sobota, 27 sierpnia 2016

Rozdział VIII - Spalony popcorn



Minęło dwa dni od pamiętnego przyznania się Lisette do swojego ulubionego koloru. Dziewczyna nie zdawała sobie sprawy z tego, że teraz się ode mnie nie uwolni. Moje pierwsze małe zwycięstwo było na tyle wielkie, że dodało mi energii. Trochę tak, jakbym przedawkował kawę i nie mógł w nocy spać, bo moje myśli zaprzątają plany zdobycia świata tak nierealne, jak to tylko możliwe. Ale nie przestawałem o tym myśleć.
Tak więc, gdy wszedłem do jej pokoju, dziewczyna wyprostowała się. Zaryzykowałem i usiadłem nieco bliżej niej. Nie zaprotestowała, nie odsunęła się. Nie zrobiła dosłownie nic. Uznałem to za dobry znak. Patrzyliśmy na siebie w skupieniu. Zdawało mi się, że oczy Lisette krzyczą: zadaj kolejne bezsensowne pytanie, które nie zmieni nic w twoim życiu. Zastanowiłem się przez chwilę, po czym odezwałem się, przerywając ciszę, która towarzyszyła nam od początku.
— Jakie jest twoje ulubione śniadanie?
Dziewczyna zamrugała, jakby natarczywy pyłek wpadł jej do oka, a ona chciała się go pozbyć. Przechyliła głowę nieco w bok i zerwała kontakt wzrokowy. Zerknąłem przez ramię, tam, gdzie się patrzyła, ale niczego nie zauważyłem.
— Lubię naleśniki — odpowiedziała nieco zbyt cicho i nieśmiało. Podniosłem jedną brew, czekając, aż dokończy, bo wahała się przez moment. — Czemu pytasz?
— Przygotowuję ci posiłki — odpowiedziałem lekko, po czym zdałem sobie sprawę, że ją nieco okłamałem. — Dobra, ja nie gotuję, bo jestem w tym niezwykle kiepski. Ale proszę o danie i go dostaję. Trzymam się od garnków i patelni możliwie tak daleko, jak mogę. To nie moja dziedzina sztuki. Raz spaliłem popcorn. I to w mikrofalówce. Nie doczytałem na opakowaniu, że wystarczy tylko 1 minuta i nastawiłem na cztery. Zorientowałem się po trzech minutach, że coś jest nie tak, jak dym zaczął wydobywać się z urządzenia.
Zamilkłem, upominają się w myślach, że się rozgadałem. Potokiem słów mogłem sprawić, że straciłaby do mnie zaufanie, bo poczułaby się osaczona. Ta jednak patrzyła się na mnie jakbym był ciekawym dziełem sztuki, który ją intryguje. Coś na kształt obrazu abstrakcyjnego, który jej się z czymś kojarzy, ale nie może przypomnieć sobie, z czym. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, poczułem się nieco zawstydzony. Jakby te oczy wypalały dziurę w mojej duszy. Żadne z nas się już nie odezwało do końca naszego spotkania.
Kolejnego dnia, gdy byłem wykończony przez trening, chwila z Lisette była balsamem dla mej umęczone duszy. Opadłem na krzesło i starałem opanować ziewnięcie. Lisette rozprostowała długie nogi. Dotąd zawsze widziałem ją siedzącą po turecku i ten widok był dla mnie bardziej niezwykły, niż ktokolwiek mógłby to sobie wyobrazić.
— Oglądałaś może jakieś filmy? — spytałem, wskazując brodą na telewizor. Dziewczyna pokręciła głową i z wątpliwością spojrzała na urządzenie.— Możemy sobie kiedyś urządzić maraton. Mam gdzieś kolekcję starych produkcji z lat 50., ale może będziesz wolała pooglądać coś ze współczesnych filmów.
Tak. Te gdzieś, o którym wspomniałem, znajdowało się na dnie mojej szuflady, przykryte podkoszulkami. Płyty czekały na swoją właścicielkę, która zapomniała je zabrać trzy lata temu. Przymknąłem oczy i kazałem temu szyderczemu głosikowi w moim głowie się zamknąć.
— A będzie popcorn? — spytała lekko rozbawiona Lisette. Podniosłem powieki i ujrzałem na ustach dziewczyny delikatny uśmiech. Przymrużyłem oczy. Czy to był sarkazm? Dziewczyna ewidentnie się ze mnie śmiała. Nie poczułem się jednak urażony, jak to zazwyczaj bywa, gdy jest mowa o moich talentach kulinarnych.
— Obowiązkowo. Z solą, karmelem, cukrem i cynamonem, masłem, węglem... Co panienka sobie zażyczy! Osobiście jestem specem co do ostatniej wersji, ale z resztą też bym sobie poradził.
Lisette uśmiechnęła się nieco szerzej, pokazując swoje białe jak wata cukrowa, równe zęby. Musiałem przyznać, że wyglądała niezwykle uroczo, nawet gdy pod oczami miała ciemne worki od niezdrowego snu i rozczochrane włosy.
Musiałem też przyznać, że choć Lisette mówiła niewiele, ale gdy coś powiedziała, robiła to z namysłem i ostrożnością, co sprawiło, rozmawiało mi się z nią zaskakująco miło. Choć nigdy nie czułem tej niezręcznej ciszy, gdy z nią przebywałem, wypełnienie czasu rozmową, było dobrą zmianą. Wiedziałem, że choć teraz rozmawiamy o filmach, popcornie, jedzeniu i innych mniej istotnych rzeczach, niedługo będę musiał z nią porozmawiać poważniej. Na temat jednego, słonecznego poranka. Na temat głosów. Ale na razie było za wcześnie. Chciałem robić małe kroczki, być delikatny i jej nie wystraszyć. Gdy po śniadaniu podzieliłem się z Piper postępami Lisette, dziewczyna zachichotała. Spojrzałem na nią nieco zdziwiony, bo nie widziałem w moich słowach nic zabawnego. W końcu się opanowała i wyjaśniła.
— Ty to masz rękę do małomównych dziewczyn.
Rzuciłem jej długie, wrogie spojrzenie. Takie, po którym człowiekowi robi się głupio, że w ogóle się odezwa i odchodzi speszony. Zacisnąłem zęby i nie zerwałem kontaktu wzrokowego pod tytułem : "Ciesz się, że morderstwo jest karalne". Zgodnie z oczekiwaniem moja przyjaciółka zmieszała się.
— Jeszcze jest za wcześnie na takie żarty?
— Zawsze będzie na nie za wcześnie.
Wyprzedziłem ją, ignorując przepraszające spojrzenie, które wysłała w moją stronę. Wiedziałem, że to głupie. Widziałem, że nie powinienem się wściekać o taką głupotę, jednak nie potrafiłem. Palące uczucie w brzuchu nie chciało zgasnąć. Dłonie zaciśnięte w pięści schowałem do kieszeni, gdy wspinałem się w stronę Wielkiego Domu.
Lisette siedziała na łóżku i próbowała rozczesać swoje splątane włosy szczotką. Nie szło jej to za dobrze, ale uśmiechnęła się na mój widok. Usiadłem na krześle, próbując się rozluźnić. Wyczuwała, kiedy jestem spięty czy rozdrażniony. Robiła się wtedy nieco bardziej nieufna, a w jej oczach pojawiała się rezerwa. Udała więc, że mnie nie widzi i zajęła się sobą. Obserwowałem jej marne starania, gdy starała się rozczesać kołtun. W końcu westchnąłem i zdobyłem się na odwagę.
— Mogę? — spytałem. Dziewczyna zamarła i spojrzała na mnie nieco zdezorientowana. W końcu wydusiła z siebie jedno słowo.
— Proszę?
— Robisz to nieco zbyt... brutalnie. Jesteś za nerwowa. Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy. Chce tylko pomóc ci rozczesać włosy — powiedział kojąco. Lisette popatrzyła na mnie tymi pięknymi, dużymi oczami podejrzliwie. W końcu kiwnęła powoli głową i wyciągnęła szczotkę w moją stronę. Wyciągnąłem ją z jej rąk i wstałem, powoli się do niej zbliżając. Widziałem, jaka jest spięta. A we mnie coś krzyczało. Ruszyliśmy o krok dalej. Najpierw w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy, tylko spędzaliśmy czas w swoim towarzystwie. Potem rozpoczęły się pytania. A teraz po raz pierwszy pozwoliła mi się dotknąć. Delikatnie ująłem jedno z jej złocistych pasm włosów w swoje palce. Były niezwykle miękkie i lekkie, zawinięte w spiralki. Wiedziałem, że dla dziewczyn kręcone włosy to przekleństwo. Poniosłem pasmo nieco w górę i delikatnymi ruchami, zaczynając od kocówek, zacząłem rozczesywać. Lisette była spięta, jednak z każdą chwilą napięcie opuszczało jej ciało. Mój dotyk był dla niej kojący, więc wkrótce przymknęła oczy i odchyliła głową. Rozczesywałem jej włosy delikatnie i niespiesznie. Po jakiś dziesięciu minutach spytała cichutko.
— Gdzie się tego nauczyłeś?
Zastanowiłem się nad odpowiedzią. To dobre pytanie. Przypomniały mi się długie, letnie i parne wieczory, które pewna brunetka spędzała na pleceniu wianków i warkoczy ze swoich ciemnych i mokrych włosów. Pamiętam, gdy pierwszy raz ją spytałem, czy może mnie nauczyć. Jej dzielny wzrok, gdy starała się nie rozpłakać, gdy ciągnąłem niemiłosiernie, wyrywając jej połowę włosów. Jej zapach, gdy zarzuciła mi swoje ramiona na szyję, gdy w końcu mi się udało.
— Przyjaciółka mnie nauczyła. Była cierpliwym nauczycielem, wiesz? Od czasu do czasu pomagam Piper zajmować się najmniejszymi herosami, wtedy dziewczynki proszą mnie, bym im zaplótł włosy. Kiedyś ją poznasz i będziesz mi pomagać w tym małym "przedszkolu".
Chwila ciszy zawisła pomiędzy nami. Skupiłem się na refleksach we włosach Lisette, skutecznie odganiając wspomnienia.
— Gdzie jest teraz twoja przyjaciółka?
Moje palce zatrzymały się na ułamek sekundy. Potem znów szczotka poszła w ruch, a ja zatopiłem się w pracy. Wiedziałem, że czeka na odpowiedź a jedyna, na którą była mnie stać, została ogłoszona zduszonym głosem, cichym i bolesnym.
— Odeszła.
—Tak jak moi rodzice — odpowiedziała Lisette, bardziej do siebie, niż do mnie. — Ale nikt mi nie wierzy, że to nie moja wina. Że to nie ja.
Potrząsnęła delikatnie głową, a złociste włosy rozsypały się jej na ramiona. Dziękowałem Bogu za to, że skończyłem już długą chwilę temu, bo chyba mnie by coś trafiło, gdybym musiał zacząć czesać je od początku. Robiłem to, bo mnie to uspokajało. Delikatnie odgarnąłem włosy z jej twarzy i podzieliłem na trzy pasma. Dziewczyna nieco się uspokoiła, gdy zacząłem zaplatać warkocza. Jednak jej głos nadal brzęczał mi w głowie, jak odgłos bicia zegara, powielający się echem w pustym pomieszczeniu. Otrząsnąłem się po chwili widząc, jak blondynka się spina. Wyciągnąłem z pasa na narzędzia gumkę do włosów i zawiązałem ją na końcówkach. Spojrzałem dumnie na swoje dzieło.
— Lisette? — zagadnąłem. Dziewczyna odwróciła do mnie swój nieco zamglony wzrok, który po chwili się wyostrzył. — Mogę mówić ci Liz?



■ 


Kiedy będziecie to czytać, ja będę w Szkocji. Całe wakacje na to czekałam.
Ta akcja z popcornem wydarzyła się naprawdę. Tylko to ja jestem za nią odpowiedzialna. To było w pierwszej klasie gimnazjum. Na opakowaniu naprawdę pisało 4 minuty! Z ręką na sercu to piszę. Powinno się robić popcorn 4 minuty, ale z mikrofalówką o mniejszej mocy. Moja była jakieś 3 razy silniejsza... Jezu, jak ja ie przeraziłam, jak zaczęło się dymić. Jak wyciągnęłam to z urządzenia i polałam wodą, było jeszcze gorzej. Shit, polowa lutego, zimno jak cholera, przyjaciółka przychodzi za pięć minut (pozdrawiam Monisię!) a tu trzeba dom ze spalenizny wietrzyć.


Żeby wyprowadzić Was z błędu — jestem teraz o niebo lepszą kucharką. Zostałam ogłoszona Królową Śniadań i robię najlepszy biszkopt na świecie. Od czasu do czasu coś spalę w piekarniku, ale to z powodu cholernych, niedopracowanych przepisów.
Mamy a little bit Lenzie here. My broken heart </3

sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział VII - Zabójczy prysznic


— Jaki jest twój ulubiony kolor?
Podniosłam głowę, gdy ciepły i delikatny głos wyrwał mnie z objęć moich myśli. Chłopak, który przedstawił się kilka dni temu jako Leo, stał przy drzwiach i przyglądał mi się z zaciekawieniem. Spojrzałam na niego lekko zbita z tropu. O co mu chodziło? Spuściłam głowę na dół, by nie mógł dotrzeć na mojej twarzy malującego się niepokoju.
Po chwili wyszedł, lekko zawiedziony i zostawił mnie samą. Nie do końca samą, pomyślałam z goryczą. Jego pytanie zrodziło w mojej głowie setki scenariuszy, każdy dziwniejszy niż poprzedni.
Po co mnie tutaj przywiózł? Czemu nazwał mnie herosem, a później już nie rozwijał tego tematu? Czemu przychodził i po prostu mnie obserwował, zamiast wprost zapytać, czego chce? Czemu jest dla mnie taki miły?
Jak sprawił, że czekam na jego wizytę i nie mogę się jej doczekać?
Myśli kłębiły się w mojej głowie niczym dym z ogniska i nie pozwalały z dystansu spojrzeć na całą sprawę. To było dziwne. To wszystko było zbyt dziwne. Może to sen? Jeśli wyskoczyłabym z okna, to obudziłabym się z niego? Czy może raczej skręciłabym sobie kark, zanim zdążyłabym zawołać po pomoc?
Już miałam się podnieść, by to sprawdzić, gdy pośród kłęby dymu w umyśle usłyszałam cichy śmiech. Zacisnęłam kurczowo powieki i starałam się sprawić, by ucichł. On uważał, że powinnam skoczyć. Powinnam spróbować. Może akurat się obudzę z tego koszmaru. Może akurat okazałby się, że potrafię latać?
Czułam się senna. Słońce wędrowało po nieboskłonie, znikało, pojawiał się księżyc... Potem znów świtało. A ja nie spałam, bo nie mogłam stracić czujności. Nie mogłam pozwolić, by One przejęły kontrole.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zagryzam wargę, aż do momentu, gdy po mojej brodzie polała się krew. Otarłam ją wierzchem dłoni i znów skupiłam się na swoim umyśle.
— Pokaż się — wymruczałam, prowokującym tonem. — Chyba, że się boisz. Boisz się, że wszyscy poznają prawdę? Że to wszystko to Twoja wina, nie moja?
Często z nimi rozmawiałam. Nie dlatego, że były mi bliskie. Tylko dlatego, by je sprowokować. Żeby pokazać, że One istnieją, że Ich nie wymyśliłam. Bo nie jestem szalona i nie gadam do siebie, w przeciwieństwie do innych. Choć czasami nie czułam dotkliwie ich obecności, wiedziałam, że tam są. I tylko czekają na to, by zaatakować. Były nadzwyczaj spokojne, tylko od czasu do czasu wybuchały cichym śmiechem. Po prostu szeptały do siebie, a ja, choć bardzo się starałam, nie mogłam rozróżnić słów.
Następnego dnia, Leo wyszedł wcześniej niż 17:25, po czym wrócił z niebieskim ręcznikiem w dłoni i ubraniami złożonymi w kostkę. Przyjrzałam mu się z zaciekawieniem. Był nieco intrygujący i denerwował mnie tym, że nie miałam pojęcia, czego właściwie chce. Wyglądało na to, że nie miał złych zamiarów.
Nieprawda, szepnęło to coś w mojej głowie. A igła?
Zesztywniałam i wyprostowałam się gwałtownie, jakby ostry przedmiot zbliżał się do mojej szyi. Zerknęłam przez ramię, jednak nikogo tam nie zauważyłam. Szybko moje spojrzenie wróciło na chłopaka, który położył rzeczy na stoliku. Odchrząknął i zaczął cicho:
— Masz tutaj ręcznik i świeże ubranie. Łazienka jest tam — pokazał palcem na drzwi po mojej lewej stronie, jednak ja nie podążyłam wzrokiem za jego spojrzeniem. — Pewnie bałaś się użyć ręczników i ubrań z szafy, więc przyniosłem ci te. Możesz do woli korzystać ze wszystkiego, co znajduje się w tym pokoju. Każda rzecz jest twoja.
Zamilkł na chwilę, czekając na moją reakcję. Siedziałam sztywno jak struna i nie dałam się zwieść. Jeden najmniejszy ruch i masz przechlapane. Nie radzę ci zrobić żadnego błędu. Naprawdę nie radzę.
— Wykąp się pod prysznicem. W szafce pod zlewem znajdziesz grzebień, pastę do zębów i szczoteczkę. Jakbyś czegoś potrzebowała, daj znać. No to... do widzenia.
Pomachał na pożegnanie i ostrożnie wyszedł z pokoju. Jeszcze chwilę byłam w całkowitym szoku. Nigdy tak długo do mnie nie mówił. Właściwie, to zapytanie się o ulubiony kolor był najdłuższym zwrotem w kierunku mojej osoby. Bo powiedzenie mi, że jestem półbogiem, się nie liczyło. Usłyszałam tylko słowa "boskiego rodzica" i "herosem". Widziałam, że jego usta się poruszają. Nie mogłam jednak go usłyszeć. Huk w mojej głowie był potworny, że prawie czułam, jak eksploduję. One krzyczały, by uciekać. Krzyczały, by zrobić krzywdę każdej osobie w pomieszczeniu, która by mnie zatrzymała. Krzyczały okropne rzeczy, a ja wtedy siedziałam spokojnie, niezdolna o jakiegokolwiek ruchu.
Powoli, bardzo powoli, postawiłam bosą stopę na dywanie, a obok niej drugą. Moje mięśnie odmawiały współpracy, ja jednak zacisnęłam zęby i powstrzymując chęć stracenia przytomności, dostałam do stolika, gdzie leżał ręcznik. Zacisnęłam na nim swoje palce i podniosłam. Ważył chyba z tonę, a ja jęknęłam z wysiłku. Podeszłam do pokazanych przez Leona drzwi i pociągnęłam za klamkę. Moim oczom ukazała się łazienka urządzona w czarno-białych odcieniach. Naprzeciw mnie na ścianie, wisiało wielkie lustro, pod nim szklana półeczka i umywalka. Po mojej lewej stronie znajdował się prysznic ze przezroczystymi drzwiczkami a po przeciwnej — białe szafki, w których zapewne były ręczniki i kosmetyki. Moje rozgrzane stopy zetknęły się z zimnymi płytkami, gdy nieśmiało postawiłam pierwszy krok, rozglądając się z zachwytem dookoła. To było takie... nierzeczywiste. W zakładzie była jedna wielka łazienka, gdzie Eva zabierała mnie każdego wieczora i pomagała się kąpać. Nigdy w swoim życiu nie miałam takiej przestrzeni i prywatności. Mój wzrok napotkał wzrok blondynki ze splątanymi włosami, które opadały jej na ramiona i czoło. Miała oczy o dziwnym kolorze — ni to niebieskie, ni to zielone. Jej usta były nieco rozchylone, a na policzkach kwitnął rumieniec. Ja, która odbijała się w lustrze, podniosła rękę i pomachała mi, uśmiechając się szeroko. Położyłam ręcznik na półce obok umywalki i zaczęłam rozbierać się ze szpitalnej koszuli. Materiał upadł na podłogę z cichym szelestem. Zdjęłam również bieliznę. Wślizgnęłam się pod prysznic, nieco inny niż ten w zakładzie. Odkręciłam kurek i pisnęłam zaskoczona, gdy na moją głowę polał się strumień ciepłej wody. Po chwili stwierdziłam, że to całkiem przyjemne. Przeczytałam na etykiecie butelki, że szampon o zapachu wiśni mam rozprowadzić na włosach, spienić i spłukać, a żel roztarłam w pacach i namydliłam całe ciało. Potem to wszystko spłukałam pod strumieniem gorącej wody. Stałam i rozkoszował się uczuciem bębnienia o moje plecy. Po chwili poczułam, że coś jest nie tak. Woda parzyła i spod zbyt dużym ciśnieniem lała się ze słuchawki. Mięśnie boleśnie mi się napięły, a ja podciągnęłam cicho nosem i próbowałam zakręcić wodę. Poślizgnęłam się w pewnym momencie i musiałam przylec do ściany, by odzyskać równowagę. Po chwili woda przestała się lać. Oddychałam ciężko, wdzięczna, że ból ustał. Chwyciłam ręcznik i zaczęłam się wycierać, zagryzając z bólu wargę. Stanęłam przed lustrem i z przerażeniem przyglądałam się swojemu ciału. Moje plecy, ramiona, nogi... wszytko było pokryte w fioletowych sińcach i opatrzeniach. Skóra, gdzie była bardziej zaczerwieniona, pokrywała się w białych krostach. Zaszlochałam i odwróciłam wzrok, nie mogąc na siebie patrzeć. Wciągnęłam przez głowę długą do ziemi koszulę nocną i ubrałam bieliznę. Po czym wybiegłam z łazienki, zostawiając wszystko za sobą.
Mel siedziała na łóżku i czekała na mnie. Wpadłam w jej ramiona i zaszlochałam, a ona delikatnie głaskała mnie po plecach.
Dzień później, gdy Leo wychodził, szepnęłam cicho:
— Czerwony.
Chłopak stanął nieco zdziwiony, ale po chwili jego usta rozciągnęły się w olśniewającym uśmiechu.
— Mój też — powiedział i wyszedł.

sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział VI - Dialog z potworem


To było tak dziwne, tak nierzeczywiste i niedorzeczne, że byłam skłonna uwierzyć w to, co się ze mną działo. Widziałam słońce. Czułam wiatr. Miękkość pościeli i jej zapach. Słyszałam dziwne dźwięki. Śmiechy i krzyki.
Od kiedy pojawiłam się w tym miejscu, przychodził mężczyzna. Uśmiechał się do mnie delikatnie i siadał zawsze w tym samym miejscu na krześle w rogu, zakładał ręce za głowę i przyglądał się mi spod przymrożonych powiek. Obserwowałam go kątem oka, ale nic nigdy nie powiedziałam. Sama nie byłam pewna, czy w tym fantastycznym świecie potrafiłabym skonstruować jakieś słowo. W szpitalu i tak już byłam zamknięta w sobie i małomówna. Ludzie się mnie bali. Nie powinni. Ja nic nie zrobiłam. Siedziałam tam dlatego, że mnie do tego zmusili.
Siedziałam i rozmyślałam. Czasami rozglądałam się po moim nowym pokoju. Nie było tutaj brudnych, białych ścian, tylko złote tapety. W wazonie, na stoliku przy oknie, stały rośliny, które pamiętałam jak przez mgłę z okresu dzieciństwa. Kwiaty. Mogłam wyczuć ich woń unoszącą się w powietrzu. Na ścianie wisiały obrazy, na regałach stały książki. Płaski telewizor znajdował się na komodzie w drugim kącie pokoju. Choć atmosfera była przyjazna, ja się nie ruszałam. Obserwowałam, jak kurz unosi się w powietrzu i lśni w blasku słońca, które grzało moją skórę. Byłam tym zafascynowana, po czym w zamyśleniu spoglądałam w ścianę, niedaleko drzwi.
Nawet, gdy On nie przychodził, czułam czyjąś obecność. Była chłodna jak macki zaciskające się na moim mózgu. Wiedziałam, że tam są i tylko czyhają, aż stracę czujność. Związku z tym siedziałam wyprostowana i skupiona, jak zwierze przygotowujące się do ataku.
Gdy słońce wzeszło trzeci raz dokąd tu się znalazłam, zza zasłon wyłonił się kształt. Rozpoznałam skórzane skrzydła, zanim ukazał mi się jej koścista twarz, wykrzywiona w komicznym uśmiechu. Wbrew wszystkiemu, ja też się uśmiechnęłam. Wypuściłam powietrze, które nie zdając sobie nawet z tego sprawy, wstrzymywałam.
— Witaj, Lisette — powiedziała zachrypłym głosem. Kiwnęłam w jej stronę, szepcząc, jakbyśmy się sobie zwierzały.
— Witaj, przyjaciółko.
Stwór przeszedł się po nieoświetlonej części pokoju, węsząc i badając nowe otoczenie, a ja przyglądałam się jej z fascynacją. Zatrzymała na chwilę swoje czarne jak noc oczy na krześle, na którym siadał On, gdy tutaj przychodził i przechyliła łeb w prawą stronę. Zrobiłam to samo, by nie było jej smutno.
— Jak tu ci się podoba? — spytała, rozszerzając nozdrza, co dawało nieco makabryczny efekt. Zastanowiłam się przez chwilę, mrugając co chwilę.
— Byłam tylko w tym miejscu. Ale wydaje mi się, że jest tu tysiące ludzi, może więcej. Rozmawiają, a nic nie mówią. Słuchają, ale nic nie słyszą. Patrzą, a nic nie widzą. A jednak jest cicho.
Zamilkłam, by posłuchać słodkich dźwięków ciszy. Kobieta przez chwilę też milczała, a potem zachichotała cicho i przycupnęła przy ścianie. Mierzyłyśmy się wzrokiem.
— Co ci się ostatnio śniło, Lisette?
— Nic. Nie byłam śpiąca. Nie zasnęłam. Czasami tak mam. Mogę nie zmrużyć oka przez kilka nocy z rzędu. A tobie?
— To samo, co ci.
Zamilkłyśmy, gdy temat się skończył. Ja znów wpatrzyłam się w ścianę i zastanowiłam się, jak to jest zasnąć na tej poduszce, która leżała na łóżku. Nie mogłam pozwolić sobie na chwilę nieuwagi. Zerknęłam na zegarek. Wskazywał on szóstą. Moja przyjaciółka również spojrzała na niego, po czym uśmiechnęła się, ukazując gabaryt zębów.
— Nie przyjdzie tu teraz. Zawsze przychodzi o dziewiątej i czwartej. Przynosi ci jeść o wpół do ósmej, jedenastej, czternastej, siedemnastej i dziewiętnastej. Mamy jeszcze chwilę czasu, by nacieszyć się samotnością i własnym towarzystwem.
— Skąd to wiesz? — spytałam zaintrygowana. Gdy spojrzałam w jej całkowicie czarne oczy, pozbawione białek, wiedziałam, że ma rację. Po prostu to wiedziała. I już. Stwór podniósł się i podreptał w moją stronę, mrużąc powieki i spytał:
— Wierzysz, że to co powiedział, jest prawdą? Że jesteś jakimś herosem?
Wzruszyłam ramionami.
— A co mam innego do roboty?
Stwór zniknął za kotarami. Poczułam się nieco dotknięta, że nawet się nie pożegnała, albo coś. Ten chłopak zawsze się ze mną żegnał — machał mi ręką, ale ja udawałam, że go nie zauważam. I dziś też przyszedł. Uśmiechnął się do mnie i usiadł na swoim miejscu. Obserwowałam go kątem oka.
Co to znaczy, że jeden z moich rodziców, był bogiem? Byłam jakimś eksperymentem czy specjalnie to powiedział, aby mnie sprowokować? Zerknęłam jeszcze raz na jego twarz. Eva określiłaby go jako... przystojnego? Takiego chyba słowa użyła, gdy opowiadała mi o swoim życiu. Przystojny. I ani trochę nie wyglądał na krętacza.
Ale pozory mylą. Całkiem łatwo było mi go sobie wyobrazić, jak wyciąga z kieszeni strzykawkę i podchodzi do mnie. Z uśmiechem odgarnia moje splątane, blond włosy i nachyla się nad moją szyją, wpatrując się w tętnicę. Przełknęłam ślinę i pokręciłam głową. Ktoś naprawdę dotykał moich włosów ciepłymi palcami. Poczułam oddech na szyi, ale byłam zbyt przerażona, by się poruszyć. Ktoś przebił moją skórę ostrym przedmiotem i wstrzyknął środek usypiający, a potem gwałtownym ruchem wciągnął igłę. Moje mięśnie zwiotczały, a ja sama zaczęłam kołysać się w przód i w tył, kręcąc głową i tocząc bitwę, by nie zasnąć. Wpatrzyłam się tępym wzrokiem w ścianę i więcej się nie poruszyłam. Nie pamiętałam, bym jadła, ale posiłek zawsze znikał z talerza, który chłopiec mi przyniósł.
Następnego dnia bacznie go obserwowałam, gdy szedł do swojego krzesła. Napotkałam jego wzrok, nieco rozbawiony i wyzywający. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na moją przyjaciółkę, która pojawiła się przy drzwiach. Ona również na niego patrzyła, z zaciekawieniem i jakby chciała się na niego rzucić, gdyby jeszcze raz spróbował tego numeru co wczoraj.
Ale przecież on nie wstawał. Może zrobił to tak szybko, że go nie zauważyłam?
Kobieta spojrzała na mnie z troską.
— Skrzywdził cię wczoraj. Nie pozwolę by zrobił to jeszcze raz. Może zrobić cokolwiek, a ty mu na to pozwalasz. Następnym razem się broń, zaatakuj go. Pokaż mu, że jesteś silniejsza. Nie możesz tak po prostu siedzieć.
Znów zamilkła i przypatrywała się mi wzrokiem, w którym odczytałam dziwną pasję. Uniosła kącik ust. Zerknęłam na jego jeszcze raz.
Miał piękne, ciemne włosy, które kręciły mu się na czole i karku. Ubrał się w zwykły podkoszulek i ciemne spodnie, ale i tak wyglądał jak facet z okładki czasopisma, które nie raz czytywała Eva. Jego oczy miały ciepły wyraz, były brązowe i okalane gęstymi rzęsami. Usta rozciągały się w prowokującym uśmiechu, a nos był prosty i zdawał się być wyrzeźbiony z kamienia.
— A jeśli to nieprawda? — powiedziałam cicho i spłonęłam rumieńcem. Zagryzłam dolną wargę, jakbym bała się reakcji mojej przyjaciółki. Ta prychnęła, a ja zacisnęłam miękką pościel w swoich palcach. Chłopak po chwili wyszedł, po czym podniosłam wstydliwie głowę, napotykając spojrzenie kobiety. Poczułam się zażenowana. Ej, chyba wiem jak się zachować! Będę robiła, co chce. Nuta buntu zabrzmiała w moim głosie.
— Nie jestem słaba — mruknęłam. Po czym z całą mocą spytałam, nadal szepcząc. — Jak mam cię nazywać? Nie będę mówiła ci Lisette ani "ty". Przecież się przyjaźnimy.
Kobieta przestąpiła z łapy na łapę, jakby chciała sobie przypomnieć, jak ma na imię. Po czym warczącym głosem, przypominającym silnik budzący się do życia, odpowiedziała:
— Melaniya. Moje imię to Melaniya.
— Będę mówić ci Mel.



NUUUUUUDY! Aż chce się ziewać, bo nic się nie dzieje. Tak jak w AM, musicie uzbroić się cierpliwość i czekać na rozwój wypadków. Już niedługo akcja się zacznie. Tak na poważnie. Na razie jesteśmy na początku, gdzie budujemy znajomość. Tak btw, nie żebym shippowała albo coś, ale JAK BĘDZIE SIĘ NAZYWAŁ PARING LEO&LISETTE?



Tam tam taaaam! Mamy trailer, który mi się nie podoba, ale niech będzie Jeśli ktokolwiek posiada talent do filmików, proszę się zgłosić. Potrzebuje porządnego zwiastunu. Wyszło mi trochę, jakby Kenz była córką Posejdona. I tak, to Narnia. Dajcie mi spokój, okay? Potrzebowałam bitwy w plenerze, gdzie jest zielono bo w końcu w Obozie też było zielono......


Przetwarzacie informacje. Tak, wstrząsające, w Obozie Herosów jest zielono. Bo przecież on jest na zewnątrz. JUSTYNA BRAŁAŚ DZIŚ LEKI? NIE? TO WSZYSTKO TŁUMACZY.

PYTANIE NAMBER 2. JAK WAM SIĘ PODOBAJĄ NOWE OKŁADKI NA WATTPADZIE? Ja jestem w szoku, że sama je zrobiłam. Osobiście wolę okładkę AM. Jest taka magiczna. Cała Mackenzie ♥

Najlepszą częścią moich rozdziałów jest ta cała paplanina pod koniec. Natalia raz mi powiedział, że uwielbia je czytać. CAŁUSY DLA NATALCI!

Whatever. Uzbrajamy się w cierpliwość. I czekamy na more action.

sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział V - Kolor czerwony jest nieziemski






Gdy wszedłem czwartego dnia do pokoju Lisette, dziewczyna spojrzała na mnie z zaciekawieniem małego kotka, śledziła moje ruchy, gdy kierowałem się do krzesła w rogu, usiadłem na nim i sam zacząłem ją obserwować. Chwilę zastygliśmy w takiej pozie. Lisette po upływie pięciu sekund kiwnęła głową i znów zaczęła wpatrywać się ścianę naprzeciw siebie.
To tyle w kwestii postępu.
Te chwile, gdy spędzałem z Lisette, były najbardziej oczekiwanymi momentami moich ostatnich dni. Nie dlatego, że ekscytowało mnie zamkniecie w jednym pokoju z rzekomo chorą psychicznie dziewczyną. Nie byłem aż tak pogięty. Oczekiwałem ich tak namiętnie, bo tylko tutaj miałem chwilę spokoju. Nikt nie ważył zbliżać się do Wielkiego Domu, a tym bardziej do tego pokoju. Zachowywali się tak, jakby był tutaj zamknięty śmiertelnie chory lub seryjny morderca.
No dobra. Może jestem w stanie ich zrozumieć. Faktem jest to, że mi to nie przeszkadza.
Rozprostowałem nogi i założyłem ręce za głowę, obserwując za przymkniętych powiek dziewczynę. Nie mogłem nie zauważyć, że była piękna. Miała blond kręcone włosy, niesamowite oczy i uroczy nosek. Gdyby wychowywała się w normalnych warunkach, zapewne byłaby oblegana przez chłopców. Nigdy nie słyszałem jej głosu, więc nie mogłem sobie wyobrazić, jak chamsko odpowiada jakiemuś facetowi, który poleciał tylko na jej wygląd. Mogłem za to wyobrazić sobie, jak wysyła w jego stronę długie, pełne obrzydzenia spojrzenie. Na razie siedziała tak bez przerwy. Od wczoraj coś się zmieniło. Od czasu do czasu kręciła albo kiwała głową, jakby uważnie kogoś słuchała. Odczytałem to jaki wielki plus i postęp, z którym podzieliłem się z Piper.
— Wiesz dobrze, że nie potrafię ci pomóc — powiedziała, studząc nieco mój zapał. Naciągnęła cięciwę łuku i puściła strzałę, która wbiła nieco za daleko w lewo. — Porwałeś się na to wyzwanie i sam musisz sobie z nim poradzić. Czy ja wiem, czy to dobrze czy źle? Nigdy nie miałam takiego znajomego. Ale myślę, że owszem, może to jakiś plus. Może się powoli otwiera...
Byłem jej wdzięczny za to, że nie powiedziała: "Nigdy nie miałam psychicznego znajomego". Była chyba jedną z nielicznych — jeśli nie jedyną — która mnie próbowała zrozumieć. Weźmy na przykład taką Juliet. Latała za mną jak niemożliwie upierdliwa mucha i bzyczała mi nad uchem, kiedy pozbędę się mojej nowej koleżanki. Czy nie mogła zająć się przygotowywaniem owsianki, targaniem za uszy swoich młodszych braci albo porządkowaniem ogródka zamiast dręczyć mnie psychicznie? Oczywiście, powiedziałem jej to w twarz. Nie była zbytnio zadowolona. Okej, to może nie było słowo oddające całkowicie jej stan emocjonalny. Wściekła się jak napalona na orzechy wiewiórka. Cudem jej uciekłem.
— A jeśli to nieprawda? — powiedział cichy, drżący głosek. Otworzyłem szeroko oczy i rozglądnąłem się dyskretnie po pokoju. Nikogo jednak tu nie było, prócz mnie i Lisette. A skoro ja mutację przechodziłem wieki temu i nie mam tak piskliwego głosu, to oznacza tylko jedno: głos należał do dziewczyny. Przyglądałem się jej dokładnie: zagryzała dolną wargę i wbiła wzrok w pościel łóżka. Jakby się nad czymś zastanawiała. Toczyła ze sobą bitwę.
Dobra, widzę, że mamy większy postęp niż sądziłem. Przesiedziałem tak jeszcze z piętnaście minut, dokładnie obserwując blondynkę i jej zachowanie, nasłuchując, czy czasem coś jeszcze nie wypłynie z jej ust. Ale chyba się na to nie zanosiło.
Wstałem więc, pomachałem jej, posyłając jednocześnie słaby śmiech i wyszedłem z pokoju. Westchnąłem ciężko i przekręciłem klucz w pokoju jak co dzień. Takie były zalecenia. Jeśli chciałem ją tutaj zatrzymać, musiała być zamknięta. Ostro się kłóciłem, by do tego nie dopuścić, bo przecież nie jest żadnym zwierzęciem, ale jak można było się tego spodziewać — przegrałem.
Starając się robić jak najmniej hałasu, na paluszkach, skradałem się przez korytarz i szybko zbiegłem po schodach, zamierzając jak najszybciej opuścić budynek i pobiec do Bunkra. Jak na złość, wpadłem na dyrektorkę Obozu, która uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.
— Leo! Świetnie, że cię widzę. Chcę z tobą porozmawiać.
I minęła mnie. Zdusiłem w sobie krzyk rozpaczy i sprzeciwu, grzecznie się odwróciłem i poszedłem za boginią do jej gabinetu. Był to pokój nieco... dziwaczny. Na półkach, pomiędzy segregatorami, stały posążki. Mogłem tu zobaczy wszystko: kiwające głowami kotki, Buddę, kolorowe ptaszki... Na środku stało biurko, gdzie każda rzecz miała miejsce. Kretki, długopisy, markery, linijki miały osobne bambusowe kubeczki, zdjęcia bogini były starannie oprawione i poukładane. Nad framugą okna wisiały łapacze snów, a na parapecie paliły się kadzidełka, co było zupełnie bezsensowne, bo okno było otwarte. Na ścianach dyrektorka powiesiła motywujące cytaty i zdjęcia tęczy. W całym pokoju pachniało mdłymi kadzidełkami i różami.
Bogini usiadła w swoim wygodnym fotelu i pokazała mi drewniane krzesło naprzeciw siebie.
— Usiądź.
— Nie, dziękuję. Śpieszę się nieco.
Wzruszyła ramionami. Była dziś ubrana w top na ramiączkach i spodnie typu safari. Swoje ciemne, długie włosy spięła w kucyk na głowie. Poprawiła swoje okulary i z uśmiechem na ustach zagadała mnie, jakbym był z nią na kawie. Przecież mówiłem, że mi się śpieszy!
— Jak ci idzie z tą dziewczyną?
— Coraz lepiej — mruknąłem szczerze, wpatrując się w jeden z łapaczy snów. Bogini przestała przeglądać papiery i spojrzała na mnie ciepło swoimi brązowymi oczyma.
— Nie musisz być taki oschły. Musisz zrozumieć, że miałam prawo się zdenerwować, gdy powiadomiłeś mnie o fakcie dokonanym. W końcu sprowadziłeś do Obozu osobę, którą uważa się za niebezpieczną. Nie bronię ci nad nią pracować. Dobrze wiesz, że mam do ciebie pełne zaufanie i kibicuję ci z całego serca.
Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest taka życzliwa w stosunku do mnie, ponieważ żadne z jej dzieci cudem nie ucierpiało w II Wojnie Trojańskiej. Po rzeczowym incydencie Zeus zadecydował, że Dionizos nie nadaje się na stanowisko dyrektora. Powtarzano mu to od wieków, a on dopiero teraz się umiłował i to zrozumiał. Odesłał go więc gdzieś indziej, a na stanowisko dyrektora zgłosiła się Iris. Kobieta gardziła wojną i przemocą tak mocno, że zdecydowała się wprowadzić nowe zasady. Oczywiście nie wiem, jak ona planowała złagodzić przemoc w miejscu, gdzie uczymy się jej używać, ale mi nic do tego. Grunt w tym, że akurat w rządzeniu Obozem była niezawodna. Choć każdy musiał składać miesięczne raporty, rozliczać się z każdej złamanej włóczni, w Obozie nigdy nie było tak przyjaźnie. Odnowiła stare zwyczaje i turnieje, a Chejron dzięki niej miał o trzy czwarte mniej pracy i mógł poświęcić się w zupełności szkoleniom herosów.
W stosunku do mnie była nadzwyczaj opiekuńcza i troskliwa. Uwielbiała ze mną rozmawiać i czasem wyprowadzać z równowagi. Chyba jako jedyna — no, prócz Afrodyty — nie miała do mnie żalu co do spowodowania wojny. Rozmawiała ze mną, pomagała i dawała rady. I nie broiła mi jeździć furgonetką dostawczą, co chyba było największym plusem. Nie, poprawka: niezbyt przepadała za Juliet.
— Przecież wiem. Potrzebuję czasu. Była zamknięta przez dziesięć lat z dala od ludzi. Nie otworzy się tak z dnia na dzień.
— Rozumiem — odpowiedziała bogini, nadal przyglądając się mi uważnie. A potem wypaliła. — Bogowie są ci przychylni, Leo. Nie bądź całe życie na nich wściekły.
Nie wytrzymałem i parsknąłem szyderczo.
— Jasne.
Kobieta spiorunowała mnie wzrokiem. No ale hej, taka była prawda. Byłem odpowiedzialny za śmierć połowy herosów w tym Obozie. Nie znalazłby się bóg, który nie chciałby zrobić mi krzywdę lub bogini, która chętnie nie spaliłaby mi brwi. I to ja byłem wściekły na nich. Pokręcone, prawda?
— Bądź dzisiaj na ognisku, proszę. Piper powiedziała, że od pół roku byłeś tylko na dwóch. Możesz już iść.
Kiwnąłem głową i spełniłem jej prośbę. Kierując się do Bunkra, przekalkulowałem, czy faktycznie byłem tylko na dwóch. Nie pamiętam ani jednego. Nie chodziłem na ogniska. Po prostu kojarzyły mi się dobrze, a to bolało. Wszystko, co kojarzyło mi się dobrze, bolało. Czy nigdy się z tego nie wyleczę?
Następnego dnia Lisette odprowadziła mnie wzrokiem do mojego miejsca i zatrzymała go nieco dłużej. Obserwował mnie, jakbym był szczególnie interesującym okazem w zoo. Egzotycznym. Przechyliła nieco główkę w prawą stronę, uśmiechnęła się delikatnie i zaczęła kołysać się w przód i w tył, odrywając ode mnie wzrok.
Nieco niepokoiłem się tym, że tylko tak siedzi. Przynosiłem jej posiłki pięć razy dziennie, ale nie byłem pewny, jak zniesie tak nagłe odstawienie leków. Jedzenie owszem znikało, ale dziewczyna tylko siedziała. Nie byłem nawet pewny, czy śpi. Pościel nie wyglądała ani trochę na zmiętą.
Lisette od czasu do czasu posyłała mi pełne zaciekawienia spojrzenia, po czym znów zajmowała się sobą. Po godzinie wstałem z krzesła, pomachałem jej i już odwracałem się, by wyjść, gdy nagle coś mi odbiło. Spojrzałem na nią i całkiem serio zapytałem.
— Jaki jest twój ulubiony kolor?
Dziewczyna spojrzała na mnie jak na wariata, po czym spuściła wzrok i nie odpowiedziała. Nieco zawiedziony wyszedłem z pokoju.
Moje pytanie nie zostało zapomniane. Dwa dni później, gdy wychodziłem, usłyszałem cichy głosik.
— Czerwony.
Odwróciłem się w uśmiechem triumfu na twarzy i odpowiedziałem.
— Mój też.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis