sobota, 24 września 2016

Rozdział XII - Czy Ona była fajna?





Minęły kolejne tygodnie, które spędziłem z Lisette na analizowaniu mitów i objaśnianiu jej powiązań pomiędzy bogami. Wiedziałem, że nie mogę dłużej zwlekać i zacząć ją uczyć o potworach, ale nie potrafiłem znaleźć w sobie odwagi, by to zrobić. Obserwując ją, gdy oglądaliśmy "Herkulesa" wytwórni Disney'a, przypomniałem sobie ją, gdy stała wśród gruzów w swoim więzieniu, nic nie rozumiejąca. Patrzyła w takim zafascynowaniem w gwiazdy, że nawet wyjące alarmy jej nie przeszkadzały. Ciszyła się o prostu chwilą. Tak samo jak rozkoszowała się każdym słowem, przeczytanym przez nią samą w książkach pisanych po grecku. Na razie nie zadawała pytań. Byłem jednak świadomy tego, że niedługo zacznie to robić. O potworach. O jej boskim rodzicu.
Choć starałem się jak mogłem, nie potrafiłem dociec, kto był śmiertelnikiem: matka czy ojciec? Musiałbym mieć dostęp do jej aktu urodzenia i dokumentów szpitalnych, a ni jak nie potrafiłem się do nich dostać. Musiałbym kogoś poprosić o pomoc, a żaden z obozowiczów się do tego nie garnął. Piper nie chciała mieć z tym nic wspólnego, bo jak to ładnie i macierzyńsko określiła: "To twój wybór, twoje problemy, twoja odpowiedzialność". Percy był w Nowym Rzymie na studiach. Nathalie pomogła mi już raz, nie chciałem prosić ją o kolejną przysługę. A o czwartej osobie nawet nie chciałem myśleć. Przez myśl przeszło mi, że Afrodyta mogłaby mi pomóc. Jednak w mojej głowie rozbrzmiał głos Annabeth. Każdy dar ma swoją cenę. Powiedziała tak, gdy przyglądała się bezmyślnie wiadomości od Persefony o koniu trojańskim.
Powoli kończyliśmy czytać "Oskara i Panią Różę". Była to jedyna książka, którą Liz zaczytywała się w mojej obecności na głos. Zawiązaliśmy milczące porozumienie, że nie może przeczytać choćby zdania w tym opowiadaniu pod moją nieobecność. Liz często kończyła po piętnastu minutach, twierdząc, że ból głosy jest nie do wytrzymania. Rozumiałem ją, bo sam przez to przechodziłem, choć nigdy nie byłem fanem książek. Liz nie czytała płynnie. Jąkała się, zacinała, nie raz i nie dwa prosiła mnie o pomoc z przeczytaniem słowa. Mimo tego lubiłem ją słuchać. Ona leżała na łóżku i oparta na łokciach, brnęła uparcie do przodu. Ja siedziałem na podłodze, bawiąc się długopisem albo inną zabawką i wpatrywałem się tępo w przestrzeń.
Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć. Ja, który mam sto lat, dobrze wiem, o czym mówię. Im bardziej się człowiek starzeje, tym większym smakiem musi się wykazać, żeby docenić życie. Musi być wyrafinowany, stać się po trosze artystą. Byle kretyn może cieszyć się życiem w wieku dziesięciu, dwudziestu lat, ale kiedy człowiek ma sto lat, kiedy już nie może się ruszać, musi uruchomić swoją inteligencję.
Liz zamilkła, patrząc się w kartkę ze ściągniętymi brwiami. Spojrzałem na nią i jej twarz, pełną w skupieniu.
— Chcesz sobie zrobić przerwę? — spytałem. Liz pokręciła głową, doczytała ostatnie zdanie listu i zamknęła oczy, kładąc się na plecach. Oddychała miarowo i spokojnie. Wiedziałem, że dopadła ją migrena. Odkąd zaczęła się uczyć, co chwilę musieliśmy przerywać lekcję z powodów jej bólów głowy. Pamiętam, że moje początki były takie same. Ja jednak wolałem uczyć się, jak używać broni i przetrwać. Lisette miała tylko książki. Już otwierałem usta, by spytać, czy mam sobie pójść i dać jej chwilę prywatności, gdy odezwała się do mnie cicho, nadal nie otwierając oczu.
— Leo? A jest jakaś możliwość, że jedno z dziadków było bogiem, a nie któreś z rodziców?
Schowałem do pasa czerwony długopis, hamując w sobie pragnienie zajęcia czymś dłoni.
— Liz, to mało prawdopodobne, by jedno z twoich rodziców przeżyło w świecie śmiertelników, będąc półkrwi. Jesteśmy jak fale radiowe dla potworów. Jeśli już nas złapią, rzadko są szansę, że przeżyjemy, tam,na zewnątrz. Zazwyczaj giniemy w szóstej klasie, a dożycie matury graniczy z cudem.
— Ale ty żyjesz. Czemu nie zginąłeś, skoro zazwyczaj herosi giną?
— Głupi ma zawsze szczęście — zażartowałem, ale po chwili dotarło do mnie, że powinienem być nieco bardziej poważny. — Siedzę w Obozie Herosów i tylko czasami opuszczam jego granice. Odkąd dowiedzieliśmy się o istnieniu Obozu Jupiter, większość obozowiczów wybiera studia w Nowym Rzymie i często tam zostaje na stałe. — Zacząłem wyliczać na palcach osoby. — Will od Apolla poszedł na medycynę, z tego co kojarzę. Katie i Miranda Garden od Demeter. Bracia Hood'owie od Hermesa, chociaż jak dla mnie są za tępi i byłem w szoku, że nie wylali ich po pierwszym roku. Percy Jackson od Posejdona. Annabeth Chase od Ateny. I wielu innych.
— To może moi rodzice byli z obozu Jupiter?
Dziewczyna najwyraźniej nie chciała przyjąć do zrozumienia, że jedno z jej rodziców nie jest biologiczne. Po osiemnastu latach życia w przekonaniu, że byli idealną rodziną, póki głosy tego nie zniszczyły, nie była w stanie zaakceptować prawdy.
— Liz, to w San Francisco. Na drugim końcu kontynentu. Po co mieliby ryzykować, przenosząc się do Nowego Jorku? Wtedy tam nie mieli pojęcia o Obozie Herosów.
— Mówiłeś, że dzieciaki ginął przeważnie w wieku dwunastu lat. — Zręcznie zmieniła temat, co nie uszło mojej uwadze. Specjalnie zrobiła pauzę. — Ile miałeś lat, gdy się tutaj znalazłeś?
— Piętnaście — odpowiedziałem, przypominając sobie ten dzień. Niezbyt udany, choć z perspektywy czasu był jednych z najlepszych chwil mojego życia.
— A rekord? Ile wynosił?
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, o co jej chodzi. Tak samo jak to, że wkraczamy w temat, który mi się nie podobał. Zbyt grząski grunt.
— Siedemnaście — odrzekłem, mam nadzieje, że zabawkowo. A potem westchnąłem. — Właściwie to osiemnaście. Ty jesteś... — zawahałem się, bo nie byłem pewny, czy powiedzenie, że jest rekordem, byłoby właściwie. — Ty pobiłaś rekord.
Lisette otworzyła oczy. Przewróciła się na bok i podparła dłonią głowę, jak dziecko, któremu opowiada się historyjkę na dobranoc, która bardzo go interesuje. Do tego stopnia, że pozostaje skupione i uważnie słucha opowiadania, za nic w świecie nie chcąc iść spać.
— Kto był rodzicem? — spytała, szczerze zaciekawiona. Sporo wysiłku kosztowało mnie to, by się nie skrzywić.
— Córka Demeter — odpowiedziałem, przerywając kontakt wzrokowy i mając cichą nadzieje, że nie będzie drążyć tematu. Nastąpiła chwila ciszy, a ja spojrzałem na zegarek.
— Znałeś ją? Fajna była?
Teraz na nią spojrzałem. Nie rozmawiałem z nikim o Niej. Nie wypowiadałem Jej imienia. Była tematem tabu w Obozie Herosów, a szczególnie w mojej obecność. To nie był dobry rok. Straciliśmy dużo herosów. Więcej, niż w Wojnie z Gają lub z Kronosem. Straty były ogromne. Obóz wyglądał jak obumarłe miasteczko duchów. Nie ucierpiał tylko Wielki Dom. A oto siedziałem sobie na podłodze w towarzystwie dziewczyny, którą wszyscy mieli za szaloną i rozmawiałem na najboleśniejszym rozdziale w moim życiu, nie uwzględniając w to śmierci mojej matki. Zastanowiłem się, jak Ją zdefiniować. Była na pewno otwarta, nieco dawała ponieść się sarkazmowi, troszczyła się o innych. Miała symptom: "Dam rade i udowodnię sobie i innym, że coś potrafię". Była ciepła, a jej uśmiech powodował, że moje serce się topiło nawet przed tym, jak ją pokochałem. Kochała książki, mimo swojej dysekcji. Słowa były dla niej jedynym sposobem, by się kontaktować. Zawsze miała zimne dłonie, nawet w upał, gdy siedziała pod drzewem i plotła wianki. Była naprawdę osobliwą osobą.
— Tak. Była bardzo fajna — odpowiedziałem, wstając z podłogi. — Przykro mi, Liz, ale muszę wracać do obowiązków. Do zobaczenia później.
Podszedłem do drzwi i je otworzyłem. Gdy już miałem wyjść i przekręcić klucz w zamku, do moich uszu dobiegło jedno cicho wypowiedziane pytanie:
— Leo? Co się z nią stało?
Odwróciłem się. Dziewczyna siedziała na łóżku z szeroko otwartymi oczyma i wykręcała sobie palce. Zacisnąłem mocniej dłoń na klamce i spokojnie odpowiedziałem.
— Odeszła. Pa, Liz.
Więcej nie wracaliśmy do tego tematu. Następnego dnia przeszliśmy do nauki potworów. Lisette mnie zaskoczyła. Zachowywała się jak ośmioletnie dziecko, gdy pokazywała palcami na ilustracje, wzdymała policzki a potem konspiracyjnym tonem, próbując się nie roześmiać, szeptała.
— On ma rogi!
Po tygodniu przeszliśmy do bardziej skomplikowanych mitów oraz potworów. Choć blondynka uczyła się szybko, nie była w stanie ukryć obrzydzenia bądź niechęci, słysząc wszystkie okropieństwa. Po wysłuchaniu tego, co robił Minotaur swoim ofiarom, zrobiła się blada i wymamrotała, wstając od stołu.
— Muszę do łazienki... Daj mi...
Wtedy dotarło do mnie, że przesadziłem. Zszedłem na dół i robiąc Liz miętową herbatę, uświadomiłem sobie, że powinienem być nieco bardziej delikatny. Należałem do bezpośrednich osób, które nie miały talentu do opowiadania okropnych historii w jasnym świetle. Od tego była Piper. Ostrożnie wniosłem herbatę na piętro i postawiłem przed blondynką, która masowała sobie skronie z wyrazem zamyślenia na twarzy.
— Przepraszam— mruknąłem skruszony. — Ale musisz się dowiedzieć. Musisz być przygotowana. Ta wiedza, dla śmiertelników bezużyteczna, może być dla nas ratunkiem.
— Jest dobrze — odpowiedziała, biorąc w dłonie kubek z herbatą. Jej mowa niewerbalna o tym nie świadczyła. — Po prostu to dziwne, uczyć się o nich wszystkich, gdy do tej pory wszystko wskazywało na to, że nie istnieją. Może wcale nie jestem tak bardzo szalona.
— A co z nimi? Bardzo ci dokuczają.
Dziewczyna zacisnęła wargę, jakby się nad czymś zastanawiała. Zerknęła w róg, gdzie stał telewizor, a potem na mnie.
— Mam takie wrażenie... że chyba nieco cichną. Nadal tam są, nadal szepczą okropne rzeczy, nadal je czuję, ale... nieco mniej. Tak jak trzecia herbata z tej samej torebki.
Gdy po dwóch tygodniach upewniłem się, że dziewczyna faktycznie ma się lepiej, postanowiłem, że pora na kolejny krok. Gdy na naszej lekcji zacząłem się szczerzyć, a Liz zapytała się, co się stało, odpowiedziałem, że nic. Jeszcze nic. Lisette Marie Evans miała za niedługo rozpocząć kolejny etap w życiu.

□ 

Kawa jest wszystkim. Dziękuję za uwagę.

No cóż, czas mnie goni a ja piszę końcowe rozdziały, zamiast skupić się na tych, które będą opublikowane niebawem. Poza tym marnuję czas na oglądaniu cracków z moich ulubionych seriali, zamiast zabrać się do matematyki. Rozszerzona matma to zło.

Podobno kilka minut po 18nastej zeszłego tygodnia, telefony na pogotowiu się rozdzwoniły, a powodem tego były zawały serca u nastolatków. Jak później tłumaczyły się rodzicom, chodziło o jakiś tytuł i rozdział. Podejrzewam, że to moja wina.

Wasze Lenzie serducho teraz szaleje. A z tydzień będzie szalało serducho fanów Lisette. Oj tak. Leo zrobi kolejny krok *chichoczę jak idiotka*.

Anyway, kocham Was mocno, a matmę nie. Bye.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis