sami w nim żyjemy.
— Czasami potrzeba nam odrobinę magii — odpowiedziała dziewczyna. — Widzi się wtedy świat odrobinie pięknej i wierzy się w szczęśliwe zakończenia.
Blondynka wpatrywała się w sztylet, więc nie mogła widzieć mojej zaskoczonej miny, a potem gorzkiego zawodu, że szczęśliwe zakończenia nie istnieją dla herosów.




□ 


Pamiętacie, jak mówiłam Wam, że jestem w kuchni dużo lepsza. No wiec ostatnio spaliłam garczek i chochelkę, gotując wodę w czajniku. Jak? Ano nie chciało mi się przestawiać garczka na inne miejsce, bo stał na palniku, na którym zawsze grzeję wodę. Położyłam więc czajnik na innym i włączyłam. Inteligentna ja poszła na górę spakować się do szkoły. Gdy wyszłam z pokoju, poczułam swąd spalonego... czegoś. Okazało się, że włączyłam nie ten palnik, który powinnam i zamiast grzać wodę, podgrzewałam pusty garczek z chochlą. Rodzice, którzy wrócili za ten czas z zakupów, nie mogli się nadziwić, że to w ogóle możliwe.

NALEŚNIKI! I dziś, zupełnie przypadkowo, mama robiła naleśniki. Połączenie mózgowe z wattpadem?

Lisette wybiera broń! I już niedługo ją użyje. A my powolnymi kroczkami zbliżamy się do przybycia Mackenzie do obozu.


Będzie wielkie bum! nie tylko z Lenzie w roli głównej. 

Dobra, ja się już zamykam, bo wygadam wszystko.

ps. Czy Wam też palce odpadając z zimna?

Rozdział XIV - Godzina szczerości


Przebrany w suche ubranie, czekałem, aż Lisette się przyszykuje. Obracałem w palcach wianek ze stokrotek, który miał zdecydowanie dość mojego towarzystwa i patrzyłem, jak rozczesuje włosy, cała rozpromieniona. Nie widziałem u niej takiego uśmiechu od bardzo dawna. Po chwili zauważyła, że jej się przyglądam i nieśmiało spytała:
— Mógłbyś?
Przywołałem się do porządku, wziąłem się w garść i podszedłem do niej. Wziąłem od niej szczotkę i rozczesałem jej złote loki, a potem powoli, zacząłem splatać francuza. Włosy Lisette były miękkie i jedwabiste, całkowicie inne niż wtedy, gdy tutaj trafiła. Zdawały się promieniować własną poświatą. Na końcu włożyłem jej na głowę wianek mojego autorstwa. Uśmiechnęła się do mnie i musnęła palcami kwiaty.
— A to skąd potrafisz? — spytała z dziecięcą ciekawością. W odpowiedzi tylko się uśmiechnąłem. — Dziewczyna od warkoczy?
Musiałem całą silą woli się nie skrzywić, więc najzwyczajniej w świcie kiwnąłem głowa, jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna jeszcze chwilę przyglądała mi się roziskrzonymi oczyma, po czym najzwyczajniej w świecie straciła ochotę na rozwijanie tematu.
Lisette założyła kwiecistą sukienkę do kolan, z długimi rękawami. Nie byłem pewny, czy będzie jej tak wygodnie, bo większość obozowiczek chodziła w jeansach lub krótkich spodenkach oraz pomarańczowych koszulach. Liz chciała jednak wyglądać magicznie. Udało jej się, choć prawie błagałem, żeby ubrała buty. Uparła się, że uczucie chodzenia po trawie jest o wiele fajniejsze. Musiałem zachować się jak ojciec rozkapryszonej ośmiolatki i nakłonić ją do założenia obuwia.
Podałem jej ramię. Dziewczyna ujęła je i podskakując u mojego boku, ruszyła na swoje pierwsze w życiu ognisko. Mówiła, że pamiętała pikniki i grillowanie. Ale nie ogniska. Pozytywna energia dosłownie ją rozsadzała i na moje usta mimowolnie wpłyną uśmiech. Sam nie byłem na ognisku od wieków, choć ogień był moim żywiołem i lubiłem być blisko niego. Do czasu.
Denerwowałem się. Nadszedł czas, by poznać Lisette z innymi ludźmi. I choć chciałem im wszystkim — zwłaszcza Juliet, ale zaznaczmy, że nie jestem wredny — zaśmiać się w twarz, śpiewając : "A nie mówiłem? Znowu miałem rację! Liz nie jest szalona!", coś mnie blokowało. Kiedy wszystkie oczy zwróciły się na nas, ogłupiałem. Liz była rozpromieniona i wkrótce rozległ się krzyk tak głośny, jakby walił się budynek Empire State Building, a ja nadal stałem jak kołek. Dzieciaki otoczyły nas ze wszystkich stron, zaczęły szarpać ją za sukienkę, domagając się uwagi i by się z nimi pobawiła. Lisette uśmiechnęła się jeszcze szerzej, promieniując szczęściem i wyglądając w świetle ognia pięknie, a ja przełknąłem głośno ślinę. Chwile później zostałem pociągnięty w stronę stołu z kakaem przez blondynkę i zgraję dzieciaków, które otoczyły nas jak elfy Świętego Mikołaja. Wcisnęła mi w dłoń papierowy kubeczek, a potem sama upiła ze swojego, głośno wzdychając i rozpływając się nad smakiem napoju. Któreś z dzieciaków krzyknęło propozycję zabawy w berka, na co blondynka zapiszczała i wielkimi oczami spojrzała na mnie, mamrocząc cicho:
— Mogę? Leo? Mogę? Proszę? Mogę? Nooo proooszę! Mogę?
Kiwnąłem głową. Lisette pisnęła i uciekła z nowymi znajomymi, a ja poczułem się, jakby moja ośmioletnia córeczka właśnie dorosła i zaczęła imprezować. Po chwili przy moim boku pojawiła się Piper, trącając mnie swoim biodrem, z kubeczkiem herbaty w dłoni.
— No proszę! Kogo moje piękne oczy widzą?
Mruknąłem coś, nie spuszczając oczu z Lisette, która zaczęła skakać z młodziakami do jakieś piosenki w stylu country, której nie znałem. Wprowadzała powiew świeżości na ognisko. Starsi obozowicze patrzyli na nią zdziwieni, gdy łamała wszystkie zasady. Osiemnastolatki nie skakały jakby robiły to po raz pierwszy w życiu. W jej przypadku to była prawda. Wkrótce ludzie zaczęli wstawać ze swoich miejsc, na których siedzieli i powoli dreptać w miejscu, a potem całkiem się rozluźnili i zaczęli nawet śpiewać w rytm muzyki.
— Możemy później pogadać? — spytała Piper, uważnie się mi przyglądając. Po braku mojej reakcji, pstryknęła mi przed oczami. — Leo! Słuchasz ty mnie w ogóle?
— Co?— mruknąłem, jakby obudzony z transu. Brunetka pokręciła głową.
— Możemy potem porozmawiać? — powtórzyła cierpliwie. Upiłem łyk kakaa.
— Jasne, jak tylko odprowadzę Liz po ognisku do pokoju. Może być tutaj? Przepraszam Piper, muszę iść — spławiłem ją, oddając w jej donie swoje napoczęte kakao. Nie widziałem dokładnie Lisette. A na widok ludzi, którzy nagle się nią interesowali, sprawili, że poczułem się nieco zazdrosny.
Gdy sobie to uświadomiłem, roześmiałem się, a grupa dzieciaków spojrzała na mnie jak na wariata. Jakbym to ja był szalony, a nie jak twierdzili wcześniej, Lisette.



Piper usiadła obok mnie, nasze kolana się zetknęły. Położyła swoją głowę na moim ramieniu i z uwagą obserwowała płomyki, które wystrzeliwały z moich palców.
— Uszczęśliwiłeś kolejną osobę, Leo.
Nie odezwałem się. Prawda, Lisette po osiemnastu latach życia odnalazła spokój. Może przebywać na świeżym powietrzu, rozmawiać i wierzyć, że choć dziesięć lat przesiedziała w małej, zamkniętej celi, teraz będzie lepszym człowiekiem. Stworzy siebie na nowo. Ma drugą szansę. Nie będzie już obserwowana, truta lekami i nikt jej nie będzie wmawiać, że jest złym człowiekiem.
Uszczęśliwiłem kolejną osobę. Więc dlaczego, do cholery, sam nie czuje się szczęśliwy?
— Muszę cię o coś spytać — zaczęła cicho, odsuwając się ode mnie, lecz biorąc jedną moją dłoń, która była wolna, w swoją. — Chcę, abyś odpowiedział szczerze i zastanowił się nad odpowiedzią.
Dopiero wtedy na nią spojrzałem. Płomyki odbijały się w jej różnobarwnych tęczówkach, który nosiły znamiona troski i zmęczenia. Jej mina była poważna, ale to tylko dodawało jej uroku i sprawiało, wyglądała jeszcze piękniej. Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
— Czy zakochałeś się w Lisette?
Zamrugałem zbity z tropu i nie całkiem pewny, czy dobrze usłyszałem.
— Co proszę?
— Widzę jak na nią patrzysz. Takim rozmarzonym wzrokiem, jakbyś odpływał z tego świata.
— Piper, ty nie jesteś poważna — odpowiedziałem lekko wstrząśnięty. Czemu dziewczyny zawsze muszą odbierać odrobinę życzliwości jako flirt? Po minie mojej najlepszej przyjaciółki poznałem, że jednak jej słowa są wypowiedziane całkowicie świadomie i nie jest pod wpływem żadnych odurzających środków.
— Nie odpowiadaj mi od razu, tylko się nad tym zastanów! — powiedziała nieco błagalnie. — Nie mam cię za takiego człowieka, ale muszę zapytać, bo nie daje mi to spokoju... Czy jeśli się zakochałeś, to wykorzystujesz Lisette jako sposób by zapomnieć o Mackenzie?
Nie wytrzymałem. Wstałem wściekły bez słowa z zamiarem odejścia od wypalającego się ogniska, ale Piper wciąż trzymała mnie pewnie za rękę i gdy tylko wystrzeliłem do góry, pociągnęła mnie z powrotem na dół.
— Leo... — zaczęła ostrożnie z błaganiem w głosie. Spojrzałem na nią z chęcią mordu w oczach.
— Powiedz mi Piper, czego się w tej chwili spodziewałaś? Co ty do cholery sobie myślisz, zadając mi takie pytania?
— Bo mówisz, że już wszystko w porządku. A ja nie mogę patrzeć, jak to cię wyniszcza od środka. Nie mogę patrzeć, jak każdego dnia dajesz z siebie coraz więcej i więcej, nie patrząc na własne potrzeby. Poświęciłbyś życie dla drugiej osoby, byleby przestać to czuć. Minęły trzy lata, Leo. I przestań przede mną udawać, że już jej nie kochasz. Bo robisz to odrobinę zbyt mocno.
— Więc skoro tak bardzo kocham Mackenzie — odparłem, czując, jak jej imię ledwo przechodzi mi przez gardło — to dlaczego miałbym zakochać się w Lisette?
Piper uśmiechnęła się smutno, prawie melancholijnie.
— Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym lekiem na miłość do kobiety to zakochanie się w drugiej.
— I co?
— Ten, kto to powiedział, był cholernym kłamcą. Nie powtarzaj jego błędu, Leo.
Wyprostowałem się. Ognisko już całkiem wygasło, a jedynym źródłem światła były gwiazdy nad naszymi głowami. Nie czułem już ciepła, które dawał żar wypalającego się ogniska.
— Nie kocham jej, Pipes. Tylko kiedy ją widzę, ma wrażenie, że zaprzepaściłem swoją życiową szansę. Ona ma krew na rękach i potrafi cieszyć się głupią fala, która podmywa jej stopy. Ja mam krew na rękach i gdy widzę falę, mam ochotę się w niej utopić. Lisette potrafił odnaleźć radość w małych rzeczach. A gdy kręci się w kółko i w kółko do rytmu muzyki, mam wrażenie, że jej włosy stają się proste i ciemne, jej błękitne oczy ciemnieją i zapalają się w nich złote plamki, a uśmiech potrafi rozjaśnić mrok szarej codzienność, którą żyłem, odkąd Kalipso mnie zostawiła. Powiedziała, że nie może patrzeć na własne odpicie w lustrze i udawać, że wszystko jest w porządku.
Piper tylko patrzyła. Wziąłem głęboki oddech, by się uspokoić. Mam dwadzieścia jeden lat. Jestem nieco za duży, by płakać.
— Zbyt bardzo ją kocham— zakończyłem cicho.



□ 

Lenzie Shippers reaction:




Ania w końcu zabrała się do nadrobienia rozdziałów z "Alfabetem Morse'a". Trzeba przyznać, ze moja przyjaciółka ma power, bo zaczęła czytać w czerwcu, jeśli nie wcześniej. Nie, czekaj. Marzec to był. No i czytała scenę, gdzie zabijają Troian i mi się autentycznie rozpłakała na lekcji. Wieczorem tego dnia dostałam sms'a: "ZABIJĘ CIĘ!!!!". I wtedy wiedziałam, że skończyła. Moje przypuszczenia okazały się słuszne, bo rano, gdy tylko mnie zobaczyła, próbowała mnie udusić. Pozdrawiam Anię, moją niedoszłą morderczynie!

Liper klimaty wyczuwam tutaj. Ogólnie, lubię ich przyjaźń i skupie się na niej trochę w tej części. I tak, wyjaśnię, czemu Jason i Piper zerwali, ale później. Będzie śmiechowo trochę, z tym Liper. 


Spójrzcie na to cudo. Narysowała go OlkaMurkos zainspirowana poprzednim rozdziałem ♥ Ja się totalnie zakochałam. Opublikowała to zdjęcie na swoim instagramie: https://www.instagram.com/olkablabla/

No kocham Was, tak po prostu. I patrzę co tam w następnych rozdziałach. Chce zakomunikować, że za trzy rozdziały akcja będzie wartka, więc przygotujcie sobie chusteczki i coś na uspokojenie. Ale wcześniej będzie jest trochę L&L moments. No to tyle, pa pa ♥

sobota, 1 października 2016

Rozdział XIII - Taniec w deszczu



Gdy przyszedłem, Liz oglądała kolejny film. Polubiła je, a gdy człowiek siedzi sam ze swoimi myślami, najlepiej jak włączy film. Inni czytaj książki, ale gdy jest się herosem z ADHD, to seans jest najlepszą opcją.
Właśnie trwała ostatnia scena. Główna bohaterka nieśmiało stanęła naprzeciw ukochanego mężczyzny. Jej włosy, płaszcz i twarz były całkiem mokre od deszczu, woda i łzy płynęły po policzkach. Z zakłopotaniem wyjąkała kilka słów.
— Gdzie kot?
Mężczyzna pokręcił delikatnie głową i jakby nie do końca świadomy swoich słów, odpowiedział:
— Nie wiem.
Kobieta zaczęła szukać swojego pupila wśród koszy na śmieci i wielkich, drewnianych pudeł, nawołując "Kocie!". Zrezygnowana, spojrzała na mężczyznę, który bacznie się jej przyglądał. Po chwili napięcia, gdy ich spojrzenia się spotkały, w tle dało się usłyszeć ciche miauknięcie. Właścicielka z płaczem zaczęła tulić do piersi rudego kota, jakby straciła go na cały rok, a nie na dziesięć minut, głaszcząc go i całując po małym i mokrym łbie. Schowała rudzielca nieudolnie pod płaszcz i wstała. W tle rozbrzmiała muzyka, gdy stanęła naprzeciw mężczyzny i uśmiechnęła się. On wyciągnął ramiona w jej stronę i przyciągną do siebie, a potem z czułością pocałował.
Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Ten film, Śniadanie u Tiffaniego, przywoływał we mnie wspomnienia, które kuły mnie w piersi. Uwielbiała ten film. Choć przespałem połowę seansu, gdy go razem oglądaliśmy, wiedziałem, jak bardzo go kocha. Zachwyt na jej twarzy był dla mnie wszystkim. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę chciał sprawić, by uśmiech na jej twarzy nigdy nie zgasł. Nie udało mi się.
Otrząsnąłem się z zadumy i spojrzałem na Liz, która przycisnęła do ust dłonie z podniecenia. Gdy wyświetlił się napis "The End", rozpocząłem rozmowę, siadając na skraju jej łóżka, w dość dużej odległości.
— Podobał ci się?
Kiwnęła głową z zachwytem wymalowanym na jej pięknej twarzy. Leciały napisy, a w tle grała muzyka. Liz zwróciła w moją stronę szkliste oczy i powiedziała:
— Nie pamiętam deszczu, wiesz? Tego uczucia, gdy wszystko, co masz na sobie, moknie. Chciałabym to kiedyś przeżyć. Mama zawsze mi zabraniała, mówiąc, że się rozchoruję.
Po czym zmieniła temat i zaczęła opowiadać o filmie i o kocie, który został jej ulubionym bohaterem. Zaczęła wymyślać zabawne imiona dla pupila Holy, a potem skupiła się na głównej bohaterce, którą niezbyt zresztą polubiła. Jej podniecenie było dla mnie czymś niezwykłym. Nie mogła przestać mówić. Pamiętam, że Ona, gdy ekran był tylko ciemnym kwadratem, jeszcze przez chwilę siedziała w zupełnej ciszy. Niby bo innego miała zrobić? Nie walczyła ze wzruszeniem, nawet nie starając się ocierać policzków, po których płynęły słone łzy. Udałem wtedy, że śpię, przyglądając się jej spod przymrożonych powiek, ale Ona nie zwracała na mnie uwagi. Jej nieco urywany oddech był przeciwieństwem moje, spokojnego i miarowego. Minęła upłynięciu kilku minut, otarła łzy, jakby wdzięczna, że nikt nie widział jej wzruszenia, wstała wyłączyła telewizor. Dopiero wtedy spostrzegła, że usnąłem. Uśmiechnęła się smutnie, po czym delikatnie położyła głowę na moim ramieniu, którym ją obejmowałem wcześniej, gdy naprawdę zmorzył mnie sen. Po chwili zasnęła, bo była dość późna godzina. Na drugi dzień bolały nas karki od spania na kanapie w Wielkim Domu. Ale wzrok Juliet, jakby mnie sztyletowała, jakbyśmy robili nie wiadomo co, wynagrodził mi ból.
Po dwóch godzinach oznajmiłem Liz, że muszę wrócić do obowiązków, a ona, maskując żal, kiwnęła głową. Zamknąłem ją na klucz i obracając go w dłoni, powoli zszedłem na dół i skierowałem się do gabinetu Iris. W mojej głowie postał plan, rysujący się w wyobraźni ostrymi kolorami.
Kobieta siedziała przy biurku i porządkowała papiery. Usiadłem naprzeciw i odkrzyknąłem. Bogini podniosła wzrok i uśmiechnęła się ciepło. Była ubrana w stylu lat 70. Czerwona koszula w drobne kwiaty kontrastowała z niebieską spódniczką i chustą tego samego koloru. Gęste włosy związała w kucyk, który kołysał się, gdy siedziała pochylona i pisała.
— Co tam? — spytała, przybijając jakiś dokument pieczątką.
— Odpowiadasz za pogodę w obozie, prawda? — spytałem niewinnie. Kobieta założyła ręce na piersi, odchyliła się do tyłu na krześle i spojrzała na mnie, jakby mnie przesłuchiwała w sprawie zniknięcia ciasteczek, ukrytych w górnej szafce w kuchni.
— Co ty knujesz, Leo?
Westchnąłem, przeczesując włosy palcami. Moim umyśle ta rozmowa wydawała się dużo prostsza i kończyła się optymistycznym przyjęciem mojego pomysłu przez boginię.
— Chcę, by za jakiś tydzień spadł w obozie deszcz. Tylko nie jakaś tam mżawka, ale prawdziwa ulewa, jak w finale "Śniadania u Tiffaniego". — Bogini podniosła brwi, a ja wypaliłem, choć przyrzekłem sobie, że tego nie powiem. — Uważam, że już jest gotowa.
— Leo...
— Jestem tego pewien. Tyko mi zaufaj.



■ 


Tydzień później wpadłem do pokoju Liz. Dziewczyna czesała w zamyśleniu włosy, ubrana w długą podomkę, która była jej ulubioną. Zdradziła mi, że czuję się wtedy Elizabeth Bennet. Najwyraźniej dopiero co się obudziła, choć było po południu. Oglądała filmy do późna w nocy, a potem ją odsypiała. Uśmiechnąłem się do niej ciepło i przywitałem się.
— Dzień dobry, Liz. Mam dla ciebie niespodziankę.
Podniosła głowę, pozbywając się ze swojej twarzy zamyślenia i uśmiechnęła się. W jej oczach zapaliły się iskierki dziecinnej ciekawości. Odrzuciła na plecy swoje gęste włosy i wstała. Stanęła przede mną i zaczęła zaglądać mi przez ramię, jakbym coś chował za plecami. Byłem od niej wyższy, więc wspinała się również na palce, by coś dostrzec.
— Cześć. Co tam masz? To nowy film?
Zaśmiałem się i złapałem ją za rękę.
— Nie, mam coś lepszego — odpowiedziałem, po czym spoważniałem. — Czy jesteś gotowa na następny krok? Na następną zmianę w swoim życiu? — Dziewczyna kiwnęła głową, a jej usta rozchyliły się, zaskoczona moimi słowami. Uścisnąłem jej ciepłe palce. — W takim razie mi zaufaj.
Pociągnąłem ją lekko za sobą. Była nieco dezorientowana, ale nie opierała się. Patrzyła mi w oczy, tylko czasami rozglądała się naokoło, by ocenić nowe otoczenie. Zeszliśmy po schodach, a potem, skierowaliśmy się do wyjścia.
Na ganku było pusto, a zajęte zazwyczaj bujane fotele, kołysały się niespokojnie. Wiatr posyłał w naszą stronę nieprzyjemne, zimne podmuchy a nad Obozem Herosów, na którym od lat nie było żadnej burzowej chmury, wisiały one ciemne i złowieszcze. Powietrze było wilgotne i ciężkie. Liz wytrzeszczyła oczy i rozglądnęła się z zachwytem. Badała każdy szczegół, cieszyła się ciepłym, prawie dusznym wiatrem. Po raz pierwszy od długiego czasu była na zewnątrz bez tabunów opiekunów i nie odurzona lekami. Jej twarz rozjaśnił uśmiech, który mógłby rozpędzić chmury zwiastujące burze stulecia. Była w samej cieniutkiej koszuli nocnej do ziemi i obejmowała nagie ramiona, jakby było jej zimno. Faktycznie, drżała. Ale nie z zimna, tylko z euforii.
Ciężkie krople deszczu zaczęły spadać z nieba. Lisette stała na werandzie i patrzyła się z błogością wypisaną na twarzy w dal. Gdy rozpadało się na dobre, nieśmiało i prawie z namaszczeniem, wyciągnęła najpierw palec wskazujący, późnień całą dłoń przez siebie, w ścianę deszczu. Z jej gardła wydobył się cichy jęk zachwytu. Pierwszy raz od dziesięciu lat widziała deszcz. Zrobiła mały krok do przodu i wyciągnęła druga dłoń. Teraz deszcz obmywał jej ramiona. Oparłem się o framugę drzwi i obserwowałem ją. Dziewczyna zeszła po schodkach z werandy i jej postać stanęła w deszczu. Koszula namokła i przykleiła się do jej ciała. Lecz właścicielka się tym się przejmowała. Stala z głową zadartą do góry i patrzyła, czuła, rozkoszowała się uczuciem wody spływającym po swoim ciele. Po dwóch minutach z jej gardła wydobył się głośny i donośny śmiech szczęścia. Patrzyłem zahipnotyzowany, jak powoli zaczyna stawiać kroki, potykając się o długą koszule i własne nogi, próbuje biegać, wciąż się śmiejąc. Zaczęła kręcić się wokół własnej osi, z ramionami rozpostartymi, jakby chciała odlecieć. Jej kręcone, blond włosy zaczęły zwijać się w nieskoczną ilość spiralek. Przez cały czas miała przymknięte oczy i otworzyła je dopiero wtedy, gdy stanęła i wyciągnęła rękę w moja stronę, z zapytaniem w niezwykłych tęczówkach.
— Leo?
Tego się nie spodziewałem. Załatwiłem ten deszcz dla niej, by spełnić jej marzenie, ale się w nie nie chciałem mieszać. To była jej chwila. A teraz sama mnie do niej zapraszała. Nie ufnie postawiłem pierwszy krok w ulewę. Moje ubranie zrobiło się ciężkie od ciepłego deszczu. Ledwo widziałem coś na odległość kilku metrów, ale skoncentrować się na jej dłoni. Po raz pierwszy sama pragnęła obcego dotyku. Nasze dłonie się splotły, a ona uśmiechnęła się promiennie. Złapała mnie za druga i zaczęła się kręcić i kręcić, zanosząc głośnym śmiechem. Po chwili na moje usta również wpłyną uśmiech i wtedy niespodziewanie mnie pościła i zaczęła sama tańczyć, a ja prawie straciłem równowagę.
Jej włosy zrobiły się ciemne i proste, ona sama jakby urosła a skóra dziewczyny nabrała ciemniejszej barwy... Zamrugałem i wrażenie znikło.
Lisette puściła się ze śmiechem w dół zbocza. Pobiegłem za nią, a ona tanecznym krokiem biegła wzdłuż strumienia w stronę plaży. Nawet była zadyszała, gdy minęliśmy teatr, a ja ledwo za nią nadążałem. Deszcz przestał padać, gdy wbiegła na plaże i stanęła zafascynowana, jakby onieśmielona jego pięknem. Gdy stanąłem po jej stronie, pokazała palcem w dół. Spojrzałem pod swoje stopy.
— Czy to piasek? — spytała, a ja kiwnąłem głową. Zachichotała. — Łaskocze.
Zaczęła stawiać ostrożne kroki bosymi stopami. Szła, jakby w letargu, w stronę morza. Usiadłem na mokrej trawie. Nie robiło mi to różnicy, bo i tak bylem cały przemoczony. Lisette podeszła do fali, która podmyła jej stopy. a ona zapiszczała w moja stronę:
— Zimne!
Przez dobra godzinę uciekała przed falami. Całkowicie wyschłem i zacząłem splatać wianek ze stokrotek, gdy młodsi obozowicze, sześciolatki i z mniejszego przedziału wiekowego, dołączyły się do niej. Siedziałem z uśmiechem, obserwując ją katem oka i splatając kwiaty. Wyglądała jak Alicja z Krainy Czarów. Beztroska. Prostolinijna. I radosna.
— Liz! — zawołałem. Dziewczyna odwróciła się i niechętnie do mnie podeszła. Około dziesiątka dzieciaków gapiła się na nas. — Musimy wracać.
Do moich uszu dobiegł zbiorowy jęk zawodu wydobywający się z ust małych herosów. A potem milion pytań, zadanych w tym czasie jednocześnie, więc zrozumiałem tylko kilka z nich.
— Może jeszcze chwile zostając?
— A musi już iść?
— My też możemy z nią pójść?
Lisette spojrzała na mnie z błagalnym wyrazem twarzy, niczym psiak, kory prosi swojego pana o kawałek przysmaku. Zastanowiłem się przez chwilę.
— Zrobimy tak — odparłem po namyśle. — Wrócimy do Wielkiego Domu, przebierzesz się i pójdziemy na ognisko.
Wybuchł krzyk radości, brzmiący niczym bomba nuklearna. Liz uśmiechnęła się, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą, biegnąc boso z rozwianymi włosami.



□ 



Nadal nie naprawiłam swojej szafy i nie mam jak dostać się do Narnii. Fuck. A w tym tygodniu cały wszechświat uwziął się na moją klasę, więc sprawdziany i kartkówki w każdym dniu tygodnia. 

Fragment z tańcem w deszczu był jednym z pierwszych, które napisałam do tej części. Nie piszę chronologicznie, w przeciwieństwie do tego, jak został napisany "Alfabet Morse'a". Jak na razie utknęłam w 21 rozdziale i brak mi pomysłów, jak wypełnić dziurę między następnymi rozdziałami. I jak na złość, to rozdziały z perspektywy Mackenzie. Motyw "Śniadania u Tiffaniego" będzie się pojawiał bardzo często. Ja ten film ubóstwiam, prawie tak samo jak Rzymskie wakacje.


Justysia się rozchorowała w tym tygodniu i gdy miała dość pisania rozdziałów, stworzyła coś takiego. Jest to zbiór piosenek, które tematycznie są powiązane z fanfiiction. Niektóre dodałam do rozdziałów, inne nie. Będziecie mogli je pobrać ( za darmo, dont worry), gdy Aflabet Morse'a dobije do 20K. Prócz edycji AM, mam jeszcze soundtrack do "Opętanej". Jak zdobędziecie "album", wytłumaczę Wam w notce, gdy słowo stanie się rzeczywistością. I pięknie dziękuje xbradscookiex, która zgrała do każdej piosenki oładkę albumu. A lot of love ♥



Jak tam Wasze L&L serca? Żyjecie?

ps. L&L to Leo i Lisette, bo brak dobrego nazwy paringu, ok.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis