sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział VII - Zabójczy prysznic


— Jaki jest twój ulubiony kolor?
Podniosłam głowę, gdy ciepły i delikatny głos wyrwał mnie z objęć moich myśli. Chłopak, który przedstawił się kilka dni temu jako Leo, stał przy drzwiach i przyglądał mi się z zaciekawieniem. Spojrzałam na niego lekko zbita z tropu. O co mu chodziło? Spuściłam głowę na dół, by nie mógł dotrzeć na mojej twarzy malującego się niepokoju.
Po chwili wyszedł, lekko zawiedziony i zostawił mnie samą. Nie do końca samą, pomyślałam z goryczą. Jego pytanie zrodziło w mojej głowie setki scenariuszy, każdy dziwniejszy niż poprzedni.
Po co mnie tutaj przywiózł? Czemu nazwał mnie herosem, a później już nie rozwijał tego tematu? Czemu przychodził i po prostu mnie obserwował, zamiast wprost zapytać, czego chce? Czemu jest dla mnie taki miły?
Jak sprawił, że czekam na jego wizytę i nie mogę się jej doczekać?
Myśli kłębiły się w mojej głowie niczym dym z ogniska i nie pozwalały z dystansu spojrzeć na całą sprawę. To było dziwne. To wszystko było zbyt dziwne. Może to sen? Jeśli wyskoczyłabym z okna, to obudziłabym się z niego? Czy może raczej skręciłabym sobie kark, zanim zdążyłabym zawołać po pomoc?
Już miałam się podnieść, by to sprawdzić, gdy pośród kłęby dymu w umyśle usłyszałam cichy śmiech. Zacisnęłam kurczowo powieki i starałam się sprawić, by ucichł. On uważał, że powinnam skoczyć. Powinnam spróbować. Może akurat się obudzę z tego koszmaru. Może akurat okazałby się, że potrafię latać?
Czułam się senna. Słońce wędrowało po nieboskłonie, znikało, pojawiał się księżyc... Potem znów świtało. A ja nie spałam, bo nie mogłam stracić czujności. Nie mogłam pozwolić, by One przejęły kontrole.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zagryzam wargę, aż do momentu, gdy po mojej brodzie polała się krew. Otarłam ją wierzchem dłoni i znów skupiłam się na swoim umyśle.
— Pokaż się — wymruczałam, prowokującym tonem. — Chyba, że się boisz. Boisz się, że wszyscy poznają prawdę? Że to wszystko to Twoja wina, nie moja?
Często z nimi rozmawiałam. Nie dlatego, że były mi bliskie. Tylko dlatego, by je sprowokować. Żeby pokazać, że One istnieją, że Ich nie wymyśliłam. Bo nie jestem szalona i nie gadam do siebie, w przeciwieństwie do innych. Choć czasami nie czułam dotkliwie ich obecności, wiedziałam, że tam są. I tylko czekają na to, by zaatakować. Były nadzwyczaj spokojne, tylko od czasu do czasu wybuchały cichym śmiechem. Po prostu szeptały do siebie, a ja, choć bardzo się starałam, nie mogłam rozróżnić słów.
Następnego dnia, Leo wyszedł wcześniej niż 17:25, po czym wrócił z niebieskim ręcznikiem w dłoni i ubraniami złożonymi w kostkę. Przyjrzałam mu się z zaciekawieniem. Był nieco intrygujący i denerwował mnie tym, że nie miałam pojęcia, czego właściwie chce. Wyglądało na to, że nie miał złych zamiarów.
Nieprawda, szepnęło to coś w mojej głowie. A igła?
Zesztywniałam i wyprostowałam się gwałtownie, jakby ostry przedmiot zbliżał się do mojej szyi. Zerknęłam przez ramię, jednak nikogo tam nie zauważyłam. Szybko moje spojrzenie wróciło na chłopaka, który położył rzeczy na stoliku. Odchrząknął i zaczął cicho:
— Masz tutaj ręcznik i świeże ubranie. Łazienka jest tam — pokazał palcem na drzwi po mojej lewej stronie, jednak ja nie podążyłam wzrokiem za jego spojrzeniem. — Pewnie bałaś się użyć ręczników i ubrań z szafy, więc przyniosłem ci te. Możesz do woli korzystać ze wszystkiego, co znajduje się w tym pokoju. Każda rzecz jest twoja.
Zamilkł na chwilę, czekając na moją reakcję. Siedziałam sztywno jak struna i nie dałam się zwieść. Jeden najmniejszy ruch i masz przechlapane. Nie radzę ci zrobić żadnego błędu. Naprawdę nie radzę.
— Wykąp się pod prysznicem. W szafce pod zlewem znajdziesz grzebień, pastę do zębów i szczoteczkę. Jakbyś czegoś potrzebowała, daj znać. No to... do widzenia.
Pomachał na pożegnanie i ostrożnie wyszedł z pokoju. Jeszcze chwilę byłam w całkowitym szoku. Nigdy tak długo do mnie nie mówił. Właściwie, to zapytanie się o ulubiony kolor był najdłuższym zwrotem w kierunku mojej osoby. Bo powiedzenie mi, że jestem półbogiem, się nie liczyło. Usłyszałam tylko słowa "boskiego rodzica" i "herosem". Widziałam, że jego usta się poruszają. Nie mogłam jednak go usłyszeć. Huk w mojej głowie był potworny, że prawie czułam, jak eksploduję. One krzyczały, by uciekać. Krzyczały, by zrobić krzywdę każdej osobie w pomieszczeniu, która by mnie zatrzymała. Krzyczały okropne rzeczy, a ja wtedy siedziałam spokojnie, niezdolna o jakiegokolwiek ruchu.
Powoli, bardzo powoli, postawiłam bosą stopę na dywanie, a obok niej drugą. Moje mięśnie odmawiały współpracy, ja jednak zacisnęłam zęby i powstrzymując chęć stracenia przytomności, dostałam do stolika, gdzie leżał ręcznik. Zacisnęłam na nim swoje palce i podniosłam. Ważył chyba z tonę, a ja jęknęłam z wysiłku. Podeszłam do pokazanych przez Leona drzwi i pociągnęłam za klamkę. Moim oczom ukazała się łazienka urządzona w czarno-białych odcieniach. Naprzeciw mnie na ścianie, wisiało wielkie lustro, pod nim szklana półeczka i umywalka. Po mojej lewej stronie znajdował się prysznic ze przezroczystymi drzwiczkami a po przeciwnej — białe szafki, w których zapewne były ręczniki i kosmetyki. Moje rozgrzane stopy zetknęły się z zimnymi płytkami, gdy nieśmiało postawiłam pierwszy krok, rozglądając się z zachwytem dookoła. To było takie... nierzeczywiste. W zakładzie była jedna wielka łazienka, gdzie Eva zabierała mnie każdego wieczora i pomagała się kąpać. Nigdy w swoim życiu nie miałam takiej przestrzeni i prywatności. Mój wzrok napotkał wzrok blondynki ze splątanymi włosami, które opadały jej na ramiona i czoło. Miała oczy o dziwnym kolorze — ni to niebieskie, ni to zielone. Jej usta były nieco rozchylone, a na policzkach kwitnął rumieniec. Ja, która odbijała się w lustrze, podniosła rękę i pomachała mi, uśmiechając się szeroko. Położyłam ręcznik na półce obok umywalki i zaczęłam rozbierać się ze szpitalnej koszuli. Materiał upadł na podłogę z cichym szelestem. Zdjęłam również bieliznę. Wślizgnęłam się pod prysznic, nieco inny niż ten w zakładzie. Odkręciłam kurek i pisnęłam zaskoczona, gdy na moją głowę polał się strumień ciepłej wody. Po chwili stwierdziłam, że to całkiem przyjemne. Przeczytałam na etykiecie butelki, że szampon o zapachu wiśni mam rozprowadzić na włosach, spienić i spłukać, a żel roztarłam w pacach i namydliłam całe ciało. Potem to wszystko spłukałam pod strumieniem gorącej wody. Stałam i rozkoszował się uczuciem bębnienia o moje plecy. Po chwili poczułam, że coś jest nie tak. Woda parzyła i spod zbyt dużym ciśnieniem lała się ze słuchawki. Mięśnie boleśnie mi się napięły, a ja podciągnęłam cicho nosem i próbowałam zakręcić wodę. Poślizgnęłam się w pewnym momencie i musiałam przylec do ściany, by odzyskać równowagę. Po chwili woda przestała się lać. Oddychałam ciężko, wdzięczna, że ból ustał. Chwyciłam ręcznik i zaczęłam się wycierać, zagryzając z bólu wargę. Stanęłam przed lustrem i z przerażeniem przyglądałam się swojemu ciału. Moje plecy, ramiona, nogi... wszytko było pokryte w fioletowych sińcach i opatrzeniach. Skóra, gdzie była bardziej zaczerwieniona, pokrywała się w białych krostach. Zaszlochałam i odwróciłam wzrok, nie mogąc na siebie patrzeć. Wciągnęłam przez głowę długą do ziemi koszulę nocną i ubrałam bieliznę. Po czym wybiegłam z łazienki, zostawiając wszystko za sobą.
Mel siedziała na łóżku i czekała na mnie. Wpadłam w jej ramiona i zaszlochałam, a ona delikatnie głaskała mnie po plecach.
Dzień później, gdy Leo wychodził, szepnęłam cicho:
— Czerwony.
Chłopak stanął nieco zdziwiony, ale po chwili jego usta rozciągnęły się w olśniewającym uśmiechu.
— Mój też — powiedział i wyszedł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis