sobota, 17 września 2016

Rozdział XI - Oświadczyny


Lisette siedziała przy stoliku. Związała swoje jasne i kręcone włosy w niski kucyk, ale i tak krótsze pasma opadały jej na twarz, gdy patrzyła na mnie pełna powątpiewania co do dzisiejszej lekcji. Trzymałem w ręce małą książeczkę, której zazwyczaj używała Annabeth, gdy uczyła nowo przybyłych czytać po grecku. Dziewczyna najwyraźniej się denerwowała, bo jej ręce były w ciągłym ruchu: to bawiła się palcami, to je wykręcała albo wycierała spocone o dresowe spodnie. Jej wzrok, choć trochę nieobecny, był jednak skupiony i pełen wątpliwości. Usiadłem naprzeciw niej i położyłem przed sobą książkę. Była ona mała i niebieska, z wygrawerowanymi złotymi literami na środku okładki. Lisette spojrzała na nią, a potem na mnie i znów zaczęła bawić się palcami.
— Jak się czujesz? — spytałem z troską. Liz nie patrząc na mnie, wymamrotała niezbyt wyraźnie odpowiedź:
— Śnił mi się koszmar, słyszę szeptanie w mojej głowie i nie potrafię zrobić porządnego kucyka. Ale śniadanie było pyszne, więc jest w miarę w porządku.
Nie wiedziałem, czy sobie ze mnie w tym momencie żartuje, czy też nie. Jej mina był poważna tak samo jak ton, w którym wypowiedziała odpowiedź, więc zdecydowałem się nie drążyć tematu, bo sama dziewczyna nie wyglądała, jakby tego chciała. Odchrząknąłem więc i zacząłem kwestię, która była moim głównym priorytetem.
— Chciałbym, żebyś zaczęła swoje lekcje. Na początku zawsze jest trudno, a biorąc pod uwagę to, że nigdy nie miałaś styczności z greckimi i rzymskimi mitami, będziemy musieli zacząć od zera. Ale najpierw, zanim zagłębimy się w ten chory świat bóstw i bogów, których nikt tak naprawdę nie rozumie, chcę, byś spróbowała coś przeczytać z tej książki.
Przysunąłem w jej stronę powieść, a ona wzięła je w swoje długie i blade palce. Spojrzała na tytuł, marszcząc brwi, po czym zwróciła się do mnie.
— To nie jest po angielsku?— zauważyła. Pokręciłem głową, a ona westchnęła.— To się nie uda. Nawet czytając w ojczystym języku literki skaczą mi przed oczami i układają się w dziwne i nieistniejące słowa. Jak mam czytać w języku, którego nawet nie znam?
Uśmiechnąłem się, słysząc jej wywód. Liz nie rozumiała mojej reakcji i teraz zamiast lekkiego zdenerwowania i wątpliwości, przyglądała mi się zmieszana.
— Wczoraj powiedziałem ci, że dzieje się tak, ponieważ twój umysł zaprogramowano na grekę. Rozumiesz tytuł? — Dziewczyna kiwnęła głową, a ja się szerzej uśmiechnąłem.— No widzisz! Spróbuj chociaż. Skąd możesz wiedzieć, że coś się nie uda, skoro z góry zakładasz porażkę? Zapamiętaj sobie jedną rzecz: w moim świecie nazwać porażką można dopiero coś, czego próbowało się kilkanaście razy i skończyło się to klęską. Jeśli cię to pocieszy, to nie będziesz czytać tak źle, jak ja gotuję.
Kąciki ust Liz podniosły się w górę. Z namaszczeniem tworzyła pierwszą stronę tekstu i jąkającym się, niepewnym głosem zaczęła czytać, robiąc czasami długie przerwy pomiędzy słowami.
Szanowny Panie Boże, na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu. Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać. Muszę mieć naprawdę jakiś ważny powód. Bo pisanie to bzdura, odchyłka, bezsens, jajo. To lipa. W sam raz dla dorosłych.*
Ucichła na chwilę i spojrzała na mnie roziskrzonym oczyma. Oderwałem wzrok od własnych splecionych dłoni i też na nią popatrzyłem. W jej tęczówkach zawarte było niedowierzanie, tak jak u dziecka, gdy magik wyciąga królika z pustego kapelusza, a brzdąc pyta się go "Jak to zrobiłeś?". Lisette miała taki sam wyraz twarzy. Dziecięca niewinność, nieskażona okrucieństwem świata, choć wycierpiała więcej, niż niejeden Obozowicz, który poniósł śmierć. Widziałem w tych niezwykłych oczach nadzieję, którą porzuciłem lata temu. Widziałem w nich wiarę w nadejście nowego życia, bez plam krwi na rękach. Widziałem szansę na to, że kiedyś wszystko zrozumie.
Dwie godziny później kierowałem się do dużego budynku własnego projektu, z rękoma w kieszeni i nieobecnym wzrokiem. Musiałem z kimś porozmawiać, a jedyna osoba, która przyszła mi na myśl, akurat pracowała. Pchnąłem szklane drzwi i wszedłem do dużego, kolorowego pomieszczenia. Spokój, jaki panował na zewnątrz, został zastąpiony przez krzyki dzieciaków, które biegały po całym pokoju. Kilka dorosłych Obozowiczów, jeśli można tak nazwać czternastolatki, próbowała je uspokoić, by nie waliły się na oślep kolorowymi mieczami, zrobionymi z pianki. Jedna z dziewczynek, która miała sześć lat, pisnęła na mój widok i zaczęła się przepychać w moją stronę, popychając inne dzieciaki. Wkrótce objęła moją nogę i wykrzyknęła:
— Leo!
Schyliłem się i podniosłem ją bez trudu. Fay Hunt była uroczą córką Hekate, z długimi, czarnymi jak smoła włosami i przenikliwymi, butelkowozielonym oczami. Miała różowe, duże policzki, małe usta i kompletną obsesję na moim punkcie. Zacisnęła swoje dłonie na moim ramieniu, nachyliła się nad moim uchem i powiedziała dość cicho, ale ja dobrze ją usłyszałem wśród panującego przedszkolu hałasie.
— Dobrze, że jesteś. Paul się we mnie zakochał, a on mi się nie podoba, więc powiedziałam wszystkim, że jesteśmy zaręczeni. — Zrobiła przerwę, by pokazać mi pierścionek, wygrany zapewne w Kinder Niespodziance. Nie mogłem zareagować inaczej, jak olśniewającym uśmiechem. Chciało mi się śmiać ze słodyczy, którą Fay z siebie wylewała. Dziewczynka zacisnęła swoje usteczka w wąską linię i powiedziała poważnie. — Ty się tak nie śmiej, tylko obiecaj, że na mnie zaczekasz! Niedługo różnica wieku przestanie mieć znaczenie, więc jesteś do tego zmuszony przez fakt, że poprosiłeś mnie o rękę. A to, że nawet o tym nie wiedziałeś, niczego nie zmienia. To co? Obiecasz?
Patrzyła na nie tymi zielonymi oczyma, czekając na odpowiedź. Bogom należą się dzięki, że właśnie wtedy Piper wyszła z przyległego pomieszczenia i mnie zobaczyła. Po chwili znalazła się przy mnie, wybawiając od odpowiedzi.
— Leo? Co ty tutaj robisz?
— Potrzebuje pomocy — odpowiedziałem szczerze, stawiając Fay na ziemi. Dziewczynka była naburmuszona, bo przerwano jej konwersację. — Chce pożyczyć twoje książki, z których uczysz dzieciaki mitów.
Moja przyjaciółka westchnęła.
— Dobra, chodź za mną — mruknęła, kierując się do pomieszczenia, z którego wyszła.
— Właśnie, chodź. Zrobisz mi warkocza. A później porozmawiamy o tym — powiedziała Fay, kierując się za Piper. Moa przyjaciółka odwróciła głowę i uniosła pytająco brwi, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Kto tam zrozumie kobiety?
Przeszliśmy do pomieszczenia z regałami zapełnionymi kolorowymi książkami i stoliczkami, które sięgały mi trzy cale za kolano. Na krześle koloru czerwonego usiadła Fay, odgarniając swoje włosy w tył. Usiadłem za nią i rozczesałem palcami jej, miękkie i proste jak drut. Zacząłem robić warkocza, gdy Piper spytała.
— Czego dokładnie potrzebujesz?
— Dużo obrazków, mało tekstu i wiele treści. I fajnie by było, gdyby była po grecku. Muszę nauczyć Liz podstaw, bo nigdy nie miała do czynienia z mitami.
Piper mruknęła coś, co podejrzanie brzmiało jak "Liz". Zignorowałem ją i skupiłem się na ciemnych włosach mojej tak jakby narzeczonej z przymusu. Wkrótce stos książek dla dzieci leżał obok mnie. Związałem różowa gumką włosy Fay, wyprostowałem się i chwyciłem cienkie tomy, posyłając Piper wdzięczny uśmiech.
— Dzięki, ratujesz mi życie.
— Zwróć je w stanie nienaruszonym — poczuła mnie. Gdy już miałem wychodzić, zawołała mnie po imieniu. Odwróciłem się. — Leo? Uważaj na siebie.
Kiwnąłem głową i wyszedłem. Kierując się do Wielkiego Domu, myślałem o zaręczynach. Myślałem o małym pierścionku z diamentem, który dostała trzy lata temu. Nie zdjęła go nawet w Obozie. I o tym bardziej okazałym, który dałem jej ja, a który zamieniał się za sprawą Jej dotyku w miecz. Przypomniało mi się, jak piękne wyglądała w greckiej sukni, tak krucho i majestatycznie zarazem, gdy pocierała swoje ramiona z zimna. Wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. Jej ciepłe usta, to z jakim żarem całowała tamtej nocy. Mokre od łez policzki. I dwa słowa, wystukane w alfabecie Morse'a.
Kocham cię.
Rzuciłem na stół w salonie książki i usiadłem przy nich, otwierając pierwszą lepszą. Powiedziałem, że świat bogów i bogiń jest chory. To wszystko przez te powiązania, niemieszące się w głowie sytuacje. Teraz to odwołuje. Mityczny świat jest bajeczką na dobranoc w porównaniu z tym, co działo się w mojej głowie każdego razu, gdy coś mi jej o Niej przypominało. Gdy budziły się wspomnienia, musiałem przed nimi uciekać.

□ 

* Eric-Emmanuel Schmitt — "Oskar i Pani Róża", przekład Barbara Grzegorzewska.

□ 


Cieszę się, że polubiliście Lisette, a niektórzy z Was wolą ją od Mackeznie.
Taka ciekawostka: wiecie, że jest taka miejscowość w Szkocji jak Lenzie? Byłam niedaleko niej, bo to zaledwie parę minut drogi samochodem od Glasgow. Life goal: zamieszkać w Lenzie.
Napisałam dzisiaj pewien rozdział i płakałam przy nim. Fuck, ja już go chce opublikować. A jak na razie piszę od nowa rozdział XX, bo choć jest świetny, prawie nic się tam nie dzieje, prócz wspomnień Kenz. Więc zapisała kopię i kiedyś się z Wami nią podzielę.
Whatever, kocham Was so freacking much, you know. Prawie tak bardzo, jak Lisette naleśniki, Mackenzie stare filmy a Leo Festusa...
PIOSENKA "DUST TO DUST" THE CIVIL WARS JEST PERFECT PIOSENKĄ LEO I LISETTE. HOW DO YOU THINK?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis