sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział V - Kolor czerwony jest nieziemski






Gdy wszedłem czwartego dnia do pokoju Lisette, dziewczyna spojrzała na mnie z zaciekawieniem małego kotka, śledziła moje ruchy, gdy kierowałem się do krzesła w rogu, usiadłem na nim i sam zacząłem ją obserwować. Chwilę zastygliśmy w takiej pozie. Lisette po upływie pięciu sekund kiwnęła głową i znów zaczęła wpatrywać się ścianę naprzeciw siebie.
To tyle w kwestii postępu.
Te chwile, gdy spędzałem z Lisette, były najbardziej oczekiwanymi momentami moich ostatnich dni. Nie dlatego, że ekscytowało mnie zamkniecie w jednym pokoju z rzekomo chorą psychicznie dziewczyną. Nie byłem aż tak pogięty. Oczekiwałem ich tak namiętnie, bo tylko tutaj miałem chwilę spokoju. Nikt nie ważył zbliżać się do Wielkiego Domu, a tym bardziej do tego pokoju. Zachowywali się tak, jakby był tutaj zamknięty śmiertelnie chory lub seryjny morderca.
No dobra. Może jestem w stanie ich zrozumieć. Faktem jest to, że mi to nie przeszkadza.
Rozprostowałem nogi i założyłem ręce za głowę, obserwując za przymkniętych powiek dziewczynę. Nie mogłem nie zauważyć, że była piękna. Miała blond kręcone włosy, niesamowite oczy i uroczy nosek. Gdyby wychowywała się w normalnych warunkach, zapewne byłaby oblegana przez chłopców. Nigdy nie słyszałem jej głosu, więc nie mogłem sobie wyobrazić, jak chamsko odpowiada jakiemuś facetowi, który poleciał tylko na jej wygląd. Mogłem za to wyobrazić sobie, jak wysyła w jego stronę długie, pełne obrzydzenia spojrzenie. Na razie siedziała tak bez przerwy. Od wczoraj coś się zmieniło. Od czasu do czasu kręciła albo kiwała głową, jakby uważnie kogoś słuchała. Odczytałem to jaki wielki plus i postęp, z którym podzieliłem się z Piper.
— Wiesz dobrze, że nie potrafię ci pomóc — powiedziała, studząc nieco mój zapał. Naciągnęła cięciwę łuku i puściła strzałę, która wbiła nieco za daleko w lewo. — Porwałeś się na to wyzwanie i sam musisz sobie z nim poradzić. Czy ja wiem, czy to dobrze czy źle? Nigdy nie miałam takiego znajomego. Ale myślę, że owszem, może to jakiś plus. Może się powoli otwiera...
Byłem jej wdzięczny za to, że nie powiedziała: "Nigdy nie miałam psychicznego znajomego". Była chyba jedną z nielicznych — jeśli nie jedyną — która mnie próbowała zrozumieć. Weźmy na przykład taką Juliet. Latała za mną jak niemożliwie upierdliwa mucha i bzyczała mi nad uchem, kiedy pozbędę się mojej nowej koleżanki. Czy nie mogła zająć się przygotowywaniem owsianki, targaniem za uszy swoich młodszych braci albo porządkowaniem ogródka zamiast dręczyć mnie psychicznie? Oczywiście, powiedziałem jej to w twarz. Nie była zbytnio zadowolona. Okej, to może nie było słowo oddające całkowicie jej stan emocjonalny. Wściekła się jak napalona na orzechy wiewiórka. Cudem jej uciekłem.
— A jeśli to nieprawda? — powiedział cichy, drżący głosek. Otworzyłem szeroko oczy i rozglądnąłem się dyskretnie po pokoju. Nikogo jednak tu nie było, prócz mnie i Lisette. A skoro ja mutację przechodziłem wieki temu i nie mam tak piskliwego głosu, to oznacza tylko jedno: głos należał do dziewczyny. Przyglądałem się jej dokładnie: zagryzała dolną wargę i wbiła wzrok w pościel łóżka. Jakby się nad czymś zastanawiała. Toczyła ze sobą bitwę.
Dobra, widzę, że mamy większy postęp niż sądziłem. Przesiedziałem tak jeszcze z piętnaście minut, dokładnie obserwując blondynkę i jej zachowanie, nasłuchując, czy czasem coś jeszcze nie wypłynie z jej ust. Ale chyba się na to nie zanosiło.
Wstałem więc, pomachałem jej, posyłając jednocześnie słaby śmiech i wyszedłem z pokoju. Westchnąłem ciężko i przekręciłem klucz w pokoju jak co dzień. Takie były zalecenia. Jeśli chciałem ją tutaj zatrzymać, musiała być zamknięta. Ostro się kłóciłem, by do tego nie dopuścić, bo przecież nie jest żadnym zwierzęciem, ale jak można było się tego spodziewać — przegrałem.
Starając się robić jak najmniej hałasu, na paluszkach, skradałem się przez korytarz i szybko zbiegłem po schodach, zamierzając jak najszybciej opuścić budynek i pobiec do Bunkra. Jak na złość, wpadłem na dyrektorkę Obozu, która uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.
— Leo! Świetnie, że cię widzę. Chcę z tobą porozmawiać.
I minęła mnie. Zdusiłem w sobie krzyk rozpaczy i sprzeciwu, grzecznie się odwróciłem i poszedłem za boginią do jej gabinetu. Był to pokój nieco... dziwaczny. Na półkach, pomiędzy segregatorami, stały posążki. Mogłem tu zobaczy wszystko: kiwające głowami kotki, Buddę, kolorowe ptaszki... Na środku stało biurko, gdzie każda rzecz miała miejsce. Kretki, długopisy, markery, linijki miały osobne bambusowe kubeczki, zdjęcia bogini były starannie oprawione i poukładane. Nad framugą okna wisiały łapacze snów, a na parapecie paliły się kadzidełka, co było zupełnie bezsensowne, bo okno było otwarte. Na ścianach dyrektorka powiesiła motywujące cytaty i zdjęcia tęczy. W całym pokoju pachniało mdłymi kadzidełkami i różami.
Bogini usiadła w swoim wygodnym fotelu i pokazała mi drewniane krzesło naprzeciw siebie.
— Usiądź.
— Nie, dziękuję. Śpieszę się nieco.
Wzruszyła ramionami. Była dziś ubrana w top na ramiączkach i spodnie typu safari. Swoje ciemne, długie włosy spięła w kucyk na głowie. Poprawiła swoje okulary i z uśmiechem na ustach zagadała mnie, jakbym był z nią na kawie. Przecież mówiłem, że mi się śpieszy!
— Jak ci idzie z tą dziewczyną?
— Coraz lepiej — mruknąłem szczerze, wpatrując się w jeden z łapaczy snów. Bogini przestała przeglądać papiery i spojrzała na mnie ciepło swoimi brązowymi oczyma.
— Nie musisz być taki oschły. Musisz zrozumieć, że miałam prawo się zdenerwować, gdy powiadomiłeś mnie o fakcie dokonanym. W końcu sprowadziłeś do Obozu osobę, którą uważa się za niebezpieczną. Nie bronię ci nad nią pracować. Dobrze wiesz, że mam do ciebie pełne zaufanie i kibicuję ci z całego serca.
Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest taka życzliwa w stosunku do mnie, ponieważ żadne z jej dzieci cudem nie ucierpiało w II Wojnie Trojańskiej. Po rzeczowym incydencie Zeus zadecydował, że Dionizos nie nadaje się na stanowisko dyrektora. Powtarzano mu to od wieków, a on dopiero teraz się umiłował i to zrozumiał. Odesłał go więc gdzieś indziej, a na stanowisko dyrektora zgłosiła się Iris. Kobieta gardziła wojną i przemocą tak mocno, że zdecydowała się wprowadzić nowe zasady. Oczywiście nie wiem, jak ona planowała złagodzić przemoc w miejscu, gdzie uczymy się jej używać, ale mi nic do tego. Grunt w tym, że akurat w rządzeniu Obozem była niezawodna. Choć każdy musiał składać miesięczne raporty, rozliczać się z każdej złamanej włóczni, w Obozie nigdy nie było tak przyjaźnie. Odnowiła stare zwyczaje i turnieje, a Chejron dzięki niej miał o trzy czwarte mniej pracy i mógł poświęcić się w zupełności szkoleniom herosów.
W stosunku do mnie była nadzwyczaj opiekuńcza i troskliwa. Uwielbiała ze mną rozmawiać i czasem wyprowadzać z równowagi. Chyba jako jedyna — no, prócz Afrodyty — nie miała do mnie żalu co do spowodowania wojny. Rozmawiała ze mną, pomagała i dawała rady. I nie broiła mi jeździć furgonetką dostawczą, co chyba było największym plusem. Nie, poprawka: niezbyt przepadała za Juliet.
— Przecież wiem. Potrzebuję czasu. Była zamknięta przez dziesięć lat z dala od ludzi. Nie otworzy się tak z dnia na dzień.
— Rozumiem — odpowiedziała bogini, nadal przyglądając się mi uważnie. A potem wypaliła. — Bogowie są ci przychylni, Leo. Nie bądź całe życie na nich wściekły.
Nie wytrzymałem i parsknąłem szyderczo.
— Jasne.
Kobieta spiorunowała mnie wzrokiem. No ale hej, taka była prawda. Byłem odpowiedzialny za śmierć połowy herosów w tym Obozie. Nie znalazłby się bóg, który nie chciałby zrobić mi krzywdę lub bogini, która chętnie nie spaliłaby mi brwi. I to ja byłem wściekły na nich. Pokręcone, prawda?
— Bądź dzisiaj na ognisku, proszę. Piper powiedziała, że od pół roku byłeś tylko na dwóch. Możesz już iść.
Kiwnąłem głową i spełniłem jej prośbę. Kierując się do Bunkra, przekalkulowałem, czy faktycznie byłem tylko na dwóch. Nie pamiętam ani jednego. Nie chodziłem na ogniska. Po prostu kojarzyły mi się dobrze, a to bolało. Wszystko, co kojarzyło mi się dobrze, bolało. Czy nigdy się z tego nie wyleczę?
Następnego dnia Lisette odprowadziła mnie wzrokiem do mojego miejsca i zatrzymała go nieco dłużej. Obserwował mnie, jakbym był szczególnie interesującym okazem w zoo. Egzotycznym. Przechyliła nieco główkę w prawą stronę, uśmiechnęła się delikatnie i zaczęła kołysać się w przód i w tył, odrywając ode mnie wzrok.
Nieco niepokoiłem się tym, że tylko tak siedzi. Przynosiłem jej posiłki pięć razy dziennie, ale nie byłem pewny, jak zniesie tak nagłe odstawienie leków. Jedzenie owszem znikało, ale dziewczyna tylko siedziała. Nie byłem nawet pewny, czy śpi. Pościel nie wyglądała ani trochę na zmiętą.
Lisette od czasu do czasu posyłała mi pełne zaciekawienia spojrzenia, po czym znów zajmowała się sobą. Po godzinie wstałem z krzesła, pomachałem jej i już odwracałem się, by wyjść, gdy nagle coś mi odbiło. Spojrzałem na nią i całkiem serio zapytałem.
— Jaki jest twój ulubiony kolor?
Dziewczyna spojrzała na mnie jak na wariata, po czym spuściła wzrok i nie odpowiedziała. Nieco zawiedziony wyszedłem z pokoju.
Moje pytanie nie zostało zapomniane. Dwa dni później, gdy wychodziłem, usłyszałem cichy głosik.
— Czerwony.
Odwróciłem się w uśmiechem triumfu na twarzy i odpowiedziałem.
— Mój też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są niezwykłą formą, która mnie motywuje i pozwala z Wami utrzymać kontakt. Za każdy dziękuje z całego serca.

.
.
.
.
.
.
template by oreuis