sobota, 10 września 2016

Rozdział X - Szurnięci herosi


Nie miałem zielonego pojęcia, jakie schody potrafią być zdradliwe, dopóki nie próbowałem wbiec po nich z prędkością światła. Nie uniosłem stopy dostatecznie wysoko i zahaczyłem nią o stopień. Poleciałem jak długi, przy okazji boleśnie ocierając łokcie, a moja broda z impetem uderzyła o krawędź schodka. Gdybym się nie śpieszył, zapewne rzucił bym klątwę i poszedł do Iris, by zamiast tego cholerstwa zamontować windę. Szybko stanąłem na nogi, potarłem podbródek i klnąc po hiszpańsku, pokonałem ostatnie stopnie. Znalazłem klucz i drżącymi rękami wepchnąłem go do dziurki, po czym przekręciłem w prawo.
Wszedłem do pokoju. Wyglądał tak jak za każdym razem, gdy tutaj byłem, z wyjątkiem tego, że łóżko było niezasłane. Co najważniejsze — nigdzie nie było Lisette. Spanikowałem. Jak się wydostała z tego pokoju? Przez moją głowę przemknęła okropna myśl, że wyskoczyła przez okno, a te jakimś cudem się za nią zatrzasnęło. W pierwszym odruchu już miałem wybiec i jej szukać, gdy usłyszałem cichy szloch. Dziewczyna kuliła się za wielką poduszką w kącie pokoju, a ja jej nie zauważyłem. Po jej policzkach toczyły się łzy, gdy odsunęła puch od twarzy. Spojrzała na mnie i wychrypiała z nienawiścią.
— Ty potworze...
Zesztywniałem. Dziewczyna znów schowała twarz w poduszkę i zaczęła gwałtownie szlochać. Zamknąłem za sobą delikatnie drzwi i powoli się do niej zbliżyłem. Ukucnąłem przy blondynce i ze spokojem powiedziałem:
— Liz, to ja. Nie musisz się niczego bać.
Na chwilę ucichła, jakby nasłuchiwała. Potem, bardzo powoli spojrzała na mnie z żalem i bólem tak wielkim, że nie mam pojęcia, jak pomieściły się w tych niezwykłych oczach.
— Był tutaj. Ogromny. Gryzł i drapał. To bolało.
— Kto tutaj był?
— Potwór... — wyszeptała cicho i znów zaniosła się szlochem. Wziąłem głęboki oddech i wyciągnąłem delikatnie z jej ramion poduszkę, którą przytulała. Nie protestowała.
— Już wszystko w porządku. Zawsze będę tutaj, by się obronić.
Przytaknęła głową i zrobiła coś, czego się nie spodziewałem. W jednym momencie nachyliła się w moją stronę i zamknęła mnie w uścisku, wtulając swoją spłakaną twarz w moją pierś. Objąłem ją, jakby była kwiatem i wymruczałem w jej włosy.
— Cicho, moja mała. Jesteś bezpieczna. Zawsze będę przy tobie.
Położyłem podbródek na jej głowie. Pachniała jaśminem i nutką banana. Przymknąłem oczy i cicho oraz łagodnie mówiłem jej, że jest bezpieczna. Że nic jej nie grozi, kiedy przy niej będę. Że może mi ufać, powiedzieć wszystko i nigdy jej nie wyśmieje.
Przypominała mi się pewna brunetka, która tylko przy mnie czuła, że nic jej nie grozi. Tylko na moją prośbę wchodziła do lasu, gdzie mieszkały potwory i mieścił się Bunkier 9. Pamiętałem Jej gorące łzy, które moczyły moją koszulkę, gdy obejmowałem Ją i próbowałem pocieszyć. Wpadła w szał po stracie swojej małej siostrzyczki. Wybuchła i rozbijała wszystko co popadnie. I tylko moje ramiona Ją uspokajały. To, jak tylko moja obecność odganiała Jej koszmary senne. Nawet teraz, po upływie tak długiego okresu czasu, brakowało mi Jej. Nie byłem w stanie wymówić Jej imienia.
Liz odsunęła się ode mnie i zaczęła wycierać dłońmi mokre policzki. Jej oczy spuchnęły od płaczu i były zaczerwienione. Wstałem i zaścieliłem łóżko, a potem pomogłem jej wstać i usiąść na nim. Cała drżała. Obiecałem, że zaraz wrócę i pogoniłem po dzbanek wody i szklankę. Najszybciej, jak tylko potrafiłem nic nie rozlewając, byłem z powrotem. Napełniłem naczynie i podałem je Lisette, a ona wypiła go duszkiem.
— Liz?— zagadnąłem ostrożnie. Dziewczyna spojrzała na mnie jasno i przytomniej, jak nigdy wcześniej. — Czy jesteś w stanie ze mną porozmawiać?
— Myślę, że tak — odpowiedziała cicho, oddając mi szklankę. Położyłem ją na stole i usiadłem w nogach jej łóżka, podczas gdy ona siedziała z drugiej strony z podkurczonymi nogami.
— Zanim zaczniemy, chcę, żebyś była świadoma tego, że niczego od ciebie nie oczekuję. Możesz zadawać mi pytania, ja będę zadawać je tobie. Jeśli na jakieś nie będziesz chciała odpowiedzieć, to w porządku. Nie chce wywierać na tobie presji. Po prostu pokręć głową albo daj mi jakiś znak, że nie chcesz odpowiedzieć. Wolałbym, żebyś sama mi wszystko opowiedziała, a nie żebym ja nalegał. Ale się o ciebie martwię, Liz.
Dziewczyna patrzyła na mnie z otwartymi oczami. Uświadomiłem sobie, że jestem pierwszym człowiekiem, który tak do niej się zwrócił. W zakładzie żądali od niej odpowiedzi, kazali mówić prawdę, czy miała na to ochotę, czy nie. Każde jej słowo notowano i składano w aktach. Była niewyjaśnionym eksperymentem bądź zjawiskiem. Nie zwykłą, przestraszoną dziewczynką. Była rzeczą.
Powoli kiwnęła głową na znak, że rozumie. Odchrząknąłem.
— Jak wyglądał potwór?
— Wierzysz mi?— spytała zaskoczona. Teraz to ja kiwnąłem głową, zupełnie poważny. — Wyglądał nieco jak lew, tylko miał srebrną sierść. Zamiast ogona były węże. Miał czerwone oczy i złotą grzywę, która była we... krwi.
Ostatnie zdanie wypowiedziała cicho, niemal się go bojąc. Spotkałem w życiu naprawdę wiele, wiele potworów. Nieraz byłem o włos od śmierci, inne pokonałem bez problemu. Ale opis Lisette mi nic nie mówił. Mogła to być chimera, ale w tułowiu nie maiła kozy a jej sierść nie była srebrna. I zamiast kilku węży miała jednego.
— Czy kiedykolwiek wcześniej spotkałaś jakiegoś potwora?— zapytałem ostrożnie. Dziewczyna potaknęła.
— Zdarzało mi się. Przychodziły, wyłaniając się z mroku. Niektóre potrafiły mówić. Rozmawiałam z nimi. Czasami mogłam je dotknąć, drugim razem moja ręka przychodziła na wylot, bo były niematerialne. Rzadziej mnie raniły, gryzły i krzywdziły. Wtedy wstrzykiwali mi coś na uspokojenie i zasypiałam, a gdy się budziłam, potworów już nie było.
Pomyślałem, że to okropnie smutne. Nie mogła się nikomu zwierzyć, nie mogła niczego zrozumieć.
— Czy odkąd znalazłaś się w Obozie, spotkałaś jakiegoś potwora?
Dziewczyna zerknęła za moje ramię. Wiedziałem, jaka będzie odpowiedź, zanim otworzyła usta. A Liz wiedziała, że wiem, że skłamie.
— Nie — powiedziała cicho, gdy nasze spojrzenia znów się spotkały. W jej oczach zabłyszczały łzy. — Leo, czy ja naprawdę jestem szalona?
Westchnąłem.
— Nie, Liz. Nie jesteś szalona. Pamiętasz, jak pierwszego dnia powiedziałem ci, że jesteś półboginią? Jedno z twoich rodziców było nieśmiertelne.
Dolna warga dziewczyny zadrżała.
— Moi rodzice byli małżeństwem. Kochali się i oboje byli ludźmi.
Pokręciłem głową. To trudne burzyć czyjś światopogląd. Szczególnie dziewczynki, która od dziesięciu lat żyła samymi wspomnieniami rodziców. Tak naprawdę ich nie znała.
— Gdyby to była prawda, nie byłoby cię tutaj. Nie mogłabyś przejść przez granicę jako śmiertelniczka. Stwierdzili ci ADHD i dysekcję? — spytałem, a dziewczyna pokiwała zaskoczona głową. — Każdy heros je ma. To nasze naturalne atuty. Mamy odruchy bitewne, a nasze umysły zaprogramowano na grekę.
— A czy znasz kogoś, kto widzi potwory i słyszy głosy w swojej głowie? — spytała. Pokręciłem głową a ona przymknęła oczy. — Czyli jestem szalona.
— Nieprawda — odpowiedziałem i wstałem, po czym zrobiłem dwa krok i znalazłem się przy niej. Usiadłem przy jej boku i chwyciłem za ciepłą rękę. Dziewczyna spojrzała na mnie zdezorientowana, ale nie zabrała jej. Nasze spojrzenia się spotkały. — To, że jesteśmy nieco inni niż wszyscy, nie znaczy, że jesteśmy wariatami. Odmienność to nie przekleństwo. To nasz największy dar. Hej, poza tym "Tylko wariaci są czegoś warci".
Uśmiechnęła się blado, gdy usłyszała cytat z Alicji.
— A ty czyim jesteś synem?
— Hefajstosa. Boga kowali, ognia i złotników. Wszystkiego się o nauczysz, spokojnie. — odpowiedziałem, widząc jej nic nierozumujące spojrzenie.
— Ale ty jesteś normalny. Nie słyszysz głosów.
Zaśmiałem się tak głośno, że wyraz zdezorientowania na jej twarzy tylko się pogłębił. Strzepnąłem nieistniejącą łzę spod oka.
— Normalny? Kobieto, wróciłem do żywych po tym, jak popełniłem spektakularne nie-samobójstwo, zostałem mianowany Parysem i rozpętałem największą wojnę pomiędzy bogami i herosami wciągu ostatnich stuleci. Ale to jeszcze nic.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń. Po chwili zaczęły na niej tańczyć płomienie ognia. Lisette pisnęła zaskoczona i prawie spadła z łóżka. Wyszczerzyłem się do niej, gdy dostrzegłem na jej twarzy wyraz głębokiego szoku. Ludzie zawsze tak reagują.
— Władam ogniem — wyjaśniłem jej i zgasiłem płomienie. Nachyliłem się w jej stronę, jakbym miał jej wyznać wielki sekret. — Widzisz? Oboje jesteśmy nienormalni, ale w tym miejscu to rzecz zwykła. Czeka cię jeszcze niejedna niespodzianka, Liz Evans.


■ 


Przeżyliśmy tydzień szkoły! A w poniedziałek kartkówka z ciągu arytmetycznego! I zdjęcie klasowe! HUUUURA!

Ha, ha, ha... Oddajcie mi wakacje, bo miałam czas na pisanie. Nadal tkwię przy 20 rozdziale, którego nawet nie dokończyłam. Eh.

JEST KTOŚ Z RZESZOWA? BO JUTRO JEST MARSZ MIŁOSIERDZIA I JA BĘDĘ ODGRYWAĆ "SCENKĘ" RAZEM Z MOJĄ SZKOŁĄ. POMACHAJCIE MI, BĘDZIE FAJNIE :) MOŻE KRZYKNĘ DO MIKROFONU: LENZIE FOREVER? IDK.

No to w zasadzie tyle... Relacja Liz i Leo robi się bardziej zażyta, so happy, ale ja chce Mackenzie Ugh.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis