sobota, 3 września 2016

Rozdział IX - W głąb potwornej nory





Stałam rozebrana przed kabiną prysznicową i starałam opanować odruch ucieczki, który przyśpieszał bicie mego serca. Usiłowałam to również zrozumieć — skoro ciepła woda mnie poparzyła i sprawiła, że moja skóra pokryła się bąblami, w takim razie zimna musiała być bezpieczna. Czułam, że tak jest, jednak nie odważyłam się wejść do kabiny. Minęło już sporo czasu, gdy stwierdziłam, że przydałby mi się prysznic. Rozebrałam się więc, rozpuściłam warkocza, którego zaplótł mi Leo i stałam tak, patrząc się na kurki. W końcu westchnęłam i postawiłam bosą stopę na chłodnej porcelanie brodzika. Zamknęłam szklane drzwiczki i zaciskając powieki odkręciłam wodę. Zimne krople zaczęły bębnić o moją skórę i spływać po moich kręconych włosach, które z każdą sekundą wydawały się cięższe. Po krótkiej chwili zakręciłam wodę i zabrałam się za szorowanie ciała i mycie loków. Lubiłam to, w jaki sposób szampon pieni się w moich palcach, uczucie masowania skóry głowy... Choć Eva bardzo się starała, nie potrafiła robić tego delikatnie i nie raz mnie przepraszała, choć ja uparcie milczałam i nie zdradzałam, że coś mnie boli. Zdradzanie emocji w tamtym miejscu było błędem, którego nie można było sobie wybaczyć.
Odkręciłam wodę, która zaczęła spłukiwać całą pianę o zapachu jaśminu. Stałam i stałam pod zimnym strumieniem, czując jak moją skórę pokrywa gęsia skórka, a palce kostnieją. Zacisnęłam zęby, by nie krzyknąć, bo zdawało mi się, że moja krew zaczyna krzepnąc w naczyniach krwionośnych i zamiast krwinek mam ostre kryształki lodu. Podniosłam ciężką rękę i jakoś udało mi się zakręcić kurek, choć czułam, że ledwo panuję nad swoją kończyną. Trzęsąc się wyszłam z kabiny i stanęłam przed lustrem.
Widziałam dziewczynę, a z jej mokrych włosów skapywały ciężkie krople wody. Jej twarz była pomarszczona, a cała skóra miała odcień białego mleka. Usta o opuszczonych kącikach w dół były sine i spierzchnięte, a kiedy jej wzrok napotkał mój zauważyłam, że jej oczy były wodniste i nieprzytomne, jakby spowite pajęczyną. Dziewczyna podniosła rękę o fioletowych paznokciach i odgarnęła mokre włosy z twarzy.
Odwróciłam się, zaciskając mocno powieki. Nie.
Otuliłam się ręcznikiem, czując zimno i tylko zimno. Drugim owinęłam włosy. Szybko się wytarłam, pocierając skostniałe kończyny, pragnąc wykrzesać choć trochę ciepła, ale ten zabieg niestety okazał się bezskuteczny . Wyjęłam z szafy długie spodnie od dresu, bluzę oraz bieliznę i szybko się ubrałam. Nadal trzęsąc się z zimna usiadłam na łóżku i objęłam się rękoma.
Tak bardzo chciałabym zasnąć. Wiedziałam jednak, że nie mogłam. Już czułam ich cichy pomruk. Spojrzałam tęsknie w stronę poduszki. Może jednak się przykryję? Jest mi tak zimno... Pierzyna powinna pomóc. Podniosłam się z niemałym trudem i wślizgnęłam pod kołdrę. Przyjemne ciepło zaczęło pełznąć od koniuszków moich palców wzwyż. Jęknęłam z rozkoszy i przymknęłam oczy. Czułam takie samo przyjemne ciepło jak wtedy, gdy Leo plótł mi warkocza. Pod koniec wizyty obiecał, że przyniesie jakiś film. I popcorn. Uśmiechnęłam się do siebie i oparłam o ścianę, czując poduszkę pod moimi plecami. U nas nie oglądało się filmów. Były tylko szachy i książki. Cieszyłam się na jutrzejszy dzień. W jego towarzystwie czułam się tak normalnie. Nie byłam psychopatką, o której każdy myślał, że zabiła rodziców. Byłam Lisette Evans. Liz.
Moja głowa opadła na pierś, a sen skutecznie spowił mój umysł.
Szeptały. Szeptały o okropnych rzeczach, które wkrótce się wydarzą. Szeptały o karach i mękach, których doświadczą ludzie, trzymający się blisko mnie. Szeptały i wspominały pewien czerwcowy poranek, uczucie krwi na własnych rękach i jej zapach, mieszający się z dusznym powietrzem dnia. Mruczały i domagały się więcej. Jeszcze więcej.
Obudziłam się zalana potem. Było mi za gorąco w dresach, które miałam na sobie. Odgarnęłam pierzynę i chwilę siedziałam bez ruchu, próbując uspokoić oddech, zmusić własne serce by przestało tak gwałtownie walić w piersi. Odgarnęłam z czoła mokre włosy i rozejrzałam się. Mój wzrok padł na zegarek pokazujący godzinę dziesiątą i śniadanie, zapewne już zimne. Na talerzu leżały naleśniki z bananem. Wciąż trzęsąc się, wstałam i zabrałam się za jedzenie. Jak to możliwe, że spałam prawie dwanaście godzin?
Leo przyszedł dopiero o czwartej po południu, może dlatego, że przespałam pierwszą wizytę o dziewiątej. Gdy się ze man przywitał, zerknął podejrzliwe na łóżko ale po chwili jego twarz się rozjaśniła.
— Nie mam zielonego pojęcia, jakie filmy najbardziej lubisz i jaki będzie dla ciebie odpowiedni. Więc wybrałem "Alicję w Krainie Czarów".
Film się zaczął. Patrzyłam zahipnotyzowana na postacie, stroje, fryzury... Wsłuchiwałam się w dialogi i muzykę. To było naprawdę niezwykłe. Pamiętam, że oglądałam filmy z rodzicami. Były to zwykle kreskówki Disney'a, ale mnie to nie przeszkadzało. Gdy wielki smok Żaberzwłok pojawił się na ekranie, pisnęłam z przerażenia. Leo, który siedział na podłodze i opierał się o moje łóżko, wsparty dodatkowo na poduszce, podniósł się i rzucił ją w moją stronę.
— Proszę, Alicjo. Zakryj oczy i nie patrz, dopóki to się nie skończy.
Zignorowałam to, że nazwał mnie imieniem głównej bohaterki i przyłożyłam sobie puch do twarzy. W tle słyszałam odgłosy walki, krzyk Alicji, a widziałam tylko ciemność i ciemność. Ściskałam poduszkę w zaciśniętych dłoniach, aż w końcu zabrakło mi powietrza. Chciałam ją oderwać z twarzy, na próżno. Uświadomiłam sobie, że to nie ja przyciskam ją z całej siły. Spanikowałam. Moje serce zaczęło szybciej bić, oddech zrobił się szybki i urywany, a ja nic nie mogłam na to poradzić, bo ten ktoś pewnie i silnie ściskał.
Dusiłam się.
Czyjeś ciepłe palce oderwały poduszkę od mojej twarzy. Wzięłam głęboki oddech i ze łzami w oczach spojrzałam na swojego wybawcę. Leo przyglądał mi się z troską wymalowanych w kawowych tęczówkach.
— Wszystko w porządku? — spytał. Zerknęłam na ekran. Alicja wygrzebywała się z króliczej nory, rozczochrana i z brudną suknią. Kiwnęłam głową, a chłopak westchnął. — Może jednak oglądanie filmów to nie był taki dobry pomysł...
— Nie — powiedziałam zduszonym głosem. — To było niesamowite. Podobało mi się , naprawdę.
Szczery ton mojego głosu uspokoił nieco chłopaka, ale jednak gdzieś tam nadal czaił się niepokój. Gdy pojawiły się napisy, wdaliśmy się w dyskusję. Leonowi przypadł najbardziej do gustu Szalony Kapelusznik, a mi Kot z Cheshire. Ten jego uśmiech i oczy mnie urzekły. Dodatkowo, Leo pragnął na marginesie zauważyć, że wyglądam nieco jak Alicja z tymi kręconymi blond włosami. Zarumieniłam się nieco, a chłopak po chwili wyszedł, zostawiając mnie samą.
Wzięłam bardzo szybki prysznic, tym razem w letniej wodzie i nie patrząc w lustro. Siedząc na łóżku, melancholijnie czesałam mokre włosy od końców po nasadę, tak jak mnie nauczył Leo. Siedziałam i myślałam o nim. Jego wizyty nadawały sens każdemu dniowi. Mimo tego, że wiedziałam, że jestem zamknięta, nie pytałam, czemu. Znałam powód. Ludzie boją się psychopatki, która zamordowała rodziców w wieku siedmiu lat. Szkoda tylko, że się mylili. Nie byłam szalona. Ani nie zamordowałam rodziców. To nie ja. Tylko One.
Kładąc głowę na poduszce, słyszałam ich cichy śmiech. Uczepiłam się jedynych miłych wspomnień dotyczących mojego pobytu w tym miejscu. Blond warkocza. Rozmowy o naleśnikach i popcornie. Na następny seans Leo obiecał, że postara się skombinować jakieś przekąski.
Śmiech ucichł. I choć nadal słyszałam Ich szepty, nie były tak głośne ani tak wyraźne. Jakby znajdowały się w drugim pokoju. Nadal były, jednak nie tak przytłaczające.
Otworzyłam oczy. Było już zupełnie jasno, a zza zamkniętego okna słychać było śpiew ptaków. Wparłam się na łokciach i rozglądnęłam dookoła. Przypomniałam sobie wczorajszy wieczór filmowy i chwilę leżałam, tkwiąc w tej miłej świadomości. W końcu skopałam z siebie pierzynę i wstałam. Potruchtałam do łazienki, razem z ubraniami zaczęłam robić ze sobą porządek, zerkając w lustro możliwie tak rzadko, jak to możliwe. Wyczesałam włosy, co stało się dużo prostsze, gdy robiłam to na mokro poprzedniego wieczoru, umyłam twarz i zęby. Ubrałam na siebie luźny top i krótkie spodnie od szarego dresu i na bosaka wróciłam do pokoju. Nie byłam już sama.
Stanęłam bez ruchu, wstrzymując oddech na widok ogromnego cielska, znajdującego się w mojej małej sypialni. Miał sierść barwy księżyca, połyskującą w złotym blasku słońca i oślepiającą, lecz z przerażenia nie mogłam przymknąć powiek. Poruszał się bezszelestnie na swoich miękkich, czterech łapach, zakończonymi ostrymi pazurami. Jego zad zdobiły łuski jak u węża, a zamiast ogona miał pęk małych żmii, które cicho syczały, wijąc się we wszystkie strony. Z wielkiej, brązoworudej grzywy skapywała krew, której kałuża powoli tworzyła się pomiędzy przednimi łapami potwora. Kap, kap, kap. Z każdym moim uderzeniem serca. Rubinowe oczy były skierowane na mnie, na swoim celu. Wiedziałam, że jeśli się ruszę, nie zostanie ze mnie nic.
Więc staliśmy. Potwór cały we krwi i dziewczyna, która wpadła do króliczej nory swojego umysłu.
W końcu dobiegł do moich uszu cichy ryk i zwierzę rozchyliło zakrwawione wargi, ukazując rząd białych i splamionych szkarłatną cieczą zębów. Gdy zrobiło krok w moją stronę, ja zrobiłam jeden w tył. To był mój błąd.
Nie wiem, jak to się stało. Po prostu zrobiło mi się bardzo zimno, mięśnie boleśnie się napięły, i kiedy potwór zaatakował, skoczyłam w przeciwną stronę, na łóżko, po których przebiegłam bez gracji i zeskoczyłam z niego, błyskawicznie odwracają się o 180 stopni. Moje oczy spotkały się z rubinem potwora i już wiedziałam, że mu się nie wymknę. Był zbyt inteligentny. Nie popełni drugi raz tego samego błędu. Analizowałam swoje szanse. Byłam mniejsza i sprawniej poruszałam się po pomieszczeniu, za to lew — jeśli mogę go tak określić — był dużo silniejszy i mógł mnie zabić jednym kłapnięciem szczęki.
Rzuciłam się w stronę drzwi. Potwór zamruczał, jakby ze mnie kpił. Szarpnęłam za klamkę, ale to na nic. Wiedziałam, że jestem zamknięta i nie wyjdę. Walnęłam pięścią w drewno i wrzasnęłam:
— Pomocy! Leo!? Błagam, pomóżcie mi!
Waliłam i kopałam ile wlezie, czując gorące łzy na policzkach. Nie, nie, nie! To nie miało się tak skończyć! Nie miało być więcej żadnych potworów. Lew powoli się do mnie zbliżał, rozkoszując się moim wybuchem paniki i strachu. Czułam jego gorący oddech na łydkach a potem ból tak niewyobrażalny, gdy wgryzł się w moją nogę, że nie wrzeszczałam ze strachu. Wrzeszczałam w agonii, gdy ciepła posoka pociekła po moich nogach. Upadłam, a lew zaczął zlizywać sobie moją krew z pyska. Krzycząc i wzywając pomocy , która nigdy nie nadejdzie, zaczęłam się od niego odczołgiwać. Nagle podniósł łapę i przejechał po moich plecach ostrymi pazurami. Wrzasnęłam, wyginając się w łuk. Zacisnęłam palce na poduszce, która spadła z łóżka. Lew usiadł i zaczął oblizywać swoją łapę, rozkoszując się smakiem mojej krwi. Żmije, które wiły się w jego ogonie, zaczęły mnie kąsać w pięty. Czułam, jak ich trucizna zaczyna rozchodzić się po moim ciele. Zdołałam się odczołgać w róg, czując tępy ból w łydce i palące pasy na plecach. Ukucnęłam tam, wiedząc, że zaraz tutaj podejdzie i znów zacznie. Przycisnęłam poduszkę do twarzy, słysząc w głowie ciepły głos "Proszę, Alicjo. Zakryj oczy i nie patrz, dopóki to się nie skończy. "
Siedziałam, szlochając i czekając na swój koniec.



 

Trudno uwierzyć, że jeszcze tydzień temu spacerowałam po ulicach Glasgow, byłam w Falkirk i patrzyłam na wielkie Kelpies, oglądałam obracający się Falkirk Wheel i oddychałam szkockim powietrzem z myślą, że w końcu znalazłam się w ukochanej Narnii.

A potem musiałam wrócić i przez trzy dni płakałam za tym krajem, pragnąc jedynie tam wrócić.

Początek roku nie był taki zły. Jestem szczęśliwa, że znów znalazłam się wśród ukochanych ludzi i będę mogła ich widzieć niemal codziennie. Co tam z nauką, sprawdzianami, gdy wyrywasz się z cichego domu i czujesz się znów jak ryba w wodzie, mimo pobudek o 5 nad ranem.

Jak tam u Was, moi drodzy? Powrót do szkoły był tak bardzo brutalny jak co roku dla Percy'ego? Ja zazwyczaj staram się myśleć pozytywnie, więc uszy do góry! Macie na otarcie łez dłuuuugi rozdział, w którym coś się dzieje! Nie jest to Lenzie, fakt, ale wydaje mi się, że to nawet bardziej ekscytujące. Choć to nic w porównaniu z rozdziałem szesnastym. Okay, nie powiem nic więcej.

EDIT: MÓJ SNAPTACH PADŁ, BO ZRESETOWAŁAM MÓJ TELEFON I NIE MOGĘ GO Z POWROTEM ZAINSTALOWAĆ. JEŚLI BAAARDZO PRAGNIECIE WIEDZIEĆ, CO TAM, TO POZOSTAJE MÓJ INSTAGRAM (CINNAMONLLY) ORAZ TWITTER (JOYLITTE). MOGĘ DODAWAĆ TAM SPOJLERY IF YOU REALLY WANT. NO I OCZYWIŚCIE GRUPA NA FB: ALFABET MORSE'A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis