sobota, 24 września 2016

Rozdział XII - Czy Ona była fajna?





Minęły kolejne tygodnie, które spędziłem z Lisette na analizowaniu mitów i objaśnianiu jej powiązań pomiędzy bogami. Wiedziałem, że nie mogę dłużej zwlekać i zacząć ją uczyć o potworach, ale nie potrafiłem znaleźć w sobie odwagi, by to zrobić. Obserwując ją, gdy oglądaliśmy "Herkulesa" wytwórni Disney'a, przypomniałem sobie ją, gdy stała wśród gruzów w swoim więzieniu, nic nie rozumiejąca. Patrzyła w takim zafascynowaniem w gwiazdy, że nawet wyjące alarmy jej nie przeszkadzały. Ciszyła się o prostu chwilą. Tak samo jak rozkoszowała się każdym słowem, przeczytanym przez nią samą w książkach pisanych po grecku. Na razie nie zadawała pytań. Byłem jednak świadomy tego, że niedługo zacznie to robić. O potworach. O jej boskim rodzicu.
Choć starałem się jak mogłem, nie potrafiłem dociec, kto był śmiertelnikiem: matka czy ojciec? Musiałbym mieć dostęp do jej aktu urodzenia i dokumentów szpitalnych, a ni jak nie potrafiłem się do nich dostać. Musiałbym kogoś poprosić o pomoc, a żaden z obozowiczów się do tego nie garnął. Piper nie chciała mieć z tym nic wspólnego, bo jak to ładnie i macierzyńsko określiła: "To twój wybór, twoje problemy, twoja odpowiedzialność". Percy był w Nowym Rzymie na studiach. Nathalie pomogła mi już raz, nie chciałem prosić ją o kolejną przysługę. A o czwartej osobie nawet nie chciałem myśleć. Przez myśl przeszło mi, że Afrodyta mogłaby mi pomóc. Jednak w mojej głowie rozbrzmiał głos Annabeth. Każdy dar ma swoją cenę. Powiedziała tak, gdy przyglądała się bezmyślnie wiadomości od Persefony o koniu trojańskim.
Powoli kończyliśmy czytać "Oskara i Panią Różę". Była to jedyna książka, którą Liz zaczytywała się w mojej obecności na głos. Zawiązaliśmy milczące porozumienie, że nie może przeczytać choćby zdania w tym opowiadaniu pod moją nieobecność. Liz często kończyła po piętnastu minutach, twierdząc, że ból głosy jest nie do wytrzymania. Rozumiałem ją, bo sam przez to przechodziłem, choć nigdy nie byłem fanem książek. Liz nie czytała płynnie. Jąkała się, zacinała, nie raz i nie dwa prosiła mnie o pomoc z przeczytaniem słowa. Mimo tego lubiłem ją słuchać. Ona leżała na łóżku i oparta na łokciach, brnęła uparcie do przodu. Ja siedziałem na podłodze, bawiąc się długopisem albo inną zabawką i wpatrywałem się tępo w przestrzeń.
Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć. Ja, który mam sto lat, dobrze wiem, o czym mówię. Im bardziej się człowiek starzeje, tym większym smakiem musi się wykazać, żeby docenić życie. Musi być wyrafinowany, stać się po trosze artystą. Byle kretyn może cieszyć się życiem w wieku dziesięciu, dwudziestu lat, ale kiedy człowiek ma sto lat, kiedy już nie może się ruszać, musi uruchomić swoją inteligencję.
Liz zamilkła, patrząc się w kartkę ze ściągniętymi brwiami. Spojrzałem na nią i jej twarz, pełną w skupieniu.
— Chcesz sobie zrobić przerwę? — spytałem. Liz pokręciła głową, doczytała ostatnie zdanie listu i zamknęła oczy, kładąc się na plecach. Oddychała miarowo i spokojnie. Wiedziałem, że dopadła ją migrena. Odkąd zaczęła się uczyć, co chwilę musieliśmy przerywać lekcję z powodów jej bólów głowy. Pamiętam, że moje początki były takie same. Ja jednak wolałem uczyć się, jak używać broni i przetrwać. Lisette miała tylko książki. Już otwierałem usta, by spytać, czy mam sobie pójść i dać jej chwilę prywatności, gdy odezwała się do mnie cicho, nadal nie otwierając oczu.
— Leo? A jest jakaś możliwość, że jedno z dziadków było bogiem, a nie któreś z rodziców?
Schowałem do pasa czerwony długopis, hamując w sobie pragnienie zajęcia czymś dłoni.
— Liz, to mało prawdopodobne, by jedno z twoich rodziców przeżyło w świecie śmiertelników, będąc półkrwi. Jesteśmy jak fale radiowe dla potworów. Jeśli już nas złapią, rzadko są szansę, że przeżyjemy, tam,na zewnątrz. Zazwyczaj giniemy w szóstej klasie, a dożycie matury graniczy z cudem.
— Ale ty żyjesz. Czemu nie zginąłeś, skoro zazwyczaj herosi giną?
— Głupi ma zawsze szczęście — zażartowałem, ale po chwili dotarło do mnie, że powinienem być nieco bardziej poważny. — Siedzę w Obozie Herosów i tylko czasami opuszczam jego granice. Odkąd dowiedzieliśmy się o istnieniu Obozu Jupiter, większość obozowiczów wybiera studia w Nowym Rzymie i często tam zostaje na stałe. — Zacząłem wyliczać na palcach osoby. — Will od Apolla poszedł na medycynę, z tego co kojarzę. Katie i Miranda Garden od Demeter. Bracia Hood'owie od Hermesa, chociaż jak dla mnie są za tępi i byłem w szoku, że nie wylali ich po pierwszym roku. Percy Jackson od Posejdona. Annabeth Chase od Ateny. I wielu innych.
— To może moi rodzice byli z obozu Jupiter?
Dziewczyna najwyraźniej nie chciała przyjąć do zrozumienia, że jedno z jej rodziców nie jest biologiczne. Po osiemnastu latach życia w przekonaniu, że byli idealną rodziną, póki głosy tego nie zniszczyły, nie była w stanie zaakceptować prawdy.
— Liz, to w San Francisco. Na drugim końcu kontynentu. Po co mieliby ryzykować, przenosząc się do Nowego Jorku? Wtedy tam nie mieli pojęcia o Obozie Herosów.
— Mówiłeś, że dzieciaki ginął przeważnie w wieku dwunastu lat. — Zręcznie zmieniła temat, co nie uszło mojej uwadze. Specjalnie zrobiła pauzę. — Ile miałeś lat, gdy się tutaj znalazłeś?
— Piętnaście — odpowiedziałem, przypominając sobie ten dzień. Niezbyt udany, choć z perspektywy czasu był jednych z najlepszych chwil mojego życia.
— A rekord? Ile wynosił?
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, o co jej chodzi. Tak samo jak to, że wkraczamy w temat, który mi się nie podobał. Zbyt grząski grunt.
— Siedemnaście — odrzekłem, mam nadzieje, że zabawkowo. A potem westchnąłem. — Właściwie to osiemnaście. Ty jesteś... — zawahałem się, bo nie byłem pewny, czy powiedzenie, że jest rekordem, byłoby właściwie. — Ty pobiłaś rekord.
Lisette otworzyła oczy. Przewróciła się na bok i podparła dłonią głowę, jak dziecko, któremu opowiada się historyjkę na dobranoc, która bardzo go interesuje. Do tego stopnia, że pozostaje skupione i uważnie słucha opowiadania, za nic w świecie nie chcąc iść spać.
— Kto był rodzicem? — spytała, szczerze zaciekawiona. Sporo wysiłku kosztowało mnie to, by się nie skrzywić.
— Córka Demeter — odpowiedziałem, przerywając kontakt wzrokowy i mając cichą nadzieje, że nie będzie drążyć tematu. Nastąpiła chwila ciszy, a ja spojrzałem na zegarek.
— Znałeś ją? Fajna była?
Teraz na nią spojrzałem. Nie rozmawiałem z nikim o Niej. Nie wypowiadałem Jej imienia. Była tematem tabu w Obozie Herosów, a szczególnie w mojej obecność. To nie był dobry rok. Straciliśmy dużo herosów. Więcej, niż w Wojnie z Gają lub z Kronosem. Straty były ogromne. Obóz wyglądał jak obumarłe miasteczko duchów. Nie ucierpiał tylko Wielki Dom. A oto siedziałem sobie na podłodze w towarzystwie dziewczyny, którą wszyscy mieli za szaloną i rozmawiałem na najboleśniejszym rozdziale w moim życiu, nie uwzględniając w to śmierci mojej matki. Zastanowiłem się, jak Ją zdefiniować. Była na pewno otwarta, nieco dawała ponieść się sarkazmowi, troszczyła się o innych. Miała symptom: "Dam rade i udowodnię sobie i innym, że coś potrafię". Była ciepła, a jej uśmiech powodował, że moje serce się topiło nawet przed tym, jak ją pokochałem. Kochała książki, mimo swojej dysekcji. Słowa były dla niej jedynym sposobem, by się kontaktować. Zawsze miała zimne dłonie, nawet w upał, gdy siedziała pod drzewem i plotła wianki. Była naprawdę osobliwą osobą.
— Tak. Była bardzo fajna — odpowiedziałem, wstając z podłogi. — Przykro mi, Liz, ale muszę wracać do obowiązków. Do zobaczenia później.
Podszedłem do drzwi i je otworzyłem. Gdy już miałem wyjść i przekręcić klucz w zamku, do moich uszu dobiegło jedno cicho wypowiedziane pytanie:
— Leo? Co się z nią stało?
Odwróciłem się. Dziewczyna siedziała na łóżku z szeroko otwartymi oczyma i wykręcała sobie palce. Zacisnąłem mocniej dłoń na klamce i spokojnie odpowiedziałem.
— Odeszła. Pa, Liz.
Więcej nie wracaliśmy do tego tematu. Następnego dnia przeszliśmy do nauki potworów. Lisette mnie zaskoczyła. Zachowywała się jak ośmioletnie dziecko, gdy pokazywała palcami na ilustracje, wzdymała policzki a potem konspiracyjnym tonem, próbując się nie roześmiać, szeptała.
— On ma rogi!
Po tygodniu przeszliśmy do bardziej skomplikowanych mitów oraz potworów. Choć blondynka uczyła się szybko, nie była w stanie ukryć obrzydzenia bądź niechęci, słysząc wszystkie okropieństwa. Po wysłuchaniu tego, co robił Minotaur swoim ofiarom, zrobiła się blada i wymamrotała, wstając od stołu.
— Muszę do łazienki... Daj mi...
Wtedy dotarło do mnie, że przesadziłem. Zszedłem na dół i robiąc Liz miętową herbatę, uświadomiłem sobie, że powinienem być nieco bardziej delikatny. Należałem do bezpośrednich osób, które nie miały talentu do opowiadania okropnych historii w jasnym świetle. Od tego była Piper. Ostrożnie wniosłem herbatę na piętro i postawiłem przed blondynką, która masowała sobie skronie z wyrazem zamyślenia na twarzy.
— Przepraszam— mruknąłem skruszony. — Ale musisz się dowiedzieć. Musisz być przygotowana. Ta wiedza, dla śmiertelników bezużyteczna, może być dla nas ratunkiem.
— Jest dobrze — odpowiedziała, biorąc w dłonie kubek z herbatą. Jej mowa niewerbalna o tym nie świadczyła. — Po prostu to dziwne, uczyć się o nich wszystkich, gdy do tej pory wszystko wskazywało na to, że nie istnieją. Może wcale nie jestem tak bardzo szalona.
— A co z nimi? Bardzo ci dokuczają.
Dziewczyna zacisnęła wargę, jakby się nad czymś zastanawiała. Zerknęła w róg, gdzie stał telewizor, a potem na mnie.
— Mam takie wrażenie... że chyba nieco cichną. Nadal tam są, nadal szepczą okropne rzeczy, nadal je czuję, ale... nieco mniej. Tak jak trzecia herbata z tej samej torebki.
Gdy po dwóch tygodniach upewniłem się, że dziewczyna faktycznie ma się lepiej, postanowiłem, że pora na kolejny krok. Gdy na naszej lekcji zacząłem się szczerzyć, a Liz zapytała się, co się stało, odpowiedziałem, że nic. Jeszcze nic. Lisette Marie Evans miała za niedługo rozpocząć kolejny etap w życiu.

□ 

Kawa jest wszystkim. Dziękuję za uwagę.

No cóż, czas mnie goni a ja piszę końcowe rozdziały, zamiast skupić się na tych, które będą opublikowane niebawem. Poza tym marnuję czas na oglądaniu cracków z moich ulubionych seriali, zamiast zabrać się do matematyki. Rozszerzona matma to zło.

Podobno kilka minut po 18nastej zeszłego tygodnia, telefony na pogotowiu się rozdzwoniły, a powodem tego były zawały serca u nastolatków. Jak później tłumaczyły się rodzicom, chodziło o jakiś tytuł i rozdział. Podejrzewam, że to moja wina.

Wasze Lenzie serducho teraz szaleje. A z tydzień będzie szalało serducho fanów Lisette. Oj tak. Leo zrobi kolejny krok *chichoczę jak idiotka*.

Anyway, kocham Was mocno, a matmę nie. Bye.

sobota, 17 września 2016

Rozdział XI - Oświadczyny


Lisette siedziała przy stoliku. Związała swoje jasne i kręcone włosy w niski kucyk, ale i tak krótsze pasma opadały jej na twarz, gdy patrzyła na mnie pełna powątpiewania co do dzisiejszej lekcji. Trzymałem w ręce małą książeczkę, której zazwyczaj używała Annabeth, gdy uczyła nowo przybyłych czytać po grecku. Dziewczyna najwyraźniej się denerwowała, bo jej ręce były w ciągłym ruchu: to bawiła się palcami, to je wykręcała albo wycierała spocone o dresowe spodnie. Jej wzrok, choć trochę nieobecny, był jednak skupiony i pełen wątpliwości. Usiadłem naprzeciw niej i położyłem przed sobą książkę. Była ona mała i niebieska, z wygrawerowanymi złotymi literami na środku okładki. Lisette spojrzała na nią, a potem na mnie i znów zaczęła bawić się palcami.
— Jak się czujesz? — spytałem z troską. Liz nie patrząc na mnie, wymamrotała niezbyt wyraźnie odpowiedź:
— Śnił mi się koszmar, słyszę szeptanie w mojej głowie i nie potrafię zrobić porządnego kucyka. Ale śniadanie było pyszne, więc jest w miarę w porządku.
Nie wiedziałem, czy sobie ze mnie w tym momencie żartuje, czy też nie. Jej mina był poważna tak samo jak ton, w którym wypowiedziała odpowiedź, więc zdecydowałem się nie drążyć tematu, bo sama dziewczyna nie wyglądała, jakby tego chciała. Odchrząknąłem więc i zacząłem kwestię, która była moim głównym priorytetem.
— Chciałbym, żebyś zaczęła swoje lekcje. Na początku zawsze jest trudno, a biorąc pod uwagę to, że nigdy nie miałaś styczności z greckimi i rzymskimi mitami, będziemy musieli zacząć od zera. Ale najpierw, zanim zagłębimy się w ten chory świat bóstw i bogów, których nikt tak naprawdę nie rozumie, chcę, byś spróbowała coś przeczytać z tej książki.
Przysunąłem w jej stronę powieść, a ona wzięła je w swoje długie i blade palce. Spojrzała na tytuł, marszcząc brwi, po czym zwróciła się do mnie.
— To nie jest po angielsku?— zauważyła. Pokręciłem głową, a ona westchnęła.— To się nie uda. Nawet czytając w ojczystym języku literki skaczą mi przed oczami i układają się w dziwne i nieistniejące słowa. Jak mam czytać w języku, którego nawet nie znam?
Uśmiechnąłem się, słysząc jej wywód. Liz nie rozumiała mojej reakcji i teraz zamiast lekkiego zdenerwowania i wątpliwości, przyglądała mi się zmieszana.
— Wczoraj powiedziałem ci, że dzieje się tak, ponieważ twój umysł zaprogramowano na grekę. Rozumiesz tytuł? — Dziewczyna kiwnęła głową, a ja się szerzej uśmiechnąłem.— No widzisz! Spróbuj chociaż. Skąd możesz wiedzieć, że coś się nie uda, skoro z góry zakładasz porażkę? Zapamiętaj sobie jedną rzecz: w moim świecie nazwać porażką można dopiero coś, czego próbowało się kilkanaście razy i skończyło się to klęską. Jeśli cię to pocieszy, to nie będziesz czytać tak źle, jak ja gotuję.
Kąciki ust Liz podniosły się w górę. Z namaszczeniem tworzyła pierwszą stronę tekstu i jąkającym się, niepewnym głosem zaczęła czytać, robiąc czasami długie przerwy pomiędzy słowami.
Szanowny Panie Boże, na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu. Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać. Muszę mieć naprawdę jakiś ważny powód. Bo pisanie to bzdura, odchyłka, bezsens, jajo. To lipa. W sam raz dla dorosłych.*
Ucichła na chwilę i spojrzała na mnie roziskrzonym oczyma. Oderwałem wzrok od własnych splecionych dłoni i też na nią popatrzyłem. W jej tęczówkach zawarte było niedowierzanie, tak jak u dziecka, gdy magik wyciąga królika z pustego kapelusza, a brzdąc pyta się go "Jak to zrobiłeś?". Lisette miała taki sam wyraz twarzy. Dziecięca niewinność, nieskażona okrucieństwem świata, choć wycierpiała więcej, niż niejeden Obozowicz, który poniósł śmierć. Widziałem w tych niezwykłych oczach nadzieję, którą porzuciłem lata temu. Widziałem w nich wiarę w nadejście nowego życia, bez plam krwi na rękach. Widziałem szansę na to, że kiedyś wszystko zrozumie.
Dwie godziny później kierowałem się do dużego budynku własnego projektu, z rękoma w kieszeni i nieobecnym wzrokiem. Musiałem z kimś porozmawiać, a jedyna osoba, która przyszła mi na myśl, akurat pracowała. Pchnąłem szklane drzwi i wszedłem do dużego, kolorowego pomieszczenia. Spokój, jaki panował na zewnątrz, został zastąpiony przez krzyki dzieciaków, które biegały po całym pokoju. Kilka dorosłych Obozowiczów, jeśli można tak nazwać czternastolatki, próbowała je uspokoić, by nie waliły się na oślep kolorowymi mieczami, zrobionymi z pianki. Jedna z dziewczynek, która miała sześć lat, pisnęła na mój widok i zaczęła się przepychać w moją stronę, popychając inne dzieciaki. Wkrótce objęła moją nogę i wykrzyknęła:
— Leo!
Schyliłem się i podniosłem ją bez trudu. Fay Hunt była uroczą córką Hekate, z długimi, czarnymi jak smoła włosami i przenikliwymi, butelkowozielonym oczami. Miała różowe, duże policzki, małe usta i kompletną obsesję na moim punkcie. Zacisnęła swoje dłonie na moim ramieniu, nachyliła się nad moim uchem i powiedziała dość cicho, ale ja dobrze ją usłyszałem wśród panującego przedszkolu hałasie.
— Dobrze, że jesteś. Paul się we mnie zakochał, a on mi się nie podoba, więc powiedziałam wszystkim, że jesteśmy zaręczeni. — Zrobiła przerwę, by pokazać mi pierścionek, wygrany zapewne w Kinder Niespodziance. Nie mogłem zareagować inaczej, jak olśniewającym uśmiechem. Chciało mi się śmiać ze słodyczy, którą Fay z siebie wylewała. Dziewczynka zacisnęła swoje usteczka w wąską linię i powiedziała poważnie. — Ty się tak nie śmiej, tylko obiecaj, że na mnie zaczekasz! Niedługo różnica wieku przestanie mieć znaczenie, więc jesteś do tego zmuszony przez fakt, że poprosiłeś mnie o rękę. A to, że nawet o tym nie wiedziałeś, niczego nie zmienia. To co? Obiecasz?
Patrzyła na nie tymi zielonymi oczyma, czekając na odpowiedź. Bogom należą się dzięki, że właśnie wtedy Piper wyszła z przyległego pomieszczenia i mnie zobaczyła. Po chwili znalazła się przy mnie, wybawiając od odpowiedzi.
— Leo? Co ty tutaj robisz?
— Potrzebuje pomocy — odpowiedziałem szczerze, stawiając Fay na ziemi. Dziewczynka była naburmuszona, bo przerwano jej konwersację. — Chce pożyczyć twoje książki, z których uczysz dzieciaki mitów.
Moja przyjaciółka westchnęła.
— Dobra, chodź za mną — mruknęła, kierując się do pomieszczenia, z którego wyszła.
— Właśnie, chodź. Zrobisz mi warkocza. A później porozmawiamy o tym — powiedziała Fay, kierując się za Piper. Moa przyjaciółka odwróciła głowę i uniosła pytająco brwi, a ja tylko wzruszyłem ramionami. Kto tam zrozumie kobiety?
Przeszliśmy do pomieszczenia z regałami zapełnionymi kolorowymi książkami i stoliczkami, które sięgały mi trzy cale za kolano. Na krześle koloru czerwonego usiadła Fay, odgarniając swoje włosy w tył. Usiadłem za nią i rozczesałem palcami jej, miękkie i proste jak drut. Zacząłem robić warkocza, gdy Piper spytała.
— Czego dokładnie potrzebujesz?
— Dużo obrazków, mało tekstu i wiele treści. I fajnie by było, gdyby była po grecku. Muszę nauczyć Liz podstaw, bo nigdy nie miała do czynienia z mitami.
Piper mruknęła coś, co podejrzanie brzmiało jak "Liz". Zignorowałem ją i skupiłem się na ciemnych włosach mojej tak jakby narzeczonej z przymusu. Wkrótce stos książek dla dzieci leżał obok mnie. Związałem różowa gumką włosy Fay, wyprostowałem się i chwyciłem cienkie tomy, posyłając Piper wdzięczny uśmiech.
— Dzięki, ratujesz mi życie.
— Zwróć je w stanie nienaruszonym — poczuła mnie. Gdy już miałem wychodzić, zawołała mnie po imieniu. Odwróciłem się. — Leo? Uważaj na siebie.
Kiwnąłem głową i wyszedłem. Kierując się do Wielkiego Domu, myślałem o zaręczynach. Myślałem o małym pierścionku z diamentem, który dostała trzy lata temu. Nie zdjęła go nawet w Obozie. I o tym bardziej okazałym, który dałem jej ja, a który zamieniał się za sprawą Jej dotyku w miecz. Przypomniało mi się, jak piękne wyglądała w greckiej sukni, tak krucho i majestatycznie zarazem, gdy pocierała swoje ramiona z zimna. Wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. Jej ciepłe usta, to z jakim żarem całowała tamtej nocy. Mokre od łez policzki. I dwa słowa, wystukane w alfabecie Morse'a.
Kocham cię.
Rzuciłem na stół w salonie książki i usiadłem przy nich, otwierając pierwszą lepszą. Powiedziałem, że świat bogów i bogiń jest chory. To wszystko przez te powiązania, niemieszące się w głowie sytuacje. Teraz to odwołuje. Mityczny świat jest bajeczką na dobranoc w porównaniu z tym, co działo się w mojej głowie każdego razu, gdy coś mi jej o Niej przypominało. Gdy budziły się wspomnienia, musiałem przed nimi uciekać.

□ 

* Eric-Emmanuel Schmitt — "Oskar i Pani Róża", przekład Barbara Grzegorzewska.

□ 


Cieszę się, że polubiliście Lisette, a niektórzy z Was wolą ją od Mackeznie.
Taka ciekawostka: wiecie, że jest taka miejscowość w Szkocji jak Lenzie? Byłam niedaleko niej, bo to zaledwie parę minut drogi samochodem od Glasgow. Life goal: zamieszkać w Lenzie.
Napisałam dzisiaj pewien rozdział i płakałam przy nim. Fuck, ja już go chce opublikować. A jak na razie piszę od nowa rozdział XX, bo choć jest świetny, prawie nic się tam nie dzieje, prócz wspomnień Kenz. Więc zapisała kopię i kiedyś się z Wami nią podzielę.
Whatever, kocham Was so freacking much, you know. Prawie tak bardzo, jak Lisette naleśniki, Mackenzie stare filmy a Leo Festusa...
PIOSENKA "DUST TO DUST" THE CIVIL WARS JEST PERFECT PIOSENKĄ LEO I LISETTE. HOW DO YOU THINK?

sobota, 10 września 2016

Rozdział X - Szurnięci herosi


Nie miałem zielonego pojęcia, jakie schody potrafią być zdradliwe, dopóki nie próbowałem wbiec po nich z prędkością światła. Nie uniosłem stopy dostatecznie wysoko i zahaczyłem nią o stopień. Poleciałem jak długi, przy okazji boleśnie ocierając łokcie, a moja broda z impetem uderzyła o krawędź schodka. Gdybym się nie śpieszył, zapewne rzucił bym klątwę i poszedł do Iris, by zamiast tego cholerstwa zamontować windę. Szybko stanąłem na nogi, potarłem podbródek i klnąc po hiszpańsku, pokonałem ostatnie stopnie. Znalazłem klucz i drżącymi rękami wepchnąłem go do dziurki, po czym przekręciłem w prawo.
Wszedłem do pokoju. Wyglądał tak jak za każdym razem, gdy tutaj byłem, z wyjątkiem tego, że łóżko było niezasłane. Co najważniejsze — nigdzie nie było Lisette. Spanikowałem. Jak się wydostała z tego pokoju? Przez moją głowę przemknęła okropna myśl, że wyskoczyła przez okno, a te jakimś cudem się za nią zatrzasnęło. W pierwszym odruchu już miałem wybiec i jej szukać, gdy usłyszałem cichy szloch. Dziewczyna kuliła się za wielką poduszką w kącie pokoju, a ja jej nie zauważyłem. Po jej policzkach toczyły się łzy, gdy odsunęła puch od twarzy. Spojrzała na mnie i wychrypiała z nienawiścią.
— Ty potworze...
Zesztywniałem. Dziewczyna znów schowała twarz w poduszkę i zaczęła gwałtownie szlochać. Zamknąłem za sobą delikatnie drzwi i powoli się do niej zbliżyłem. Ukucnąłem przy blondynce i ze spokojem powiedziałem:
— Liz, to ja. Nie musisz się niczego bać.
Na chwilę ucichła, jakby nasłuchiwała. Potem, bardzo powoli spojrzała na mnie z żalem i bólem tak wielkim, że nie mam pojęcia, jak pomieściły się w tych niezwykłych oczach.
— Był tutaj. Ogromny. Gryzł i drapał. To bolało.
— Kto tutaj był?
— Potwór... — wyszeptała cicho i znów zaniosła się szlochem. Wziąłem głęboki oddech i wyciągnąłem delikatnie z jej ramion poduszkę, którą przytulała. Nie protestowała.
— Już wszystko w porządku. Zawsze będę tutaj, by się obronić.
Przytaknęła głową i zrobiła coś, czego się nie spodziewałem. W jednym momencie nachyliła się w moją stronę i zamknęła mnie w uścisku, wtulając swoją spłakaną twarz w moją pierś. Objąłem ją, jakby była kwiatem i wymruczałem w jej włosy.
— Cicho, moja mała. Jesteś bezpieczna. Zawsze będę przy tobie.
Położyłem podbródek na jej głowie. Pachniała jaśminem i nutką banana. Przymknąłem oczy i cicho oraz łagodnie mówiłem jej, że jest bezpieczna. Że nic jej nie grozi, kiedy przy niej będę. Że może mi ufać, powiedzieć wszystko i nigdy jej nie wyśmieje.
Przypominała mi się pewna brunetka, która tylko przy mnie czuła, że nic jej nie grozi. Tylko na moją prośbę wchodziła do lasu, gdzie mieszkały potwory i mieścił się Bunkier 9. Pamiętałem Jej gorące łzy, które moczyły moją koszulkę, gdy obejmowałem Ją i próbowałem pocieszyć. Wpadła w szał po stracie swojej małej siostrzyczki. Wybuchła i rozbijała wszystko co popadnie. I tylko moje ramiona Ją uspokajały. To, jak tylko moja obecność odganiała Jej koszmary senne. Nawet teraz, po upływie tak długiego okresu czasu, brakowało mi Jej. Nie byłem w stanie wymówić Jej imienia.
Liz odsunęła się ode mnie i zaczęła wycierać dłońmi mokre policzki. Jej oczy spuchnęły od płaczu i były zaczerwienione. Wstałem i zaścieliłem łóżko, a potem pomogłem jej wstać i usiąść na nim. Cała drżała. Obiecałem, że zaraz wrócę i pogoniłem po dzbanek wody i szklankę. Najszybciej, jak tylko potrafiłem nic nie rozlewając, byłem z powrotem. Napełniłem naczynie i podałem je Lisette, a ona wypiła go duszkiem.
— Liz?— zagadnąłem ostrożnie. Dziewczyna spojrzała na mnie jasno i przytomniej, jak nigdy wcześniej. — Czy jesteś w stanie ze mną porozmawiać?
— Myślę, że tak — odpowiedziała cicho, oddając mi szklankę. Położyłem ją na stole i usiadłem w nogach jej łóżka, podczas gdy ona siedziała z drugiej strony z podkurczonymi nogami.
— Zanim zaczniemy, chcę, żebyś była świadoma tego, że niczego od ciebie nie oczekuję. Możesz zadawać mi pytania, ja będę zadawać je tobie. Jeśli na jakieś nie będziesz chciała odpowiedzieć, to w porządku. Nie chce wywierać na tobie presji. Po prostu pokręć głową albo daj mi jakiś znak, że nie chcesz odpowiedzieć. Wolałbym, żebyś sama mi wszystko opowiedziała, a nie żebym ja nalegał. Ale się o ciebie martwię, Liz.
Dziewczyna patrzyła na mnie z otwartymi oczami. Uświadomiłem sobie, że jestem pierwszym człowiekiem, który tak do niej się zwrócił. W zakładzie żądali od niej odpowiedzi, kazali mówić prawdę, czy miała na to ochotę, czy nie. Każde jej słowo notowano i składano w aktach. Była niewyjaśnionym eksperymentem bądź zjawiskiem. Nie zwykłą, przestraszoną dziewczynką. Była rzeczą.
Powoli kiwnęła głową na znak, że rozumie. Odchrząknąłem.
— Jak wyglądał potwór?
— Wierzysz mi?— spytała zaskoczona. Teraz to ja kiwnąłem głową, zupełnie poważny. — Wyglądał nieco jak lew, tylko miał srebrną sierść. Zamiast ogona były węże. Miał czerwone oczy i złotą grzywę, która była we... krwi.
Ostatnie zdanie wypowiedziała cicho, niemal się go bojąc. Spotkałem w życiu naprawdę wiele, wiele potworów. Nieraz byłem o włos od śmierci, inne pokonałem bez problemu. Ale opis Lisette mi nic nie mówił. Mogła to być chimera, ale w tułowiu nie maiła kozy a jej sierść nie była srebrna. I zamiast kilku węży miała jednego.
— Czy kiedykolwiek wcześniej spotkałaś jakiegoś potwora?— zapytałem ostrożnie. Dziewczyna potaknęła.
— Zdarzało mi się. Przychodziły, wyłaniając się z mroku. Niektóre potrafiły mówić. Rozmawiałam z nimi. Czasami mogłam je dotknąć, drugim razem moja ręka przychodziła na wylot, bo były niematerialne. Rzadziej mnie raniły, gryzły i krzywdziły. Wtedy wstrzykiwali mi coś na uspokojenie i zasypiałam, a gdy się budziłam, potworów już nie było.
Pomyślałem, że to okropnie smutne. Nie mogła się nikomu zwierzyć, nie mogła niczego zrozumieć.
— Czy odkąd znalazłaś się w Obozie, spotkałaś jakiegoś potwora?
Dziewczyna zerknęła za moje ramię. Wiedziałem, jaka będzie odpowiedź, zanim otworzyła usta. A Liz wiedziała, że wiem, że skłamie.
— Nie — powiedziała cicho, gdy nasze spojrzenia znów się spotkały. W jej oczach zabłyszczały łzy. — Leo, czy ja naprawdę jestem szalona?
Westchnąłem.
— Nie, Liz. Nie jesteś szalona. Pamiętasz, jak pierwszego dnia powiedziałem ci, że jesteś półboginią? Jedno z twoich rodziców było nieśmiertelne.
Dolna warga dziewczyny zadrżała.
— Moi rodzice byli małżeństwem. Kochali się i oboje byli ludźmi.
Pokręciłem głową. To trudne burzyć czyjś światopogląd. Szczególnie dziewczynki, która od dziesięciu lat żyła samymi wspomnieniami rodziców. Tak naprawdę ich nie znała.
— Gdyby to była prawda, nie byłoby cię tutaj. Nie mogłabyś przejść przez granicę jako śmiertelniczka. Stwierdzili ci ADHD i dysekcję? — spytałem, a dziewczyna pokiwała zaskoczona głową. — Każdy heros je ma. To nasze naturalne atuty. Mamy odruchy bitewne, a nasze umysły zaprogramowano na grekę.
— A czy znasz kogoś, kto widzi potwory i słyszy głosy w swojej głowie? — spytała. Pokręciłem głową a ona przymknęła oczy. — Czyli jestem szalona.
— Nieprawda — odpowiedziałem i wstałem, po czym zrobiłem dwa krok i znalazłem się przy niej. Usiadłem przy jej boku i chwyciłem za ciepłą rękę. Dziewczyna spojrzała na mnie zdezorientowana, ale nie zabrała jej. Nasze spojrzenia się spotkały. — To, że jesteśmy nieco inni niż wszyscy, nie znaczy, że jesteśmy wariatami. Odmienność to nie przekleństwo. To nasz największy dar. Hej, poza tym "Tylko wariaci są czegoś warci".
Uśmiechnęła się blado, gdy usłyszała cytat z Alicji.
— A ty czyim jesteś synem?
— Hefajstosa. Boga kowali, ognia i złotników. Wszystkiego się o nauczysz, spokojnie. — odpowiedziałem, widząc jej nic nierozumujące spojrzenie.
— Ale ty jesteś normalny. Nie słyszysz głosów.
Zaśmiałem się tak głośno, że wyraz zdezorientowania na jej twarzy tylko się pogłębił. Strzepnąłem nieistniejącą łzę spod oka.
— Normalny? Kobieto, wróciłem do żywych po tym, jak popełniłem spektakularne nie-samobójstwo, zostałem mianowany Parysem i rozpętałem największą wojnę pomiędzy bogami i herosami wciągu ostatnich stuleci. Ale to jeszcze nic.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń. Po chwili zaczęły na niej tańczyć płomienie ognia. Lisette pisnęła zaskoczona i prawie spadła z łóżka. Wyszczerzyłem się do niej, gdy dostrzegłem na jej twarzy wyraz głębokiego szoku. Ludzie zawsze tak reagują.
— Władam ogniem — wyjaśniłem jej i zgasiłem płomienie. Nachyliłem się w jej stronę, jakbym miał jej wyznać wielki sekret. — Widzisz? Oboje jesteśmy nienormalni, ale w tym miejscu to rzecz zwykła. Czeka cię jeszcze niejedna niespodzianka, Liz Evans.


■ 


Przeżyliśmy tydzień szkoły! A w poniedziałek kartkówka z ciągu arytmetycznego! I zdjęcie klasowe! HUUUURA!

Ha, ha, ha... Oddajcie mi wakacje, bo miałam czas na pisanie. Nadal tkwię przy 20 rozdziale, którego nawet nie dokończyłam. Eh.

JEST KTOŚ Z RZESZOWA? BO JUTRO JEST MARSZ MIŁOSIERDZIA I JA BĘDĘ ODGRYWAĆ "SCENKĘ" RAZEM Z MOJĄ SZKOŁĄ. POMACHAJCIE MI, BĘDZIE FAJNIE :) MOŻE KRZYKNĘ DO MIKROFONU: LENZIE FOREVER? IDK.

No to w zasadzie tyle... Relacja Liz i Leo robi się bardziej zażyta, so happy, ale ja chce Mackenzie Ugh.



sobota, 3 września 2016

Rozdział IX - W głąb potwornej nory





Stałam rozebrana przed kabiną prysznicową i starałam opanować odruch ucieczki, który przyśpieszał bicie mego serca. Usiłowałam to również zrozumieć — skoro ciepła woda mnie poparzyła i sprawiła, że moja skóra pokryła się bąblami, w takim razie zimna musiała być bezpieczna. Czułam, że tak jest, jednak nie odważyłam się wejść do kabiny. Minęło już sporo czasu, gdy stwierdziłam, że przydałby mi się prysznic. Rozebrałam się więc, rozpuściłam warkocza, którego zaplótł mi Leo i stałam tak, patrząc się na kurki. W końcu westchnęłam i postawiłam bosą stopę na chłodnej porcelanie brodzika. Zamknęłam szklane drzwiczki i zaciskając powieki odkręciłam wodę. Zimne krople zaczęły bębnić o moją skórę i spływać po moich kręconych włosach, które z każdą sekundą wydawały się cięższe. Po krótkiej chwili zakręciłam wodę i zabrałam się za szorowanie ciała i mycie loków. Lubiłam to, w jaki sposób szampon pieni się w moich palcach, uczucie masowania skóry głowy... Choć Eva bardzo się starała, nie potrafiła robić tego delikatnie i nie raz mnie przepraszała, choć ja uparcie milczałam i nie zdradzałam, że coś mnie boli. Zdradzanie emocji w tamtym miejscu było błędem, którego nie można było sobie wybaczyć.
Odkręciłam wodę, która zaczęła spłukiwać całą pianę o zapachu jaśminu. Stałam i stałam pod zimnym strumieniem, czując jak moją skórę pokrywa gęsia skórka, a palce kostnieją. Zacisnęłam zęby, by nie krzyknąć, bo zdawało mi się, że moja krew zaczyna krzepnąc w naczyniach krwionośnych i zamiast krwinek mam ostre kryształki lodu. Podniosłam ciężką rękę i jakoś udało mi się zakręcić kurek, choć czułam, że ledwo panuję nad swoją kończyną. Trzęsąc się wyszłam z kabiny i stanęłam przed lustrem.
Widziałam dziewczynę, a z jej mokrych włosów skapywały ciężkie krople wody. Jej twarz była pomarszczona, a cała skóra miała odcień białego mleka. Usta o opuszczonych kącikach w dół były sine i spierzchnięte, a kiedy jej wzrok napotkał mój zauważyłam, że jej oczy były wodniste i nieprzytomne, jakby spowite pajęczyną. Dziewczyna podniosła rękę o fioletowych paznokciach i odgarnęła mokre włosy z twarzy.
Odwróciłam się, zaciskając mocno powieki. Nie.
Otuliłam się ręcznikiem, czując zimno i tylko zimno. Drugim owinęłam włosy. Szybko się wytarłam, pocierając skostniałe kończyny, pragnąc wykrzesać choć trochę ciepła, ale ten zabieg niestety okazał się bezskuteczny . Wyjęłam z szafy długie spodnie od dresu, bluzę oraz bieliznę i szybko się ubrałam. Nadal trzęsąc się z zimna usiadłam na łóżku i objęłam się rękoma.
Tak bardzo chciałabym zasnąć. Wiedziałam jednak, że nie mogłam. Już czułam ich cichy pomruk. Spojrzałam tęsknie w stronę poduszki. Może jednak się przykryję? Jest mi tak zimno... Pierzyna powinna pomóc. Podniosłam się z niemałym trudem i wślizgnęłam pod kołdrę. Przyjemne ciepło zaczęło pełznąć od koniuszków moich palców wzwyż. Jęknęłam z rozkoszy i przymknęłam oczy. Czułam takie samo przyjemne ciepło jak wtedy, gdy Leo plótł mi warkocza. Pod koniec wizyty obiecał, że przyniesie jakiś film. I popcorn. Uśmiechnęłam się do siebie i oparłam o ścianę, czując poduszkę pod moimi plecami. U nas nie oglądało się filmów. Były tylko szachy i książki. Cieszyłam się na jutrzejszy dzień. W jego towarzystwie czułam się tak normalnie. Nie byłam psychopatką, o której każdy myślał, że zabiła rodziców. Byłam Lisette Evans. Liz.
Moja głowa opadła na pierś, a sen skutecznie spowił mój umysł.
Szeptały. Szeptały o okropnych rzeczach, które wkrótce się wydarzą. Szeptały o karach i mękach, których doświadczą ludzie, trzymający się blisko mnie. Szeptały i wspominały pewien czerwcowy poranek, uczucie krwi na własnych rękach i jej zapach, mieszający się z dusznym powietrzem dnia. Mruczały i domagały się więcej. Jeszcze więcej.
Obudziłam się zalana potem. Było mi za gorąco w dresach, które miałam na sobie. Odgarnęłam pierzynę i chwilę siedziałam bez ruchu, próbując uspokoić oddech, zmusić własne serce by przestało tak gwałtownie walić w piersi. Odgarnęłam z czoła mokre włosy i rozejrzałam się. Mój wzrok padł na zegarek pokazujący godzinę dziesiątą i śniadanie, zapewne już zimne. Na talerzu leżały naleśniki z bananem. Wciąż trzęsąc się, wstałam i zabrałam się za jedzenie. Jak to możliwe, że spałam prawie dwanaście godzin?
Leo przyszedł dopiero o czwartej po południu, może dlatego, że przespałam pierwszą wizytę o dziewiątej. Gdy się ze man przywitał, zerknął podejrzliwe na łóżko ale po chwili jego twarz się rozjaśniła.
— Nie mam zielonego pojęcia, jakie filmy najbardziej lubisz i jaki będzie dla ciebie odpowiedni. Więc wybrałem "Alicję w Krainie Czarów".
Film się zaczął. Patrzyłam zahipnotyzowana na postacie, stroje, fryzury... Wsłuchiwałam się w dialogi i muzykę. To było naprawdę niezwykłe. Pamiętam, że oglądałam filmy z rodzicami. Były to zwykle kreskówki Disney'a, ale mnie to nie przeszkadzało. Gdy wielki smok Żaberzwłok pojawił się na ekranie, pisnęłam z przerażenia. Leo, który siedział na podłodze i opierał się o moje łóżko, wsparty dodatkowo na poduszce, podniósł się i rzucił ją w moją stronę.
— Proszę, Alicjo. Zakryj oczy i nie patrz, dopóki to się nie skończy.
Zignorowałam to, że nazwał mnie imieniem głównej bohaterki i przyłożyłam sobie puch do twarzy. W tle słyszałam odgłosy walki, krzyk Alicji, a widziałam tylko ciemność i ciemność. Ściskałam poduszkę w zaciśniętych dłoniach, aż w końcu zabrakło mi powietrza. Chciałam ją oderwać z twarzy, na próżno. Uświadomiłam sobie, że to nie ja przyciskam ją z całej siły. Spanikowałam. Moje serce zaczęło szybciej bić, oddech zrobił się szybki i urywany, a ja nic nie mogłam na to poradzić, bo ten ktoś pewnie i silnie ściskał.
Dusiłam się.
Czyjeś ciepłe palce oderwały poduszkę od mojej twarzy. Wzięłam głęboki oddech i ze łzami w oczach spojrzałam na swojego wybawcę. Leo przyglądał mi się z troską wymalowanych w kawowych tęczówkach.
— Wszystko w porządku? — spytał. Zerknęłam na ekran. Alicja wygrzebywała się z króliczej nory, rozczochrana i z brudną suknią. Kiwnęłam głową, a chłopak westchnął. — Może jednak oglądanie filmów to nie był taki dobry pomysł...
— Nie — powiedziałam zduszonym głosem. — To było niesamowite. Podobało mi się , naprawdę.
Szczery ton mojego głosu uspokoił nieco chłopaka, ale jednak gdzieś tam nadal czaił się niepokój. Gdy pojawiły się napisy, wdaliśmy się w dyskusję. Leonowi przypadł najbardziej do gustu Szalony Kapelusznik, a mi Kot z Cheshire. Ten jego uśmiech i oczy mnie urzekły. Dodatkowo, Leo pragnął na marginesie zauważyć, że wyglądam nieco jak Alicja z tymi kręconymi blond włosami. Zarumieniłam się nieco, a chłopak po chwili wyszedł, zostawiając mnie samą.
Wzięłam bardzo szybki prysznic, tym razem w letniej wodzie i nie patrząc w lustro. Siedząc na łóżku, melancholijnie czesałam mokre włosy od końców po nasadę, tak jak mnie nauczył Leo. Siedziałam i myślałam o nim. Jego wizyty nadawały sens każdemu dniowi. Mimo tego, że wiedziałam, że jestem zamknięta, nie pytałam, czemu. Znałam powód. Ludzie boją się psychopatki, która zamordowała rodziców w wieku siedmiu lat. Szkoda tylko, że się mylili. Nie byłam szalona. Ani nie zamordowałam rodziców. To nie ja. Tylko One.
Kładąc głowę na poduszce, słyszałam ich cichy śmiech. Uczepiłam się jedynych miłych wspomnień dotyczących mojego pobytu w tym miejscu. Blond warkocza. Rozmowy o naleśnikach i popcornie. Na następny seans Leo obiecał, że postara się skombinować jakieś przekąski.
Śmiech ucichł. I choć nadal słyszałam Ich szepty, nie były tak głośne ani tak wyraźne. Jakby znajdowały się w drugim pokoju. Nadal były, jednak nie tak przytłaczające.
Otworzyłam oczy. Było już zupełnie jasno, a zza zamkniętego okna słychać było śpiew ptaków. Wparłam się na łokciach i rozglądnęłam dookoła. Przypomniałam sobie wczorajszy wieczór filmowy i chwilę leżałam, tkwiąc w tej miłej świadomości. W końcu skopałam z siebie pierzynę i wstałam. Potruchtałam do łazienki, razem z ubraniami zaczęłam robić ze sobą porządek, zerkając w lustro możliwie tak rzadko, jak to możliwe. Wyczesałam włosy, co stało się dużo prostsze, gdy robiłam to na mokro poprzedniego wieczoru, umyłam twarz i zęby. Ubrałam na siebie luźny top i krótkie spodnie od szarego dresu i na bosaka wróciłam do pokoju. Nie byłam już sama.
Stanęłam bez ruchu, wstrzymując oddech na widok ogromnego cielska, znajdującego się w mojej małej sypialni. Miał sierść barwy księżyca, połyskującą w złotym blasku słońca i oślepiającą, lecz z przerażenia nie mogłam przymknąć powiek. Poruszał się bezszelestnie na swoich miękkich, czterech łapach, zakończonymi ostrymi pazurami. Jego zad zdobiły łuski jak u węża, a zamiast ogona miał pęk małych żmii, które cicho syczały, wijąc się we wszystkie strony. Z wielkiej, brązoworudej grzywy skapywała krew, której kałuża powoli tworzyła się pomiędzy przednimi łapami potwora. Kap, kap, kap. Z każdym moim uderzeniem serca. Rubinowe oczy były skierowane na mnie, na swoim celu. Wiedziałam, że jeśli się ruszę, nie zostanie ze mnie nic.
Więc staliśmy. Potwór cały we krwi i dziewczyna, która wpadła do króliczej nory swojego umysłu.
W końcu dobiegł do moich uszu cichy ryk i zwierzę rozchyliło zakrwawione wargi, ukazując rząd białych i splamionych szkarłatną cieczą zębów. Gdy zrobiło krok w moją stronę, ja zrobiłam jeden w tył. To był mój błąd.
Nie wiem, jak to się stało. Po prostu zrobiło mi się bardzo zimno, mięśnie boleśnie się napięły, i kiedy potwór zaatakował, skoczyłam w przeciwną stronę, na łóżko, po których przebiegłam bez gracji i zeskoczyłam z niego, błyskawicznie odwracają się o 180 stopni. Moje oczy spotkały się z rubinem potwora i już wiedziałam, że mu się nie wymknę. Był zbyt inteligentny. Nie popełni drugi raz tego samego błędu. Analizowałam swoje szanse. Byłam mniejsza i sprawniej poruszałam się po pomieszczeniu, za to lew — jeśli mogę go tak określić — był dużo silniejszy i mógł mnie zabić jednym kłapnięciem szczęki.
Rzuciłam się w stronę drzwi. Potwór zamruczał, jakby ze mnie kpił. Szarpnęłam za klamkę, ale to na nic. Wiedziałam, że jestem zamknięta i nie wyjdę. Walnęłam pięścią w drewno i wrzasnęłam:
— Pomocy! Leo!? Błagam, pomóżcie mi!
Waliłam i kopałam ile wlezie, czując gorące łzy na policzkach. Nie, nie, nie! To nie miało się tak skończyć! Nie miało być więcej żadnych potworów. Lew powoli się do mnie zbliżał, rozkoszując się moim wybuchem paniki i strachu. Czułam jego gorący oddech na łydkach a potem ból tak niewyobrażalny, gdy wgryzł się w moją nogę, że nie wrzeszczałam ze strachu. Wrzeszczałam w agonii, gdy ciepła posoka pociekła po moich nogach. Upadłam, a lew zaczął zlizywać sobie moją krew z pyska. Krzycząc i wzywając pomocy , która nigdy nie nadejdzie, zaczęłam się od niego odczołgiwać. Nagle podniósł łapę i przejechał po moich plecach ostrymi pazurami. Wrzasnęłam, wyginając się w łuk. Zacisnęłam palce na poduszce, która spadła z łóżka. Lew usiadł i zaczął oblizywać swoją łapę, rozkoszując się smakiem mojej krwi. Żmije, które wiły się w jego ogonie, zaczęły mnie kąsać w pięty. Czułam, jak ich trucizna zaczyna rozchodzić się po moim ciele. Zdołałam się odczołgać w róg, czując tępy ból w łydce i palące pasy na plecach. Ukucnęłam tam, wiedząc, że zaraz tutaj podejdzie i znów zacznie. Przycisnęłam poduszkę do twarzy, słysząc w głowie ciepły głos "Proszę, Alicjo. Zakryj oczy i nie patrz, dopóki to się nie skończy. "
Siedziałam, szlochając i czekając na swój koniec.



 

Trudno uwierzyć, że jeszcze tydzień temu spacerowałam po ulicach Glasgow, byłam w Falkirk i patrzyłam na wielkie Kelpies, oglądałam obracający się Falkirk Wheel i oddychałam szkockim powietrzem z myślą, że w końcu znalazłam się w ukochanej Narnii.

A potem musiałam wrócić i przez trzy dni płakałam za tym krajem, pragnąc jedynie tam wrócić.

Początek roku nie był taki zły. Jestem szczęśliwa, że znów znalazłam się wśród ukochanych ludzi i będę mogła ich widzieć niemal codziennie. Co tam z nauką, sprawdzianami, gdy wyrywasz się z cichego domu i czujesz się znów jak ryba w wodzie, mimo pobudek o 5 nad ranem.

Jak tam u Was, moi drodzy? Powrót do szkoły był tak bardzo brutalny jak co roku dla Percy'ego? Ja zazwyczaj staram się myśleć pozytywnie, więc uszy do góry! Macie na otarcie łez dłuuuugi rozdział, w którym coś się dzieje! Nie jest to Lenzie, fakt, ale wydaje mi się, że to nawet bardziej ekscytujące. Choć to nic w porównaniu z rozdziałem szesnastym. Okay, nie powiem nic więcej.

EDIT: MÓJ SNAPTACH PADŁ, BO ZRESETOWAŁAM MÓJ TELEFON I NIE MOGĘ GO Z POWROTEM ZAINSTALOWAĆ. JEŚLI BAAARDZO PRAGNIECIE WIEDZIEĆ, CO TAM, TO POZOSTAJE MÓJ INSTAGRAM (CINNAMONLLY) ORAZ TWITTER (JOYLITTE). MOGĘ DODAWAĆ TAM SPOJLERY IF YOU REALLY WANT. NO I OCZYWIŚCIE GRUPA NA FB: ALFABET MORSE'A.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis